Zatrzymać czołgi! Czyli zbrodnia warszawska

Zatrzymać czołgi! Czyli zbrodnia warszawska

Sowieckie czołgi T-34 w czasie akcji, 1942 r.
Sowieckie czołgi T-34 w czasie akcji, 1942 r. / Źródło: Wikipedia
Dodano 23
Stalin kazał zatrzymać wojska, które szły na Warszawę. Powstańcy byli dla niego wrogami, więc z zadowoleniem przyglądał się agonii stolicy.

Maciej Rosalak: Czy Stalin nie mógł, czy nie chciał pomóc powstańcom warszawskim?

Prof. Mikołaj Iwanow: To jest takie naiwne polskie pytanie. Oczywiście nie mógł i nie chciał. A to dlatego, że był fanatycznym komunistą, dla którego powstańcy byli wrogami. W archiwach znalazłem dokumenty z wytycznymi dla sił sowieckich, w których pisze się wprost: „Traktować Armię Krajową na równi z UPA”. A ukraińskich nacjonalistów tępiono jako najgorszych wrogów Związku Sowieckiego. Pod naciskiem Brytyjczyków i Amerykanów wobec Armii Krajowej stosowano czasem taryfę ulgową, co oznaczało na przykład zapisywanie AK-owców do armii Berlinga, ale generalnie dążono do jej likwidacji. Różnica polegała na tym, że UPA walczyła ze Stalinem jak z Hitlerem, a AK miała rozkaz traktować Sowietów jako „sojuszników naszych sojuszników” i występować wobec nich w roli gospodarza. Współpracować, podawać im rękę.

Jak Stalin potraktowałby odkrycie przed nim planu powstania przez dowództwo AK i propozycję zbrojnego współdziałania?

On nie musiał czekać na taką propozycję, bo dzięki swym szpiegom w brytyjskich kręgach władzy – słynnej „piątce z Oxfordu” – znał polskie plany nie gorzej od Churchilla i Roosevelta. Niemal każdy dokument wysyłany przez rząd polski w Londynie do rządu brytyjskiego był tłumaczony w Moskwie na język rosyjski i trafiał do bolszewickiego Biura Politycznego. Armia Krajowa w planach ZSRS w ogóle nie miała racji bytu. Powstanie w Warszawie stało się dla Stalina okazją do rozprawienia się z Armią Krajową niemieckimi rękami. I tyle.

W swej znakomitej książce „Powstanie warszawskie widziane z Moskwy” wymienia pan jednak przynajmniej trzy momenty, kiedy na szczeblu dowódcy frontu powstawały plany zajęcia Warszawy. To początek sierpnia, przełom sierpnia i września oraz przełom września i października. Czy 1. Front Białoruski mógł skutecznie uderzyć na naszą stolicę, kiedy u schyłku lipca kończyła się już ogromna operacja „Bagration”? Dotychczas podkreślano, że siły i zapasy Armii Czerwonej były tu wtedy na wyczerpaniu, a Niemcy kontratakowali...

Czytaj także:
Polski lotnik Stalina. Niewiarygodna historia braci Lewoniewskich

To jest największe kłamstwo sowieckie. To prawda, że operacja „Bagration” przerosła nawet najśmielsze oczekiwania Sowietów. Wczesnym latem 1944 r. potężnymi uderzeniami Armia Czerwona rozgromiła wojska niemieckie na Białorusi, wzięła do niewoli tysiące Niemców, weszła na terytoria polskie, a pod koniec lipca – po zajęciu Lubelszczyzny i Podlasia – zbliżyła się do Warszawy. To była już inna Armia Czerwona niż w 1941 r. Nauczyła się walczyć i chciała walczyć, była – nawet zdaniem Niemców – nie gorzej od nich uzbrojona, a posuwała się na zachód szybciej niż Wehrmacht na wschód trzy lata wcześniej. Najpotężniejszy w całej Armii Czerwonej 1. Front Białoruski pod dowództwem świeżo mianowanego marszałka Konstantego Rokossowskiego przeszedł podczas tej operacji 500–600 km.

Ale – co celowo pomijało się w historiografii PRL oraz ZSRS, a teraz też i Rosji – Rokossowski już na początku operacji zakładał ewentualne zajęcie Warszawy, w połowie lipca (jak pisze we wspomnieniach) rozmawiał o tym ze Stalinem, a jego Front był lepiej zaopatrywany niż pozostałe wojska. Zresztą oddziały kolejowe błyskawicznie układały szerokie tory łączące wojska frontowe z bazami zaopatrzenia. Jeszcze jednym celowo pomijanym elementem sytuacji był fakt, że główne uderzenie w kierunku Warszawy wykonało lewe, południowe skrzydło 1. Frontu Białoruskiego z Lubelszczyzny, które podczas operacji „Bagration” pokonało dystans niewiele przekraczający 200 km. Najsilniejsza „pięść” tego ugrupowania, czyli świetna, zaprawiona w bojach 2. Armia Pancerna, trzymana była dotąd w odwodzie. Te właśnie świeże siły, mające blisko 400 czołgów, znalazły się pod koniec lipca na przedpolach prawobrzeżnej Warszawy. I dotarły do niej – jak doniósł wywiad AK i na czym opierał się Bór-Komorowski, podejmując decyzję o wybuchu powstania.

Ale rósł opór Niemców...

Siły Niemców były wtedy znikome. Dowódca 9. Armii Wehrmachtu, broniącej linii Wisły, oceniał, że stosunek sił w piechocie wynosił 1:7 na jego niekorzyść, kilkakrotnie mniej miał też czołgów i dział. Sporych odcinków zachodniego brzegu Wisły w ogóle nie obsadzono. 60 km na południe od Warszawy nie było żadnego Niemca! Z utworzeniem przyczółka magnuszewskiego nie było kłopotu. Rokossowski miał wszelkie atuty, aby przekroczyć rzekę i uderzyć wtedy na północ oraz na południe od miasta. Następnie wziąć je w kleszcze i zdobyć w pierwszych dniach sierpnia. To zakładał jego plan. I takie też były założenia następnych, o których pan wspomniał, tworzone już razem z marszałkiem Żukowem. Tworzone niejako na wszelki wypadek, gdyby stanowisko USA i Wielkiej Brytanii stało się bardziej zdecydowane, gdyby Stalin musiał serio brać pod uwagę nawet rozpad koalicji antyhitlerowskiej, czego obawiał się najbardziej.

Czy jednak na zatrzymaniu ofensywy Armii Czerwonej nie zaważył kontratak pięciu niemieckich dywizji pancernych na wschód od Warszawy?

Tak ochoczo twierdzą ci, którzy dążą do wybielenia postawy Stalina. Wbrew faktom. Po pierwsze to nie było pięć dywizji, tylko poszczególne oddziały tych związków taktycznych. W sumie siła mniejsza w porównaniu z samą 2. Armią Pancerną czerwonoarmistów. Po drugie w warunkach dość bezładnego uchodzenia pobitego Wehrmachtu ich kontratak nie mógł zostać właściwie skoordynowany i w efekcie wchodziły one do akcji – głównie na północ od miasta – niejednocześnie. I wreszcie – głównym celem Niemców nie było w tamtych dniach utrzymanie Warszawy, ale ubezpieczenie od ofensywy na Prusy Wschodnie, czego Hitler obawiał się najbardziej. Tak więc to Sowieci zatrzymali się, czekając, aż Niemcy wykonają robotę za NKWD i zniszczą tych, którzy stanowili potencjalne zagrożenie dla komunizacji Polski.

Skąd wiemy, że Stalin wydał rozkaz: „Zatrzymać czołgi!”?

Mimo poszukiwań w archiwach sowieckich nie znalazłem tego rozkazu na piśmie. Być może, iż znajduje się w supertajnych zespołach archiwalnych, ale jeszcze bardziej jest prawdopodobne, że Stalin takiego rozkazu po prostu nie podpisał. Nauczony doświadczeniem mordu katyńskiego unikał pozostawienia pisemnych śladów takich decyzji i rozkaz wydał ustnie. A o rozkazie zwanym umownie „Zatrzymać czołgi!” wiemy z dziesiątków innych rozkazów, które muszą stanowić jego bezpośrednią konsekwencję (na przykład o całkowitym zakazie lotów nad Warszawą), oraz z faktów, które nastąpiły na przełomie lipca i sierpnia, a których nie można inaczej wytłumaczyć. Przede wszystkim właśnie dlaczego 1. Front Białoruski nie uderzył, choć był w stanie tego dokonać? Dlaczego wyznaczono Armii Czerwonej inne zadania i gdzie indziej skierowano zaopatrzenie? Dlaczego nie uchwycono największego strategicznego węzła drogowego i kolejowego na drodze do Berlina? Dlaczego zrezygnowano z zajęcia pierwszej stolicy dużego państwa europejskiego, co przyniosłoby znakomity efekt propagandowy na całym świecie? Dlaczego nie wykorzystano okazji do zainstalowania w niej właśnie powołanego przez Stalina komunistycznego Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego?

No właśnie dlaczego?

Bo Stalina zaskoczyła zaciętość walk w Warszawie. O ich wybuchu dowiedział się bardzo szybko, zanim jeszcze poinformował go o nich przebywający akurat w Moskwie premier rządu RP w Londynie – Stanisław Mikołajczyk. Sowieci myśleli, że 10 tys. powstańców, którzy „porwali się z kozikiem na czołgi”, zostanie błyskawicznie zmiażdżonych przez samą 1. Dywizję Pancerno-Spadochronową „Herman Göring”. A tu bój trwa nie dwa–trzy dni, ale tydzień, dwa tygodnie, miesiąc, dwa miesiące...

To, że w końcu zaczęli pomagać, że w połowie września wysłali za Wisłę berlingowców, że samoloty zrzucały broń, było – jak sądzę – wynikiem nie tylko nacisków aliantów. Można to uznać za naiwne, ale myślę, że Stalin zaczął powstańców szanować, podobnie jak szanował broniących się do ostatka Niemców w Stalingradzie. Stosunku do AK-owców nie zmienił, nadal osobiście uważał ich za „faszystów”, którzy „chcą wbić nóż w plecy bohaterskiej Armii Czerwonej”, ale pod koniec września zaczął im jednak pomagać. Oczywiście było to przede wszystkim obliczone na przedłużenie niszczenia młodej elity narodu polskiego rękami Niemców, na „walkę do ostatniego Polaka”, ale zauważam rosnący szacunek do powstańców, choćby w sformułowaniach wydawanych rozkazów.

Poruszył pan też inną pasjonującą kwestię. Czy gdyby Godzina „W” została przesunięta o trzy dni, Rokossowski nie miałby wyjścia i pobiłby Niemców wokół Warszawy, zanim Kreml zostałby postawiony w sytuacji, kiedy na oczach świata stolica Polski znalazłaby się w rękach Armii Krajowej?

Myślę, że rzeczywiście Sowieci nie mogliby się już wtedy wycofać. Chociaż nie możemy wykluczyć żadnego, najbardziej perfidnego kłamstwa ze strony Stalina, który przecież oskarżał Armię Krajową wobec Churchilla i Roosevelta o najgorsze rzeczy, kłamiąc w żywe oczy. Kłamstwo stanowiło istotę stalinizmu przynajmniej od procesów lat 30., a podczas wojny przerastało największe kłamstwa propagandy hitlerowskiej.


Ale przecież nie mogliby odwołać tych dywizji, które już by się w Warszawie znalazły...

Mogliby jednak całkiem odmiennie od stanu faktycznego przedstawić sytuację. Przecież wtedy o czołgach na Pradze też kłamali, a potem historycy sowieccy kłamali nadal, że żadnych czołgów sowieckich tam pod koniec lipca nie było. Były! Wjechały tam bez większego oporu ze strony Niemców. Nie miały paliwa? Sprawdziłem, że 30 lipca dostarczano 1. Frontowi Białoruskiemu tyle, ile było potrzeba. Aż 1. Front Ukraiński na południu skarżył się, że całe paliwo idzie do sąsiadów na północ. Podobnie amunicja do czołgów. Każdy był zaopatrzony w dwa komplety pocisków. Sam byłem czołgistą, to wiem. Komplet w T-34 wynosił 77 pocisków. To naprawdę dużo. Na zdobycie Warszawy by wystarczyło.

O tym, że Rosjanie byli gotowi zająć Warszawę z marszu, świadczy m.in. meldunek bohatera spod Stalingradu, gen. Batowa, który pytał: „Czy idziemy wyzwolić braci – Polaków?”. Oczywiście miał na myśli Armię Ludową, a nie AK. Tu trzeba dodać, że wielkim mistyfikatorem sytuacji był PKWN, donosząc Stalinowi, że walki w Warszawie prowadzi AL w tej samej mierze co AK. Stalin, mając meldunki wywiadu brytyjskiego, oczywiście nie dał się nabrać, ale niektórzy dowódcy sowieccy zapewne brali oświadczenia polskich komunistów poważnie.

Czy niebezpieczeństwo sprowokowania spontanicznego zrywu mieszkańców przez komunistów polskich właściwie nie pozostawiało innego wyboru dowództwu AK, niż rozpocząć powstanie? Przecież to mogło się skończyć jeszcze straszliwszą rzezią...

Całkowicie się z panem zgadzam. Komuniści wzywali do tego zrywu na przykład w 13 audycjach swego Radia Kościuszko, rozlepiali plakaty tej treści w Warszawie, a nie dysponowali ani siłą, ani organizacją zdolną do pokierowania powstaniem. Aczkolwiek sądzę, że Związek Patriotów Polskich, a później PKWN, był zaślepiony własną propagandą. Polscy komuniści wierzyli w to, co sami głosili, nie licząc się z rzeczywistością. Może sprzyjały temu akcje AL, przeprowadzane na rozkaz i na wzór sowiecki wtedy, gdy Armia Krajowa – chroniąc ludność przed represjami – starała się unikać prowokowania Niemców przed ostateczną z nimi rozprawą.

Dodajmy jednak, że AK likwidowała wyjątkowych bandytów – oficerów SS i gestapo – z wyroków sądów, w bardzo niebezpiecznych sytuacjach dla wykonawców. Dywersanci komunistyczni wrzucali granaty do kawiarni na wzór terrorystów, zabijając kogo popadło...

To prawda. Mówiłem, że stosowali wzory partyzantki sowieckiej. Przecież bohaterka Kraju Rad, o której uczyły się kolejne pokolenia w ZSRS – Zoja Kosmodiemianska, paliła chaty chłopów w 40-stopniowym mrozie, aby nie służyły Niemcom. Ginęli chłopi z całymi rodzinami. Partyzanci bronili się we wsiach, które później palili Niemcy. Nigdzie nie spłonęło tak dużo wsi jak na Białorusi. Zginęła tam trzecia część ludności.

Rząd RP i Kierownictwo Walki Podziemnej stanęły przez tragicznym dylematem już wcześniej, w momencie wkraczania Armii Czerwonej na przedwojenne terytorium Polski. Jak pan pisze, „Burza”– potraktowana jako skierowana militarnie przeciw Niemcom, a politycznie przeciw Sowietom – tylko rozzłościła Stalina. Co więc Polacy mieli robić? Walczyć z Armią Czerwoną? Czy po prostu nic nie robić, narażając się na zarzut bierności wobec wspólnego wroga, a potem na rozbrojenie i represje? Czy była to sytuacja bez wyjścia?

Żeby Polska uniknęła tych wszystkich ofiar, a później komunizacji, trzeba by chyba wysiedlić stąd wszystkich Polaków, a osiedlić tu Czechów (przy czym nie chcę obrazić tego narodu, zasłużonego w kształtowaniu wartości demokracji zachodniej). Ci zapewne gotowi byliby współpracować i zaprowadzić na tej ziemi komunizm. Polacy to jest zupełnie inny naród. Nie poddaliście się nawet po stracie tylu wspaniałych młodych ludzi podczas powstania i w końcu, mimo tak straszliwych ofiar zrzuciliście jarzmo.

Czy byłoby to możliwe bez powstania warszawskiego? Chyba nie. Polacy nie mieliby moralnego punktu odniesienia, straciliby swoją tożsamość. To przecież głównie dlatego powstania nie mogła przeboleć Wanda Wasilewska, zapowiadając, że „Bór” i inni z kierownictwa Polski Podziemnej zapłacą głową za jego wybuch. Dziwne, że nadal znajdują się Polacy, którzy winnych zbrodni warszawskiej szukają w dowództwie AK.

Podobnie traktowało się i traktuje, zwłaszcza wśród historyków w Moskwie, wyjście żołnierzy Andersa ze Związku Sowieckiego w 1942 r., kiedy ważyły się losy frontu na Wschodzie. Zapomina się o koszmarze, jaki Polacy przeżyli w barakach na Syberii i w Kazachstanie, o śmierci najbliższych, której byli świadkami, o niepewnym losie, jaki ich czekał. Polacy nie są narodem, który zniósłby takie tortury i upokorzenia. Są dumni. To duma powodowała wszystkie poprzednie powstania. I to warszawskie, z 1944 r., również.

Czytaj także:
Tajemnica Rokossowskiego. Co ocaliło polsko-sowieckiego marszałka?

Gdyby powstanie wzniecili komuniści, jatka byłaby jeszcze gorsza. Część żołnierzy AK przyłączyłaby się zresztą do oddziałów AL. Komunizacja Polski i tak by nastąpiła, tylko inną drogą i zapewne na jeszcze gorszych warunkach. Powstanie zadecydowało o tym, że komunizacja Polski nastąpiła wolniej i znacznie łagodniej niż w innych krajach. Musiała jednak nastąpić. Jeszcze w 1941 r., kiedy Związkowi Sowieckiemu groziła zagłada, jeszcze w 1942 r. – przed wyjściem Andersa – Stalin mógł rozważać finlandyzację Polski. W 1943 r. – po odkryciu zbrodni katyńskiej – już nie mógł. Klamka zapadła. Widać różnicę: w 1942 r. Sowieci współpracują z AK w akcji „Wachlarz”. W 1943 r. partyzantka sowiecka na polskich kresach otrzymuje rozkaz wojny z AK.

Czyli podziela pan profesor pogląd, że bez ofiary polskiej młodzieży AK-owskiej koniec mógłby być jeszcze bardziej żałosny dla kraju, a młodzież i tak wylądowałaby na Sybirze?

Krew przelana w Warszawie została przelana nie na darmo. Tym wszystkim, którzy sądzą przeciwnie, którzy twierdzą, że decyzja o jego wybuchu stanowi zbrodnię przeciw narodowi polskiemu, ja odpowiadam: każda kropla krwi polskiej, która wsiąkła w Warszawę, okazała się bezcenna. Dowiodła, że z Polakami trzeba postępować ostrożnie. Dlatego w 1956 r. nie było tu Budapesztu, terror czasów stalinowskich mimo wszystko okazał się mniejszy niż w innych krajach ujarzmionych przez Związek Sowiecki i nie doszło do kolektywizacji. Sowietyzacja nigdy nie była głęboka. Obecnie Polska jest zapewne jedynym krajem dawnego bloku sowieckiego, w którym nie ma partii komunistycznej, bo nie jest nią przecież ugrupowanie socjaldemokratyczne.

Nieudzielenie pomocy powstańcom w 1944 r. porównuje pan ze zbrodnią katyńską w 1940 r. i nazywa zbrodnią warszawską. W odróżnieniu od pierwszej ta druga traktowana jest w Moskwie jako tajemnica państwowa. Dlaczego?

Rosjanie mają wiele win wobec Polaków. Nie chcą jeszcze jednej winy, która jest jakby najmniej widoczna, bowiem fizycznie w sierpniu i we wrześniu 1944 r. Polaków w Warszawie mordowali Niemcy. Dla mnie jednak współwina sowiecka jest niewątpliwa. Jako Rosjanin chciałbym, aby moje państwo przyznało się do niej i poprosiło o wybaczenie. Przyszłości nie da się budować na kłamstwie. W Moskwie jednak nadal głosi się przekonanie, że powstanie było próbą zadania ciosu w plecy Armii Czerwonej. Brak wiedzy w tym zakresie – w przeciwieństwie do zbrodni katyńskiej, o której mówili przywódcy ZSRS i Rosji, o której mówi film Wajdy – jest powszechny. Prowadzę na Uniwersytecie Warszawskim wykłady dla młodych Rosjan, to wiem. Mówią na przykład: „A, powstanie warszawskie, to było w 1943 r., kiedy powstali Żydzi w getcie.”... Tak mówią przedstawiciele rosyjskiej elity intelektualnej!

Nic nie wiedzą o wielkim powstaniu i o wielkiej zbrodni warszawskiej w 1944 r. A przecież dla bolszewika Stalina nieudzielenie pomocy powstaniu i doprowadzenie tym samym do utopienia go w morzu krwi było świadomym wyborem, konsekwencją jego polityki wobec demokratycznej Polski, od roku 1920 poczynając. Popełnił kolejną zbrodnię, większą nawet od katyńskiej. Tyle że tam zabijał rękami NKWD-zistów, a tu zabijał rękami Niemców.

Nikołaj Iwanow jest historykiem Uniwersytetu Opolskiego oraz Studium Europy Wschodniej Uniwersytetu Warszawskiego. Zajmuje się badaniem historii mniejszości polskiej w ZSRS. Napisał m.in.: „Pierwszy naród ukarany. Polacy w Związku Radzieckim w latach 1921–1939” oraz „Powstanie warszawskie widziane z Moskwy”. W 1981 r. z jego inicjatywy młodzi socjaliści rosyjscy skierowali odezwę do I Zjazdu „Solidarności” w 1980 r., za co był wielokrotnie przesłuchiwany. W 1984 r. zamieszkał i ożenił się w Polsce. Współpracował z „Solidarnością Walczącą”.

Okładka miesięcznika Historia Do Rzeczy: 6/2013
Artykuł został opublikowany w 6/2013 wydaniu miesięcznika „Historia Do Rzeczy”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 23
  • Ford2 IP
    Ani Ford, ani żaden z amerykańskich przemysłowców i finansistów nie ponieśli odpowiedzialności za wspieranie nazistów. Jak ustalił Antony C. Sutton, nawet w czasie wielkich nalotów bombowych na ośrodki przemysłowe III Rzeszy fabryki należące do koncernów sponsorujących Hitlera nie zostały zniszczone: po prostu ktoś w alianckich sztabach wykreślał je z listy celów. W ten sam sposób ocalała też fabryka Forda w Kolonii, chociaż samo miasto zostało zrównane z ziemią.
    Dodaj odpowiedź 3 0
      Odpowiedzi: 0
    • uczestnikiem IP
      W przededniu II wojny światowej trzy koncerny wytwarzały 93 proc. materiałów wybuchowych dla niemieckiej armii. Dzięki amerykańskim technologiom wodorowania węgla oraz produkcji tetraetylu IG Farben stała się również monopolistą w dostarczaniu benzyny syntetycznej oraz paliw lotniczych, niezbędnych do prowadzenia nowoczesnej wojny – Niemcy nie posiadały własnych złóż ropy naftowej. Na dobre warunki do inwestowania mógł też liczyć osobisty przyjaciel Hitlera, amerykański przemysłowiec Henry Ford. Ten zajadły antysemita miał zwyczaj dawać führerowi w charakterze urodzinowych prezentów czeki na 100 tysięcy marek. Na rzecz niemieckiego koncernu zbrojeniowego Thyssena pracował również w czasie II wojny światowej Prescott Bush, ojciec i dziadek dwóch prezydentów USA.
      Dodaj odpowiedź 1 0
        Odpowiedzi: 0
      • salon IP
        Na salonach Hitler poznał najbardziej wpływowych ludzi niemieckiej gospodarki, w tym szefa Banku Rzeszy oraz prezesów trzech wielkich niemieckich karteli przemysłowych: AEG, Vereinigte Stahlwerke oraz IG Farben. Dzięki ich pieniądzom niewielka partia DAP (późniejsza NSDAP), jedna z 73, jakie wówczas działały w Monachium, przekształciła się w potężną organizację, która w 1933 roku przejęła władzę w Niemczech. Jaki interes mieli prezesi wielkich koncernów we wspieraniu populisty Hitlera? Przygniatające reparacje wojenne, nałożone na Niemcy po przegranej I wojnie światowej, były przyczyną ogromnej frustracji społecznej. Przerażeni perspektywą powtórki wydarzeń z Rosji niemieccy przemysłowcy dążyli do redukcji długu i rozłożenia go na raty, a także uzyskania amerykańskich kredytów na rozwój niemieckiej gospodarki.
        Dodaj odpowiedź 1 0
          Odpowiedzi: 0
        • Stefan IP
          Chore ambicje Polaków; to Polska parła do rozpętania II wojny światowej! – przekonuje historyk i polityk AfD Scheil.

          Był m.in. uczestnikiem konferencji Czy Hitler chciał wojny?
          Dodaj odpowiedź 1 0
            Odpowiedzi: 0
          • polakmaly IP
            Własna poprawka - oczywiście przywódcy PW nie zostaliby powieszeni tylko rozstrzelani jako wojskowi .
            Po wtóre - Berling się przeprawił … a i tak mu pomnik zburzyli - misiu - ptysiu Iwanowie . Czuwaj !
            Dodaj odpowiedź 1 2
              Odpowiedzi: 0