Sowiecki ślad w sprawie mordu na bł. ks. Popiełuszce

Sowiecki ślad w sprawie mordu na bł. ks. Popiełuszce

ks. Jerzy Popiełuszko
ks. Jerzy Popiełuszko / Źródło: Wikimedia Commons
Dodano 9
Zabójstwo księdza miało spowodować usunięcie Jaruzelskiego. Taki był plan Moskwy.

Tadeusz A. Kisielewski

Wieczorem 25 października 1984 r. trzech kłusowników wybrało się pod zaporę na Wiśle we Włocławku, by zarzucić sieci. Około godz. 20 na tamę wjechał samochód, z którego wysiadło dwóch mężczyzn. Spojrzeli w dół i spostrzegli jednego z kłusowników. Spłoszony ich okrzykiem uciekł z obawy przed karą, ale ukrył się za pobliską szopą i obserwował zaporę. Dwaj pozostali kłusownicy, skryci w łodzi przy filarze, byli niewidoczni dla mężczyzn z samochodu. Ci zaś – przekonani, że nikt ich nie widzi – wrzucili do wody ciężki pakunek. Po ich odjeździe kłusownicy naradzili się, czy jest sens udzielić pomocy człowiekowi wrzuconemu do wody, byli bowiem przeświadczeni, że w owym pakunku jest człowiek. Szybko jednak doszli do wniosku, że najpewniej na pomoc jest za późno, a poza tym bali się o własną skórę.

Nazajutrz, 26 października, od godz. 9 rano milicyjni płetwonurkowie rozpoczęli przy tamie poszukiwania. Po południu jeden z toruńskich prokuratorów otrzymał polecenie udania się tam, gdyż znaleziono zwłoki. Po przybyciu na miejsce zdumiony dowiedział się od prokuratora rejonowego, że żadnych zwłok nie ma, a poszukiwania przerwano. Jednak ciało zostało wówczas wyłowione, a nawet poddane oględzinom w celu identyfikacji i wstępnego ustalenia obrażeń. Było to ciało księdza Jerzego Popiełuszki, którego trzej funkcjonariusze MSW uprowadzili 19 października wieczorem. Tego samego dnia (czyli 26 października) zwłoki księdza ponownie zatopiono, by 30 października wydobyć je oficjalnie.

Są to ustalenia prok. Andrzeja Witkowskiego, poczynione podczas dwóch śledztw prowadzonych przez niego po 1989 r. Każde z nich zostało przerwane odgórnym nakazem i od kilkunastu lat sprawa pozostaje w zawieszeniu.

W razie konieczności…

Od końca grudnia 1984 r. do lutego 1985 r. toczył się w Toruniu proces trzech porywaczy i ich bezpośredniego przełożonego. Porywacze zostali oskarżeni o uprowadzenie i zamordowanie księdza ze szczególnym udręczeniem, a przełożony o inspirowanie tej zbrodni. Wszyscy zostali uznani za winnych zarzucanych im czynów i skazani na kary wieloletniego więzienia, które później kilkakrotnie im skracano. Sam proces miał być dowodem na to, że władze nie mają nic do ukrycia przed społeczeństwem i na równi z nim potępiają zbrodnię. A przede wszystkim, że nie mają z nią nic wspólnego. Czy jednak dyrektor departamentu mógłby się odważyć na podobny czyn, nie mając poparcia, a nawet nakazu ze znacznie wyższego szczebla władz? Krótko mówiąc, niejasne było, kto zlecił uprowadzenie i zabójstwo księdza Popiełuszki oraz dlaczego to zrobił. Oczywiście, w pierwszym rzędzie podejrzewano najwyższe władze, a konkretnie generałów Wojciecha Jaruzelskiego i Czesława Kiszczaka.

Rządząca Polską junta potrzebowała wtedy spokoju społecznego, ponieważ Kreml niemal tuż po wprowadzeniu stanu wojennego 13 grudnia 1981 r. zaczął naciskać na jak najszybsze oddanie władzy „przewodniej sile narodu”, czyli Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Poza tym polska gospodarka była w stanie zapaści i rozpaczliwie potrzebowała pomocy Zachodu, a o tym nie można było marzyć, dopóki w Polsce trwała otwarta walka władzy ze społeczeństwem. Zatem jeśli nie ówczesne władze, to kto zlecił zabójstwo księdza? W czyim interesie? Oczywiście w interesie potężnych przeciwników władz.

Polską odmianę realnego socjalizmu charakteryzowały dwa kardynalne odstępstwa od czystej doktryny: polityczny i moralny wpływ Kościoła katolickiego oraz wielki sektor rozdrobnionego rolnictwa indywidualnego (oficjalnie unikano określenia „prywatnego”). Kiedy 16 października 1978 r. kard. Karol Wojtyła został papieżem, dla Moskwy miarka się przebrała. Z inicjatywy przewodniczącego Komitetu Bezpieczeństwa Państwowego Jurija Andropowa 13 listopada 1979 r. dziewięciu członków najwyższych władz Komunistycznej Partii Związku Sowieckiego podpisało uchwałę nakazującą KGB „wykorzystać wszelkie dostępne możliwości, by zapobiec nowemu kierunkowi w polityce, zapoczątkowanemu przez polskiego papieża, a w razie konieczności sięgnąć po środki wykraczające poza dezinformację i dyskredytację”. Niespełna rok później w Polsce powstała Solidarność. 13 maja 1981 r. na placu św. Piotra przy pomocy tureckiego zamachowca Alego Ağcy sięgnięto zatem po te „środki”. Jednak papież przeżył zamach, a sytuacja w Polsce coraz bardziej wymykała się spod kontroli.

Kandydat Kremla

W Moskwie i w Warszawie zaczęto się więc przygotowywać do wprowadzenia w Polsce stanu wojennego. Okazało się jednak, że nawet po jego odwołaniu w Warszawie nadal rządzą wojskowi, a nie PZPR. Co więcej, władze dopuściły do tego, by latem 1983 r. Polskę znów odwiedził papież. To wprowadziło Kreml w stan alarmu. Zaczęto gwałtownie szukać sposobu na przeprowadzenie zmiany polskiego kierownictwa. Kandydatów na nowego I sekretarza było najwyżej pięciu. Tylu bowiem Moskwa uważała za prawdziwych komunistów i przyjaciół Związku Sowieckiego. Byli to: Stanisław Kociołek, Stefan Olszowski, Andrzej Żabiński, Tadeusz Grabski, ale nowy gensek, wcześniej nadzorujący KGB, Jurij Andropow, najbardziej doceniał zalety piątego kandydata – sekretarza KC PZPR Mirosława Milewskiego.

Czytaj także:
Zabić księży! SB mordowała kapłanów jeszcze po wyborach 4 czerwca

Najważniejszą z nich było ścisłe powiązanie Milewskiego z KGB, sięgające 1944 r., kiedy jako szesnastoletni chłopiec współpracował z NKWD i wojskowym kontrwywiadem Smiersz. Rok później, w lipcu, jako funkcjonariusz Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Państwowego w Augustowie, wziął udział w obławie na rzeczywistych i domniemanych członków polskiego podziemia. Prawie sześciuset zamordowały na terytorium Białorusi specjalne oddziały Smiersz i NKWD, początkowo wspierane przez jednostki Armii Czerwonej i wydzielony 110-osobowy pododdział 1. Praskiego Pułku Piechoty WP. Moskwa nigdy nie wątpiła w lojalność Milewskiego, a mając na niego takiego haka, mogła być go całkowicie pewna.

Pozostawało wybadać stanowisko warszawskich towarzyszy. Zastępca szefa KGB Wiktora Czebrikowa i jednocześnie szef wywiadu Władimir Kriuczkow zaprosił do Moskwy gen. Kiszczaka. Po skomplementowaniu gen. Jaruzelskiego, który udowodnił, że jest najlepszym człowiekiem na ciężkie czasy, Kriuczkow zapytał, czy nie nadeszła pora, aby wojsko wróciło do koszar. Szczególnie interesowało go, kto zastąpi Jaruzelskiego, gdy partia odzyska należne jej miejsce. Wyraził pogląd, że powinien to być jakiś doświadczony, dobry komunista (Kiszczak zapewnił, że Jaruzelski myśli o tym), i zasugerował Milewskiego, na co Kiszczak zareagował śmiechem.

Rezydenci KGB

W ten sposób Kriuczkow dowiedział się wszystkiego, co chciał. Polacy nie zamierzali szybko zmieniać ekipy Jaruzelskiego, a nawet w przypadku zmiany nie będą brali pod uwagę kandydatury Milewskiego. Teraz, kiedy Milewski był zwycięzcą przeprowadzonych w Moskwie eliminacji, Kriuczkow musiał podjąć decyzję dotyczącą sposobu przeprowadzenia zmiany na stanowisku I sekretarza KC PZPR. Miał do tego ludzi, a oni mieli plan, który on zaakceptował.


Oficjalnym rezydentem KGB w Warszawie był płk Witalij Pawłow, a jego zastępcą ds. operacyjnych płk Siergiej Michajłow. Michajłow otrzymał zadanie przeprowadzenia operacji daleko wykraczającej poza wspieranie i inspirowanie codziennej, żmudnej walki z Kościołem. Jak ważne ono było, miały mu uzmysłowić słowa, które on i Pawłow usłyszeli od Kriuczkowa: „Jeśli to porządnie zrobicie, zostaniecie generałami”. Warszawska ekspozytura KGB miała od dawna swoich kretów w wielu polskich instytucjach. Jeden z nich znajdował się nawet w bezpośrednim otoczeniu Kiszczaka. Jednak do nowego zadania potrzebni byli nowi ludzie. Jednym z nich stał się w 1982 r. kpt. Grzegorz Piotrowski, jeden z przyszłych porywaczy księdza Popiełuszki.

W maju 1983 r. Pawłow, Michajłow i ich ludzie pilnie obserwowali wydarzenia w Warszawie po zamordowaniu G. Przemyka. Jego pogrzeb przekształcił się w wielką manifestację antyrządową. Przebiegła spokojnie, choć obserwatorzy z ekspozytury KGB byli pewni, że wystarczyłaby drobna prowokacja, by tłum zwrócił się przeciw otaczającym go oddziałom milicji, a później... kto wie, jak daleko by się posunął. Z kolei Pawłow i Michajłow dowiadywali się i upewniali, że w siedzibach KC PZPR i rządu panuje wielkie zaniepokojenie.

Wtedy było za wcześnie na wykorzystanie tych przeciwstawnych nastrojów, Sowieci nie byli jeszcze na to gotowi. Zapamiętali jednak, jak naprawdę wygląda „normalizacja sytuacji w Polsce”, o której obłudnie zapewniali ich warszawscy prominenci, oraz jak starali się oni uspokoić nastroje, organizując farsę sądu, w której usiłowali wrobić w zabójstwo ekipę pogotowia ratunkowego. To nie był pokaz siły opartej na przekonaniu we własne racje, lecz tchórzliwy unik, dowodzący słabości. Właśnie wtedy, wiosną 1983 r., KGB ostatecznie się upewnił, że Polska nadal jest jak beczka prochu i wystarczy iskra – jeśli się ją odpowiednio podsyci, a płomień ukierunkuje – aby wysadzić w powietrze całą tę wojskową kamarylę i przywrócić kierowniczą rolę partii, na której czele stanie prawdziwy komunista i szczery przyjaciel Związku Sowieckiego.

Akcja „Popiel”

Do spowodowania wybuchu potrzebne są dwie rzeczy: materiał wybuchowy i zapalnik. Materiału wybuchowego było dużo: co najmniej kilka, a może nawet kilkanaście milionów ludzi. Pozostawało znaleźć skuteczny zapalnik, czyli impuls, który na tyle wstrząsnąłby tymi milionami, aby wyprowadzić je na ulice i tam wyzwolić ich niszczącą siłę. Po zabójstwie Przemyka stało się jasne, że takim impulsem może być wyłącznie uderzenie w Kościół, dający ludziom schronienie i wsparcie duchowe oraz pomagający im materialnie. Kandydat narzucał się sam.

MSW prowadziło przeciw Popiełuszce akcję „Popiel”. Władze miały dość kazań księdza, protestowali przeciw nim wewnątrzpartyjna opozycja i jej moskiewscy patroni. Popierano więc niezdecydowane działania episkopatu, by wysłać Popiełuszkę do Rzymu. Aby przełamać opór księdza, nie wykluczano wywarcia nań „fizycznego nacisku”, mając przy tym też nadzieję, że może uda się go skłonić do tajnej współpracy z wywiadem. To zadanie zlecono Grupie „D”, w której skład weszło trzech przyszłych porywaczy, ale jeden z nich – Piotrowski – działał jednocześnie na zlecenie KGB. Kiedy ksiądz został już uprowadzony, Grupa „D” oddała go w ręce innej ekipy, o której do tej pory nic nie wiemy.

Jest chyba immanentną cechą policjantów i prokuratorów, ponadustrojową i ponadnarodową, że najchętniej i najłatwiej formułują oskarżenia w stosunku do tych podejrzanych, którzy są dostępni. Prokurator Witkowski wprawdzie nie odrzucił a priori śladu sowieckiego, ale nie miał dowodów na jego uwiarygodnienie. Oczywiście moralną i polityczną odpowiedzialność za śmierć księdza ponoszą Jaruzelski i Kiszczak. Pierwszy akceptował mającą zastraszyć księdza akcję „Popiel”, która stała się przykrywką dla jego morderców, drugi ją nadzorował.

Kiedy już było pewne, że to trzej funkcjonariusze MSW uprowadzili księdza, Kiszczak rozpoczął działania mające jednocześnie udowodnić, że władze nie mają nic wspólnego ze zbrodnią, i nie dopuścić do rzucenia cienia na Sowietów. Ten drugi cel trzeba uznać za zupełnie oczywisty, bowiem w ówczesnych warunkach politycznych byłoby rzeczą niewyobrażalną oskarżyć Moskwę o tę zbrodnię. Wiadomo tylko, że Kiszczak w zawoalowanej formie dał Sowietom do zrozumienia, że wie o ich roli. Wywołało to ich gniewną reakcję. Tak czy inaczej, rozpoczęła się wielka mistyfikacja zbrodni.

Mistyfikacja

Dlaczego zwłoki księdza Popiełuszki ponownie zatopiono? Dlatego że po kilkunastu godzinach przebywania w wodzie (25–26 października) zmiany w tkankach były tak niewielkie, że nawet najbardziej uległy władzom anatomopatolog nie podpisałby się pod orzeczeniem, że ciało było w wodzie przez siedem dni (19–26 października). Natomiast po pięciu dniach (25–30 października) zmiany były już na tyle zaawansowane, że można było bez skompromitowania swoich kompetencji orzec, że były poddane działaniu wody nawet przez 11 dni.

Z dokumentów śledztwa prowadzonego przez MSW bezpośrednio po aresztowaniu porywaczy, zawartych w opublikowanym przez IPN tomie, jasno wynika, że:

„– po pierwsze, Piotrowski zdecydował się zeznawać prawdę dopiero wtedy, gdy się okazało, że obrady XVII Plenum KC PZPR (26–27 października) nie przyniosły zmian we władzach partii... (Tu trzeba dodać, że już wcześniej, w maju, Jaruzelski i Kiszczak wykonali uderzenie wyprzedzające przeciw Moskwie. Po kilkunastu latach publicznie odgrzali sprawę „Żelazo” z 1971 r. Była to afera, w której współpracownicy wywiadu PRL przeniknęli do świata przestępczego na Zachodzie i rabowali, napadali, a nawet mordowali, uzyskane zaś w ten sposób pieniądze, złoto, kamienie szlachetne i luksusowe samochody przemycali do Polski. Szefem wywiadu był w tamtym okresie Milewski. Teraz było jasne, że chodzi nie o to, by postawić go w stan oskarżenia, ale by skompromitować go moralnie i w ten sposób spalić jako kandydata na przywódcę partii. A o tym, że Sowieci zupełnie jawnie za takiego go uważali, świadczyło zdarzenie z przełomu 1982 i 1983 r. Wracający z wizyty w Mongolii Milewski zatrzymał się w Moskwie, gdzie przyjęto go z ceremoniałem godnym głowy państwa);

– po drugie, można dokładnie określić dzień (3 listopada, prawdopodobnie po słownej „obróbce” przeprowadzonej 1 listopada po południu), w którym oficerowie śledczy, zamiast wysłuchiwać zeznań Piotrowskiego, zaczęli mu wkładać w usta własną wersję wypadków, która miała być ogłoszona jako oficjalna i podana do publicznej wiadomości”.

Pozbawione sensu były wypowiedzi z lat 90. dyrektora Głównej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu prof. Witolda Kuleszy oraz mec. Krzysztofa Piesiewicza (obie bardzo przychylnie przyjęte przez część prasy), jakoby wykazanie przez prok. Witkowskiego, że porywacze nie byli mordercami, może ich skłonić do wystąpienia o odszkodowanie lub zadośćuczynienie za niesłuszne skazanie, a także podważać męczeństwo księdza Popiełuszki. Bezprawne pozbawienie wolności połączone ze szczególnym udręczeniem to także wymagająca kary zbrodnia, zaś wykazanie, że czyny te trwały nie kilka godzin, ale kilka dni, powinno raczej skłaniać do utwierdzenia się w przekonaniu o męczeństwie księdza. Wypada natomiast zgodzić się z przewidywaniem, że „skończyłoby się na umorzeniu sprawy z powodu niewykrycia sprawców [morderstwa]”, jednak wartość takiego wyroku byłaby bezsporna. Polegałaby na tym, że sąd uznałby, iż krąg podejrzanych i oskarżonych o uprowadzenie i morderstwo jest szerszy, niż przyjmowano do tej pory. Sprawiedliwość wymaga, aby prawdę uznać za wartość samą w sobie, niezależnie od tego, czy jej ustalenie pociąga za sobą wymierzenie sprawiedliwości.

Czytaj także:
Zamach na Martykę, czyli śmierć za stalinowską propagandę

Wreszcie należy zapytać, czy z punktu widzenia praworządności dopuszczalne jest tolerowanie obecnej sytuacji, gdy tylko część sprawców zbrodni została ujawniona i ukarana? Czy nie jest obowiązkiem instytucji odpowiedzialnych za egzekwowanie prawa przynajmniej formalne wskazanie wszystkich sprawców, nawet jeżeli ukaranie niektórych z nich nie jest z przyczyn obiektywnych możliwe?

Wkrótce po śmierci księdza Popiełuszki płk Pawłow i płk Michajłow zostali odwołani do Moskwy i awansowani na generałów. Widocznie efekty ich działalności w Warszawie oceniono bardzo wysoko i słowa dotrzymano.

Okładka miesięcznika Historia Do Rzeczy: 2/2016
Artykuł został opublikowany w 2/2016 wydaniu miesięcznika „Historia Do Rzeczy”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 9