Koszmar w kopalni soli. Zapomniana sowiecka zbrodnia na Polakach

Koszmar w kopalni soli. Zapomniana sowiecka zbrodnia na Polakach

Masowy grób ofiar NKWD na terenie kopalni „Salina”
Masowy grób ofiar NKWD na terenie kopalni „Salina” / Źródło: Wikimedia Commons / Fot: Ruslan.r
Dodano 3
Jednej z najbardziej drastycznych masakr Sowieci dokonali w Dobromilu. Oprócz broni palnej do uśmiercania ofiar użyli młotów.

Do celi, w której siedział Michał Mocio, wkroczyli NKWD-ziści. Kazali więźniom rozebrać się i wychodzić dwójkami na korytarz. Mocio znalazł się w jednej z pierwszych dwójek. Gdy tylko zamknęły się za nim drzwi, poczuł potężne uderzenie w skroń, które zlało się z ogłuszającym hukiem wystrzału. Z twarzą zalaną krwią zwalił się na posadzkę.

Był półprzytomny, gdy poczuł, jak oprawcy chwytają go za nogi. Wleczono go w dół po schodach, jego głowa boleśnie obijała się o schody. Nie mógł jednak wydać choćby cichego jęku. Gdyby bolszewicy zorientowali się, że nadal żyje, zostałby natychmiast dobity. Wyniesiono go na więzienny dziedziniec, gdzie pochylił się nad nim jeden z morderców.

– Ten już gotów – powiedział.

Mocio został wrzucony do dołu śmierci, w którym piętrzyły się już ciała innych zamordowanych. Po chwili zaczęły na niego spadać kolejne trupy. Niektóre ofiary dawały jeszcze oznaki życia. Mocio starał się wygrzebać, wypełznąć spod zwału lepkich od krwi, wijących się trupów. Stracił przytomność.

Ocknął się dopiero w nocy, kiedy na więziennym dziedzińcu panowała już głucha cisza. Bolszewiccy oprawcy uciekli, pozostawiając za sobą przerażający obraz ludzkiej rzeźni. Mocio wyczołgał się na powierzchnię, oparł o mur i znowu stracił przytomność. Rano odnalazły go greckokatolickie zakonnice, które weszły na teren opuszczonego więzienia. Trafił do szpitala. Tam początkowo nie został rozpoznany przez rodzoną siostrę. Jego twarz przypominała bowiem jedną wielką ranę, a włosy były białe jak śnieg. Michał Mocio w 1941 r. miał zaś… 21 lat.

Koszmar ten rozegrał się 26 czerwca 1941 r. w więzieniu w Dobromilu 100 km na zachód od Lwowa. Była to jedna z serii niebywale drastycznych masakr dokonanych przez NKWD po ataku Niemiec na Związek Sowiecki. Masakr, które pochłonęły kilkadziesiąt tysięcy ofiar.

Szczegółowe przedstawienie zbrodni w Dobromilu – który leży tuż za obecną granicą Polski – pozwoli czytelnikowi zapoznać się z mechanizmem tej sowieckiej kampanii mordów. O tym, co wydarzyło się w tym miasteczku, wiemy z akt śledztwa, które w tej sprawie prowadził IPN, oraz wydanej w 2013 r. poruszającej książki ks. Jacka Waligóry „Zapomniana zbrodnia w Dobromilu-Salinie”.

Krew po kostki

W Dobromilu czerwoni mordowali w dwóch miejscach. W więzieniu oraz w położonej w pobliżu miasta kopalni soli Salina (wieś Lacko). Ofiarami byli miejscowi. A więc głównie Polacy i Ukraińcy. Ludzie aresztowani przez cały okres okupacji sowieckiej 1939–1941 i więźniowie z Przemyśla przypędzeni do Dobromila po rozpoczęciu przez Niemców operacji „Barbarossa”.

Czytaj także:
Kto zabił Świerczewskiego. Kulisy śmierci gen. „Waltera"

Zacznijmy od masakry w więzieniu. Sowiecka bezpieka szybko zorientowała się, że będzie musiała wycofać się z Dobromila – tempo niemieckiej ofensywy było bowiem zawrotne. Armia Czerwona niemal nie stawiała oporu, jej żołnierze nie mieli ochoty walczyć za znienawidzoną władzę bolszewicką. Po wyrżnięciu komisarzy przechodzili masowo na stronę Niemców.

NKWD w Dobromilu postanowiło więc zatrzeć ślady swojej zbrodniczej działalności. Mieszkańcy widzieli unoszące się nad więziennym murem kłęby dymu – bezpieka zaczęła palić akta. Sowieci przystąpili również do ostatniej, gorączkowej fali aresztowań. Jej ofiarą padli ci „wrogowie ludu”, którzy wcześniej uniknęli zatrzymania. Przypominało to zwykłą łapankę.

Przemoc zaczęła się wylewać na ulice. Sowieci mordowali przedstawicieli polskich elit. Między innymi dyrektora gimnazjum i ks. Jana Wolskiego. Ten ostatni natknął się na patrol, kiedy szedł do chorego z Najświętszym Sakramentem. Dostał dwie kule w klatkę piersiową, a następnie oprawcy przebili mu brzuch bagnetem.

Jednocześnie odbywała się „ewakuacja” – w rzeczywistości była to paniczna ucieczka – sowieckiego aparatu administracyjnego. Więzienie Sowieci postanowili opuścić w nocy z 26 na 27 czerwca. Zgodnie z wytycznymi kierownictwa NKWD Niemcy nie mogli jednak znaleźć w nim choćby jednego żywego więźnia…

Na początku oprawcy nie chcieli alarmować mieszkańców miasta i postanowili „mokrą robotę” wykonać po cichu. Miejsce kaźni urządzono w składzie drewna. Wprowadzano do niego więźniów pojedynczo, a tam czekał już kat z pięciokilogramowym młotem przymocowanym do grubego, stalowego pręta. Był to miejscowy współpracownik NKWD pochodzenia żydowskiego o nazwisku Grauer lub Kramer. Ofiary uśmiercał potężnym uderzeniem w głowę.

Masakry prowadzonej w tym stylu nie wytrzymał nerwowo naczelnik więzienia. Zwrócił się do prowadzącego egzekucję oficera NKWD Aleksandra Malcewa, aby zamiast młotkiem zabijać ludzi za pomocą broni palnej. A więc bardziej „humanitarnie”.

– Jeżeli tak mówisz, to jesteś taki sam jak oni – miał odpowiedzieć bolszewik.

Następnie wyjął z kabury nagana i zastrzelił naczelnika.

W tym momencie NKWD-ziści wpadli w morderczy amok. Niemcy byli blisko – nie było już czasu na dalsze „ceregiele”. Oprawcy zaczęli wyciągać ludzi z cel i strzelać do nich na korytarzach, na schodach, w celach. Bili ich kolbami, dźgali bagnetami. Zakrwawione ciała wrzucali do jam wykopanych na dziedzińcu, których nie zdążyli nawet zakopać.

„Zmusili nas pod groźbą rewolwerów do wyjścia na podwórze – zeznawał przed niemieckim śledczym jeden z ocalałych Dymytr Dwulit. – Musieliśmy położyć się twarzą do ziemi niedaleko dołu. Potem rozstrzeliwano po kolei, niedaleko dołu. Ja dostałem postrzał w tył głowy, kula drasnęła mnie tylko. Zostałem jednak wrzucony do dołu. Na mnie wrzucono jeszcze innych zamordowanych. Słyszałem odgłos łamanych kości. Słyszałem, jak rozstrzeliwano aresztowanych w celach, bo nie chcieli ze strachu wychodzić na podwórze”.

Gdy około godz. 5 nad ranem 27 czerwca ostatni bolszewicy uciekli z więzienia, do budynku ostrożnie zaczęli zbliżać się pierwsi mieszkańcy. Całą noc słyszeli kanonadę i straszliwe krzyki mordowanych ludzi. Jednym z pierwszych, który przekroczył bramę, był miejscowy żydowski lekarz. Po krótkim pobycie na terenie więzienia wybiegł przerażony, krzycząc do ludzi:

– Nie chodźcie tam, nie chodźcie! Nawet w piekle takiego zezwierzęcenia nie zobaczycie!


Zachowały się relacje osób, które nie usłuchały tego wezwania. „Oczom naszym ukazał się straszny, mrożący krew w żyłach widok – zeznawał jeden ze świadków. – Korytarz pokryty był krwią do kostek oraz ciałami ludzkimi. Wszystkie cele były otwarte i w każdej leżały ciała. Na ścianach widać było ślady po kulach. W zwałach ciał zauważyłem człowieka, który dawał oznaki życia. Wyciągnęliśmy go. Otrzymał strzał w tył głowy. Kula wyleciała mu okiem. Odprowadziliśmy go do miejscowej lecznicy”.

Niektóre ofiary miały tak zmasakrowane twarze, że bliscy rozpoznali je po ubraniach. W niektórych celach znaleziono na ścianach imiona konających wypisane krwią na ścianach. Przetrzymywanemu w więzieniu księdzu NKWD-ziści podobno połamali ręce i nogi, wycięli język i narządy płciowe. W pobliżu jednego z dołów śmierci walała się odcięta od ciała ludzka ręka.

Gdzie indziej znaleziono ciała dwóch kobiet. Były to miejscowe Żydówki, które pracowały w NKWD jako sekretarki i zostały zgładzone jako niewygodni świadkowie zbrodni. „Jedna, jak pamiętam, była szczupła – zeznawał świadek – druga zaś była w ciąży i ciało jej było potwornie grube. Widoczne było, że jest w ciąży, bo te zwłoki były prawie nagie. We włosach miała dużo krwi. Ciało leżało na wznak”.

A oto opowieść Janiny Kalinowskiej, krewnej jednej z ofiar: „Wujek Bolek postrzelony, został wrzucony do jamy i według diagnozy lekarza udusił się pod zwałem innych ciał. Widziałam jego zdartą skórę na plecach, widocznie był ciągnięty po ziemi. Jego kolega podobno się uratował, ale całkowicie ogłuchł i załamał się psychicznie. Pamiętam też obraz pogrzebu. Kondukt wychodził od ulicy Mickiewicza do Rynku. I w tym momencie najechał patrol niemiecki na motorach. Żołnierze, widząc pogrzeb, zatrzymali się i wszyscy zdjęli hełmy. To nas wszystkich bardzo zaskoczyło, porównując do nich tych prymitywnych morderców z NKWD…”.

W kopalni soli

W tym samym czasie gdy rozgrywał się dramat dobromilskiego więzienia, bolszewicy mordowali więźniów na terenie kopalni Salina. Tam masakra rozpoczęła się już w dniu niemieckiego ataku. Ofiary na teren kopalni przywożono ciężarówkami lub, jak w przypadku więźniów z Przemyśla, przypędzono je na piechotę. Największe natężenie mordów przypadło na 25 i 26 czerwca. Sowieci zakazali wówczas okolicznym mieszkańcom opuszczać domy, okna kazali zasłonić kocami.

Metoda była podobna jak w więzieniu. Oprócz rozstrzeliwania – uśmiercanie za pomocą tępego narzędzia. Skrępowanych drutem mężczyzn Sowieci ustawiali nad głębokim szybem. Potem funkcjonariuszki NKWD (tak, wśród oprawców były kobiety!) uderzały ich w głowy dębowymi młotami. Aby obrażenia były poważniejsze, bolszewicy najeżyli je gwoździami.

Uderzone ofiary spadały na dno szybu. Ci, którzy byli tylko ranni, topili się w solance lub dusili pod kolejnymi warstwami ciał. Znany jest przypadek mężczyzny, który przeżył egzekucję. „Przywieźli go na teren kopalni, uderzyli młotkiem po głowie i poleciał do szybu – relacjonował znajomy ocalonego. – Szyb był zapełniony trupami i półżywymi ludźmi. Wszystko to oddychało, poruszało się, ale solanki było niewiele, więc się nie utopił. Po pewnym czasie wszystko ucichło i w nocy wydostał się na świat”.

Niewykluczone, że był to ten sam człowiek, którego jeden ze świadków kilka tygodni później spotkał w pobliskim młynie. Był to młody chłopak, który wydostał się z szybu śmierci w Salinie. Opiekowała się nim matka, był bowiem ciężko ranny. Na brzuchu miał wielką, ropiejącą ranę. Okazało się, że uciekając nocą z terenu kopalni, rozerwał sobie brzuch na ogrodzeniu z drutem kolczastym.

Na terenie kopalni NKWD oddzieliło mężczyzn od kobiet. Te ostatnie zostały zaprowadzone do pobliskiej kaplicy zbudowanej jeszcze „za polskich czasów” dla górników. Tam zostały zabite – również za pomocą młotów. Podobno doszło wówczas do profanacji. Jedna z ofiar została przez Sowietów ukrzyżowana na ścianie świątyni. Gdy po ucieczce bolszewików do kaplicy weszli okoliczni mieszkańcy, wszystko było we krwi. Ściany, podłoga, a nawet sufit.

W pobliżu kopalni ktoś podobno znalazł stos wyciętych ludzkich języków. Ta ostatnia informacja wydaje się mało wiarygodna, bolszewicy bowiem bardzo się spieszyli i raczej nie mieli czasu na podobne makabryczne działania.

Sowieci starali się nieudolnie zamaskować szyb, do którego wrzucili ofiary. Zasypali go żużlem i pokryli z wierzchu darnią. Oczywiście po ucieczce bolszewików niemieccy żołnierze, sprowadzeni przez Polaków i Ukraińców, natychmiast trafili na miejsce zbrodni. Niemcy spędzili wówczas do Saliny miejscowych Żydów, aby wydobyli ciała z szybu.

„Cały szyb był zasypany ludzkimi ciałami – wspominał świadek. – Na górze leżała młoda kobieta. Obcięte piersi… rozpruty brzuch… bardzo pobita głowa. Obok niej dziecko. Około półroczne. Śladów bicia na dziecku nie było. Widać zasypali je żywcem”.

Inny świadek mówił: „To było straszne widowisko. Wyciągali ich hakami i układali w rzędy. Twarze nieszczęśników były zniszczone przez solankę. Dalej zaczęli wyciągać nie całe ciała, ale połówki. Nie można było patrzeć na te kawałki. Potem z szybu poszedł taki straszliwy smród, że Niemcy nakazali zatrzymać tę straszliwą pracę”.

Czytaj także:
Zamach na Martykę, czyli śmierć za stalinowską propagandę

Gdy ekshumacja dobiegła końca, esesmani wymordowali Żydów. Niemcy, podobnie jak bolszewicy, ciała swoich ofiar wrzucili do szybu, a potem zalali cementem. W miasteczku – jak to było na całym olbrzymim pasie terytorium, z którego Wehrmacht latem 1941 r. wyrzucił bolszewików – miejscowa ludność dokonała zaś pogromu. Była to ślepa zemsta, zastosowanie zasady odpowiedzialności zbiorowej. Za czyny tych Żydów, którzy kolaborowali z sowieckim okupantem, zapłaciła cała społeczność. Co ciekawe, w wydarzeniach tych aktywną rolę odegrali żołnierze armii Słowacji – wówczas sojusznika III Rzeszy.

Niemcy po zakończeniu ekshumacji przeprowadzili krótkie śledztwo – przesłuchali świadków, zrobili zdjęcia ofiar. O mordzie w kopalni soli szeroko rozpisywała się niemiecka prasa, m.in. gazety dla Polaków wydawane na terenie Generalnego Gubernatorstwa. Potem o sprawie zapomniano. Śledztwo wznowił dopiero w 2006 r. IPN, a konkretnie Oddziałowa Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Rzeszowie. Po trzech latach zostało ono umorzone z powodu „niewykrycia sprawców przestępstw”. Jedyny znany z nazwiska zabójca, Aleksander Malcew, zginął jeszcze podczas wojny.

Po ponownym nadejściu Sowietów w 1944 r. o tym, co stało się w Salinie, nie wolno było w Dobromilu głośno mówić. Na terenie kopalni bolszewicy utworzyli sanatorium dla gruźlików. Kapliczkę, w której dokonano części mordów, zamienili na stołówkę, a krzyże postawione przez bliskich ofiar zniszczyli. Zamiast nich bolszewicy umieścili na Salinie kłamliwą tablicę informującą o ofiarach „faszystowsko-niemieckiej” zbrodni.

Mieszkańcy Dobromila i okolic jednak się nie poddali. Pod osłoną nocy regularnie w miejscu masakry stawiali nowe krzyże. A Sowieci je regularnie niszczyli. Po raz ostatni zrobili to w 1984 r. Wszystko zmieniło się po upadku komuny w 1990 r. Miejscowi Ukraińcy mogli wreszcie postawić na miejscu zbrodni pomniczek i zorganizować uroczystości żałobne. Od tej pory odbywają się one w każdą rocznicę masakry. Biorą w nich udział zarówno Polacy, jak i Ukraińcy.

Historycy oceniają, że w Dobromilu i Salinie czerwoni oprawcy zamordowali od kilkuset do tysiąca obywateli II RP. Niektóre dane mówią jednak nawet o 3,5 tys. ofiar.

Okładka miesięcznika Historia Do Rzeczy: 7/2016
Artykuł został opublikowany w 7/2016 wydaniu miesięcznika „Historia Do Rzeczy”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 3
  • Hansolo IP
    Przecież to są zbrodnie żydowskie.
    Dodaj odpowiedź 1 0
      Odpowiedzi: 0
    • Yyyyyyyyyy IP
      To wina Malezyjczyków i Marsjan. Rosjanie to miłujący pokój ludzie o dobrych sercach. Armia Czerwona to sami Gruzini i Mongołowie, a wszystkie zbrodnie to i tak Niemcy i polscy faszyści z band. Taka jest jedynie słuszna prawda, a jak ktoś nie uznaje tego to jest
      Dodaj odpowiedź 8 7
        Odpowiedzi: 0
      • Polak IP
        "Gdy ekshumacja dobiegła końca, esesmani wymordowali Żydów. Niemcy, podobnie jak bolszewicy, ciała swoich ofiar wrzucili do szybu, a potem zalali cementem. W miasteczku – jak to było na całym olbrzymim pasie terytorium, z którego Wehrmacht latem 1941 r. wyrzucił bolszewików – miejscowa ludność dokonała zaś pogromu. Była to ślepa zemsta, zastosowanie zasady odpowiedzialności zbiorowej. Za czyny tych Żydów, którzy kolaborowali z sowieckim okupantem, zapłaciła cała społeczność. Co ciekawe, w wydarzeniach tych aktywną rolę odegrali żołnierze armii Słowacji – wówczas sojusznika III Rzeszy."
        Jeden akapit, a tyle zaprzeczeń - esesmani (tam zaznacza część stanowili Ukraińcy), Niemcy, miejscowa ludność, czy Słowacy ?
        Dodaj odpowiedź 6 3
          Odpowiedzi: 0