17 września '39. Niewygodna prawda o zdradzie na Kresach

17 września '39. Niewygodna prawda o zdradzie na Kresach

Rys. Krzysztof Wyrzykowski
Rys. Krzysztof Wyrzykowski
Dodano 10
Po wkroczeniu Sowietów Żydzi rzucili się z furią na urzędy polskie, urządzali masowe samosądy.

PIOTR WŁOCZYK: Jak nazwać to, co zaczęło się dziać na kresach 17 września?

KRZYSZTOF JASIEWICZ: To była sterowana rewolta. Sterującym był oczywiście nasz wschodni sąsiad.

Kto brał udział w tej rewolcie?

Łatwiej jest powiedzieć, kto nie brał w tym udziału. Na pewno nie robili tego Polacy.

Bez wyjątku?

Oczywiście zdarzały się wyjątki – przedstawiciele elementu kryminalnego i skomunizowanego lumpenproletariatu. Na tle ogółu polskich mieszkańców kresów były to jednak wystąpienia marginalne.

Na wstępie chciałbym bardzo wyraźnie zaznaczyć jedną rzecz: nie można redukować tej rewolty tylko do Żydów kresowych. Generalnie można powiedzieć, że zdrady dopuściły się nasze mniejszości. Wszystkie mniejszości. Na wsiach, w których dominował żywioł białoruski i ukraiński, Sowieci byli tak samo witani jak w miasteczkach, w których dominowali Żydzi. Może już mało kto o tym pamięta, ale wśród orędowników wejścia Sowietów byli nawet... nieliczni czescy mieszkańcy kresów. Znam nawet przypadek, gdy komendantem jednego z oddziałów nowo powołanej milicji został Czech.

A jednak w świadomości Polaków to żydowscy mieszkańcy kresów wychodzą w tej kwestii na pierwszy plan. Generał Stefan Grot-Rowecki w 1941 r. raportował do Londynu: „Ujawniło się, że ogół żydowski we wszystkich miejscowościach, a już szczególnie na Wołyniu, Polesiu i Podlasiu, zanim jeszcze ustąpiły polskie oddziały, wywiesił flagi czerwone i ustawił bramy triumfalne na powitanie wojsk bolszewickich, że zorganizował samorzutnie rewkomy i czerwoną milicję, że po wkroczeniu bolszewików rzucił się z całą furią na urzędy polskie, urządzał masowe samosądy nad funkcjonariuszami państwa polskiego, działaczami polskimi, masowo wyłapując ich jako antysemitów i oddając na łup przybranych w czerwone kokardy mętów społecznych”. Czy ten fragment nie zawiera zbyt daleko idących, krzywdzących dla społeczności żydowskiej uogólnień?

To nie jest przesadzony opis. Od wielu lat badam te zjawiska i poświęciłem mnóstwo czasu, żeby zapoznać się ze wszystkimi źródłami dotyczącymi spraw, o których rozmawiamy. Z lektury dokumentów wynika jednoznacznie, że było to zjawisko masowe po stronie Żydów. I to nie jest tak, że tylko Polacy tak to widzą. Można też sięgnąć do prac żydowskich: znany historyk Yehuda Bauer sam podaje w jednej ze swoich książek, że w czerwonych milicjach około 70 proc. członków było pochodzenia żydowskiego. Działalność tych milicji była bardzo widoczna aż do „wyborów” 22 października, gdy Sowieci włączyli kresy do ZSRS. Potem funkcjonowały one na zasadzie PRL-owskiego ORMO, pełniąc funkcje pomocnicze.

Czym konkretnie zajmowały się te milicje?

Zasłynęły one swoim udziałem w deportacjach Polaków, z wyjątkiem tej ostatniej, przeprowadzonej w 1941 r. Brały udział w wyłapywaniu Polaków, eskortowały transporty zesłańców, wykazując się przy tym często brutalnością. Świat słyszał wielokrotnie o tym, jak Niemcy w krajach okupowanych, czasem przy udziale ludności miejscowej, wyłapywali Żydów ukrywających się w lasach. Niestety, takie polowania zaczęły się wcześniej, już w 1939 r. Wówczas jednak ofiarami byli polscy oficerowie, policjanci i urzędnicy państwowi, a sprawcami byli często młodzi Żydzi. To bardzo delikatna sprawa, wielu Żydów może to boleć, ale tak wygląda prawda.

Łapanki na Polaków trwały całą jesień 1939 r. Oczywiście nie można winą za to obarczać tylko Żydów. Generalnie robili to miejscowi, mniejszości etniczne zamieszkujące kresy, nie tylko Żydzi. To przerażające, ale z lektury dokumentów, wspomnień wynika, że była to dla sprawców świetna rozrywka. Konsekwencje tego były jednak potworne. Podejrzewam, że większość policjantów z obozu w Ostaszkowie trafiła tam z takich łapanek.

Niektórzy widzą problem w generalizowaniu kolaboracji żydowskich mieszkańców kresów. Historyk Marek Gałęzowski przypomina w tym numerze „Historii Do Rzeczy” sprawę ponad 20 oficerów rezerwy WP pochodzenia żydowskiego, którzy zostali zamordowani przez Sowietów w Bykowni.

Nie twierdzę, że wszyscy byli winni zdrady. Uważanie wszystkich Żydów za zbrodniarzy jest po prostu skrajnie głupie. Oczywiście, że byli Żydzi – wśród nich także legioniści – którzy dobrze się Polsce przysłużyli. Nie kwestionuję tego. Sam natknąłem się w dokumentach z tamtego okresu na piękną historię: stary Żyd ostrzegł przekradającego się przez granicę polskiego oficera przed patrolem i zaprosił go do swojego domu. Następnego dnia jego zięć odwiózł oficera do pobliskiego miasteczka, gdzie Polak znalazł ratunek. Ten stary Żyd powinien mieć w Polsce swoją ulicę, szkoda tylko, że nie znamy jego nazwiska.

To piękna historia, ale nie możemy zaprzeczać oczywistej prawdzie: we wrześniu 1939 r. skala negatywnych zachowań społeczności żydowskiej zamieszkującej kresy była ogromna. Zresztą to, co działo się w 1939 r., nie było niczym zaskakującym, jeżeli będziemy pamiętali o roku 1920. Już wówczas mieliśmy przecież żydowskie rewkomy, milicje, denuncjacje. Młodzi Żydzi z kolei masowo dezerterowali z Wojska Polskiego walczącego z bolszewikami.

A czy to nie jest tak, że Polacy mieszkający na kresach zapamiętali te wystąpienia jako masowe, ponieważ Żydzi bardzo wyróżniali się wyglądem na tle innych?

Na pewno ten czynnik potęgował wśród Polaków dojmujące wrażenie zdrady dokonanej przez społeczność żydowską, ale nie przeceniałbym go zanadto.

Ale przecież nie wszyscy Żydzi byli zachwyceni wkroczeniem Sowietów.

Tak wygląda defensywna narracja żydowska. Znakomity przykład: na pytanie: „Czy w miejscowości X wszyscy Żydzi witali Armię Czerwoną?” tylko idiota odpowiedziałby, że wszyscy. Nie można jednak wyprowadzać z tego wniosku, że skoro nie wszyscy, to wcale nie było ich tak dużo. Według mnie uprawnione jest twierdzenie, że znakomita większość Żydów mieszkających wówczas na kresach witała Armię Czerwoną z radością. I nie była to tylko zradykalizowana młodzież, ale zdarzali się wśród nich też adwokaci, restauratorzy i inni przedstawiciele tzw. wyższych sfer.

Czytaj także:
Jedyne polskie miasto, które wypowiedziało wojnę Sowietom

Trudno uwierzyć, żeby człowiek, który posiadał większy majątek, z radością witał wkroczenie Sowietów. Przecież musiał sobie zdawać sprawę, że zostanie mu to szybko odebrane.

Najwidoczniej niechęć do Polski i radość z upadku jej struktur państwowych brały górę nad zdrowym rozsądkiem. Tylko w ten sposób jestem to w stanie wytłumaczyć.

Czyli więcej było wtedy antypolonizmu niż prosowietyzmu?

Zdecydowanie tak. Powitaniom towarzyszyły przecież deptanie godła państwowego, lżenie polskich urzędników. Często oczywiście mogły one mieć podłoże czysto prywatne. W takim zamęcie ludzie wykorzystywali okazję i wyrównywali swoje rachunki.

Pamiętajmy też, że Żydzi wcale nie byli tacy prosowieccy. Po prostu nie czuli żadnego związku z II RP. Dla nich było obojętne, kto by obalił Polskę – oczywiście oprócz Niemców. Cieszyliby się pewnie z pojawienia się każdego innego „oswobodziciela”.

Nasłuchałem się już w życiu wielu teorii na temat tego, dlaczego Żydzi to robili. Jeden z żydowskich historyków stwierdził kiedyś w rozmowie ze mną, że to nie było żadne witanie, tylko obłaskawianie okupanta.

I co pan odpowiedział?

Że to nieprawda, a jeżeli nawet, to było to jak samobójstwo. W ramach tego „obłaskawiania” donoszono przecież na Polaków, co miało potwierdzić, że Żydzi są lojalnymi obywatelami ZSRS. Gwałtowna kontrakcja przeciwko Żydom po wkroczeniu w 1941 r. Niemców na kresy nie wzięła się znikąd. To był prymitywny akt zemsty za wysługiwanie się okupantom sowieckim. Ludzie pamiętali, co robili ich sąsiedzi. I to nie tylko Polacy – u nas tych pogromów wcale nie było tak dużo – wystarczy przypomnieć o tzw. strzelcach ponarskich – Litwinach, którzy brali udział w sposób zorganizowany w mordowaniu tysięcy Żydów na Ponarach. Nie można też zapomnieć o wielkim pogromie, do którego doszło w Kownie.


Wspomniał pan, że była to „sterowana rewolta”. Jak dużą rolę odgrywały w antypolskich wystąpieniach działania agentury sowieckiej? Dużo łatwiej przecież dołączyć w owczym pędzie do zorganizowanej akcji.

Trudno to oszacować, ponieważ dysponujemy jedynie bardzo niewielką częścią materiałów z archiwum FSB. Nie mamy więc pełnej wiedzy na temat działania sowieckich służb specjalnych na kresach we wrześniu 1939 r. Nie wiemy, jak liczna była ta agentura i jak wiele tych powitań i akcji wprost antypolskich – napadów na polskie urzędy, majątki ziemskie – było wywoływanych przez sowieckich agentów. Myślę, że mogły one być w istotnej części inspirowane przez nich, ale to tylko domysły.

Co wiemy na pewno?

Wiemy o działalności dziewięciu czekistowskich grup operacyjnych. Były to grupy bardzo dobrze wyszkolonych funkcjonariuszy, rodzaj desantu dywersyjnego na ziemie polskie. Mieli oni zapewnić odpowiednią oprawę wejścia Armii Czerwonej.

Kiedy konkretnie te grupy przeniknęły na kresy?

Ta operacja rozpoczęła się kilka dni przed 17 września. Po ataku ZSRS na Polskę ci funkcjonariusze często szli przed oddziałami liniowymi. I to oni w dużej mierze inspirowali różne akcje, których symbolem po dziś dzień są bramy powitalne. Oni też stali za niektórymi mordami – w naszej literaturze zwanymi mordami wrześniowymi – ziemiaństwa, osadników wojskowych, Polaków, którzy wyróżniali się na tle reszty ludności kresów. Nie można jednak wszystkiego zrzucać na agentów Stalina. Mniejszości zamieszkujące kresy pokazały i bez inspiracji sowieckiej swój stosunek do Polski. Nie można tego nazwać inaczej niż zdradą narodową.

Czy rzeczywiście możemy tu mówić o zdradzie? Zdradzić może ktoś z własnego obozu. A przecież nasze mniejszości w znacznej części nie identyfikowały się z Polską.

Jednak byli oni obywatelami tego państwa. Część z nich na pewno czuła się skrzywdzona przez Polaków, ale branie odwetu w momencie napaści na Polskę dwóch wrogów to mimo wszystko zły moment. Pokazuje to najgorszą stronę ludzkiej natury.

Sam pan przypomina jednak w wywiadach, że II RP często nie była dla mniejszości matką, lecz macochą.

Oczywiście, polska polityka względem mniejszości nie była idealna, zdarzały się potknięcia, ale sytuacja na kresach była szczególna. Tamten teren był od lat 20. penetrowany przez służby sowieckie. Właśnie dlatego utworzono Korpus Ochrony Pogranicza. Polskie władze chciały w ten sposób zapobiec przedostawaniu się przez granicę grup dywersyjno-rabunkowych, które wywoływały zamęt.

Po 1918 r. mogliśmy pójść ścieżką liberalną i zapewnić mniejszościom autonomię. To jednak skończyłoby się dla nas bardzo źle. Polska bardzo szybko by się rozpadła, przy wydatnym udziale naszego wschodniego sąsiada. Jeżeli zostałoby nam województwo mazowieckie, to można byłoby to uznać za sukces. Cieszyliśmy się niepodległością jedynie 20 lat, być może kolejne lata pozwoliłyby na przeprowadzenie korekty polityki względem mniejszości, co skutkowałoby rozładowaniem napięcia. Nie dostaliśmy jednak takiej szansy.

Czyli Polska zapracowała w pewnym sensie na bramy powitalne?

W pewnym sensie tak, nie patrzę na to bezkrytycznie. Jednak jedną kwestią jest entuzjazm wobec wkraczających oddziałów Armii Czerwonej, a zupełnie inną są haniebne ataki i mordy Polaków dokonywane przez mniejszości. Tego wybuchu agresji nie sposób niczym usprawiedliwić.

Jak pan ocenia reakcję Wojska Polskiego na tę rewoltę? Przypomnijmy, że słynny mjr Hubal spalił wówczas dwie wioski zamieszkane przez mniejszości.

Wojsko reagowało różnie, zdarzały się też zdecydowane akcje, podczas których lała się krew. Słynną sprawą jest „powstanie” w Skidlu, wywołane głównie przez miejscowych Białorusinów i Żydów. Ofiarami tego „powstania” byli Polacy. Polskie wojsko zdecydowanie stłumiło to wystąpienie. Doszło do rozstrzeliwań i podpaleń.

Jak na to patrzeć?

Czytaj także:
Rebelia '39. Kresy w ogniu

To wszystko jest bardzo płynne. Nasze oddziały popełniały czasem podczas tłumienia buntów zbrodnie. Trzeba jednak równocześnie pamiętać, że to było nasze terytorium, a nie ziemie przez nas okupowane. Na pewno nie byliśmy wówczas święci, ale każda inna armia również próbowałaby zaprowadzić na zapleczu własnego frontu porządek. Trzeba też pamiętać, że to nie my rozpoczęliśmy przelewanie krwi. To była kontrakcja.

Dało nam to coś? Dzięki temu do dziś można Polakom wypominać palenie wsi i wyrzynanie ich mieszkańców, a niepodległość i tak w ciągu dwóch kolejnych tygodni straciliśmy.

Oczywiście, jest to nam wypominane, ale gdyby od początku kampanii wrześniowej polskie władze zakładały przegraną, nie było w ogóle sensu bronić niepodległości. Jej szybkiego odzyskania spodziewaliśmy się aż do 1940 r., do upadku Francji. To, co dziś wydaje się niepotrzebne, wówczas było traktowane jako próba ratowania jedności państwa. Państwa, które 123 lata czekało na niepodległość. Nie można o tym zapominać.

Jak na kolaboracji wyszli ci, którzy stawiali bramy powitalne?

Nie najlepiej. Sowieci oczywiście korzystali na początku z pomocy miejscowych – nie tylko Żydów – ale później starali się wszystkich powymieniać. Na kresy zaczęli więc przyjeżdżać tzw. wostocznicy. Byli to ludzie z głębi Sowietów, którzy wypierali miejscowych pracujących w szeroko pojętym aparacie sowieckim. Wostocznicy, karmieni propagandą na temat rzekomej nędzy w Polsce, przeżywali szok. Okazywało się, że „pańska Polska” to raj w porównaniu z ZSRS.

Co się działo z ludźmi wymienianymi przez wostoczników?

Dzielili los podobny do Polaków – byli spychani na margines, co oznaczało nędzę. Choć akurat Żydzi wykazali się największą przedsiębiorczością i ich dotknęło to najsłabiej spośród mniejszości kolaborujących z naszym wschodnim sąsiadem.

Ale przecież w czerwcu 1940 r. na Żydów spadło wielkie nieszczęście: stali się głównymi ofiarami kolejnej deportacji.

Nie miała ona jednak wydźwięku antysemickiego, choć wielu Żydów uważa każdą akcję wymierzoną w ich pobratymców za przejaw antysemityzmu. U Sowietów podstawową chorobą była szpiegomania. W związku z tym „bieżeńcy” – ludzie, którzy uciekli z zachodniej i centralnej Polski przed Niemcami – uchodzili za podejrzanych, więc zostali wywiezieni na wschód. Tak przecież działał system stalinowski i Żydzi powinni byli zdawać sobie z tego sprawę. W czerwcu 1940 r. deportowano około 70 tys. osób, większość z nich była pochodzenia żydowskiego. Co ciekawe, niektórzy Żydzi traktują tę deportację jako wybawienie przed Holokaustem. Moim zdaniem jest to niezdrowa przesada. Wiadomo przecież, jaki los czekał ludzi zesłanych w czeluści ZSRS.

prof. Krzysztof Jasiewicz jest historykiem i politologiem w Instytucie Studiów Politycznych PAN. Specjalizuje się w dziejach Kresów Wschodnich II RP oraz stosunków polsko-sowieckich w latach 1939–1945. Jest autorem książek: „Lista strat ziemiaństwa polskiego 1939–1956”, „Zagłada polskich Kresów. Ziemiaństwo polskie na Kresach Północno-Wschodnich Rzeczypospolitej pod okupacją sowiecką 1939–1941”.

Okładka miesięcznika Historia Do Rzeczy: 9/2015
Artykuł został opublikowany w 9/2015 wydaniu miesięcznika „Historia Do Rzeczy”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 10
  • Skrzypek na dachu IP
    Wtedy im bardziej bezbozne te wyznawcy Mojzeszowskiej
    wiary tym bardziej goraco witali agresora stalinowskiego
    ale jednak to najpobozniejsza biedota Zydowska najgorzej
    doswiadczya bestialska zemste sowieckich ukraincow kiedy
    nastapila juz w roku 1941 nastepna zmiana okupanta .
    Dodaj odpowiedź 0 0
      Odpowiedzi: 0
    • jacqs IP
      Po mojemu to jest tak: pomnik dla 2 barbarzyńskich despotów pana Hitlera i pana Stalina. Dzięki ich zbrodniczej działalności Polska wyszła z wojny uboższa o 6 mln zabitych i 30% mniejsza obszarowo, zbombardowana i okradziona ALE ... jednorodna narodowo i z granicami co do których żaden z sąsiadów nie ma roszczeń.
      Dodaj odpowiedź 0 0
        Odpowiedzi: 0
      • Aj waj IP
        I po co rozgrzebywanie starych ran. Żyjemy od lat w pokoju, istnieją suwerenne państwa i tak trzymać. Gwarantem pokoju w naszej okolicy są chyba Stany Zjednoczone i ich armia już obecna u nas.
        Dodaj odpowiedź 0 45
          Odpowiedzi: 0
        • antysemityzm to choroba IP
          Warto pamiętać że do 1923 przeciw Polakom walczyła Białoruska Partia Socjalistów-Rewolucjonistów (eserowcy) partia która była zwalczana przez komunistów z Białoruskiej SRR, natomiast Komunistyczna Partia Zachodniej Białorusi wspierana przez Białoruską SRR walczyła do 1925 roku, okres ten to była prawdziwa wojna partyzancka trwająca od 1921 do 1925 roku, podobną wojnę partyzancką próbowali prowadzić ukraińscy socjaliści rewolucjoniści, oraz ze wsparciem Ukraińskiej SRR partyzanci Komunistycznej Partii Zachodniej Ukrainy ale bez powodzenia, natomiast nacjonaliści (UOW,OUN) przez cały okres prowadzili kampanię antypolskiego terroru korzystając ze wsparcia Niemiec, Czechosłowacji, Litwy. Żydzi przed wojną zwłaszcza w latach 30 byli traktowani jak obywatele drugiej kategorii, antysemickie ekscesy nie poprawiały relacji.

          Żydowscy komuniści oczywiście prezentowali postawę antypolską i proradziecką, byli w milicjach ale ich postawa nie różniła się od postawy komunistów białoruskich, komunistów ukraińskich czy ukraińskich nacjonalistów czy postawy większości komunistów polskich.
          Dodaj odpowiedź 15 13
            Odpowiedzi: 0
          • aras39@tlen.pl IP
            Treść została usunięta
            Dodaj odpowiedź 1 5
              Odpowiedzi: 1