Politrucy znad Oki. To oni indoktrynowali kościuszkowców

Politrucy znad Oki. To oni indoktrynowali kościuszkowców

Żołnierze 1. Polskiej Dywizji Piechoty im. Tadeusza Kościuszki w drodze na front, w 1943 r.
Żołnierze 1. Polskiej Dywizji Piechoty im. Tadeusza Kościuszki w drodze na front, w 1943 r. / Źródło: Wikimedia Commons
Dodano 10
W 1. Dywizji rozpoczynali kariery, które pięknie rozkwitły w PRL, Minc, Zambrowski, Radkiewicz, Fejgin, Ochab, Zawadzki, Sokorski...

25 kwietnia 1943 r., po ujawnieniu grobów katyńskich, rząd Związku Sowieckiego – święcie oburzony polskimi propozycjami zbadania ich przez Międzynarodowy Czerwony Krzyż i notą domagającą się wyjaśnienia losu polskich oficerów – przerwał stosunki dyplomatyczne z rządem RP.

Dla komunistów zapaliło się zielone światło. Pod koniec kwietnia Wanda Wasilewska, deputowana do Rady Najwyższej ZSRS, „wybrana” w 1940 r., napisała list do Stalina z prośbą o umożliwienie powstania polskiej jednostki wojskowej: „Uważam, że w tej polskiej jednostce wojskowej niezbędna będzie poważna praca polityczna, którą potrafi poprowadzić Związek Patriotów Polskich”. Tak właśnie, patriotami polskimi – choć przecież ojczyzną był dla nich Kraj Rad – nazwali się polscy komuniści. 6 maja Państwowy Komitet Obrony ZSRS postanowił „zadośćuczynić prośbie” ZPP i wyrazić zgodę na formowanie Dywizji im. Tadeusza Kościuszki.

Do miejsca formowania dywizji w Sielcach nad Oką zaczęli napływać przyszli żołnierze dywizji kościuszkowskiej. Wielu z nich po prostu nie zdążyło do armii Andersa. Jedni byli zatrzymywani przez kierowników fabryk i kołchozów, inni po uwolnieniu z więzień oraz łagrów szukali swoich rodzin. Największą grupę wśród nich stanowili tzw. specpieriesieleńcy, deportowani z Kresów Wschodnich. Od 1stycznia 1943 r. decyzją władz z powrotem stali się obywatelami sowieckimi (do tego czasu dzięki umowie Sikorski-Majski byli uważani za obywateli polskich). Mieli więc nadzieję, że w szeregach dywizji opuszczą bez problemu „nieludzką ziemię”. I dotrą do Polski. Tylko do jakiej? W jakich granicach i z jakim ustrojem?

Czytaj także:
Seks w armii Berlinga

Tu otwierało się pole dla skierowanych do dywizji komunistów do „poważnej pracy politycznej”, o której wspominała Wanda Wasilewska. Obejmowali oni stanowiska oficerów oświatowych, później oświatowo-wychowawczych, polityczno-wychowawczych – w sowieckiej nomenklaturze politruków – wykładowców, lektorów.

W drodze do awansu

To właśnie w 1. Dywizji rozpoczynali swoje kariery polityczne, które pięknie rozkwitły w Polsce Ludowej, szczególnie w latach stalinowskich. Dywizja Kościuszkowska była dla nich tym, czym dla piłsudczyków I Brygada. Z tą różnicą, że piłsudczycy podlegali Piłsudskiemu, a komuniści Moskwie. W 1943 r., w czasie bitwy pod Lenino, zastępcami ds. polityczno-wychowawczych dywizji byli Włodzimierz Sokorski, późniejszy minister kultury i sztuki, a także przewodniczący Radiokomitetu, oraz Jakub Prawin, po wojnie szef Polskiej Misji Wojskowej w Berlinie oraz wiceprezes NBP. Szefem wydziału polityczno-wychowawczego był Roman Zambrowski, po wojnie sekretarz KC i członek Biura Politycznego PZPR.

Zastępcą dowódcy 1. Pułku Piechoty ds. polityczno-wychowawczych był Juliusz Hibner, zaraz po wojnie mianowany zastępcą dowódcy do spraw linowych Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego, który walczył z niepodległościowym, antykomunistycznym podziemiem. Wykłady polityczno-wychowawcze w 1. Pułku Piechoty prowadził Juliusz Burgin, następnie wysoki funkcjonariusz MBP, między innymi szef gabinetu ministra.

Od skromnej posady tłumacza w 2. Pułku Piechoty zaczynał swą karierę Edward Ochab, awansowany potem na zastępcę dowódcy ds. polityczno-wychowawczych 3. Dywizji Piechoty. W Polsce Ludowej – I sekretarz KC PZPR i przewodniczący Rady Państwa. Do armii Berlinga przyszedł też Aleksander Zawadzki, także przyszły przewodniczący Rady Państwa. Jej sekretarzem był Marian Rybicki, zastępca ds. polityczno-wychowawczych 1. Batalionu 3. Pułku Piechoty Anatol Fejgin, w latach 50. dyrektor Departamentu X MBP był wykładowcą w 1. Pułku Artylerii Lekkiej. Hilary Minc, wicepremier, członek Biura Politycznego, był szefem wydziału kulturalno-oświatowego dywizji, a także jej prokuratorem.

Lucjan Szenwald mówił wprost: „Jesteśmy oficerami politycznymi, jesteśmy kadrą polityczną przyszłej Polski”. Był więc zły, gdy pod Lenino politrucy wykazali „za dużo romantycznego bohaterstwa” i niektórzy z nich polegli. Gdyby nie zginął w 1944 r. w wypadku samochodowym, jako poeta z pewnością objąłby ważne stanowisko na froncie ideologicznym.

Szlaban do Polski

Co mieli do przekazania żołnierzom ci ludzie? Jak mówił w 1943 r. Włodzimierz Sokorski: „Po pierwsze będziemy stać na posterunku, aby do Polski nie wrócił faszyzm”.

A przecież tylko na to czekają – tłumaczył Antoni Michalak w gazecie I Korpusu Polskiego „Zwyciężymy” – „faszyści polscy popisujący się w Anglii”, „reakcjoniści”, „wrogowie demokracji polskiej złowieszczo kraczący z londyńskich kawiarń”, „ludzie, którzy sprzedali Polskę Hitlerowi”.

Podczas szkolenia politycznego nie zabrakło też takich tematów jak „Polityka kliki Becka – prohitlerowska – toruje drogę klęsce” i jeszcze bardziej absurdalnego: „Upadek wsi polskiej w wyniku działań kliki Becka”. Choć, jako żywo, Beck nie miał nic wspólnego z rolnictwem ani gospodarką. Dla Becków, jak deklarował Sokorski, nie będzie miejsca w Polsce. A także dla Matuszewskich. Ignacy Matuszewski, piłsudczyk, wybitny publicysta, był na emigracji jednym z najostrzejszych krytyków Związku Sowieckiego i komunizmu.

Czytaj także:
Tajemnica zamachu na Bieruta. Kogo naprawdę zabił fałszywy enkawudzista?

„Panowie Sosnkowski, Anders i ska nie reprezentują narodu polskiego”. „Sosnkowscy w Polsce sprzymierzeni z Doboszyńskimi to stała groźba pogwałcenia praworządności i demokracji na korzyść ciemnych klik partyjno-faszystowskich, które już raz zgubiły Polskę. Między Sosnkowskim i narodem polskim jest przepaść, której nic nie może zasypać” – twierdził z niezachwianą pewnością autor artykułu w „Żołnierzu Wolności”. Generał – z sowieckiej nominacji – Zygmunt Berling wykładał karty na stół, mówiąc: „My będziemy decydować, kogo wpuścić do kraju, a kogo nie”.

Czy aby Polska nie będzie czasem oparta na sowieckich wzorach? Rozwiewał obawy żołnierzy Berling, w rozkazie wydanym przed bitwą pod Lenino. Ależ skąd! „Nie niesiemy krajowi żadnych gotowych wzorów ani nakazów ustroju. O tym będzie decydował kraj sam”.

Jedna z pogadanek prowadzonych przez oficerów oświatowo-wychowawczych nosiła tytuł „Walczymy o Polskę demokratyczno-parlamentarną”. Będzie to Polska wolności obywatelskiej, religijnej, wolności słowa. Nie będzie cudów wyborczych, nie będzie wywierania nacisku na glosujących przez administrację. Mówili to do żołnierzy ludzie, którzy wkrótce zaczną budować stalinowską Polskę.


Gdy w lipcu 1. Armia Polska przekroczyła Bug, Zarząd Polityczno-Wychowawczy rozesłał instrukcję swoim oficerom, jak odpowiadać na pytania ludności. Na przykład na takie: „Czy chcecie wprowadzać w Polsce ustrój radziecki?”. Odpowiedź: „Oczywiście nie. To kolejne oszczerstwo pomocników Goebbelsa”.

Kłótnia wśród towarzyszy

Na tle roli, jaką ma spełnić armia, i wizji przyszłych rozwiązań politycznych w kraju wybuchł spór między Berlingiem, Sokorskim i Prawinem z jednej strony oraz Bermanem, Mincem, Zambrowskim i Lampem z drugiej. Jak wspominał po latach Włodzimierz Sokorski, „stary komunista” Alfred Lampe powiedział: „Pachnie u was bardziej I Brygadą niż 1. Dywizją”. Robił aluzję i do legionowej przeszłości Berlinga, i zapewne do jego ambicji bycia jakimś nowym Piłsudskim. To Lampe, gdy w mieszkaniu Wasilewskiej dyskutowano o organizowaniu polskiej jednostki, miał powiedzieć: „Na ch... nam to potrzebne. My mamy Armię Czerwoną i to nam wystarczy”.

„Sekciarscy”, jak ich nazwał Sokorski, komuniści, bali się, że w wojsku powstanie konkurencyjny wobec ZPP ośrodek polityczny, a „zorganizowana demokracja” usunie w cień partię komunistyczną. Hilary Minc martwił się że proklamowanie monopartii utrudni wysiłki w celu „zdobycia mas na bazie jedności narodowej”.

Padło oskarżenie, że Berling chce zaprowadzić w kraju dyktaturę wojskową. Ten zaś po latach napisał, że jego krytycy byli złożonymi głównie z Żydów sekciarzami-integracjonistami, to znaczy zwolennikami zrobienia z Polski republiki sowieckiej. Tylko że zapomniał o piśmie, jakie jeszcze z kilkoma podobnymi sobie skierował w dniu wybuchu wojny niemiecko-sowieckiej do Berii: „Jedyną drogę do wyzwolenia narodu polskiego widzimy we współpracy ze Związkiem Socjalistycznych Republik Rad, w ramach którego ojczyzna nasza będzie się mogła w sposób pełnowartościowy rozwijać”.

Sokorski wspominał, że Jerzy Borejsza – późniejszy założyciel Czytelnika – miał mu zarzucić: „Ty robiłeś spisek antykomunistyczny”. Pojawił się zarzut o prowadzenie polityki nacjonalistycznej. Oczywiście były to brednie. Rywalizowały o przyszłą władzę w Polsce dwie grupy komunistów, którzy doskonale wiedzieli, że żadnej demokratycznej Polski, o której opowiadano żołnierzom, nie będzie.

Po przepychankach, podczas których swoją funkcję stracił Hilary Minc, prokurator dywizji, ostatecznie Sokorski został usunięty ze stanowiska zastępcy Berlinga ds. polityczno-wychowawczych – za „brak politycznej czujności i uleganie obcym wpływom”. Do dywizji przyszli zaś Stanisław Radkiewicz, przyszły szef Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, i Antoni Alster, który będzie wiceministrem spraw wewnętrznych. Pojawił się w niej także Kazimierz Witaszewski, przyszły szef Głównego Zarządu Politycznego WP i wiceminister obrony narodowej w latach stalinowskich.

Ani piędzi obcej ziemi

Ciężką pracę musieli wykonać politrucy 1. Dywizji, a następnie I Korpusu Polskiego, by wyjaśnić pochodzącym głównie z Kresów żołnierzom, że dojdą do Polski, oczywiście „demokratycznej”, ale nie wrócą już w swoje rodzinne strony. I że – co więcej – tak właśnie jest dobrze, słusznie i sprawiedliwie.

Czytaj także:
Chciał być polskim Stalinem, do dziś ma w Warszawie pomnik

„Wieczorem mówiono wiele o haśle ZPP: »Nie da szczęścia dom nie na własnej ziemi zbudowany«” – wspominał rozmowy w armii Berlinga jej żołnierz Zbigniew Załuski, późniejszy partyjny, skądinąd utalentowany publicysta. Sam pochodził z Kiwerc na Wołyniu. „Niełatwo było przywódcom tej gromady sformułować wówczas takie hasło […]. Ale rozumieli żelazną konieczność sytuacji politycznej, powszechność zasady sprawiedliwości wobec narodów” – pisał, chwaląc ich „mądrość” w książce „Czterdziesty czwarty”.

Cytował w niej fragment raportu ważnego politruka Wiktora Grosza, w którym przyznawał, że co prawda wielu żołnierzy uważa, że ich ojczyzna to zagroda na Wołyniu, ale „zostali przez terror ukraiński wyrwani ze swoich zagród z korzeniami”. Grosz, przemilczając rzecz jasna sowieckie aresztowania i wywózki z roku 1939, stwierdzał, że kwestia zagospodarowania się tych wykorzenionych nadejdzie dopiero po wojnie, więc będzie czas na przekonanie ich, że na Kresach „oprócz łez i krwi nic nie mieli”. Czyżby?

Dużo wysiłku włożyli politrucy w przekonanie żołnierzy do sojuszu polsko-sowieckiego. Ton zresztą nadał Berling, mówiąc, że bez sowieckiej broni „bylibyśmy niczym”. W pogadankach i gawędach mówiono o błędnej koncepcji polityki jagiellońskiej. 15 lipca 1943 r. kościuszkowcy przysięgali na wierność Związkowi Radzieckiemu i braterstwo broni z sojuszniczą Armią Czerwoną.

Miesiąc później, 15 sierpnia 1943 r., obchodzono w dywizji Święto Żołnierza. Dywizyjna gazetka przypominając jego genezę – ustanowione zostało na pamiątkę zwycięstwa w wojnie 1920 r. – zapewniała, że już nigdy nie dojdzie do wojny ze Związkiem Sowieckim. I tylko to z wizji przyszłej Polski, jaką kreślili politrucy, się sprawdziło.

Edukacja wrogów

W swoich raportach oficerowie polityczno-wychowawczy donosili, że ich praca przynosi spodziewane efekty. A jakżeby mogli pisać inaczej? Już w czerwcu 1943 r. Roman Zambrowski raportował niemal o cudzie: „Rośnie ilość żołnierzy i podoficerów, którzy jeszcze wczoraj byli wrogami zbliżenia polsko-radzieckiego, a dziś są jego gorącymi zwolennikami”. Z dnia na dzień.

Nad przekonaniem poborowych, by przestali ulegać „reakcyjnej propagandzie” i opowiedzieli się za „demokracją”, czuwał Konrad Świetlik, zaraz po wojnie dowódca KBW, a później wiceminister bezpieczeństwa publicznego. Czasami jednak żołnierze otwarcie się burzyli. Edward Kospath-Pawłowski w „Wojsku Polskim na Wschodzie” przytacza fragment raportu kpt. Bronsteina: „W szkole pancernej zaś na wprowadzenie w programie tematów o systemie komunistycznym zareagowano oburzeniem. Jakim prawem nas tego nauczają, przecież w Polsce nie będziemy wprowadzać komunizmu?”.

Autor podaje, że do maja 1944 r. ujawniono 4696 rzekomych wrogów – byłych żołnierzy Wehrmachtu, armii Andersa, żołnierzy zawodowych II RP, osadników wojskowych. Aresztowano 548 osób i bez sądu deportowano w głąb Związku Sowieckiego.

Czytaj także:
Zapiski „kata Polski”. Wstrząsające świadectwo sowieckiego zbrodniarza

W kwietniu 1944 r. powołany został Zarząd Polityczno-Wychowawczy armii. Jego szefami byli Mieczysław Mietkowski, następnie wiceminister bezpieczeństwa publicznego, i wspomniany już Roman Zambrowski. Pracownikami zarządu byli między innymi Mieczysław Broniatowski, po wojnie szef centralnej szkoły Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, oraz Henryk Holland, który zanim naraził się swoim partyjnym współtowarzyszom w latach 50., był jednym z autorów nagonki na prof. Władysława Tatarkiewicza. W 1944 r. w aparacie polityczno-wychowawczym armii pracowali także Piotr Jaroszewicz, późniejszy premier, i Eugeniusz Szyr, wicepremier. A także Janusz Przymanowski, przyszły autor „Czterech pancernych i psa”.

Na politruków z armii Berlinga czekały w Polsce Ludowej stanowiska i zaszczyty. A „masa żołnierska”, jak się wyraził jeden z nich? Potraktowano ich w większości jak tych, którzy zrobili swoje i już są niepotrzebni. Odczucia jednego z nich ukazały się, o dziwo, w książce Henryka Huberta „Lenino” z 1959 r. Czyżby przeoczone przez cenzurę?

„Przykro mi pisać, że tak nie jest, jak mówili, że kto wróci do ojczyzny, ten będzie miał byt zapewniony”.

Okładka miesięcznika Historia Do Rzeczy: 5/2014
Artykuł został opublikowany w 5/2014 wydaniu miesięcznika „Historia Do Rzeczy”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 10
  • historyk IP
    Ale to żołnierze Wojska Polskiego przynieśli wyzwolenie od zagłady z rąk Niemców. To oni przynieśli odrodzenie państwa polskiego które przez 6 lat nie istniało. To oni krwią za to zapłacili,żadne oszczerstwa , wyklinanie nie zakłamią tego, prawda zwycięży.
    Dodaj odpowiedź 22 15
      Odpowiedzi: 2