Tajemnica zamachu na Bieruta. Kogo naprawdę zabił fałszywy enkawudzista?

Tajemnica zamachu na Bieruta. Kogo naprawdę zabił fałszywy enkawudzista?

Bolesław Bierut dekorujący przodowników pracy uczestniczących w odbudowie mostu Poniatowskiego w Warszawie (1946)
Bolesław Bierut dekorujący przodowników pracy uczestniczących w odbudowie mostu Poniatowskiego w Warszawie (1946) / Źródło: Wikimedia Commons / Fot: J. Mierzanowski
Dodano 11
Człowiek w mundurze NKWD rozejrzał się i szybkim krokiem skierował w stronę apartamentu Bieruta. Lewą ręką nacisnął klamkę, prawą wyciągnął pistolet z kabury. Osobnik siedzący za biurkiem w przedsionku apartamentu podniósł nań wzrok. Wąsik, czarne włosy zaczesane do tyłu – Bierut! Fałszywy enkawudzista błyskawicznie uniósł rękę. Nacisnął spust w chwili, gdy tamten otwierał usta do krzyku...

Poniższy tekst jest fragmentem książki Marcina Szymaniaka „Polskie zamachy” (Wyd. Znak Horyzont)

W pierwszej dekadzie lutego 1945 roku Bolesław Bierut przybył do Krakowa, gdzie zamieszkał w Hotelu Francuskim. Miał tu odbyć rozmowy polityczne i wziąć udział w prapremierze Wesela w otwieranym właśnie na nowo Teatrze im. Słowackiego. 10 lutego przed wejściem do czteropiętrowego, ciemnobeżowego hotelu pojawił się szczupły mężczyzna średniego wzrostu, ubrany w mundur NKWD, z dystynkcjami kapitana. Nie wzbudził podejrzeń wartowników przed wejściem. Machnął im przed oczami legitymacją i wkroczył dziarskim krokiem do holu.

Znajdujący się tam ochroniarze i ludzie z otoczenia Bieruta nie zwrócili nań szczególnej uwagi: widok oficera z malinowym otokiem na czapce idącego do szefa był najzupełniej naturalny. Gość wszedł po schodach na piętro i skręcił w korytarz. Skinął niedbale ręką idącemu z naprzeciwka, palącemu papierosa porucznikowi Stanisławowi Myślińskiemu. Ten odpowiedział gestem i wszedł w boczny korytarzyk, tracąc mężczyznę z pola widzenia.

Człowiek w mundurze NKWD był teraz sam w korytarzu. Rozejrzał się i szybkim krokiem skierował w stronę apartamentu Bieruta. Lewą ręką nacisnął klamkę, prawą wyciągnął pistolet z kabury. Osobnik siedzący za biurkiem w przedsionku apartamentu podniósł nań wzrok.

Wąsik, czarne włosy zaczesane do tyłu – Bierut! Fałszywy enkawudzista błyskawicznie uniósł rękę. Nacisnął spust w chwili, gdy tamten otwierał usta do krzyku. Rozległ się huk, strzał bezbłędnie celny. Na czole ofiary ukazał się ciemnoczerwony otwór.

Trysnęła krew; trafiony bezwładnie opadł na biurko i uderzył głową w blat. Przebieraniec zamknął za sobą drzwi i szybkim krokiem ruszył w stronę schodów. Myśliński, usłyszawszy odgłos strzału, zawrócił i znalazł się z powrotem w głównym korytarzu. Ujrzał plecy oddalającego się szybkim krokiem człowieka w radzieckim mundurze. Zdezorientowany, niepewny, czy to on strzelał, ruszył prędko za nim.

– Kapitanie, zaczekajcie! – krzyknął.

Ścigany ani myślał się zatrzymać, zbiegał już szybko po schodach.

– Bo będę strzelać! – zawołał Myśliński, goniąc mężczyznę i celując w niego z tetetki.

Zamachowiec nagle zaczął wrzeszczeć, jakby uciekał przed ścigającym go wariatem. Licząc widocznie, że ta sztuczka może zdezorientować stojących na parterze ochroniarzy, zeskakiwał dalej po kilka stopni jednocześnie. Ochroniarze jednak nie dali się nabrać.

Usłyszawszy strzał i wrzaski, wyciągnęli broń, blokując przejście z pistoletami gotowymi do strzału. Zamachowiec wpadł w pełnym pędzie na parter i ujrzał mierzących doń zewsząd wartowników i bezpieczniaków. Próbował jeszcze wycelować w biegu do bezpośrednio tarasującego mu drogę, ale z boku rzucił się na niego inny i wykręcił mu dłoń. Po chwili fałszywy enkawudzista był już obezwładniony i trzymany pod lufami gromady funkcjonariuszy.

– To on strzelał! – wołał Myśliński, który wbiegł tymczasem na parter.

– Oddać broń – rozkazał jeden z ochroniarzy, celując w porucznika.

– Chłopie, zwariowałeś?! – jęknął Myśliński.

Widząc jednak, że funkcjonariusz nie żartuje, posłusznie podał mu tetetkę. Ostrożność była zrozumiała; wartownicy nie wiedzieli przecież, co się stało na górze i kto strzelał. Zamachowca odprowadzono do jakiegoś osobnego pomieszczenia, Myślińskiego posadzono pod strażą na recepcji. W hotelu rozdzwoniły się telefony, niebawem zaroiło się w nim od bezpieczniaków, głównie oficerów NKWD. Pojawił się też prokurator Jerzy Sawicki. Szybko ustalono, że człowiek w mundurze radzieckiej bezpieki to przebieraniec, rozwiały się więc wątpliwości co do sprawcy. Sawicki nakazał zwolnić porucznika. W apartamencie polskiego przywódcy myszkowali już tymczasem enkawudziści. Biurko, na którym leżała głowa ofiary, zalane było krwią.

W czasie ataku Bolesław Bierut przebywał ponoć w innym skrzydle budynku, u ministra oświaty Stanisława Skrzeszewskiego. Fakt zamachu postanowiono, zgodnie ze stalinowskim wzorcem, ukryć przed opinią publiczną. Świadkom przykazano, by nie pisnęli ani słówkiem o tym, co widzieli i słyszeli. Według oficjalnej wersji wydarzeń, która miała być znana tylko wąskiemu kręgowi wtajemniczonych, w Hotelu Francuskim zginął osobisty sekretarz i goryl szefa KRN. Ów krępy, średniego wzrostu mężczyzna z wąsikiem i czarnymi włosami miał być podobny do Bieruta. Zamachowiec mógł go łatwo pomylić z komunistycznym politykiem, którego wizerunek był w tym okresie jeszcze zupełnie nieznany. Ślad po przebierańcu zaginął. Według wszelkiego prawdopodobieństwa mężczyzna został wywieziony gdzieś przez NKWD. Czy był torturowany i wydał swych wspólników, tego nie wiadomo. Do Polaków nie przedostały się żadne informacje na ten temat. Można domniemywać, że zamach nie był czynem kogoś działającego w pojedynkę; został raczej zorganizowany przez jedną ze zbrojnych grup konspiracyjnych.

Zebranie dokładnych informacji o miejscu pobytu Bieruta, zdobycie munduru oficera NKWD, profesjonalnie wykonana egzekucja – wszystko to wskazywało na ludzi mających spore doświadczenie w walce podziemnej, na pewno nie amatorów. Jakiekolwiek umiejętności posiadaliby bojownicy podziemia, nie mogło to już jednak wpłynąć na odwrócenie karty dziejów. Dokładnie w tych dniach toczyła się konferencja w Jałcie, podczas której mocarstwa zachodnie zgodziły się na pozostawienie Polski w radzieckiej strefie wpływów. Nie było raczej innego wyjścia. Armia Czerwona jak szarańcza obsiadła ziemie nad Wisłą i można się było spodziewać, że się nie cofnie, dopóki nie zagwarantuje w Polsce powolnego Moskwie rządu. Była jeszcze tylko jedna deska ratunku, choć cienka i licha, z góry właściwie skazana na połamanie. W efekcie porozumienia liderów koalicji antyhitlerowskiej do rządów nad Wisłą miano dopuścić przedstawicieli części emigracji londyńskiej.

Zezwolono też na działalność w kraju niezależnego od komunistów Polskiego Stronnictwa Ludowego, kierowanego przez Stanisława Mikołajczyka. Zachód liczył na utrzymanie dzięki temu jakiejś formy kulawej, ograniczonej demokracji. Stalin zaś zakładał, że są to tylko tymczasowe ustępstwa służące międzynarodowemu uznaniu nowej władzy. Okres przejściowy miał się zakończyć wyeliminowaniem Mikołajczyka i dać początek nowemu etapowi – budowaniu totalitarnego państwa komunistycznego w stylu radzieckim. Decydującą rozprawę zarówno ze zbrojnym podziemiem, jak i z opozycją Mikołajczykowską miała przynieść końcówka 1946 roku. Jesienią zadano decydujące ciosy partyzantce, rozbijając najgroźniejsze oddziały leśne.

Na 19 stycznia 1947 roku wyznaczono datę wyborów do Sejmu. Głównym rywalem komunistów, występujących jako Blok Demokratyczny, było oczywiście Polskie Stronnictwo Ludowe. Opozycji nie dano jednak żadnych szans. Kampania wyborcza odbywała się w atmosferze zastosowanego na masową skalę terroru w stalinowskim stylu. Działacze PSL ginęli w tajemniczych okolicznościach, byli napadani, bici i zastraszani. Z więźniami politycznymi obchodzono się w bestialski sposób, celowo rozpuszczając pogłoski na ten temat, by zasiać strach w społeczeństwie. Gęstniejąca atmosfera grozy wokół katowni służb bezpieczeństwa była dokładnie tym, o co chodziło. Terror miał paraliżować wszelki sprzeciw. Komuniści zorganizowali prawdziwą armię działaczy przygotowanych do akcji wyborczej. Ponad 200 tys. agitatorów chodziło od domu do domu, zachęcając do wsparcia Bloku Demokratycznego. Kilka milionów rodzin przeżyło ich odwiedziny, wysłuchując obietnic i zawoalowanych pogróżek.

Wchodząc za kotarę w lokalu wyborczym, każdy mógł jednak zagłosować, jak chciał. Nie wywierano jeszcze presji na jawne głosowanie. PSL uzyskało w efekcie zdecydowaną większość głosów, choć nie jest pewne, ile dokładnie. Oficjalne wyniki trzeba więc było sfałszować. Jak podano w komunikacie wyborczym, Blok Demokratyczny uzyskał 80 proc. głosów, podczas gdy PSL nieco ponad 10.

Czytaj także:
Polski satrapa Stalina. To on był katem sowieckiej Ukrainy

5 lutego 1947 roku nowy Sejm, w którym komuniści mieli 394 mandaty, wybrał Bolesława Bieruta na Prezydenta Rzeczpospolitej. Zaprzysiężenie odbyło się z wielką pompą. Komunistyczny lider zajechał przed gmach parlamentu okazałą, elegancką limuzyną, w otoczeniu szwadronu szwoleżerów. Wstąpiwszy na trybunę, uroczyście przyrzekł pracować dla dobra narodu, „święcie przestrzegać” praw demokracji i strzec godności Polaków. „Tak mi dopomóż Bóg” – zakończył ślubowanie. Bierut formalnie nie zasiadał we władzach komunistycznej Polskiej Partii Robotniczej, odgrywając – jako bezpartyjny – rolę przywódcy państwa stojącego ponad podziałami. W rzeczywistości była to zupełna fikcja. W Belwederze odbywały się posiedzenia ścisłego kierownictwa komunistów, a główny lokator pałacu miał zasadniczy wpływ na politykę PPR. W działalności towarzyszył Bierutowi nieodłączny cień – wierna Wanda Górska. Zaczynali pracę razem wcześnie rano. Około godziny 14 jedli obiad w saloniku przylegającym do jego gabinetu, po czym siedzieli w biurze, wśród stert papierzysk, do późnego wieczoru.


Droga do pełnej stalinizacji stała już otworem. O otwartym wypowiadaniu opinii nie było mowy; dotyczyło to również – a może przede wszystkim – oficjeli niższego szczebla i działaczy partyjnych. Informacje na temat sytuacji w państwie i partii, coraz ściślej reglamento-wane, zastępował propagandowy bełkot. W nieunikniony sposób coraz większą rolę odgrywały przekazywane szeptem czy półgłosem sekrety i pogłoski. W zaufanych kręgach, wśród sprawdzonych przyjaciół, krążyły poufne wiadomości, często zniekształcone, oraz zwykłe plotki. Szczególnie duże emocje budziły informacje o tym, kto jest czyim człowiekiem i dla kogo pracuje. W oficjalnie jednolitej PPR działały różne zwaśnione ze sobą grupy, a w tym tyglu mieszała jeszcze budząca grozę agentura radzieckiej NKWD. Podczas wieczornych spotkań przy wódce szczerze rozmawiali ze sobą w 1946 roku dwaj pozostający w komitywie wiceministrowie obrony narodowej – stary bolszewicki wyjadacz, 50-letni generał Karol „Walter” Świerczewski i 38-letni Piotr Jaroszewicz. Ten pierwszy, weteran Armii Czerwonej i wywiadu wojskowego Razwiedupr, posiadał bardzo rozległą wiedzę na temat radzieckich służb specjalnych. Pewnego wieczoru, lekko podchmielony, uchylił swemu rozmówcy rąbka tajemnicy w sprawie tzw. matrioszek, jednej z najbardziej niezwykłych praktyk wywiadu ZSRR. Jaroszewicz pociągnął go za język i usłyszał niewiarygodną historię o działających w Polsce agentach sobowtórach. Historię, która rzucała też nowe światło na zamach na Bieruta w Hotelu Francuskim.

„Walter” twierdził, że informacje na ten temat uzyskał przy kielichu od generała NKWD Gieorgija Siergiejewicza Żukowa. Dowódca ów pracował w radzieckiej bezpiece „na polskim odcinku”. 23 września 1941 roku objął funkcję łącznika z dowództwem armii generała Władysława Andersa, formowanej z Polaków przebywających na terenie ZSRR, podległej zaś rządowi emigracyjnemu w Londynie. Oprócz swych zwykłych zadań Żukow prowadził też inwigilację andersowców. Stosował w tym celu technikę matrioszek, praktykowaną już przez bolszewików od ponad 20 lat, początkowo przeciw białej emigracji rosyjskiej. Metoda wzięła nazwę od popularnych w Rosji kolorowych, drewnianych bab wkładanych jedna w drugą, mniejsza w większą. Wywiad bierze na cel jakąś osobę, szukając kogoś do niej łudząco podobnego, sobowtóra, „większej matrioszki”. Zwerbowany sobowtór przechodzi odpowiednie szkolenie, wcielając się w postać ofiary. W odpowiednim momencie ofiarę zabija się lub porywa, na jej miejsce wstawiając gotowego już do pracy agenta. Matrioszka agent pochłania matrioszkę cel i zaczyna tajną misję dla swych mocodawców. Chorobliwie podejrzliwy Stalin obawiał się podobno, że ta diabelska metoda może kiedyś zostać zastosowana przeciw niemu. Odbiciem tych lęków był popularny w ZSRR dowcip:

Dyktator siedzi w gabinecie, nagle wpada zaaferowany Beria: – Towarzyszu Stalin, pilna wieść! Odkryliśmy, że w Gori mieszka człowiek dokładnie taki sam jak wy. Takie same rysy twarzy, włosy, wąsy.

Stalin zrywa się zza biurka: – Natychmiast rozstrzelać! – Mmm... A może wystarczy... ogolić?

Najprościej można było podmieniać osoby żyjące samotnie; rodzinie przecież łatwo się zorientować, że z mężem czy tatusiem coś jest nie tak. W wypadku skoszarowanych, często w ogóle pozbawionych kontaktu z rodzinami andersowców Żukow i jego ludzie mieli ułatwione zadanie. Kandydatów na ich sobowtórów werbowano wśród polskich rodzin mieszkających w Rosji albo w radzieckich domach dziecka. Ich wychowankowie, poddani ideologicznemu praniu mózgów, byli szczególnie chętni do udziału w zaszczytnej, supertajnej misji przeciw wrogom Związku Radzieckiego. Kandydaci, wybrani z uwagi na wygląd i predyspozycje, przechodzili następnie w obozach radzieckiej bezpieki intensywne szkolenie na „autentycznych Polaków”.

Nie bagatelizowano żadnych istotnych szczegółów. Dwaj pracujący dla NKWD byli polscy księża uczyli np. adeptów elementów obyczajowości katolickiej. Potem każdy agent poznawał już cechy osobowości i zwyczaje osoby, za którą miał zostać podmieniony. Stawał się stopniowo człowiekiem celem, nigdy oczywiście nie stawał się jego perfekcyjną kopią, niemniej coraz trudniejszym do od-różnienia od oryginału. Gdy w 1942 roku Stalin zgodził się wstępnie na wyprowadzenie armii Andersa do Iranu, Żukow otrzymał sygnał, że zbliża się termin wymiany oryginałów na kopie. Przyspieszono przygotowania agentów. Ostatecznie, jak miał ujawnić Świerczewskiemu generał NKWD, w oddziałach Andersa ulokowano czterech agentów matrioszki. Pora do przeprowadzenia tego typu operacji była wyśmienita; andersowcy przebywali w obozach w ekstremalnie ciężkich warunkach, niedożywieni i dziesiątkowani chorobami. Nietrudno było o rozstrój nerwowy czy szaleństwo.

Biorące się ni stąd, ni zowąd różnice w zachowaniu łatwo było złożyć na karb wycieńczenia, napięcia nerwowego, postępujących zaburzeń psychicznych. Korzystając ze sprzyjających okoliczności, dublerzy wcielili się z sukcesem w przypisane im role, a osoby, które zostały nimi zastąpione, porwano i najpewniej zamordowano. Po listopadzie 1942 roku wszystkie cztery matrioszki znalazły się wraz z całą 80-tysięczną armią Andersa w Iranie. Nigdy nie zostały zdemaskowane. Służyły Moskwie przez całą wojnę, potem zaś rozpracowywały jako „weterani od Andersa” emigrację polską na Zachodzie. Zakończywszy z powodzeniem operację na tym odcinku, Żukow miał się skupić na kolejnym celu, również polskim. Chodziło tym razem o polskich komunistów w ZSRR, którzy 1 marca 1943 roku założyli z inicjatywy Stalina Związek Patriotów Polskich (ZPP). Radziecki tyran pragnął, by nowy polski ruch komunistyczny był mu całkowicie uległy. Cóż mogło lepiej to zagwarantować niż przygotowanie zawczasu matrioszek, których można by użyć w alarmowej sytuacji?

Żukow zaczął więc poszukiwać kandydatów na sobowtórów działaczy ZPP i dowódców formowanej pod ich egidą w Sielcach nad Oką dywizji piechoty im. Tadeusza Kościuszki. W miarę posuwania się Armii Czerwonej na zachód, w stronę dawnych polskich granic, rosło prawdopodobieństwo ich użycia w przyszłości. Dopóki polscy działacze komunistyczni znajdowali się w garści Stalina, trudno było oczekiwać, że w czymkolwiek mu się sprzeciwią. Jak jednak będą się zachowywać, gdy schwycą ster władzy w Polsce, gdy stworzą już z radziecką pomocą własną armię i aparat bezpieczeństwa? Czy nie zaczną wierzgać, tak jak w latach 30. wierzgała Stalinowi niewielka, ale krnąbrna Komunistyczna Partia Polski?

Na Polaków, lubiących demonstrować niezależność, trzeba było mieć oko. Zapobiegliwy dyktator, znany z umiejętności dalekosiężnego przewidywania sytuacji, rozważał więc różne opcje. I na każdą się ubezpieczał. Ilu sobowtórów ulokowano u polskich komunistów, trudno stwierdzić. Generał Żukow mówił Świerczewskiemu o czterech matrioszkach w armii Zygmunta Berlinga i trzech w utworzonej pod okupacją niemiecką Polskiej Partii Robotniczej i jej zbrojnych oddziałach. Najprawdopodobniej jednak operacja ta była szerzej zakrojona. Według historyka doktora Lecha Kowalskiego na podstawie akt dowództwa Wojskowej Służby Wewnętrznej można stwierdzić, że do armii Berlinga wprowadzono około 50 osób z fałszywymi życiorysami. Ludzie ci znaleźli się głównie w pionach informacji wojskowej, politycznym, kwatermistrzostwa i służb medycznych. Ilu z nich było matrioszkami sensu stricto, tego nie sposób ustalić.

Na dość szeroki zasięg operacji wskazują również wspomnienia niektórych Polaków żyjących w ówczesnym ZSRR. Znana filozofka profesor Barbara Skarga pisała o swojej znajomej, niejakiej Hali, która po wojnie otrzymała od NKWD propozycję wyjazdu do Polski w chara-terze „repatriantki”. Wyraziwszy zgodę, zaczęła szkolenie w jakimś pałacyku na odludziu, na terenach wschodniej Ukrainy. „Studiowała plan przedwojennej Warszawy, nazwy ulic, kawiarni, nazwiska nieistniejących już sklepikarzy wokół jej rzekomego domu. Dawano jej nawet dziecinne polskie książki do czytania” – wspominała profesor Skarga w książce Po wyzwoleniu (1944–1956).

Czytaj także:
Stalin kontra geje. Komunistyczna wojna z homoseksualizmem

Świadomi tego wszystkiego partyjni oficjele zadawali sobie po cichu oczywiste pytania: jak wysoko sięgnęły w Polsce macki radzieckiej fabryki sobowtórów? Czy ktoś z najwyższego kierownictwa jest podstawioną już „większą matrioszką”? Czy NKWD trzyma w ukryciu sobowtórów jakichś dygnitarzy z państwowej i partyjnej wierchuszki? Kiedy i w jakich okolicznościach może ich użyć? Wiktor Grosz, jeden z generałów Ludowego Wojska Polskiego, trzymał na razie swe podejrzenia w tajemnicy. W czasie wojny jako współtwórca ZPP i dywizji im. Kościuszki współpracował z NKWD i wiele wiedział. Był przekonany, że radziecka bezpieka znalazła i przeszkoliła matrioszkę samego lidera Polski Ludowej – Bolesława Bieruta.

Miał poznać tego mężczyznę jeszcze przed wojną, zanim został on dublerem przyszłego komunistycznego prezydenta. Prawdziwy Bierut, ten urodzony w 1892 roku w Rurach Brygidkowskich koło Lublina, był wiernym stalinowcem i agentem NKWD, teoretycznie więc nie było specjalnej potrzeby zastępowania go agentem. W jego wypadku, jak uważał Grosz, chodziło jednak o inny cel i cała operacja miała nieco odmienny przebieg. Bieruta poinformowano bowiem zawczasu, że będzie miał sobowtóra, i obu panów przedstawiono sobie nawzajem. Matrioszka miała pomóc politykowi w wykonywaniu arcytrudnego zadania, jakim było przewodzenie polskim komunistom w czasie okupacji, a potem – ewentualnie – przejmowania władzy w kraju. Swą przydatność dubler udowodnił już w lipcu 1943 roku. Grosz twierdził, że to właśnie fałszywy, a nie prawdziwy Bierut został wówczas przerzucony do okupowanej Polski, gdzie wszedł w skład podziemnego Komitetu Centralnego PPR. NKWD uznało ponoć, że przeszkolony w technikach operacyjnych agent matrioszka lepiej sobie poradzi w trudnych warunkach okupacyjnych.

Gdyby podejrzenia generała Grosza były prawdziwe, można przypuszczać, że pod koniec niebezpiecznej misji Bierut matrioszka był już nieźle wprawiony w swej roli. Może nawet zaczął się czuć... prawdziwym Bierutem? Z punktu widzenia NKWD taka ewolucja świadomości nie mogła nastręczać kłopotów. Bezpiece zależało przecież na jak najbardziej wiarygodnych, jak najautentyczniejszych matrioszkach. Na początku 1945 roku, jeśli wierzyć opowieściom współtwórcy ZPP, było więc dwóch Bierutów. Pierwszy kierował rodzącym się w bólach państwem socjalistycznym. Drugiego trzymano gdzieś w ukryciu, może w jakimś tajnym lokum NKWD, skąd wyjeżdżał czasami, by zastąpić lidera na jakichś oficjałkach. Wydarzenia związane z zamachem w Krakowie, otoczone przez kierownictwo państwa najściślejszą tajemnicą, wywołały wśród działaczy partyjnych niższego szczebla zrozumiałą falę pogłosek. Szczególnie chętnie powtarzano wieść, że prawdziwy Bierut zginął i został natychmiast zastąpiony przez NKWD matrioszką.

Dobrze już doświadczony sobowtór miał bez większych problemów przejąć na stałe rolę towarzysza „Tomasza”. Jak można było przewidzieć, szybko pojawiły się też wskazówki mające udowodnić, że szef KRN nie jest tym prawdziwym. Zwracano np. uwagę na charakter pisma przywódcy; zdradzał ponoć, że jego pierwszym, wyuczonym w dzieciństwie alfabetem była cyrylica. Polityk nie mógł więc być Bierutem z Rur Brygidkowskich, nauczonym w wieku sześciu lat łacińskiego alfabetu przez swego ojca, potem zaś szlifującym umiejętności w polskiej szkółce przykościelnej.

Wieści o rosyjskim jakoby pochodzeniu prezydenta docierały do najbardziej odległych zakątków Polski. We wrześniu 1947 roku przywódca Polski Ludowej, zapalony myśliwy, przyjechał na polowanie na dziki do leśniczówki w okolicach Olsztyna. Gdy w otoczeniu oficjeli powrócił w dobrym humorze do swej kwatery i zasiadł do stołu, żona leśniczego natychmiast zaczęła wnosić półmiski ze smakowicie pachnącymi potrawami. „Jak pan prezydent ślicznie mówi po polsku” – wypaliła nagle bezceremonialnie, kładąc jakieś naczynie przed Bierutem. Odwróciła się i wyszła, odprowadzana wzrokiem dygnitarzy, którzy zaniemówili z konsternacji. Prezydent momentalnie zmarkotniał. Jako pierwszy ocknął się dowódca dywizji z Olsztyna, generał Józef Kuropieska. Wyszedł dyskretnie do kuchni za gospodynią i zaczął ją rugać. „Czy pani oszalała?! Przecie to prezydent Bierut” – syczał przyciszonym głosem, tak by w izbie jadalnej nikt nie dosłyszał. Potem tłumaczył się Bierutowi. „To moja wina. Dla zakamuflowania wizyty powiedziałem jej wczoraj, że przyjedzie prezydent Jugosławii” – wyjaśniał pokrętnie. Towarzysz „Tomasz” kiwał smutno głową, prawdopodobnie ani trochę nie wierząc w te tłumaczenia. Do końca wyprawy był już w ponurym nastroju.

(…)

Cały tekst rozdziału pt. „Dwie śmierci Bieruta” dostępny w książce „Polskie zamachy”.

Czytaj także

 11
  • King Henry Happy IP
    JAK towarzyszom " PRAWICOWCOM " nie wstyd BRONIĆ sobowtóra sobowtóra ?! A może to dlatego, że jesteście POWIĄZANI z PiS - em finansowo ? A może mentalnie ?!
    P. S. Teraz ( dzięki waszemu materiałowi ) wiem, że moje podejrzenia co do Rajmunda K. ojca Jarosława i Lecha są praktycznie pewne ! Samookaleczenie, wyjeżdżanie za granicę w głębokim PRL mimo " AK - owskiego " kombatanctwa. I nie prześladowanie, a tylko rozmowy kontrolne. OT " PRAWICA " pełną GĘBĄ !!!
    Dodaj odpowiedź 1 12
      Odpowiedzi: 1
    • Katja IP
      Co tam czerwone kupy? Co wam tu nie pasuje? Rzygacie widzę czerwonym jadem jak zawsze. Pewnie same potomki takich wypierdzioszek sowieckich.
      Dodaj odpowiedź 10 5
        Odpowiedzi: 0
      • Michał IP
        Nie Jaruzelski. Kiszczak.
        Dodaj odpowiedź 2 4
          Odpowiedzi: 0
        • xxxxxxxxxxxxxxxx IP
          Podobno Miś Uszatek też padł ofiarą matrioszki ?
          Dodaj odpowiedź 8 4
            Odpowiedzi: 1
          • Porucznik Borewitch IP
            Raczej nieprawda a to dlatego że po wojnie W. Jaruzelski będący ledwie porucznikiem LWP dosłownie stawał na głowie żeby ściągnąć do Polski siostrę i matkę co mu się zresztą udało. Gdyby był matrioszka to nie tylko by nie ściągnął ich do Polski ale przede wszystkim NKWD zadbał o by o to żeby nie dojechaly do Polski. Zresztą w takiej sytuacji najpierw one trafilyby do piachu
            Dodaj odpowiedź 8 5
              Odpowiedzi: 1