„Zamiana dzieci dla jedzenia”. W Chinach nie wolno o tym horrorze wspominać

„Zamiana dzieci dla jedzenia”. W Chinach nie wolno o tym horrorze wspominać

Jeden z efektów polityki wielkiego skoku - na chińskiej prowincji budowano miliony dymarek, w których chłopi zmuszeni byli przetapiać własne garnki na stal fatalnej jakości.
Jeden z efektów polityki wielkiego skoku - na chińskiej prowincji budowano miliony dymarek, w których chłopi zmuszeni byli przetapiać własne garnki na stal fatalnej jakości. / Źródło: Wikimedia Commons /
Dodano 1
Odrealnione pomysły na unowocześnienie Chin doprowadziły do klęski głodu o biblijnych rozmiarach. Chory eksperyment Mao mógł kosztować życie nawet 45 mln ludzi

PIOTR WŁOCZYK: Co znaczy po chińsku „yi ze er shi”?

TORBJØRN FÆRØVIK: W wolnym tłumaczeniu znaczy to „zamiana dzieci dla jedzenia”. Był to bodaj najpotworniejszy efekt wielkiego głodu w Chinach. Do tej tragedii na biblijną skalę doprowadziła bezpośrednio polityka Mao Zedonga. W najbardziej dotkniętych głodem regionach Chin niektórzy doprowadzeni do granicy ludzie uciekali się do aktów kanibalizmu. Rodzice oddawali swoje zmarłe dzieci sąsiadom, a w zamian zabierali trupy ich potomstwa. W ten sposób nie musieli jeść własnych dzieci. Nie było to zjawisko występujące powszechnie, ale dochodziło do tego na tyle często, że zwróciło to uwagę władz – relacje o wymianach dzieci pojawiały się w raportach rządowych.

Czy ta praktyka pojawiła się w Chinach dopiero w czasach komunizmu?

Nie. Do takich przypadków dochodziło już w czasie poprzednich klęsk głodu. Jednak takiej katastrofy jak w latach 1958–1961 nie było wcześniej w historii Chin. W czasie poprzednich wielkich klęsk umierało nawet po kilka milionów ludzi, ale w okresie wielkiego skoku liczbę ofiar szacuje się na dziesiątki milionów. Holenderski historyk Frank Dikötter, autor świetnie udokumentowanej książki „Wielki głód. Tragiczne skutki polityki Mao 1958–1962”, szacuje tę liczbę na 45 mln. Najniższe, poważnie brane przez badaczy pod uwagę szacunki mówią o minimum 20 mln ofiar głodu.

45 mln to niemal liczba zabitych w II wojnie światowej. Dolna granica tych szacunków – 20 mln – pokrywałaby się z kolei z liczbą ofiar śmiertelnych I wojny światowej...

Skala tego kataklizmu jest faktycznie przytłaczająca. Do poprzednich klęsk głodu dochodziło w Chinach głównie przez złą pogodę – z powodu zbyt małych lub zbyt dużych opadów. Natomiast głód z lat 1958–1961 był bezpośrednim rezultatem całej serii politycznych posunięć Mao i jego towarzyszy.

Wikipedia – główne źródło wiedzy w dzisiejszym świecie – jako jedną z przyczyn tej tragedii wymienia jednak złą pogodę.

Sęk w tym, że w chińskich gazetach z tamtego okresu nie ma wzmianek o jakiejś szczególnie niekorzystnej pogodzie. Więcej, w latach 1958–1961 pogoda była generalnie całkiem dobra dla rolnictwa. Warunki atmosferyczne pogorszyły się dramatycznie dopiero wtedy, gdy wielki skok okazał się katastrofą na niespotykaną skalę. Chińskie władze nie mogły oczywiście winić za to Mao, więc jako głównego winowajcę wskazano pogodę.

Głód dotknął w mniejszym lub większym stopniu właściwie całe Chiny, ale w części kraju doszło do prawdziwego horroru. Szczególnie dotkniętą prowincją była Hunan, w której urodził się Mao. Dochodziły stamtąd do Pekinu niezwykle alarmujące raporty na temat sytuacji panującej m.in. w rodzinnej wiosce przewodniczącego.

Czy Mao zrobił cokolwiek, by pomóc swoim ziomkom?

Pojechał tam i odwiedził swoją wioskę, ale to wszystko był teatr. Lokalni przywódcy partyjni wiedzieli o wizycie z wyprzedzeniem, więc przygotowali się na przyjazd. Na miejscu urządzili wielki festyn i zwieźli mnóstwo jedzenia. Mao nie zobaczył dramatu swoich byłych sąsiadów.

Tak jak na Ukrainie w latach 1932–1933 wielki głód w Chinach za czasów Mao okazał się katastrofą sprowokowaną. Dlaczego po raz kolejny w dziejach komunizmu doszło do podobnej tragedii?

Dzisiaj w Chinach mamy do czynienia z „myślą Xi Jinpinga”. Jest ona uznawana przez partię za bezbłędną, więc nie można z nią dyskutować. W jeszcze większym stopniu „bezbłędna” była „myśl Mao”. Kiedy w 1949 r. komuniści zawładnęli Chinami, pozycja Mao była absolutnie niepodważalna. Połączenie starego kultu cesarza z wiarą w nieomylność komunistycznego wodza oznaczało pełne poddanie się woli przewodniczącego. Kiedy ma się do czynienia z „bezbłędnym” przywódcą, trudno jest przeciwdziałać nawet najbardziej oderwanym od rzeczywistości pomysłom, które przyjdą mu do głowy. Na domiar złego Mao kompletnie nie rozumiał, jak funkcjonuje gospodarka. Po latach sam się zresztą do tego – przynajmniej do pewnego stopnia – przyznał.

Zaczęło się od wielkiego marzenia przewodniczącego: industrializacji przeprowadzonej w tempie, o jakim nie słyszała ludzkość.

W tle była rywalizacja z ZSRS. Chruszczow ogłosił właśnie, że Związek Sowiecki prześcignie Stany Zjednoczone w ciągu 15 lat. Mao w związku z tym zadeklarował, że Chiny najpierw prześcigną Wielką Brytanię, a w ciągu kilku dekad zostawią w tyle USA.

Mao czuł respekt przed Stalinem i nigdy nie zdobyłby się na podważenie jego roli w obozie komunistycznym. Śmierć Stalina otworzyła przed nim nowe perspektywy. „Cokolwiek robicie w Związku Sowieckim, my możemy robić to lepiej i szybciej” – myślał Mao. W ten sposób zaczęła się kampania wielkiego skoku, która miała doprowadzić komunistyczne Chiny do świetności.

Przewodniczący zażyczył sobie, by Chińczycy zaczęli czynić cuda. Stąd wymaganie od nich pracy najpierw po 10, a potem po 12, 14, 16 godzin… To była mobilizacja na gigantyczną skalę. Ludzie z wycieńczenia chorowali, byli zamęczani na śmierć. To z kolei powodowało, że zaczynało brakować pracowników do zbiorów. I tak wszystko powoli zaczynało się walić.

Oczywiście to nie była pierwsza taka kampania w historii.

Dużo widać tu podobieństw do ruchu stachanowskiego, ale w Chinach zostało to doprowadzone do granic absurdu. W teorii Mao wszystkie technologiczne zapóźnienia można było nadrobić siłą woli oraz pracą rąk setek milionów ludzi.

Czy Mao od początku nie widział, do czego to wszystko zmierza?

Przewodniczący dosyć długo był „chroniony” przed prawdą. Jego współpracownicy kładli mu na biurko kłamliwe raporty pełne zmanipulowanych danych. Mao chciał rezultatów, więc oni dawali mu je na papierze. Początkowo mógł więc myśleć, że jego recepty na rozwój gospodarczy działają.


Czytając fragment pańskiej książki poświęcony temu problemowi, miałem wrażenie, że była to największa w dziejach świata kampania fałszerstwa.

Niewykluczone, że tak właśnie było. Ludzie kłamali od samego dołu aż do góry. Partyjniacy niższego szczebla chcieli zrobić wrażenie swoją skutecznością na swoich szefach. Ci z kolei chcieli wkraść się w łaski swoich przełożonych z Pekinu. A tamci chcieli pokazać Mao, że wszystko zmierza w jak najlepszym kierunku. To była gigantyczna drabina kłamstwa. Również w dzisiejszych Chinach widać wielki problem ze zbieraniem wiarygodnych statystyk, choć oczywiście jego skala jest obecnie nieporównywalna.

Chyba najlepiej widać to statystyczne szaleństwo na przykładzie produkcji stali. W 1958 r. Mao rozkazał, by do końca roku wyprodukowano 12 mln ton. Rok później miało to być 30 mln, w 1960 – 60 mln, a w 1962 r. już 100 mln ton. W ciągu następnych kilku lat Mao twierdził, że Chiny będą produkowały 700 mln ton stali rocznie, czyli więcej niż reszta świata razem wzięta.

Stal była dla niego bardzo ważna, tak samo jak dla Stalina. To był klucz do industrializacji. Mao niewiele rozumiał z gospodarki, ale wiedział, że to podstawa. Stąd rozkaz, by postawić miliony małych przydomowych dymarek, w których chłopi mieli produkować gigantyczne ilości stali. Żeby sprostać normom, chłopi przetapiali w tych piecach własne garnki, woki, sztućce, a nawet gwoździe wyciągnięte ze swoich domów. Efektem była stal tak tragicznej jakości, że większość nadawała się tylko do wyrzucenia.

Czyli m.in. w ten sposób odciągano chłopów od pracy na polach, co powodowało jeszcze większe problemy z produkcją żywności.

Od 1957 r. Mao zaczął organizować komuny wiejskie. W tych molochach żyło nawet po 25 tys. ludzi. Chłopom zabrano ziemię, uprawa czegokolwiek na własny użytek była wówczas traktowana jako burżuazyjny eksces. Nie można było niczego sadzić nawet we własnym przydomowym ogródku. Wszystko zależało od kierownictwa komuny, które zazwyczaj fatalnie zarządzało produkcją żywności. Chłopi nie mieli bodźców, by pracować na wspólnym, roboty organizowali dyletanci, a jakby tego było mało, jeszcze odciągano wieśniaków od pól, by budowali kanały, które – fatalnie wybudowane – nie nadawały się do niczego. Poza tym trzeba było oczywiście wytapiać „stal”. Żeby prześcignąć resztę świata, Mao skierował miliony chłopów do rozwoju przemysłu. Przez to jeszcze bardziej brakowało ludzi do pracy na polach.

Produkcji żywności na pewno nie pomagało też to, że Mao cały czas wysyłał ziarno za granicę. W końcu trzeba było czymś płacić za sowiecką „pomoc” gospodarczą.

Tak, nawet w apogeum głodu mnóstwo ziarna szło na eksport. W czasie, gdy miliony Chińczyków umierały z braku żywności, Mao wysyłał chińskie jedzenie jako pomoc dla krajów rozwijających się – chciał dobrze wyglądać w oczach zagranicznych przywódców. Chciał pokazać, że chiński socjalizm jest najlepszy.

W międzyczasie doszło w Chinach do „kampanii walki z czterema plagami”. Mao wziął na cel szczury, wróble, komary i muchy. Miliony Chińczyków spędzały mnóstwo czasu na wyszukiwaniu i zabijaniu tych zwierząt. Czy da się racjonalnie wytłumaczyć, o co chodziło przewodniczącemu?

To wszystko miało w teorii poprawić poziom higieny i zabezpieczyć ziarno przed szkodnikami. W każdym kraju na świecie wróble podbierają ziarno, ale jeżeli normalny gospodarz zauważy, że jest to problem, to po prostu lepiej je zabezpieczy przed „kradzieżą”. Tymczasem Mao postanowił rozwiązać problem u źródła, w myśl zasady, że jeżeli tylko pojawi się odpowiednio silna wola, to człowiek może wszystko...

Co zakończyło szaleństwo wielkiego skoku?

Ta kampania zakończyła się właściwie sama – nie sposób było już po prostu kolejny rok w ten sposób zarządzać państwem. W 1960 r. Chiny były kompletnie zrujnowane. Nagle do Pekinu zaczęło spływać tyle fatalnie brzmiących raportów, że Mao w końcu zorientował się w powadze sytuacji. Cała machina gospodarcza po prostu się zacięła i stanęła w miejscu.

W związku z tą ewidentną klęską Mao na przełomie lat 1960 i 1961 wycofał się do drugiego szeregu najważniejszych partyjnych towarzyszy. Zrozumiał, że jego polityka ekonomiczna poniosła klęskę. Prawdziwą władzę przejęli wówczas Liu Shaoqi oraz Deng Xiaoping, którzy zaczęli prowadzić bardziej racjonalną politykę gospodarczą. Mao przyznał nawet do pewnego stopnia, że cała ta katastrofa mogła być jego winą… Zaczął się dla niego okres lizania ran.

Nie przestał jednak myśleć o powrocie na szczyt.

W niedługim czasie Mao zaczął walczyć o powrót do władzy. Był to właśnie główny powód rewolucji kulturalnej, którą rozpoczął w 1966 r. Dzięki niej chciał się pozbyć przeciwników politycznych. Rozpoczął się kolejny szaleńczy okres.

Czytaj także:
Prostytutki Stalina. Te nazwiska na zawsze będą budziły obrzydzenie

Czy Chińczycy zdają sobie sprawę, do czego doprowadził człowiek, którego wielki portret do dziś wisi nad główną bramą do Zakazanego Miasta?

Niestety nie. Chińczycy nie mają pojęcia o milionach ofiar wielkiego skoku. Historia, jako nauka, jest w Chinach w tragicznym stanie. Historię dyktuje partia. W książkach po prostu przeskakuje się ten okres, tak samo jak rewolucję kulturalną. Generalnie młodzi Chińczycy nie mają prawa usłyszeć prawdy o wielkim skoku, o milionach ofiar głodu. Bardzo się dziwią, gdy mówię im o tym. Wszyscy dobrze wiemy, czym grozi nieznajomość historii...

W dzisiejszych Chinach jest jednak miejsce, które idzie w poprzek komunistycznej propagandzie. We wspomnianej już prowincji Henan, w jednej ze wsi na środku pola stoi niewielki pomnik zbudowany przez pewnego chłopa ku pamięci ofiar głodu.

Dzisiaj to możliwe, bo na szczeblu lokalnym zdarzają się pewne odchylenia od głównej linii partyjnej i miejscowe władze mogą na to – z różnych względów – przymykać oko. Jednak już na poziomie państwowym nie ma szans na upamiętnienie milionów ofiar wielkiego skoku. Zaszkodziłoby to bowiem partii, stawiając w złym świetle Mao. Władze ChRL muszą bronić „pięknej” historii partii, bo jeżeli przeszłość przestanie być wspaniała, to dlaczego partia miałaby dalej rządzić krajem?

W latach 80. chińska partia komunistyczna oficjalnie uznała, że Mao należy oceniać w 70 proc. pozytywnie, a w 30 proc. negatywnie. Czy te wytyczne wciąż obowiązują?

Tak. We wspomnianym dokumencie napisano, że po drodze były „pewne problemy”, ale generalnie Mao dobrze przysłużył się Chinom.

Torbjørn Færøvik jest norweskim historykiem, pisarzem i dziennikarzem. Specjalizuje się w tematyce dalekowschodniej. Był wieloletnim korespondentem norweskiej agencji informacyjnej NTB, telewizji NRK i dziennika „Arbeiderbladet”. W Polsce ukazała się właśnie jego książka „Mao. Cesarstwo cierpienia”.

Okładka miesięcznika Historia Do Rzeczy: 10/2018
Artykuł został opublikowany w 10/2018 wydaniu miesięcznika „Historia Do Rzeczy”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 1
  • Marconi IP
    a teraz 3/4 świata kupuje z tego obozu pracy.
    Dodaj odpowiedź 0 0
      Odpowiedzi: 0