„Walec Krankemanna” i komando kosiarzy. Najgorsze koszmary Auschwitz

„Walec Krankemanna” i komando kosiarzy. Najgorsze koszmary Auschwitz

Auschwitz-Birkenau w 1945 roku
Auschwitz-Birkenau w 1945 roku / Źródło: Wikipedia
Dodano
„Na żwirze i piasku pozostawała tylko wielka krwawa plama. Taczka piasku przewalcowana ponownie nie pozostawiała już ani śladu. A wielu z ludzi nie może uwierzyć, że spoiwem dróg oświęcimskich były ciało i krew więźniów.”

(Poniższy tekst jest fragmentem książki Stanisława Głowy pt. „Mrok i mgła nad Auschwitz. Wspomnienia więźnia nr 20017”, która właśnie się ukazała nakładem wydawnictwa Replika)

Po południu podprowadzono nas pod obóz. Stoimy już rozkuci między drutami wysokiego napięcia. Nie wolno ani drgnąć, bo śmierć niechybna. Po kilku godzinach czekania przekraczamy bramę. Rozbieranie i zdawanie własnych rzeczy, następnie golenie i kąpiel. Jak ona wyglądała? Wielka kadź z jakimś brudnym płynem. Więzień musiał szybko wskoczyć. Poczynając od samej bramy, pędzono nas kijami jak zaszczute psy. Na narożnikach ulic widzę śmieszne rysunki: ksiądz z żydem jadą na świni albo ksiądz z żydem prowadzą się pod rękę, to znowu żyd na krowie czy ksiądz na żydzie. Po kąpieli ubieranie się w stroje obozowe. Co za straszne łachy! Pasiaki kilka razy łatane, a przy tym potwornie brudne. Wyglądaliśmy jak pajace. Na nogach drewniaki – trudno było się poruszać. Wreszcie tak wyelegantowani szliśmy do fotografii. Fotografie sporządzano w trzech wersjach. Dla lepszego pozowania do fotografii odpowiednie cięgi.

Wreszcie pod wieczór apel. Mój pierwszy apel w obozie oświęcimskim. Zugangi gromadzą się przed kuchnią. Uroczyste przemówienie zastępcy komendanta obozu Fritzscha do przybyłych. Po „przyjemnym” powitaniu oświadczył nam, że żywot nasz może trwać nie dłużej niż trzy miesiące. Żydów tylko trzy tygodnie. Ci muszą ginąć jak psy, gdyż to oni są sprawcami wojny. Perspektywa niezbyt wesoła, ale prawdziwa. Całe przemówienie komendanta nacechowane było taką złością i takim jadem, że wszyscy zaczęliśmy liczyć nasze życie już nie na tygodnie, ale na godziny. Wreszcie przydział bloków.

Dostałem się na blok 4. Prawdopodobnie bloki przydzielano więźniom wedle podanych zawodów. Podczas rejestracji podałem w obozie, że z zawodu jestem rolnikiem. Blok 4. był blokiem murowanym, pozostałym po jednostce Wojska Polskiego sprzed 1939 roku. Duże izby, przeważnie puste, pod ścianami sterta sienników wypełnionych trocinami, przykrytych łachmanami imitującymi koce. Po chwili otrzymałem pierwszy posiłek – czarna kawa i porcja chleba. Zjadłem to w okamgnieniu, zaostrzając tylko apetyt. Byłem niesamowicie głodny. W umywalni spotkałem starszego więźnia z Krakowa, Pyrzanowskiego, który pierwszy udzielił mi ewangelicznych porad w sprawie zachowania się i prób przetrwania obozu.

A oto one: ucho i oko. Wszystko słyszeć, wszystko widzieć, a udawać, że nic się nie słyszy i niczego nie widzi. Były to cenne rady, które przekazywałem następnie przybyłym kolegom, a które w wielu wypadkach, przy skrzętnym stosowaniu, okazały się zbawienne.

Muszę wspomnieć o pierwszej mojej nocy w obozie, nocy grozy. Koszmarnej nocy. Około godziny 21.00 rozłożono sienniki. Z nazwy tylko, były to bowiem wory papierowe, napełnione trotami, o wadze 5–6 kg. Na jeden siennik wypadło mniej więcej czterech więźniów. Nawet śledzie w beczce nie są tak gęsto układane. Było tak ciasno, że cała izba falowała, a wśród tego okropna rzecz: miliony pcheł i wszy. Jeśli wszy określam jako stworzenia łagodne, które napiwszy się do syta krwi ludzkiej śpią z delikwentem, to przeklęte pchły tną niemiłosiernie całą noc... O spaniu mowy być nie mogło.

Wstając w nocy do ubikacji, nigdy nie wrócisz na swoje miejsce, jest ono już zajęte, a zanim gdzieś się wciśniesz, nie obejdzie się bez przekleństw, szturchańców i popychań. Takie mniej więcej były noce, a dzień pracowity i głodny. O godz. 5.00 pobudka i biegiem do mycia. Jedna studnia – sztuką było ochlapać się wodą i nieco orzeźwić. Zbiórka po kawę. Tych parę łyków, bo chleb na cały dzień zjedzony wieczorem. Zatrzymywać bodaj okruchu chleba nie należało, bo go natychmiast ukradną, a złodziejstwo mimo kar kwitło. Po kawie apel. Zbiórka na placu wszystkich więźniów wyruszających do pracy. Jeżeli stan się zgadzał, stójka na zimnie, deszczu czy mrozie nie trwała dłużej jak godzinę. Ale w wypadku niezgodności stanu stójki przeciągały się w nieskończoność, zwłaszcza przy apelach wieczornych, i trwały po kilka godzin, a nawet i całą noc.

Ciekawy byłem na pierwszy dzień mojej pracy w obozie. Po wywołaniu mnie przydzielono mi komando kosiarzy. Grupa więźniów w liczbie paruset, a ja wśród nich, maszerowała do wsi Babice odległej o parę kilometrów od Oświęcimia. W asyście SS-manów i psów posuwaliśmy się chyżo do pól i łanów zbóż, które mimo późnej pory nie były jeszcze zżęte ani skoszone. Obstawieni SS-manami zaczęliśmy kośbę pszenicy. Ja jako kosiarz, a za mną do odbierania garści tzw. odbieracz. Był to ksiądz, jak się później dowiedziałem, Jankowski, pallotyn z Niepokalanowa k. Warszawy. Kosić umiałem nawet tak tępą kosą, jaką otrzymałem. Następnego dnia w czasie przerwy obiadowej – obiady dowożono – zacząłem klepać swoją kosę, bo i tę umiejętność posiadałem. Wtem nagle poczułem straszny ból. Kapo zwany „Ślepym Maksem” uderzył mnie z całej siły w twarz tak mocno, że upadłem i nakryłem się nogami.

Czytaj także:
Gorsi niż SS. To oni byli panami życia i śmierci w obozach

Gdy zapytałem, za co mnie bije, wrzasnął: – Dlaczego nie powiedziałeś, że umiesz klepać kosy? Oświadczyłem, że przecież nikt mnie o to nie pytał. Skutek był taki, że zamiast kosić, od tego momentu klepałem kosy, siedząc na snopie zboża obok posterunku. Mimo bólu ramion była to praca znacznie lżejsza. Zadzierzgnięte więzy z ks. Jankowskim trwały. Razem wracaliśmy po pracy do obozu, razem wlekliśmy na noszach sporządzonych z gałęzi trupy zabitych czy pokaleczonych przy pracy. Bo na apelu musieli być żywi i umarli – wszyscy. Pragnę dodać, że cała grupa kosiarzy to przeważnie inteligencja. Grupa świadomie wybrana, żeby przy ciężkiej pracy można ją było co rychlej zlikwidować.


Pewnego dnia mała dziewczynka, nieznana mi w ogóle, podrzuciła mi, idąc drogą, flaszkę mleka, wskazując gestem miejsce. Przy pracy „Ślepy Maks” pobił styliskiem od łopaty ks. Jankowskiego do nieprzytomności. Cała jego twarz stanowiła jedną maskę zakrzepłej krwi, oczy ledwie widoczne. W czasie przerwy obiadowej postanowiłem obmyć mu twarz nie chustką do nosa, a raczej ścierką. Pochyliłem się nad stawem i obmywałem mu całą twarz. Wtem, niespodziewanie, kapo chwycił mnie za nogi i wrzucił do stawu. Zacząłem płynąć. Myślałem, że wyjdę z wody na przeciwległym brzegu. Wówczas SS-man zaczął do mnie strzelać. Zawróciłem. Za czyn ten wsadzono mnie do bunkra jako podejrzanego o ucieczkę. Nie miałem absolutnie zamiaru uciekać, zresztą było to w owym czasie niemożliwe.

Przesłuchiwany na Politische Abteilung (wydziale politycznym) ks. Jankowski miał rzekomo zeznać, że nosiłem się z zamiarem ucieczki już od dłuższego czasu. Protokół jego zeznań odczytano mi, czemu kategorycznie zaprzeczyłem. Nabrałem wówczas wielkiego żalu tak do księdza Jankowskiego, jak i jemu podobnych.

(…)

Któregoś dnia już u kresu sił z ogromnym strachem zgłosiłem się na bloku 28. jako chory. Sprawa nie wyglądała podejrzanie, gdyż wyglądałem już na stuprocentowego „muzułmanina”. Jakiś nieznany mi wówczas więzień, a był to, jak później stwierdziłem, kol. Kieliszek, posadził mnie na basen, aby stwierdzić, czy w kale jest krew, bo tylko ten stan można było uznać za Durchfall. Jako „durchfalistę” postawiono mnie przed obliczem lekarza niemieckiego, którym, jak się później dowiedziałem, był dr Entress. Nie popatrzył nawet na mnie, a obecny przy badaniu kol. Walentynowicz, który był blokowym z 28. bloku, zawyrokował:

– Blok 20. Durchfall

Blok 20-ty nazywano szumnie szpitalem. Był to blok chorób zakaźnych. Szpital to tylko nazwa, a całość to chyba ironia. To, co zobaczyłem pod nazwą szpitala, to był chyba najpodlejszy śmietnik.

Na sali brudnej, zawszonej, bez łóżek, na trotach w workach papierowych, konały setki ludzi. Nie była to żadna opieka lekarska. Smród i gnój przeraźliwy. Nikt się tym nie przejmował. Do takiej sali przydzielono mnie jako chorego na Durchfall. O śnie mowy nie było. Pchły nie pozwalały zasnąć. Można je było zbierać garściami. Nie ma w tym absolutnie przesady.

Izbowy tej sali, Konrad Szweda, który, jak później się dowiedziałem, był księdzem, zwrócił się do lżej chorych o pomoc w nocnych dyżurach. Zgłosiłem się zaraz z innymi kolegami, bo za pracę była nagroda w postaci dolewki zupy. Czynność dyżurnego polegała na wynoszeniu wiader z kałem, na wywlekaniu trupów na korytarz po uprzednim wypisaniu ich numerów na rękach i piersiach. Tak opisany szkielet więźnia był gotów na ostatnią podróż do przybytku zwanego krematorium. W pierwszą noc wniosłem około dwadzieścia wiader kału i rano opisałem dwudziestu trzech umrzyków. Stan izby wynosił niewiele ponad sto osób. Z tego przykładu widać jasno, jaka była śmiertelność, i to naturalna. Mówiono, że w tę noc było bardzo mało zmarłych i że miałem duże szczęście. Przeciętnie bowiem umierało znacznie więcej. W tym czasie gaz i fenol nie były jeszcze stosowane.

Czytaj także:
Karły z Auschwitz. „Anioł Śmierci” poddawał je makabrycznym eksperymentom

Niejednego zastanowić może, jaka była przyczyna tej ogromnej śmiertelności, w czasie kiedy obóz zaczął się zaledwie rozrastać, kiedy transportów nie przybywało za wiele, a my jako jedni z pierwszych tworzyliśmy tzw. kadrę obozową. Jedną z wielu przyczyn chorób i śmiertelności była regulacja Soły. W upalne dni czy zimne szarugi grupy więźniów pracowały w wodzie. Przy słońcu praca była znośna, a niekiedy nawet przyjemna. Ale po zachodzie słońca większość więźniów dostawała dreszczy, występowała gorączka i wystarczyło kilka dni, by chory umierał. A rodziny w kraju, matki czy siostry wyrażały zdziwienie. Jak to? Tak niedawno aresztowany, taki był zdrowy. Czło­wiek głodny, pozbawiony codziennie i systematycznie potrzebnych do życia kalorii, znikał w oczach.

Drugą bardzo częstą przyczyną śmierci przy pracy była przynależność do opisanego uprzednio przeze mnie komanda kosiarzy. Pamiętałem przecie jako młody chłopiec polską wieś, gdzie kośby uważano za jedną z najcięższych prac. Kosiarze z uwagi na to musieli być silni i jak najlepiej odżywieni.

Trzecim rodzajem zabójczej pracy była budowa nowych ulic w obozie. Słynny „walec Krankemanna”, ważący kilkanaście ton, ciągnęli więźniowie. Tym walcem ubijano drogi. Siłą pociągową byli przeważnie księża i Żydzi. Sto osób rano, sto po południu na sznurach i przy dyszlu ciągnęło tego potwora. A na walcu największy z katów, kapo Krankemann z batogiem w ręce. Jeden z trzydziestu naszych „wychowawców” przybyłych do Oświęcimia z Sachsenhausen.

Nierzadkie były wypadki, kiedy więzień upadał z wyczerpania. Wówczas padała komenda: „Weiter fahren!i żywy delikwent był po prostu rozwalcowywany. Na żwirze i piasku pozostawała tylko wielka krwawa plama. Taczka piasku przewalcowana ponownie nie pozostawiała już ani śladu. A wielu z ludzi nie może uwierzyć, że spoiwem dróg oświęcimskich były ciało i krew więźniów.

W opisywanym czasie obóz w Oświęcimiu liczył niewiele ponad 4 000 więźniów. Małe krematorium przy wejściu wystarczało zupełnie na spalenie osób, które ginęły śmiercią naturalną.

(…)

Tytuł pochodzi od redakcji.

Czytaj także