Polski odwet za Wołyń

Polski odwet za Wołyń

Masowa mogiła ofiar UPA w Woli Ostrowieckiej
Masowa mogiła ofiar UPA w Woli Ostrowieckiej / Źródło: Wikimedia Commons / Fot. Leon Popek
Dodano 14
W odpowiedzi na ludobójstwo na Wołyniu polskie podziemie dokonało serii ataków na Ukraińców.

Arkadiusz Karbowiak

Ludobójcza akcja depolonizacji Wołynia przez UPA była dla Polaków szokiem. Brutalne systematyczne wyrzynanie całych osad wyzwoliło w nich oczywistą chęć obrony. Podejmowały ją zarówno tworzące się od zimy i wiosny 1943 r. samoobrony, jak i lotne grupy partyzanckie AK. Ze słownika pojęć wykreślono całkowicie słowo „jeniec”. Złapani z bronią w ręku upowcy byli z reguły – czasami po krótkim przesłuchaniu, a czasami i bez – rozstrzeliwani. O takim zdarzeniu we wsi Sołatwina wspominał Roman Kucharski: „Jedna po drugiej zapalają się od pocisków strzechy chałup i stodół, a po kwadransie płonie już cała wieś. Cywilnej ludności pozwalamy opuścić wieś, a schwytanych z bronią rozstrzeliwuje pluton egzekucyjny”. Czasami ujętych członków UPA przekazywano Niemcom. Tak stało się z zatrzymanym w marcu 1943 r. w spacyfikowanych parę dni później przez UPA Lipnikach partyzantem, a wcześniej policjantem Aleksandrem Małyszką, którego Niemcy powiesili kilka dni później za dezercję.

Udział ukraińskich cywili w atakach na polskie wsie spowodował, że z biegiem czasu nie dawano pardonu wszystkim mężczyznom. Fakt ten potwierdzają wspomnienia żołnierza AK Olgierda Kowalskiego: „Odwet mieliśmy przeprowadzić na wsi Klusk, gdzie należało rozstrzelać wszystkich napotkanych mężczyzn w wieku od 16 do 60 lat”. Inny wołyński konspirator Leon Karłowicz przywoływał przypadek ukraińskiego 15-letniego młodzieńca, który nie rozpoznawszy właściwie organizacyjnej przynależności napotkanego oddziału, domagał się w rozmowie z jego dowódcą przydzielenia broni, by – jak stwierdził – móc „rizat Lachy”. Te słowa oznaczały dla chłopca wyrok śmierci. Wykonali go żołnierze oddziału Władysława Czermińskiego „Jastrzębia”.

Wraz z rosnącą liczbą ofiar rzezi twardniały serca polskich obrońców. 22 grudnia 1943 r. oddział por. Kazimierza Filipowicza „Korda” i ppor. Stanisława Witamborskiego „Małego” spalił wieś Wyżgów, zabijając 39 ukraińskich cywili. Podobny los spotkał wieś Ochniwka, gdzie 12 lutego 1944 r. żołnierze 27. Wołyńskiej Dywizji AK zamordowali aż 166 osób cywilnych (106 znanych z imienia i nazwiska). O powszechnej chęci stosowania bezwzględnego odwetu pisał w swej książce „ZWZ-AK na Wołyniu 1939–1944” Wincenty Romanowski: „Na rzezie, rozboje i rabunki odpowiadano zbrojnymi odwetami, zabijaniem, rekwizycjami, rabunkami. Zabijanie poczytywano za cnotę. Młodzieńcy, którzy potracili całe rodziny, rylcami na kolbach karabinów rejestrowali swe ofiary. Ludzka sprawiedliwość schodziła na skraj zwierzęcej zemsty”.

Czytaj także:
Prawdziwy kat Wołynia - to on, a nie Bandera, był mózgiem ludobójstwa

Przykładem takiej okrutnej odpłaty jest los mieszkańców wsi Swozy zaatakowanej przez polską samoobronę z Różyszcz. Jeden z uczestników akcji tak ją zapamiętał: „Zarówno ja, jak i wszyscy pozostali, nie ustalaliśmy w tym czasie, kto przed nami był – kobiety czy mężczyźni. Widzieliśmy, że ze wsi Swozy, i rozstrzeliwaliśmy, nie zastanawiając się. Mściliśmy się… Poza 26 osobami kobiet i mężczyzn, których zabiliśmy podczas napadu na wieś Swozy, przez nas, napastników, zostało spalone około 60 chat. Ogółem w tej wsi było średnio może 100 chat. Zabraliśmy całe gospodarstwo i mienie z podpalanych chat – krowy, konie, świnie, zboże itd. Wszystko to poszło do niemieckiej żandarmerii w m. Różyszcze”. W styczniu 1944 r. członkowie tej samoobrony spalili wieś Trościanka, zabijając 25 Ukraińców (polskie przekazy mówią o około 30 zabitych).

Ludność cywilną mordowano także w czasie ataku dokonanego w marcu 1944 r. na wieś Stawki, gdzie zginęło około 100 osób. Wskazuje na to fragment relacji świadka: „Kiedy zostaliśmy ostrzelani w tej wsi, jako jeden z pierwszych podszedłem do najbliższej chaty… Wezwałem mieszkańców do opuszczenia domu. Wyszły dwie kobiety. Ucieszyłem się, że nie mężczyźni… Znienacka do »moich« kobiet podbiegł »J« i z bliskiej odległości zabił je strzałami w głowę”. Informacje o tego rodzaju zachowaniach żołnierzy AK trafiały do komendanta okręgu płk. Kazimierza Bąbińskiego „Lubonia”, który chcąc ukrócić samowolę swych podkomendnych, wydał następujący rozkaz: „Zalecam prowadzenie walki z grupami ukraińskimi z całą bezwzględnością i surowymi rygorami… Dla morderców kobiet i dzieci nie ma litości i pobłażania… Nie odwzajemniamy się w walce mordami kobiet i dzieci ukraińskich. Najbardziej kategorycznie powtarzam zalecenia i rozkazy dawane ustnie i na odprawach inspektorom i dowódcom oddziałów partyzanckich, aby nie dopuszczali w walce lub po jej zakończeniu krzywdy kobiecie i dziecku ukraińskiemu. Z całą surowością będę pociągał do odpowiedzialności dowódców i żołnierzy, którzy by posunęli się do takich niegodnych czynów”. O tym, że rozkaz był traktowany poważnie, świadczy przypadek pchor. Tadeusza Korony „Halicza”, który stanął przed obliczem konspiracyjnej Temidy za spalenie trzech wsi: Klekowicz, Turowicz i Klewiecka. Sąd skazał go na karę śmierci. Egzekucję wstrzymał mjr Jan Szatowski „Kowal”.

Na większą swobodę w stosowaniu odwetu za bestialstwo Ukraińców mogli pozwolić sobie polscy policjanci z 202. Schutzmannschaft Bataillon skierowanego na Wołyń. Oddział ten utworzony został w 1942 r. na terenach dystryktu krakowskiego GG, a w jego skład weszli przeniesieni tam służbowo funkcjonariusze granatowej policji. W maju Polacy trafili na Wołyń w sam środek akcji depolonizacyjnej UPA. Polscy szucmani niemal z marszu przystąpili do ratowania zagrożonych eksterminacją rodaków, tworząc swoiste korytarze komunikacyjne, którymi mogli się przedostawać do miast odcięci na prowincji, a zagrożeni eksterminacją polscy cywile. Szucmani nie tylko ochraniali polskie konwoje, lecz także sami wyprawiali się na ukraińskie wsie, terroryzując ich mieszkańców. Ich uczestnik tak je przedstawiał: „Wieś Pidłużne zostaje okrążona i spalona, ludność wystrzelana. Złazne spalona do jednej chałupy. [...] Wypadamy z lasu znienacka na wsie i robimy gruntowne czystki. [...] Palimy w każdej wsi w pierwszym rzędzie młyny i cerkwie, tak że wkrótce w promieniu kilkunastu kilometrów nie ma nigdzie młyna ani cerkwi, ani popa”.

Czytaj także:
Sprawiedliwi wśród Ukraińców

Zdaniem ukraińskich historyków ofiarami polskich oraz polsko-niemieckich akcji policyjnych tylko do lipca 1943 r. miało paść 700 Ukraińców. Nie ma natomiast zbiorczych danych o zabitych na Wołyniuprzez polskie formacje policyjne i podziemne. Według szacunków Józefa Turowskiego liczba ofiar tylko AK-owskiego odwetu wyniosła 2 tys., ale szczegółowych badań do tej pory na ten temat nikt nie przeprowadził.

W Galicji

Pod koniec 1943 r. akcja depolonizacyjna z Wołynia zaczęła przenosić się na obszary Galicji Wschodniej. Wiosną 1944 r. także tam oddziały AK przystąpiły do zdecydowanych działań odwetowych. Ofiary wybierano na chybił trafił. Jedynym kryterium przesądzającym o egzekucji było ukraińskie pochodzenie. W nocy z 21 na 22 marca 1944 r. w miejscowości Soroki koło Starego Sioła oddziały lwowskiego Kedywu zastrzeliły 17 Ukraińców, w tym księdza greckokatolickiego wraz z rodziną. Oddziały AK w nocy z 15 na 16 marca spaliły w Chlebowicach Świrskich 12 gospodarstw i wymordowały 60 ukraińskich cywili. W Łopusznej ofiarami Kedywu padło 46 furmanów z Porsznej i Podciemnia, którzy przyjechali tam na swoje nieszczęście po drzewo.

Nie zawsze istniejące przekazy o krwawej polskiej zemście znajdują potwierdzenie w ukraińskich dokumentach. Tak wygląda sprawa rzekomej masowej zbrodni dokonanej przez oddział 14. Pułku Ułanów Jazłowieckich dowodzony przez mjr. Dragana Sitorovicia „Drażę” we wsi Szołomyja. Rzeczywiste straty ukraińskie przedstawia fragment meldunku OUN: „11 VI 1944 r. o godz. 24 Polacy ze Starego Sioła, Dawidowa i Gańczar okrążyli wieś i przystąpili do jej niszczenia, do którego przygotowywali się przez kilka dni. Rozpoczęli ostrzał i z dwóch stron ich oddziały ruszyły do centrum wsi. [Strzelali] z karabinów nabojami zapalającymi, rzucali na chałupy granaty zapalające oraz proch łatwopalny na strzechy. Wieś zaczęła palić się od południowej i zachodniej strony. Tylko od strony wschodniej była wolna. W akcji brało udział około 500 ludzi z 7 dowódcami, którzy utrzymywali ze sobą łączność przez jeźdźca… Spalono 54 gospodarstwa i zabito 4 ludzi”. Według danych ukraińskich polski odwet w Galicji Wschodniej do lipca 1944 r. dotknął 521 Ukraińców.


Wiosną 1943 r. wraz z zainicjowanymi przez Niemców wysiedleniami ludności polskiej i ukraińskiej oraz informacjami napływającymi z Wołynia o dokonywanych tam mordach nastąpiła radykalizacja działań wobec Ukraińców na Lubelszczyźnie. Do jej kulminacji doszło w nocy z 9 na 10 marca 1944 r., kiedy to oddziały hrubieszowskiej AK rozpoczęły akcję pacyfikacji kilkudziesięciu wsi ukraińskich, m.in. Sahrynia, Łaskowa, Szychowic, mordując w nich około 1,5 tys. osób, głównie kobiet, starców i dzieci. Nigdy wcześniej żadne polskie formacje nie dopuściły się tak masowych zbrodni. Dowodzący pacyfikacją Szychowic i Łaskowa kpt. Stefan Kwaśniewski „Wiktor” pisał po latach: „Pierwszy raz w historii oręża polskiego postanowiliśmy działać na płaszczyźnie pełnej brutalności. […] Nie tylko siły wroga, lecz wszystko, co ukraińskie śmierć, na tym polegała nasza brutalność”. Mieszkanka Sahrynia z kolei tak zapamiętała tamte wydarzenia: „Strzelili do mojego ojca, potem do mojej mamy. Po mamie zabili kuzyna mojego męża, a sąsiad zdołał uciec. Teraz przystąpili do mojej córki [...] dostała kulę w szyję […] zaczęli strzelać do mnie. Dostałam trzy kule. […] Córka zmarła szybko. Banda myślała, że ze mną koniec i podeszli do babci […] Zabili ją […] zapalili chatę i odeszli”.

„Hajdamacy w PPR”

Wkroczenie w 1944 r. na obszar Polski Armii Czerwonej i rozpoczęcie kolejnej okupacji nie przyniosły uspokojenia w relacjach polsko-ukraińskich. Już 3 marca 1945 r. kompania oznaczona kryptonimem D-26 ze Zgrupowania AK „Warta”, dowodzona przez por. Józefa Bissa „Wacława” i wspomagana przez polskie samoobrony z Bartkówki, Bachórza i Dynowa, zmasakrowała 365 ukraińskich cywili we wsi Pawłokoma będącej swoistym bastionem ukraińskiego ruchu niepodległościowego. Jeszcze w czasie niemieckiej okupacji polskie podziemie dokonało zabójstw kilku pochodzących z niej nacjonalistycznych działaczy. Najbardziej znaną osobą był zabity 14 października 1942 r. Mikołaj Lewicki – nauczyciel, prezes Ukraińskiego Komitetu Pomocy (UDK) w Dynowie. Terror przyniósł skutek odwrotny do zamierzonego. W czasie prowadzonej w 1943 r. rekrutacji do 14. Dywizji Grenadierów SS „Galizien” z Pawłokomy zgłosiło się 10 ochotników. Kolejnych 50 mieszkańców wsi wstąpiło w szeregi konspiracyjnych struktur OUN-UPA.

Przełomowym dniem w historii wsi okazał się 21 stycznia 1945 r. Wtedy do wsi przybył 60-osobowy niezidentyfikowany oddział ukraiński (według Ukraińców był to oddział sowiecki) i uprowadził ośmiu Polaków (jedna kobieta była pochodzenia ukraińskiego). Od tego momentu wszelki słuch po nich zaginął. Miesiąc po tym wydarzeniu milicja z Brzozowa aresztowała 11 Ukraińców. Nigdy nie powrócili oni do swych domów. Mszcząc się za styczniowy mord, podziemne grupy likwidacyjne zastrzeliły ośmioosobową rodzinę ukraińską Prokopów z Dynowa (w tym troje dzieci, z których najstarsze miało cztery lata). Pod koniec lutego na odbytej w Dynowie naradzie polscy konspiratorzy podjęli decyzję o przeprowadzeniu pacyfikacji Pawłokomy. Jej mieszkanka Eugenia Mudryk po latach wspominała: „ Przed napadem przyszedł do taty szwagier Polak Kuś Józef i ostrzegł, że będzie rzeź”. Vendetta rozpoczęła się 28 lutego. Zamordowano wtedy 13 osób. Podobnie było 1 marca, choć trudno ustalić, ile wówczas osób zginęło.

Czytaj także:
Węgrzy na Wołyniu. „Bratankowie” nie zawiedli w obliczu mordów UPA

Do głównej masakry doszło 3 marca. Tego dnia zabijanie zaczęło się w obejściach domów, potem przeprowadzono selekcję doprowadzonych do cerkwi ludzi. Dowódca drużyny z oddziału „Wacława” Czesław Sputa „Żelazny”, bezpośredni uczestnik wydarzeń z Pawłokomy, tak przedstawiał je śledczym z UB: „Selekcję przeprowadzał »Wacław« i ja przy pomocy miejscowej ludności. Równocześnie »Jerzy« [Roman Tworzydło – przyp. A.K.], jako dowódca plutonu, razem ze swym plutonem odprowadzał zakwalifikowanych przez nas ludzi do likwidacji na cmentarz, gdzie zostali rozstrzelani… Nadmieniam, że wśród pomordowanych znajdowali się ludzie różnego wieku i płci, mężczyźni, starcy i kobiety”. Ofiary zabijano strzałami w tył głowy. Głównymi egzekutorami mieli być według wspomnianego „Żelaznego”: Aleksander Zalewski „Tygrys” i „Szary” (prawdopodobnie Tadeusz Kowal).

Grupę 37 kobiet z małymi dziećmi, bosych i pozbawionych odpowiedniej odzieży, pognano w kierunku Birczy. Ten gest stał się po latach asumptem do sugestii, że w Pawłokomie zamordowano tylko mężczyzn. Przeczy temu zdecydowanie protokół z częściowej ekshumacji jednego z trzech grobów, którą przeprowadziły władze komunistyczne w październiku 1952 r. Czytamy w nim: „[...] W grobie są złożone zwłoki niewiast i dzieci, o czym świadczy fakt znalezienia czaszek i kości małych rozmiarów z długimi włosami i splecionymi warkoczami”.

Największym echem odbiła się akcja odwetowa przeprowadzona 6 czerwca 1945 r. we wsi Wierzchowiny. Dokonały jej oddziały z lubelskiego zgrupowania Pogotowia Akcji Specjalnej Narodowych Sił Zbrojnych pod wodzą mjr. Mieczysława Pazderskiego „Szarego”. Jego rozkazy przed śledczymi z UB ujawnił partyzant NSZ Eugeniusz Dudek „Sikorka”: „Mieliśmy rozkaz ustnie powiedziany, że mamy zlikwidować ludność ukraińską i zabrać dobytek oprócz krów; co do zabijania ludności to rozkaz był: bez wyjątku duże i małe dzieci”. Około godz. 11 NSZ-owcy wkroczyli do znanych z komunistycznych sympatii Wierzchowin, przystępując do rozprawy z mieszkańcami. Jej efekty obrazuje raport dowódcy zgrupowania z 9 czerwca 1945 r. złożony na ręce komendanta okręgowego (lubelskiego) PAS NSZ Zygmunta Wolanina „Zenona”. Czytamy w nim: „Melduję, że oddziały AS po koncentracji ruszyły pod moim dowództwem w ogólnym kierunku na Zamość, według rozkazu. W drodze postanowiono zlikwidować kilka ukraińskich wsi. Pierwsza i najbliższa miała być wieś Wierzchowiny i Kasiłan. [...] Wierzchowiny otoczono ze wszystkich stron i wycięto 194 osoby narodowości ukraińskiej. Kilkunastu zdołało uciec [...]”.

Z dumą o zbrodni w Wierzchowinach pisała konspiracyjna prasa NSZ-owska: „Wierzchowiny były jednym z wielu przykładów panoszenia się pasożyta hajdamackiego, który za Bugiem morduje Polaków w otwartej walce, a z tej strony wchodzi do resortu, PPR i likwiduje Polaków. Za zbrodnie te spotkała ich kara i spotka każdego zdrajcę. W walce bezkompromisowej nie zawahamy się przed radykalnymi cięciami. Do Wierzchowin się nie tylko przyznajemy, ale zapowiadamy niejedno Psie Pole hajdamaczyzny; to jest odpowiedź na zabużańskie mordy dokonywane na bezbronnej polskiej ludności”.

Dwa miesiące przed Wierzchowinami podobne tragiczne wydarzenia dotknęły wsi Piskorowice, w której Ukraińców było 80 proc. O ich losie przesądził, dokonany 17 kwietnia 1945 r. przez sotnie UPA pod ogólnym dowództwem Iwana Szpontaka „Zaliznaka”, atak na Wiązownicę. W miejscowości tej zamordowanych zostało, zginęło w walce lub udusiło się dymem w podpalonych budynkach 91 Polaków. W odpowiedzi na ten akt terroru komendant łańcuckich struktur NZW Ludwik Więcław „Śląski” w porozumieniu z Tadeuszem Kuczurbą „Tatarem” – oficerem politycznym komendy okręgu rzeszowskiego NZW – polecił wymordować mieszkańców Piskorowic. 18 kwietnia 1945 r. zadanie to wykonał oddział NZW Józefa Zadzierskiego „Wołyniaka”. Zginęło 173 Ukraińców, wśród których sporą część stanowiły kobiety i dzieci.

Prawie rok po wydarzeniach w Piskorowicach dowodzony przez „Wołyniaka” oddział wkroczył 19 stycznia 1946 r. do wsi Dobra i dokonał tam mordu 27 ukraińskich mieszkańców (czworo dzieci poniżej 12. roku życia, 19 kobiet i czterech mężczyzn powyżej 57 lat). 18 maja 1946 r. „Wołyniak” dopuścił się podobnego wyczynu w Dobczy, gdzie zabito 18 osób. Cudem ocalały z egzekucji 13-letni wtedy Iwan Kudłak tak wspominał po latach to wydarzenie: „[…] koło kapliczki leżeli już zastrzeleni ludzie. On od razu postawił nas koło kapliczki. Już nie pamiętam, czy to on sam strzelał, czy ktoś inny. Najpierw strzelił trzy razy do taty. Przy trzecim strzale tato upadł na ziemię. Potem strzelał do mnie. Kula przeszła mi przez marynarkę na ramieniu, upadłem na ziemię, nie wiedząc, czy jestem żywy, czy nie, czy tylko mi się wydaje, że żyję. Oczy miałem zamknięte. Potem bandyta strzelił do siostry. Ona upadła niedaleko ode mnie. Usłyszałem jak powiedział: »Wszystkie zabudowania palić po kolei«”. Zdaniem polskich historyków polskie ataki odwetowe na Ukraińców pochłonęły życie około 10–12 tys. cywili.

Okładka miesięcznika Historia Do Rzeczy: 10/2016
Artykuł został opublikowany w 10/2016 wydaniu miesięcznika „Historia Do Rzeczy”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 14
  • Daniel IP
    Głowa za głowę za mało głów spadło tych kacapów sprzedanych za mało!
    Dodaj odpowiedź 5 1
      Odpowiedzi: 0
    • Rozsądny Polak IP
      A o akcjach odwetowych Polaków wiemy skąd?Od złapanych upowców i z zeznań złapanych Polskich partyzantów przez ubecję.Oj co się biedni ubecy ubecy natrudzili w zrywaniu paznokci,waleniu pałami po kroczach mężczyzn,czy gwałceniu butelkami kobiet,ale prawdę o bestialskich akcjach odwetowych Polskiego podziemia wydobyli,zadowoleni?naprawdę wierzycie w takie zeznania?bo tylko z tego korzystają ci pseudo historycy publicyści,wierzycie?bo żadnych innych dowodów na to wam nie pokażą.Polacy pacyfikowali wsie uczestniczące w ludobójstwie na Polakach,a gdy przychodzili czujki upowców otwierały ogień i często było tak że podczas walki ktoś z cywili zginął,ale nie robiono tego specjalnie,wioskę palono za karę ale ludzi wypędzano,a NIE MORDOWANO tylko zidentyfikowanych morderców z upa rozstrzeliwano,czasem upowcy to byli też kilkunastoletni chłopcy lecz już bestie które mordowały i gwałciły,rozumiecie?A upowcy zrobili z tego historyjkę że Polacy tak samo robili co oni,a ubecy torturami wydobywali zeznania jakie to Polskie podziemie antykomunistyczne było złe,szanujcie Polskę i Polaków a nie szkalujecie nas.
      Dodaj odpowiedź 12 2
        Odpowiedzi: 0
      • Grzegorz IP
        Przemoc rodzi przemoc ,nic nowego nie da się wymyślić.
        Dodaj odpowiedź 9 1
          Odpowiedzi: 0
        • historyk niezależny IP
          Do krytyków, na Zamojszczyźnie w miejsce eksterminowanych i deportowanych Polaków , Niemcy osiedlali Ukraińców, w każdej zasiedlonej wiosce był posterunek tzw. ukraińskiej samoobrony, członkowie tych formacji odpowiadają za zbrodnie oraz prowokacje udając na zlecenie Niemców polskich partyzantów, pacyfikując polskie wioski, równocześnie na tych terenach osadzono w wioskach Niemców -volsdeutschów, sformowano z nich , tych w wieku 18- 30 lat SS- Volksdeutscher Selbstschutz, batalion który stacjonował w Zamościu i brał udział w zbrodniach pacyfikacji Zamojszczyzny, jednocześnie w każdej wiosce zasiedlonej przez Niemców był posterunek żandarmerii któremu podlegali miejscowi mężczyźni w wieku 16- 63 lat tworzący Volksdeutscher Hilfspolizei, również ta formacja działając z żandarmami mordowała i wypędzała Polaków na masową skalę. Czy uzna ktoś że egzekucje tych Niemców-volksdeutchów oraz Ukraińców oraz palenie wiosek które zagrabili to zbrodnie.

          Na terenie Małopolski Wschodniej i Wołynia UPA tworzyła w każdej wiosce z męskiej populacji, ale również kobiet formacje pomocnicze zwane Samooboronni Kuszczowi Widdiły które aktywnie brały udział w masakrach ludności polskiej, byli uzbrojeni w obrzyny, samopały, kosy,sierpy, noże siekiery,widły, młoty, w zamian za udział w ludobójstwie mieli udział w łupach, po dokonaniu masakry wracali do swoich domów, podczas polskich akcji odwetowych takie wioski były palone a członkowie SKW likwidowani. Chyba trudno to nazwać zbrodniami na ludności cywilnej.
          Dodaj odpowiedź 43 2
            Odpowiedzi: 1
          • Corve IP
            Stanowczo za mały ten ,,odwet''
            Dodaj odpowiedź 37 6
              Odpowiedzi: 1