Gangi PRL. Esbecy i milicjanci zarabiali na tym fortunę

Gangi PRL. Esbecy i milicjanci zarabiali na tym fortunę

Zdjęcie ilustracyjne
Zdjęcie ilustracyjne / Źródło: Wikimedia Commons
Dodano 1
Prawdziwa przestępczość zorganizowana, przynosząca krociowe zyski, mogła powstawać w PRL jedynie przy udziale MSW lub jego cichym przyzwoleniu.

Łukasz Nawrocki

Niezależnie od systemu władzy, od szerokości geograficznej etc. przestępców i stróżów prawa więcej łączy, niż dzieli. Policjanci nie postrzegają przestępców jako wrogów, tylko partnerów w grze. Jedni i drudzy znajdują się na obrzeżach społeczeństwa, posługują się językiem pełnym onomatopei oraz potrzebują tego, co nazywa się The Heat, czyli gorączka, adrenalina, emocje. W końcu przestępcy potrzebują kogoś, kto ich zrozumie, kogoś spoza bagna, w którym tkwią, ale kogoś, kto mówi ich językiem. Stąd wielu polskich przestępców z lat 80. – szczególnie gospodarczych – czuło potrzebę rozmowy z milicjantem, niektórym z nich taka rozmowa dawała poczucie bezpieczeństwa, dla innych była elementem walki z konkurencją. Te uniwersalne czynniki, wzmocnione pospolitym dążeniem człowieka do bogacenia się, doprowadziły do tradycji funkcjonowania gangów opartych na wielowątkowej współpracy pospolitych przestępców z byłymi lub aktualnymi „stróżami prawa”.

W II RP najlepszym przykładem powyższej symbiozy był osławiony automobilowy gang „Kłaka”, działający w drugiej połowie lat 20. Gangsterzy napadali na pałace, dworki oraz na posiadłości ludzi ze świata biznesu. Byli przez dłuższy czas nieuchwytni właśnie dlatego, że grupa w znacznej mierze składała się z byłych funkcjonariuszy policji. W PRL natomiast dwie najbardziej znane afery dotyczące współpracy MSW z przestępcami to oczywiście tzw. afera Zalew z lat 60. oraz afera „Żelazo” z lat 70.

Obie sztandarowe, PRL-owskie afery gangstersko-milicyjne ukazały pewien schemat powstawania przestępczości zorganizowanej. Tworzona ona była „od góry”, może nie z inspiracji MSW, ale – jak można to umownie nazwać – z inspiracji wtórnej resortu, tzn. z „odzyskiwania”, „recyklingu” przestępczości dla państwa. Pospolita grupa przestępcza, rokująca „na rynku”, nie była likwidowana, lecz obejmowana parasolem ochronnym MSW i rozwijała się w cieplarnianych warunkach, oddając część zysku bezpośrednio służbom, a pośrednio PRL. Kolejni szefowie PRL-owskiego MSW mieli więc swoje gangsterskie afery. Mieczysław Moczar odpowiadał za „Zalew”, Mirosław Milewski za „Żelazo”, pozostaje więc pytanie, czy pokusie dorabiania przy pomocy gangsterów oparł się minister Czesław Kiszczak.

Czy w latach 80. wypracowano systemy podobne do poprzednich dekad, które jednak z różnych względów nie ujrzały do dziś światła dziennego? W dłuższej perspektywie należy odpowiedzieć też na pytanie, czy istniała w PRL możliwość, aby licząca się w półświatku, zarabiająca regularne, duże pieniądze zorganizowana grupa przestępcza nie współpracowała ze służbami lub nie korzystała z usług funkcjonariuszy zwolnionych ze służby? Pytanie pozostaje nadal bez odpowiedzi.

Złodzieje aut

Zjawisko kradzieży samochodów zaczęło być znane polskiej milicji w latach 70. Jak trafnie zauważył student Akademii Spaw Wewnętrznych por. Janusz Jastrzębski (1980), „dynamika tej kategorii przestępstw jest wprost proporcjonalna, a nawet wyższa od dynamiki przyrostu ilościowego samochodów trafiających do rąk prywatnych właścicieli”. Jastrzębski przeanalizował sprawy 11 grup przestępczych z lat 70. z województwa stołecznego. W grupach działało od trzech do 15 osób, które ukradły łącznie 138 samochodów – głównie produkcji polskiej (fiaty 125p, 126p, warszawy, syreny, żuki). Grupy działały od paru miesięcy do czterech lat. Kradzieże opisanych aut odbywały się wyłącznie w granicach PRL.

Czytaj także:
Atak na ambasadę ZSRS w Warszawie. To miała być zemsta na Sowietach

W ramach stołecznych grup złodziei samochodów funkcjonowali między innymi mechanicy, niskiej rangi milicjanci oraz urzędnicy wystawiający fałszywe zaświadczenia. Grupy warszawskie działały w sposób przemyślany i zorganizowany, czego najlepszym przykładem jest 14-osobowy gangzłodziei fiatów 125p (1975–1978). Niemniej teren działania (wyłącznie PRL), standard kradzionych aut, współczynnik aut odzyskanych przez milicję oraz poniesione przez warszawiaków konsekwencje karne wskazują na brak złodziejskiego profesjonalizmu. Najkrócej rzecz ujmując, była to robota za niewielkie pieniądze, sezonowa oraz o wysokim stopniu ryzyka. Prymitywne były również warszawskie techniki kradzieży aut z lat 70. Podsumowując – w latach 70. w Warszawie mamy do czynienia ze złodziejską chałturą.

Możliwość „rozkwitu” samochodowych grup przestępczych nastąpiła na skutek symbiozy wychowanych na obrocie walutą w różnych częściach Europy pospolitych przestępców z oficerami MSW. W ten sposób powstała najbardziej znana w latach 80. grupa złodziei samochodów – grupa Nikodema Skotarczaka ps. Nikoś. W jej ramach wszystkim dowodził „Nikoś”, jego prawą ręką był były milicjant Tadeusz Jędrzejczak. W skład gangusamochodowego wchodzili między innymi naczelnik wydziału śledczego MUSW w Gdańsku, prezes klubu sportowego Lechia Gdańsk, wiceprezes Gwardyjskiego Klubu Sportowego „Wybrzeże”, prokurator wojewódzki oraz wielu funkcjonariuszy MO. Uzupełnieniem struktury przestępczej byli pracownicy Wojsk Ochrony Pogranicza, celnicy, urzędnicy wystawiający fałszywe zaświadczenia, pracownicy warsztatów samochodowych, u których przechowywano skradzione auta oraz sportowcy.

Gang samochodowy zajmował się kradzieżą aut z RFN i Francji (głównie audi 100, audi 80 i volkswageny) oraz rozprowadzaniem ich w Polsce i w ZSRS. Klientami „Nikosia” byli między innymi wysocy rangą oficerowie organów bezpieczeństwa PRL, przedsiębiorcy prywatni, hierarchowie kościelni, a także ówczesny wojewoda gdański i członek KW PZPR gen. Mieczysław Cygan. Tylko przez pół roku, w okresie od kwietnia do listopada 1984 r., grupa Skotarczaka sprowadziła i sprzedała w PRL około 80 zachodnich samochodów. W tym samym czasie „przy okazji” gang handlował również innym towarami, w tym między innymi cytrusami i odzieżą. Jak obliczył kpt. Jan Protasiewicz z gdańskiej SB, pozwoliło to zarobić przemytnikom w ciągu sześciu miesięcy około 200 mln zł. Warto przypomnieć, że średnia roczna pensja wynosiła wówczas nieco ponad 202 tys. zł. (12 razy 16 838 zł).


„Nikoś” w Polsce był przez całe lata 80. bezkarny, został aresztowany dopiero przez niemiecką policję. Bezkarność gangsterskiego symbolu PRL lat 80. jest tłumaczona jednoznacznie – „Nikoś” działał z polecenia SB i we współpracy z nią. To teza między innymi Jerzego Jachowicza oraz Sylwestra Latkowskiego. Niezależnie od tego, czy „Nikoś” działał z inspiracji SB (co tak naprawdę do dziś nie znalazło żadnego potwierdzenia w dokumentach), czy działał wyłącznie przy współpracy, przy wykorzystaniu byłych i obecnych wysokich funkcjonariuszy, możemy być pewni, że bezkarność została mu zagwarantowana właśnie dzięki resortowej trosce. Przykład grupy „Nikosia” znów każe więc zadać pytanie: „Czy najważniejszym czynnikiem dla zorganizowanych grup przestępczych w PRL było zaangażowanie w nie elementu resortowego, czy to MSW decydowało, że grupa mogła działać i przynosić zyski?”. Jeśli odpowiemy twierdząco, to dojdziemy do przekonania, że w Polsce Ludowej mieliśmy do czynienia – w odniesieniu do zorganizowanych grup przestępczych – wyłącznie z gangsterką odresortową.

„Gang Olsena”

Odresortowa gangsterka by być skuteczną, musiała odbywać się w ścisłej symbiozie ze światem przestępczym. Gdy bowiem do złodziejstwa brali się sami milicjanci, nie wychodziło to tak, jak powinno. Momentami nawet wyglądało to jak w osławionym duńskim filmie o gangu nieudaczników, któremu szefował Egon Olsen. Prototyp związku przestępczego opartego wyłącznie na funkcjonariuszach MO powstał w latach 80. w Gdańsku. „Złodziei w mundurach” w Wydziale Kryminalnym Miejskiego Urzędu Spraw Wewnętrznych (MUSW) w Gdańsku odkryto w połowie lat 80. W skład grupy przestępczej weszło dwóch funkcjonariuszy Sekcji Zabójstw i Rozbojów oraz dwóch funkcjonariuszy Sekcji Włamań i Kradzieży. Biorąc pod uwagę, że naczelnik wydziału kryminalnego ściśle w tym czasie współpracował z „Nikosiem”, a jego zastępca zamieszany był w wymuszanie haraczów od prostytutek, należy zauważyć, że brak powiązań ze światem przestępczym w tym wydziale dotyczył wyłącznie sekcji obyczajowej. Proceder „Amerykanów” – bo tak ich nazywano – sprawiał, że w Gdańsku kruszcem i walutą handlować mogli jedynie paserzy zrzeszeni w „milicyjnej spółdzielni”. Niemal zawsze dostawali oni informację, kiedy funkcjonariusze zamierzają przeprowadzić kontrolę. Poinformowani kończyli handel, nieopłaceni natomiast byli zatrzymywani.

Czytaj także:
Komu najbardziej zaszkodził „Bolek”. Wstrząsające kulisy powstawania donosów

Działalność przestępcza grupy polegała ponadto na zatrzymywaniu wszelkiego rodzaju przedmiotów u osób notowanych w kartotekach milicyjnych, odstępowaniu za opłatą od prowadzonych spraw czy okradaniu hotelowych prostytutek. Ten ostatni proceder opisywał w swoim raporcie dobrze zorientowany KO „Jasz”: „»Kasowali« prostytutki – to znaczy zabierali im złotą biżuterię, a pomagała im w tym »Kwadratowa« [prostytutka – przyp. red.]. Wskazywała ona te prostytutki, które posiadały więcej biżuterii. Kiedy któraś z okradzionych próbowała oponować, wówczas straszono ją, że jak zakabluje, to będzie pływać w kanale. Mniej agresywnie straszono »szlabanem« na wszystkie lokale w Gdańsku i hotele”.

Milicyjny gang nie stronił ponadto od okradania należności… własnych tajnych współpracowników. Takie praktyki sprawiły, że początkowo w maju 1985 r. w gdańskim Inspektoracie Ochrony Funkcjonariuszy założono sprawę operacyjnego rozpracowania o kryptonimie Elegant, dotyczącą „Amerykanów”. Następnie wszystkich członków grupy aresztowano i skazano na wyroki od 1,5 roku do sześciu lat pozbawienia wolności. Przykładów milicyjnych grup przestępczych podobnych do opisanego powyżej w PRL w latach 80. jest zdecydowanie więcej. Ten sam proceder w wydaniu warszawskim opisał w następujący sposób jeden z doświadczonych przestępców „[…] Zmienił się ostatnio [1984 r. – przyp. red.] mechanizm i formy korupcji milicji. W latach 70. wystarczało opłacać jednego opiekuna i żyć spokojnie. Obecnie opłaty za taką usługę wzrosły, a i nie ma pewności, że obietnica zostanie dotrzymana. Jednostki MSW zaczęły konkurować między sobą o »działki« wśród waluciarzy, traktując handlarzy jak stałe źródło dochodu”. Nie trzeba dodawać, że funkcjonariuszy DUSW Warszawa-Śródmieście zamieszanych w opisaną sprawę zwolniono z MSW i postawiono im zarzuty.

W dobie transformacji

Istnieje kilka zasadniczych różnic między opisanymi grupami przestępczymi. „Nikoś” w swoim otoczeniu miał wielu milicjantów i byłych funkcjonariuszy SB, sam jednak był doświadczonym cynkiem, paserem i złodziejem. Doświadczenie pozwalało mu podejmować rozsądne (acz przestępcze) decyzje, a rady byłych i aktualnych pracowników resortu przydawały się w prowadzeniu przestępczej działalności. Ewolucji ulegały też techniki i mechanizmy działania grupy, doskonalącej swoje umiejętności w poszukiwaniu nowych „rynków” oraz wyzwań. W grupie „Amerykanów” działali natomiast sami milicjanci. Długofalowa uczciwa kooperacja w złodziejstwie nie wchodziła w tym przypadku w grę. Relacjami „Amerykanów” z paserami rządził stosunek siły, a nie – znana u „Nikosia” – próba wypracowania wspólnego pomysłu na nielegalne zarobienie pieniędzy. Także technika prowadzenia przestępstw u „Amerykanów” była monotonna, oparta na wulgarnym, często bezmyślnym rabowaniu słabszych.

Czytaj także:
ZOMO bije milicjantów. Kulisy buntu w MO przeciw komunie

Ponadto – jak się okazało – struktura i mechanizmy działania grupy determinują możliwości prowadzonych interesów. Stąd „Nikoś” kradł zachodnie auta warte tysiące dolarów, „Amerykanie” naliczali detalicznych paserów. Zasadniczą różnicę można dostrzec również w konsumpcji zarobionych pieniędzy. Pieniądze „Nikosia” były inwestowane w kolejne przestępcze procedery, a z czasem sprawnie – na szkodę Polski – weszły do legalnego obiegu. „Amerykanie” większość „łupów” inwestowali w drobne, lecz rzucające się w oczy inwestycje (auta, telewizory, samochody, ubrania itd.). Mimo rozpracowywania mafii samochodowej przez polską i niemiecką policję oraz prowadzoną przez Edwina Myszka stałą inwigilację, Skotarczak był właściwie cały czas na wolności. „Amerykanie” po rocznym rozpracowaniu dostali wysokie wyroki więzienia, a pogrążył ich zwykły paser – tajny współpracownik „Cichy”.

Dwie rzeczy łączą opisywane tu związki przestępcze. Otóż, po pierwsze, współpraca MSW ze światem przestępczym w obu przypadkach obnażała słabość funkcjonowania organów „bezpieczeństwa” PRL. Po drugie, we wszystkich podanych powyżej przykładach odróżnienie tytułowych milicjantów od złodziei jest bardzo trudne. Ponadto tych kilka przykładów, wzmocnionych znajomością podobnych spraw z różnych części PRL, pozwala postawić hipotezę, iż prawdziwa przestępczość zorganizowana, przynosząca krociowe zyski, mogła powstawać jedynie przy udziale MSW lub jego cichym przyzwoleniu. Koncesjonowana przestępczość zorganizowana doskonale zresztą pasuje do modelu i stosunków społeczno-politycznych późnego PRL. W kontekście transformacji ustrojowej i gospodarczej PRL ważne są także słowa znanego kryminologa Donalda Cresseya. Zauważył on, że przestępcy mają wiele typowych cech kapitalistów. Muszą tworzyć coś od nowa, od początku, a własny biznes daje im poczucie wolności, niezależności. Przedstawiciele obu grup dostrzegają ponadto bardzo szybko swoją szansę i natychmiast ją wykorzystują. I być może dlatego badanie tego zjawiska w okresie zmiany stosunków polityczno-ekonomicznych w PRL jest tak ciekawe i tak ważne.

Okładka miesięcznika Historia Do Rzeczy: 1/2015
Artykuł został opublikowany w 1/2015 wydaniu miesięcznika „Historia Do Rzeczy”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 1