Amerykańscy lojaliści. Zapomniani uczestnicy wojny o niepodległość

Amerykańscy lojaliści. Zapomniani uczestnicy wojny o niepodległość

Obraz przedstawiający bitwę pod Bunker Hill. Autor: Percy Moran
Obraz przedstawiający bitwę pod Bunker Hill. Autor: Percy Moran / Źródło: Wikimedia Commons
Dodano
Część Amerykanów nie chciała niepodległości. W trakcie rewolucji opowiedzieli się po stronie Brytyjczyków.

W latach 60. zeszłego wieku wydano w Polsce bardzo popularną baśniową powieść „Rip van Winkle” amerykańskiego pisarza Washingtona Irvinga. Tytułowy bohater, holenderski osadnik żyjący w czasach brytyjskiej władzy nad Ameryką, gubi się na polowaniu w lesie i spotyka zjawy, które częstują go magicznym eliksirem. Rip zasypia na 20 lat. Po przebudzeniu z długą brodą i zardzewiałą strzelbą wraca do swego miasteczka, nie wiedząc, że jest już dawno po rewolucji amerykańskiej.

Trafia akurat na wiec wyborczy kandydata do Kongresu USA:

„Mówca podbiegł do niego, odciągnął go nieco na bok i zapytał obcesowo: »Na kogo Pan głosuje?« – na co biedny Rip wybałuszył tylko oczy.
– Ależ panowie! – zawołał przerażony Rip van Winkle. – Jestem biednym, spokojnym człowiekiem, rdzennym mieszkańcem tego miasteczka i wiernym poddanym króla, którego niech Bóg błogosławi
Na to oświadczenie zebrany tłum wybuchnął wrzaskiem: – Torys! Torys! Szpicel! Sprzedawczyk! Wypędzić go! Precz z nim!
[...] Szeptano, że należy staremu odebrać strzelbę i pilnować go, żeby czego nie zbroił”.

W polskim wydaniu z 1966 r. słowo „torys” wytłumaczono w przypisie tak: „W Anglii stronnik konserwatywnych właścicieli ziemskich”. Tłumacz nie zrozumiał kontekstu i popełnił błąd. W Ameryce w okresie wojny o niepodległość określenie „torys” zarezerwowane było dla lojalistów walczących po stronie Wielkiej Brytanii. Stąd Ripa van Winkle’a podejrzewano o szpiegowanie na rzecz okopanych w Kanadzie Anglików i stąd propozycje, aby odebrać mu broń.

Ilu lojalistów zostało w Stanach Zjednoczonych po zdobyciu niepodległości przez Stany Zjednoczone? Ilu wyemigrowało do tych kolonii, które zachowały wierność wobec króla Jerzego III? Historię piszą zwycięzcy i lojaliści zostali zepchnięci na daleki plan opowieści o wojnie o niepodległość. We współczesnych amerykańskich filmach – rozgrywających się w tamtym okresie – oś sporu dzieli zazwyczaj powstańców spod znaku gwiaździstego sztandaru i ubranych w czerwone fraczki brytyjskich wojskowych. Wierni koronie cywile pojawiają się w takich opowieściach niezwykle rzadko.

Antyrewolucjoniści

W całej historii angielskiego imperium kolonialnego amerykańska rewolucja jest czymś odosobnionym. Angielscy koloniści w Kanadzie, na Karaibach, w Indiach lub Afryce zawsze trzymali się zasady lojalności wobec Korony jako politycznej i militarnej kotwicy w nowym, często niebezpiecznym świecie. Wojska JKM były siłą, która mogła uratować przed obcymi najazdami, a wsparcie Korony pozwalało przetrwać nieurodzaje i klęski żywiołowe.

Czytaj także:
Nocna przejażdżka Paula Revere'a

Jeśli w Ameryce stało się inaczej, to z racji koincydencji wysokiej jakości politycznego wyrobienia tamtejszych elit oraz względnego bezpieczeństwa kolonii. Indianie – choć co pewien czas zdolni do dolegliwych najazdów, spustoszeń i porwań – nie byli jednak w stanie realnie zagrozić istnieniu kolonii. Co więcej, to władze w Londynie próbowały zatrzymać parcie kolonistów za góry Appalachy, gdyż chciały zachować pokój z ludnością indiańską i sprzeciwiały się kolonizacji terenów zajmowanych przez tubylców. Zagrożeniem nie byli też Hiszpanie, bo trzymali się z dala od północnej części Ameryki Północnej, a Francuzi – którzy wojowali z Anglikami w wojnie 1754–1763 w rejonie Appalachów i na terenie Kanady – nie zagrażali bezpośrednio kolonistom zgromadzonym na Wschodnim Wybrzeżu.

Tradycja lojalności wobec króla wielu nowym Amerykanom wydawała się tak oczywista, że Deklaracja niepodległości, a potem rewolta przeciw wojsku brytyjskiemu wydawały się czymś awanturniczym i niehonorowym. Warto przypomnieć tu o przysięgach na wierność królowi, które składali wojskowi, urzędnicy i sędziowie. Kupcy obawiali się przerwania kanałów handlowych ze starą, dobrą Anglią. Jeszcze inni byli zdania, że „zabawa w rewolucję” to francuska intryga, która może skończyć się po pewnym czasie wchłonięciem zbuntowanych stanów do posiadłości Ludwika XVI.

Nie należy też lekceważyć poczucia zagrożenia spowodowanego wizją wywrócenia do góry nogami dotychczasowej hierarchii, które odczuwali ludzie pełniący ważne funkcje w administracji brytyjskiej. Tym łatwiej było im postrzegać oświeceniowe idee demokracji jako niebezpieczną mrzonkę, sprzeczną z monarchicznym porządkiem naturalnym.

Do broni!

Historycy szacują, że w ciągu ponad ośmiu lat wojny o niepodległość USA stronę brytyjską popierało ok. 500 tys. mieszkańców północnej Ameryki, z czego tylko ok. 100 tys. wzięło udział w walce zbrojnej. Pół miliona – wliczając kobiety i dzieci – to proporcjonalnie od 15 do 20 proc. całej ówczesnej populacji kraju. To dużo czy mało? Dla kogoś przyzwyczajonego do hollywoodzkich filmów o zbiorowym entuzjazmie dla hasła rewolucji te liczby mogą wydać się zaskakująco spore. Wtedy jednak, przed 240 laty, brytyjscy wojskowi nie kryli rozczarowania. Na początku wojny liczono, że poparcie dla legalnego władcy będzie znacznie większe.

Listy ochotników tworzących obronę terytorialną odnotowują liczbę ok. 19 tys. żołnierzy, z których stworzono 50 pułków i 312 kompanii. Do historii brytyjskiej tradycji wojskowej przeszły takie jednostki lojalistów jak np. King’s American Dragoons i 60th Regiments of Royal Americans. Ta ostatnia po utracie Ameryki już jako Kings Royal Rifle Corps walczyła w dziesiątkach wojen Wielkiej Brytanii aż do 1966 r.

Jednak ludzi z bronią, którzy tworzyli najrozmaitsze prokrólewskie milicje, było znacznie więcej. Ilu? Nie wiadomo. Tylko regularne jednostki wojskowe prowadziły dokładne rejestry żołnierzy. Dla oddziałów przybyłych z Anglii miejscowi byli najbardziej cenni jako „rangersi” – tropiciele i komandosi, którzy w odróżnieniu od oficerów zza oceanu doskonale znali lokalny teren i potrafili przewidzieć sposób myślenia „patriotów”.

Już w pierwszych bitwach wojsk brytyjskich z niepodległościowcami pod Concord i Lexington w kwietniu 1775 r. siły Korony pod wodzą lorda Hugh Percy’ego korzystały ze wsparcia ubranej po cywilnemu milicji „Przyjaciół Króla”. Jeszcze inny charakter miała bitwa pod Kemps Landing w Virginii 15 listopada 1775 r., gdzie po stronie brytyjskiej walczyli w sporej liczbie czarnoskórzy lojaliści. Brytyjczycy sprawnie grali kartą murzyńską, ogłaszając, że każdy niewolnik, który ucieknie od właściciela – zwolennika „buntowników” – otrzyma wolność. Ten atrakcyjny czynnik spowodował fale ucieczek Murzynów na stronę lojalistów.


Wbrew obawom o antyangielskie sympatie lojalność wobec króla zachowali przybyli do Ameryki szkoccy górale, którzy stali się ofiarami jednego z wczesnych zwycięstw „patriotów”. W początkach 1776 r. siły szkockich górali stanowiących trzon oddziałów lojalistów w Karolinie Północnej pod wodzą Szkota – generała brygadiera Donalda MacDonalda – wyruszyły ku Atlantykowi, aby wspomóc brytyjski atak na lokalny bastion rebeliantów, Charleston. 27 lutego 1776 r. zastąpiły im drogę siły „patriotów” nad rzeką Moore’s Creek. Górale wpadli w pułapkę i zostali wybici ogniem ze wszystkich luf.

Niedługo potem, w sierpniu 1776 r., Brytyjczycy wzięli rewanż i dokonali udanego desantu na Nowy Jork, który początkowo został opanowany przez wojska rewolucji. Nazywany przez „patriotów” „Torytown” będzie głównym portem i bastionem sił brytyjskich aż do końca wojny w 1783 r.

Kolejna bitwa ze znaczącym udziałem lokalnych milicji wiernych Koronie to batalia o Lenud’s Ferry, która rozegrała się 6 maja 1780 r., gdzie walczyli wyłącznie lojaliści (z wyjątkiem dowódcy, przybyłego zza oceanu Banastre’a Tarletona).

Lojaliści z południowej Karoliny odznaczyli się w krwawej bitwie pod Camden 16 sierpnia 1780 r., gdzie wojska lorda Cornwallisa rozbiły siły niepodległościowców pod wodzą gen. Horatio Gatesa. Było to najefektowniejsze zwycięstwo brytyjskie nad siłami unionistów.

Dwa miesiące potem karta się odwróciła. Wojska brytyjskie wspierane przez spore siły lojalistów poniosły 7 października 1780 r. dotkliwą porażkę pod Kings Mountain. Do legendy po stronie Brytyjczyków przeszła odważna szarża konna mjr. Patricka Fergusona, który dowodził milicją lojalistów.

Czas i amerykańska poprawność historyczna zatarły pamięć o najwybitniejszych kolonistach, którzy nie poparli rewolucji. Najbardziej symboliczną postacią był William Franklin (1715–1813), królewski gubernator kolonii Massachusetts i syn samego Benjamina Franklina, współtwórcy Deklaracji niepodległości USA. Swój pomnik w kanadyjskiej Ottawie ma John Butler (1728–1796), dowódca „rangersów Butlera”, który wiele razy dał się we znaki armii Jerzego Waszyngtona. Rdzennym Amerykaninem urodzonym w kolonii Connecticut był Benedict Arnold (1741–1801), który zdradził szeregi „patriotów” i przeszedł na stronę Korony. Był niezłym dowódcą armii brytyjskiej w wojnie o niepodległość, choć w obozie Brytyjczyków ciągle podejrzewano go o grę na dwa fronty.

Gdzie oczy poniosą

Gdy w 1783 r. konflikt zakończył się wygraną „patriotów”, stało się jasne, że dla najbardziej zaangażowanych w walkę po stronie króla nie będzie miejsca w Stanach Zjednoczonych. Ewakuacja rodzin lojalistów zaczęła się już w czasie wojny. W 1776 r. gen. William Howe, brytyjski dowódca sił broniących Bostonu, wysłał 1,1 tys. członków rodzin lojalistów do kanadyjskiego Halifaksu. Potem już było normą, że uciekinierzy z terenów zajętych przez rebeliantów byli kierowani ku Kanadzie.

Na dobre akcja emigracyjno-osiedleńcza zaczęła się jednak wraz z zawarciem pokoju, który dawał zwolennikom króla prawo spokojnego opuszczenia terenów zajmowanych przez Amerykanów. Ocenia się, że kraj opuściło wtedy ok. 100 tys. ludzi. Rodziny wierne Jerzemu III kierowano do prowincji Nowej Szkocji i Nowego Brunszwika, gdzie trafiło ok. 30 tys. ludzi. Trzeba przyznać, że skarb królewski dość uczciwie wypłacał odszkodowania za stracone majątki, mające pomóc w ułożeniu sobie na nowo życia. Wyróżniający się lojaliści otrzymali na dodatek prawo do używania honorowego skrótu UE (United Empire) po swoim nazwisku.

Wszystko to nie równoważyło trudów zmagania się z nieporównanie surowszymi warunkami klimatycznymi niż w amerykańskich koloniach. Ci, którzy odnaleźli się w nowej rzeczywistości i wyszkolili w nowym zawodzie – znaleźli zatrudnienie w szkutnictwie, gospodarce drzewnej, rybołówstwie i przetwórstwie ryb – odzyskali z czasem utraconą zamożność. Równie liczne były jednak przypadki klęsk życiowych. Zdarzały się także ciche i wstydliwe powroty do USA z nadzieją na wybaczenie lojalistycznych „grzechów”.

Lojaliści z południowych stanów kierowali się ku Karaibom. Na wyspy Bahamy przybyło ok. 2,5 tys. białych wygnańców, którzy przywieźli ze sobą 4,5 tys. niewolników. Na miejscu zderzyli się jednak ze znacznie gorszymi warunkami niż w południowych stanach. Mniej było ziemi pod plantacje i była ona mniej żyzna. Nawet jeśli udało się odtworzyć uprawy, to niszczyły je huragany.

Czytaj także:
Polacy w Alamo. Powstańcy listopadowi w jednej z najsłynniejszych bitew w historii USA

Jeszcze inne rozwiązanie wymyślono dla czarnych lojalistów. Londyńscy filantropi opłacili ich wysyłkę do Afryki. 1196 czarnoskórych poddanych JKM wypłynęło w 1792 r. na 15 statkach ku brzegom zachodniej Afryki, gdzie stworzyli kolonię nazwaną Nową Szkocją. Takie były początki dzisiejszego państwa Sierra Leone ze stolicą, której nazwa – Freetown, przypomina spełnienie marzeń o wolności.

A co się działo z lojalistami, którzy zostali w nowych USA? Ci, których złapano z bronią w ręku lub na szpiegowaniu, trafiali na stryczek. Nikt nie miał skrupułów – Brytyjczycy równie okrutnie rozprawiali się ze zwolennikami rewolucji. Tych, którzy agitowali przeciwko nowemu państwu, oblewano smołą, obtaczano w pierzu i wyrzucano ze wsi oraz miasteczek. Wielu zsyłano do kolonii karnej zwanej „Piekłem” w Newgate – kopalni miedzi w Connecticut. Jeszcze inni zginali kark, przysięgali na wierność nowemu państwu i przez wiele lat żyli z etykietką „cholernych torysów”.

Wykształceni wyjeżdżali do Anglii, gdzie łatwiej było znaleźć pracę dla osób z naukowym cenzusem. Tam w londyńskich mgłach tęsknili do amerykańskiej ojczyzny. Jeden z lojalnych królowi gubernatorów – zarządca prowincji zatoki Massachusetts, Thomas Hutchinson – zmarł w 1780 r. w Londynie, ale swe serce kazał po śmierci odesłać do rodzinnego Bostonu i tam pochować.

Amerykanie z obozu niepodległościowców nie mieli zbyt dużo współczucia dla emigrantów. Gdyby losy wojny potoczyły się inaczej, tacy jak Hutchinson podpisywaliby wyroki śmierci na nich, a wielu innych „rebeliantów

Okładka miesięcznika Historia Do Rzeczy: 10/2016
Artykuł został opublikowany w 10/2016 wydaniu miesięcznika „Historia Do Rzeczy”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0