Marszałek Śmigły-Rydz. Geniusz niemożliwości

Marszałek Śmigły-Rydz. Geniusz niemożliwości

Prezydent RP Ignacy Mościcki przekazuje Marszałkowi Edwardowi Śmigłemu-Rydzowi buławę marszałkowską. Warszawa, 10 listopada 1936 r.
Prezydent RP Ignacy Mościcki przekazuje Marszałkowi Edwardowi Śmigłemu-Rydzowi buławę marszałkowską. Warszawa, 10 listopada 1936 r. / Źródło: Wikimedia Commons
Dodano 8
OPINIA | Śmigły był geniuszem niemożliwego, próbującym - w dużej mierze na własne życzenie - wygrać partię, trzymając w ręku prawie same blotki. W dodatku wydaje się, że zdawał sobie z tego sprawę.

Wyjaśnianie mitów związanych z II wojną światową może być fascynujące. Kiedy kilkanaście lat temu zwiedzałem potężne fortyfikacje na przedwojennej granicy czechosłowacko–niemieckiej, byłem bardzo zdziwiony, kiedy czeski przewodnik strasznie zżymał się na swoich rodaków, zarzucając im, że w 1938 i 1939 nie stanęli do walki, godząc się na rozbiór, a później likwidacje swojego suwerennego państwa. Jednocześnie stawiał za wzór Polaków, którzy walkę taką podjęli, mimo że ją straszliwie przegrali. Jak stwierdził ów przewodnik, Czechosłowacja w sojuszu z Polską to byłby tvrdy oříšek do zgryzienia przez Niemców. Innym razem towarzyszący grupie Polak, który znał czeski za nic nie chciał zapytać przewodnika wychwalającego potęgę umocnień, dlaczego jego rodacy opuścili je bez jednego wystrzału twierdząc, że Czesi bardzo nie lubią takich pytań. Nawet dla pragmatycznych i żyjących dniem dzisiejszym naszych południowych sąsiadów, temat likwidacji ich państwa przed wybuchem II wojny światowej jest tematem tabu, pokrywanym jedynie mitem o słuszności postępowania czeskich władz, które uniknęły w ten sposób nieuchronnych wojennych strat.

Podobnie jest z kampanią polską 1939 r. Temat jest nadal w powszechnej świadomości społecznej nieprzetrawiony, a jego wyjaśnianie obarczone mitami tworzonymi najpierw przez rozliczających sanację sikorszczyków, a potem przez PRL-owskie władze. Do dzisiaj czarną legendę Marszałka kontynuują nie tylko lewicowe media III RP. W świadomości przeciętnego Polaka nieudolny Rydz-Śmigły z kretesem przegrał wojnę z Niemcami, i przez Zaleszczyki (sic) uciekł do Rumunii z polskim złotem. Na szczęście władzę na emigracji przejął mąż opatrznościowy Władysław Sikorski. Na opuszczone kresy weszli zupełnie bez polskiego oporu Sowieci. Zachodni sojusznicy stali z bronią u nogi. Mity te często nie pozwalają na zrozumienie prawdziwego sensu wydarzeń, które wtedy zaszły, a zwłaszcza ich konsekwencji, które trwają do dnia dzisiejszego.

Demitologizacji Września podjęło się dwóch historyków, znawców dwudziestolecia międzywojennego i ówczesnych polskich sił zbrojnych - Sławomir Koper i Tymoteusz Pawłowski w książce „Mity polskiego września 1939”. Zabrali się, jak na pogromców mitów przystało, od wyszukiwania szczegółów, które nie pozwalają spokojnie przejść nad dotychczasową interpretacją wydarzeń. Metoda ta - często zresztą stosowana również przez lewicowych odbrązawiaczy - użyta przez autorów przynosi nieoczekiwane skutki.

Nie miejsce tutaj na dyskusję czy Marszałek uciekł z Polski, czy po prostu wyjechał, aby kontynuować walkę. Nie miejsce na wyjaśnianie, że II Rzeczpospolita nie była państwem faszystowskim, czym również zajmują się autorzy. Nie miejsce na roztrząsanie wrześniowych dylematów o przewadze kawalerii nad czołgami i samochodami na terenach wschodniej Europy. Miłośnicy kawalerii i tak zwykle nie zauważają, że zwierzęta trzeba było codziennie rano zapędzić do źródła wody, aby w ogóle można było ich użyć, a objedzony owsem koń w każdej chwili mógł się ochwacić i na długie tygodnie zostać wyeliminowanym z działań. Zresztą Sowieci, najbardziej zainteresowani walką na tamtym terenie, inwestowali przede wszystkim w mechanizację Armii Czerwonej.

Warto się jednak skupić na hasłach, których w książce zabrakło, nad którymi autorzy z sobie wiadomych powodów jedynie się prześliznęli albo wyciągnęli oględnie mówiąc dosyć kontrowersyjne wnioski.

Czechosłowacja

Autorzy nie kryją swojej niechęci do tego państwa, i tak mocno ją tonując choćby w porównaniu do innej swojej książki - „Tajemnice marszałka Śmigłego-Rydza”. Jednocześnie w Mitach doceniają jego znaczenie dla systemu bezpieczeństwa regionu, którego kluczowym elementem i zwornikiem politycznym miała być II Rzeczpospolita. Ta była z pewnością kluczowym elementem architektury bezpieczeństwa Europy Środkowo-Wschodniej, jednak zwornikiem była właśnie Czechosłowacja. Po jej rozpadzie system de facto zawalił się. Zajęcie Zaolzia i korekty granicy ze Słowacją - to drugie określane przez autorów jako „zabezpieczenie południowej granicy Polski", w obliczu skali i znaczenia niemieckiego ataku z tamtego kierunku we wrześniu 1939 r. nie miały już znaczenia. Sprawa została stracona w momencie utraty przez Czechosłowację górskich terenów z ich umocnieniami. Następujący po tym upadek tego państwa oznaczał całkowitą zmianę strategicznej sytuacji Polski.

Czytaj także:
Zapomniana agresja Litwy

Tymczasem zaliczenie naszego południowego sąsiada do grona agresorów, czy też co najmniej pomocników III Rzeszy z powodu wykorzystania jego terytorium, dróg i kolei do napaści na Polskę tworzy kolejny mit - niewinnej Polski, otoczonej przez pałających żądzą zemsty i zdobyczy terytorialnych sąsiadów. Czy porozumienie z Czechosłowacją było możliwe? Z postawą pełną zadawnionych urazów i autentycznej niechęci z pewnością nie. Wina leży po obu stronach, i obie strony za to zapłaciły. Z pewnością jednak nie można rozgrzeszać sanatorów z zaniechania w stosunkach z naszym południowym sąsiadem. Polskie władze przypominały raczej Polaka z „Przygód dobrego wojaka Szwejka”, który eskortując bohatera razem z żołnierzami z innych części CK Monarchii, trzymał się na uboczu, na nikogo nie zwracał uwagi i bawił na własną rękę - chyba w tradycyjnym polskim stylu obrażony. Pociąg którym wtedy razem jechały Polska i Czechosłowacja nie zmierzał jednak do sztabu brygady w Wojałyczu, ale prosto w stronę zagłady.

Szkolenie

Mimo potęgi ataku Wehrmachtu, w dużym stopniu zmechanizowanego i nasyconego pojazdami pancernymi, polska armia w 1939 r. radziła sobie zaskakująco dobrze. Zwłaszcza w porównaniu z innymi państwami Europy. Przede wszystkim polscy żołnierze - w tym rezerwiści - byli dobrze wyszkoleni. Dobrze wyszkoleni byli dowódcy kompanii, batalionów i pułków.

Czytając wspomnienia oficerów z II RP bije w oczy jak wartościowy był otwierający drogę do wyższych stanowisk dowódczych tytuł oficera dyplomowanego i jak trudno było go zdobyć. Jednocześnie uderzają braki w wykształceniu wojskowym wyższej kadry dowódczej. Przeglądając życiorysy oficerów pochodzących z Legionów, którzy zdominowali kadrę dowódczą wielkich jednostek, próżno szukać ukończonych wyższych szkół wojskowych. Najczęściej mieli oni praktykę w walce zdobytą na frontach wielkiej wojny i w walkach z bolszewikami. Kończyli kursy - zwykle na francuskich uczelniach wojskowych i to na początku lat dwudziestych. Potem już tylko dowodzili coraz większymi jednostkami. Nic więc dziwnego, że autorzy - broniąc Śmigłego i jego legionowego otoczenia - umniejszają znaczenie wojskowego wykształcenia, sugerując, że szkoły wojskowe zajmowały się głównie przygotowaniem oficerów służb technicznych, a równie dobrego oficera można było pozyskać po studiach cywilnych i krótkim przeszkoleniu wojskowym.

Mijają się z prawdą, twierdząc, że system pozyskiwania oficerów po studiach cywilnych, którzy „przeszli kilkumiesięczne przeszkolenie taktyczne" od lat funkcjonuje w US Army, większości państw NATO, a w XXI w. wprowadzany jest w Polsce i „przez stulecia sprawdził się doskonale". Zarówno kiedyś, jak i teraz w państwach, które mają armie walczące w konfliktach zbrojnych, podstawowym sposobem przygotowania oficera do objęcia wyższych stanowisk dowódczych jest ukończenie szkoły oficerskiej, a następnie kształcenie na kolejnych kursach, wzbogacane o niezbędną praktykę w dowodzeniu. W USA przed wojną wszyscy dowódcy marynarki i piechoty byli absolwentami szkół wojskowych. Jedynie w piechocie morskiej dwóch na sześciu dowódców było absolwentami szkół cywilnych. Dzisiaj po szkołach cywilnych jest tam około 1/5 najwyższych dowódców. Wystarczy też dodać, że w Polsce system taki został wprowadzony na początku XXI w., ale szybko z niego zrezygnowano właśnie z tego powodu, że absolwenci cywilnych szkół po krótkim przeszkoleniu wojskowym kompletnie nie radzili sobie w wojskowej materii.

Szkolenie niemieckich oficerów nie ograniczało się – jak chcą autorzy – do „dywizyjnych kursów”. Od początku istnienia Reichswehry funkcjonowało zakamuflowane szkolnictwo wojskowe, w tym na poziomie akademickim. Szkolić się - wbrew tradycji kajzerowskiej armii - musieli nawet generałowie. Ale do tego trzeba było woli żelaznego Seeckta, a nie kolegi z legionowego okopu. W niemieckiej armii promowanie na zawodowych oficerów absolwentów studiów cywilnych miało charakter marginalny. Być może w Polsce podstawowym zadaniem szkół oficerskich było „ułatwienie awansu społecznego młodzieży wiejskiej". W Niemczech szkolenie polegało przede wszystkim na przygotowaniu oficera do jego podstawowego zadania, czyli skutecznej walki z przeciwnikiem. Największy nacisk w odtworzonej w 1935 r. Kreigsakademie kładziono na wykładanie taktyki, która zresztą do końca wojny była największym atutem Wehrmachtu. Braki w taktycznym i operacyjnym rzemiośle wyraźnie było widać w dowodzeniu wielu polskich wyższych oficerów podczas kampanii w 1939 r.

Zwrot zaczepny

Z powyższym wiąże się następna kwestia. Autorzy rozprawiają się w książce również z mitem generała Tadeusza Kutrzeby. Ten wieloletni komendant Wyższej Szkoły Wojennej, w dodatku nie wywodzący się z Legionów, jako jedyny podczas działań wojennych we wrześniu 1939 r. dokonał zaczepnego zwrotu, skutecznie atakując maszerujące na Warszawę niemieckie dywizje. Kutrzeba proponował taki zwrot kilkukrotnie, spotykając się z odmową Śmigłego, który obawiał się zrealizowania niemieckiego planu zniszczenia głównych polskich sił na zachód od Wisły. Jest to powód dla którego autorzy zarzucają Kutrzebie „niezrozumienie intencji naczelnego wodza". Nie tylko to, bo - chyba dla wyrównania rachunków z kilkoma legionistami - również opuszczenie swoich oddziałów.


Tymczasem generał dobrze zrozumiał sytuacje, w jakiej znalazła się Armia Poznań i sąsiednie polskie armie, a swoim działaniem wybitnie przyczynił się do realizacji koncepcji Marszałka. Bitwa nad Bzurą była jedyną, w której polski dowódca związku operacyjnego potrafił skutecznie reagować na niemiecki blitzkrieg. Nie potrafili tego pozostali dowódcy polskiej armii. Nie potrafili też dowódcy francuscy ani sowieccy, którzy nauczyli się tej sztuki dopiero po miesiącach walk. Z pewnością wpłynęły na to lata spędzone przez Kutrzebę w Wyższej Szkole Wojennej.

Heliodor Cepa

Tu dochodzimy do nazwiska pewnego pułkownika, który później został generałem. Zresztą jednym z nielicznych wywodzących się z byłej armii pruskiej. Na razie jest Naczelnym Dowódcą Łączności w sztabie marsz. Śmigłego-Rydza. Cepa od I wojny światowej zajmował się sprawami łączności. Po objęciu w 1934 r. funkcji Dowódcy Łączności Ministerstwa Spraw Wojskowych zaczął praktycznie od podstaw budować system łączności WP, który do połowy lat 30. znajdował się w opłakanym stanie. To dzięki niemu na potrzeby wojska rozbudowano krajowy przemysł teletechniczny, który zaczął dostarczać funkcjonalnego sprzętu, między innymi radiostacji serii NW. Liczba środków łączności na niższych szczeblach dowodzenia zwiększyła się do wybuchu wojny ponad trzykrotnie. Do szczebla dywizji łączność przedstawiała się całkiem dobrze. Jednak pomimo ostrzeżeń Cepy, komunikacja Naczelnego Wodza z podległymi dowódcami miała odbywać się przy użyciu drutowej i kablowej sieci pocztowej. W warunkach szybkiego postępu wojsk niemieckich i niszczenia przez bombardowania i dywersantów- głównie napowietrznych - linii, przyniosło to opłakane skutki. Dowódcy związków operacyjnych nie byli w stanie kontaktować się ze sobą. Po wyjeździe Śmigłego z Warszawy marszałek stracił z nimi łączność, a tym samym kontrolę nad wydarzeniami. Klęski dopełniło dostanie się w ręce Niemców polskich szyfrów radiowych. Typowy tragikomiczny obrazek z tamtego okresu to generał Rómmel, który nie może dowodzić swoimi oddziałami ani komunikować się z Naczelnym Wodzem, bo przez kilka dni szuka miejsca, gdzie jego sztab mógłby się włączyć do linii telefonicznej. Kwestia łączności Naczelnego Wodza z podległymi wojskami została prowizorycznie rozwiązana za pomocą krótkofalowej radiostacji Flotylli Rzecznej MW. Ostatni rozkaz Marszałka wyszedł z Kołomyi za pośrednictwem radiostacji Straży Granicznej. A więc można było. Trzeba tylko było w tej kluczowej dziedzinie słuchać fachowca Cepy. Nawiasem mówiąc, złożył on później zeznania przed komisją Hallera i został szefem łączności PSZ na Zachodzie.

Czytaj także:
1 września pod Mokrą. Chwała polskiej kawalerii

Autorzy książki zaniedbania w zakresie łączności tłumaczą tym, że „nawet maszyny do pisania były drogie, a radiostacje dalekiego zasięgu - jeszcze droższe". Rozwijano za to sieć wojskowych stacji gołębi pocztowych. Obliczano, że koszty utrzymania jednego ptaka nie przekraczały 10 zł na rok. Z gołębiami zamiast radiostacji nie można było jednak prowadzić nowoczesnej wojny. Może trzeba było od razu się okopać i wywiesić białą chorągiew, jak zauważył kiedyś nieoceniony kapitan Bednarz.

Mapa

Autorzy wielokrotnie każą spoglądać czytelnikowi na mapę, wskazując, że „dopiero w drugim dziesięcioleciu XXI w. w szkolnych atlasach historycznych pojawiły się mapy, pokazujące przebieg działań wojennych w całej Rzeczypospolitej". Wcześniej zamieszczano mapy ograniczające się mniej więcej do późniejszego terytorium PRL. Miało to fałszować obraz walk, gdyż wschodnie obszary Polski cały czas pozostawały pod kontrolą jej władz. Spójrzmy więc na mapę całej II Rzeczpospolitej, z naniesionymi pozycjami wojsk polskich i niemieckich na „bardzo optymistyczny" według autorów wieczór 16 września 1939 r. Niemieckie plany kampanii zostały zrealizowane. Polskie wielkie jednostki zostały wzięte w podwójne kleszcze i w większości rozbite. Jednak dzięki działaniom gen. Kutrzeby i planom marszałka Śmigłego, na froncie nastąpiła stabilizacja. W polskich rękach pozostawały całe wschodnie i południowo-wschodnie połacie kraju. Obrona miała skupić się na tzw. przedmościu rumuńskim, w oczekiwaniu na spodziewaną ofensywę zachodnich sojuszników.

W jaki sposób zamierzano odtwarzać gotowość bojową na tym skrawku kraju, po zajęciu przez wroga większości jego terytorium, z najważniejszymi zasobami naturalnymi, zapasami, zakładami przemysłowymi i bazą mobilizacyjną? To pozostawało tajemnicą Marszałka. Zwłaszcza z odległą perspektywą ofensywy zachodnich aliantów Polski. Niemcy z pewnością wkrótce przełamaliby strategiczny impas, podciągając linie zaopatrzenia w głąb Polski. Zresztą nie musieli wcale ruszać dalej na wschód. Doszli mniej więcej do linii określonej w tajnym protokole paktu Ribbentrop-Mołotow. Wystarczyło poczekać na Sowietów.

Najlepszy sojusznik

Z koncepcją przedmościa wiąże się również kwestia naszego „najlepszego sojusznika" kampanii 1939 r. czyli Rumunii. Państwa na które tak liczyły władze II RP i bez którego współpracy waliły się wszystkie plany prowadzenia wojny. Rumuni zrobili dla Polaków wiele. Być może do ich zasług należy też zaliczyć internowanie Mościckiego, Śmigłego i Becka, co uniemożliwiło kontynuację wojny polsko-polskiej na emigracji.

Czytaj także:
Zbrodnie przywódcy Legionu Michała Archanioła. Jego wyznawcy mordowali ludzi w rzeźni

Autorom umyka jednak, że oparto się na państwie, którego sytuacja wewnętrzna przez cały okres dwudziestolecia międzywojennego była delikatnie rzecz biorąc niestabilna, a którego sąsiedzi wręcz pałali żądzą rewizji granic. Państwa, którego podstawami trząsł człowiek, któremu ukazał się sam św. Michał Archanioł, wskazując co robić, a pieniądze przeznaczone na modernizacje armii szły na potrzeby skorumpowanego królewskiego dworu. Do dzisiaj polscy historycy zajmujący się tym tematem nie są pewni, ile dywizji potrafiłaby wystawić rumuńska armia i w jaki sprzęt byłyby one uzbrojone na wypadek realizacji postanowień polsko-rumuńskiego sojuszu obronnego. Jedno wydarzenie - zamach na przyjaciela Polski premiera Armanda Călinescu 21 września – dokonany prawdopodobnie przy współudziale Niemców sprawiło, że na Rumunów nie można już było w ogóle liczyć.

Autorytet siłą przywódcy, morale siłą armii

Ze Śmigłym jest ten kłopot, że trudno zarzucić mu prywatę, zaniedbania czy nieudolność w przygotowaniach do obrony Polski. Większość kalumni, jakimi był obrzucany, zwłaszcza w okresie PRL-u nie ma podstaw lub była grubo przesadzona. Jednak z drugiej strony, trudno też uznać, że był właściwą osobą na właściwym miejscu. Sprawny organizator, dobry dowódca, ale słaby strateg, zarówno polityczny, jak i wojskowy. Polska potrzebowała wtedy raczej szulera, który usiądzie do gry z pierwszorzędnymi szachrajami, i nawet jeśli nie wygra - co było niemożliwe - przynajmniej ocali posiadane atuty. Tymczasem Śmigły był geniuszem niemożliwego, próbującym - w dużej mierze na własne życzenie - wygrać partię, trzymając w ręku prawie same blotki. W dodatku wydaje się, że zdawał sobie z tego sprawę.

Trudno też przyznać, że właściwie przygotował kraj do konfliktu, który przecież Polska z kretesem przegrała. Oczywiście nie mogła wygrać z dwoma agresorami, co autorzy za każdym razem podkreślają. Może więc trzeba sądzić wyłącznie przygotowanie do wojny z Niemcami? Tu jednak bilans też nie wypada zachwycająco. Bez pomocy sojuszników wojna zakończyłaby się najpewniej klęską. Uczciwie trzeba jednak przyznać, że z ich pomocą wojna mogła się zakończyć polskim sukcesem, a nawet bez ich pomocy polskie wojsko było dla Wermachtu twardym orzechem do zgryzienia, co było w dużej mierze zasługą Śmigłego.

W pełni Marszałka można natomiast rozliczyć właśnie za układy z sojusznikami i sferę polityki międzynarodowej, za co przecież - razem z Beckiem i Mościckim był odpowiedzialny. A to stało u podstaw polskiej klęski.

Nie ma się co również dziwić, że z takim trudem tworzony przed wojną w społeczeństwie autorytet marszałka upadł tak nisko po ewakuacji do Rumunii. Upadło również morale wojska. Wystarczy poczytać wrześniowe wspomnienia, żeby zrozumieć, jak zawiedzeni i rozgoryczeni byli Polacy po pospiesznym wyjeździe władz, które obiecywały, że nie oddadzą ani jednego polskiego guzika. Na próżno autorzy przywołują podobne przykłady z historii. Po takiej klęsce, Marszałka musiał zastąpić ktoś inny.

Słoń a sprawa Marszałka

Śmigły-Rydz zastosował się do słów Piłsudskiego, żeby podpalić świat, kiedy nie dało się już balansować. W istocie głównie dzięki polityce rządzącego II RP triumwiratu jej konflikt z III Rzeszą przerodził się w II wojnę światową, którą Niemcy z kretesem przegrały. Również dzięki niej Polska stanęła po „właściwej" stronie konfliktu. Ceną było złupienie i zniszczenie kraju, przesunięcie granic, doprowadzenie narodu na skraj biologicznego unicestwienia i poddanie na kilkadziesiąt lat sowieckiej dominacji.

Z perspektywy głównych światowych rozgrywających, obowiązuje zupełnie inna optyka. Dla Niemców zdaje się skończył sen o światowej potędze. Wielka Brytania decydując się na walkę, zamiast na współpracę z nimi, straciła światowy prymat. USA stały się niekwestionowanym globalnym mocarstwem. Podobnie jak i dotychczasowy parias – Związek Sowiecki. Polska i jej interesy z tej perspektywy miały znaczenie kompletnie marginalne, o czym przekonaliśmy się w Jałcie i Poczdamie. Podobnie jak i wcześniej marginalne znaczenie miał nasz tragiczny przywódca.

Dobrze, że książki takie jak „Mity polskiego września 1939” powstają i dobrze je czytać, odrywając się od zdominowanej przez jedną wersję wydarzeń narracji. Często jednak rewizja historii prowadzi do korekt nie tak istotnych, jak chcieliby pogromcy mitów. Wydaje się, że tak jest również w przypadku Śmigłego-Rydza. Trudno odmówić mu zasług, w kilku miastach są ulice jego imienia, w Warszawie park. Pomnika chyba jednak Marszałek się nie doczeka.

Sławomir Koper, Tymoteusz Pawłowski: Mity polskiego września 1939, Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2019

Czytaj także

 8
  • Cezar IP
    Kolejne nieścisłości!!! Jakie u licha Zaleszczyki? Rydz-Śmigły z całą generalicją przekroczył granicę w Kutach, zaś pociąg ze złotem w Śniatynie!
    Dodaj odpowiedź 0 0
      Odpowiedzi: 0
    • Aaandrzej IP
      Jakie konkretnie miał Rydz zasługi, bo chyba coś przegapiłem?
      Dodaj odpowiedź 0 0
        Odpowiedzi: 0
      • Asasas IP
        Może zna Pan jakiegoś tłumacza, który podjąłby się przetłumaczenia na polski książki Normana Ohlera "Der totale Rausch: Drogen im Dritten Reich"?
        Mam jej angielskie tłumaczenie i jest to książka niesamowita. Pokazuje, jak wielki wpływ na przebieg Blitzkriegu i funkcjonowanie całej Rzeszy miała metaamfetamina, produkowana i dostarczana narodowi i armii niemieckiej na masową skalę z charakterystycznym niemieckim rozmachem i jeszcze brakiem świadomości co do negatywnych tego konsekwencji.
        Bestseller murowany i kolejna cegiełka do budowy prawdziwego obrazu - zwłaszcza przyczynków i początku - II Wojny Światowej.
        Angielski tytuł: "Blitzed: Drugs in Nazi Germany".
        Dodaj odpowiedź 11 0
          Odpowiedzi: 1
        • takjest IP
          Jakie wykształcenie wojskowe mieli dwaj marszałkowie Piłsudski i Śmigły-Rydz, i wszystko jasne
          Dodaj odpowiedź 11 4
            Odpowiedzi: 1
          • Orczyc IP
            Jedna uwaga: w tym przytoczonym tryumwiracie (Mościcki, Beck, Rydz) Rydz nie odgrywał żadnej istotnej roli, bo jego żywiołem nigdy nie była polityka - o czym pisał w charakterystykach polskich d-ców Marszałek Piłsudski. Dlatego właśnie Mościcki wolał jego niż gen. Sosnkowskiego, którego Piłsudski polecał na równi z Rydzem.
            Dodaj odpowiedź 8 1
              Odpowiedzi: 0