Bomba i czterech wisielców w Chicago. Jak komuna sfałszowała 1 Maja

Bomba i czterech wisielców w Chicago. Jak komuna sfałszowała 1 Maja

Zamieszki na Haymarket w Chicago. Ilustracja z Harper’s Weekly, 15 maja 1886.
Zamieszki na Haymarket w Chicago. Ilustracja z Harper’s Weekly, 15 maja 1886. / Źródło: Wikipedia
Dodano 8
Do dzisiaj pokutują nieprawdziwe informacje, że komunistyczna czerwona flaga ma swoje źródło w krwi robotników przelanej podczas chicagowskiej demonstracji w 1886 r., albo że pomysł uczczenia 1 maja rzucił Włodzimierz Lenin. Rzeczywistość wyglądała kompletnie inaczej.

Dojrzałość amerykańskiego kapitalizm rodziła się w bólach. Po wojnie secesyjnej powstające szybko - głównie na północy - zakłady przemysłowe przyciągały robotników z innych części kraju. Liczył się zysk i szybki zwrot kapitału, więc mało kto przejmował się bezpieczeństwem pracy czy warunkami, w jakich żyli robotnicy. Ich pensje w Ameryce były i tak zwykle lepsze, niż w Europie. Do USA płynęły więc kolejne rzesze poszukujących lepszego życia niewykwalifikowanych emigrantów, służących za łamistrajków i pracujących za niższe stawki niż robotnicy amerykańscy.

Ci nie zamierzali się temu bezczynnie przyglądać. Wolność zrzeszania się i prawo do posiadania broni sprawiały, że walka o pracownicze prawa często wyglądała inaczej niż w Europie. Ochroniarzy próbujących odblokować fabryki zajęte przez strajkujących często witały strzały, a trup ścielił się po obu stronach. Robotnicy organizowali się w bractwa i związki, które miały ich chronić przed wyzyskiem. W wielkich skupiskach miejskich wpływy kościołów organizujących dotychczas życie społeczności były marginalizowane. Rosły za to lewicowych agitatorów, wygłaszających swoje "zapalne" mowy. Socjaliści organizowali własne szkoły i organizacje, oferujące darmowe kształcenie i pomoc.

Tak było też w Chicago. W latach 80-tych XIX w. był to jeden z największych i najszybciej rozwijających się ośrodków przemysłowych w USA. Jak grzyby po deszczu powstawały nie tylko huty, stalownie czy rzeźnie, ale i fabryki mebli, ubrań i zaawansowanych technicznie maszyn. Miasto było pomostem łączącym wschód i zachód Stanów, a liczba jego mieszkańców szybko rosła. W 1885 r. powstał tu pierwszy na świecie drapacz chmur. Robotnicy, zwłaszcza przybysze z Europy pracowali po 10-12 godzin dziennie i żyli często w opłakanych warunkach, gnieżdżąc się w czynszowych mieszkaniach. Trzeba jednak przyznać, że warunki ich życia i pracy stopniowo się poprawiały, a amerykańscy robotnicy pracowali i żyli o wiele lepiej niż ich towarzysze w carskiej Rosji, na Bałkanach czy w południowej Europie. Mimo tego Chicago cały czas było podminowane konfliktem obawiającej się wybuchu społecznych niepokojów klasy średniej z robotnikami, chcącymi uszczknąć więcej dla siebie - również przemocą. Na to nakładała się niechęć do łamistrajków zza oceanu, często odbierających pracę tubylcom.

Czytaj także:
Bitwa o szyny. Tu szerokość miała znaczenie

Chicagowscy anarchiści

W tym samym czasie część chicagowskich działaczy robotniczych zaczęło podążać drogą anarchizmu. Szybko też zaczęli wprowadzać swoje idee w czyn. W wielkim skupisku miejskim jakim było Chicago, zaczęli organizować festyny, pikniki i koncerty, podczas których agitowali robotników - zwłaszcza świeżo przybyłych z Europy emigrantów.

Dalecy od religii, rytm chrześcijańskich świąt zmieniali na świecki, znaczony między innymi gatunkami serwowanego na festynach piwa. Przyciągało to tłumy, zwłaszcza niemieckich i czeskich emigrantów. Sezon rozpoczynał się w marcu, świętowaniem rocznicy powstania Komuny Paryskiej. Na początku maja, wraz z pojawieniem się koźlaka zaczynały się zabawy na świeżym powietrzu, nawiązujące do pogańskich jeszcze obrzędów powitania wiosny. W lipcu świętowano rocznicę zburzenia Bastylii. Kończono w październiku, serwując portery na Oktoberfeście. Przyjaciel Marxa i główny propagator jego idei w USA Friedrich Sorge opisywał, że imprezy takie przyciągały o wiele więcej uczestników, niż przegadane socjalistyczne mityngi w Europie.

Na kłopoty dynamit

Pracodawcy nie byli skorzy do dzielenia się zyskami z pracownikami. Od początku 1886 r. anarchiści zaczęli skłaniać się ku rozwiązaniom siłowym. Na pewno przyczyniły się do tego artykuły publikowane w gazecie niemieckiego anarchisty Johanna Mosta „Freiheit”, które pochwalały terroryzm i zamachy na europejskich tyranów. Na angielski został też przetłumaczony jego podręcznik wyrobu materiałów wybuchowych, bomb i zapalników. Chicagowscy anarchiści uwierzyli, że wyekwipowani w domowej roboty bomby będą w stanie pokonać nawet regularną armię. Prym wśród nich wiedli Albert Parsons i August Spies. Parsons wydawał gazetę „Alarm”, która donosiła, że „jeden człowiek z dynamitem może się równać całemu pułkowi". Jego żona twierdziła, że „tyrania słucha jedynie głosu dynamitu". Spies, edytor innej anarchistycznej gazety „Arbeiter - Zeitung" trzymał na biurku rurę przypominającą laskę dynamitu, którą pół-żartem, pół-serio pokazywał gościom jako sposób rozwiązywania problemów z kapitalistami. Obaj byli założycielami i aktywnymi członkami amerykańskiego oddziału International Working People's Association - anarchistycznej organizacji nazywanej „Czarną Międzynarodówką".

Atmosfera w mieście stawała się coraz bardziej napięta. Tajni agenci policji i wynajęci przez prywatne przedsiębiorstwa detektywi penetrowali anarchistyczne środowiska, przynosząc coraz bardziej niepokojące wieści. Spiskowcy mieli planować krwawe zamieszki i wysadzić przybytki kapitalizmu, w tym jego chicagowski symbol - budynek giełdy Board of Trade. Wieści te, często przesadzone albo zrodzone nad kolejnym kuflem mocnego piwa przedostawały się do prasy, wzbudzając panikę wśród klasy średniej, która żądała od władz podjęcia zdecydowanych kroków przeciw „komunistom". Jej agresja kierowała się przede wszystkim przeciwko świeżym emigrantom z Europy, którzy byli „skażeni rewolucją" i nie mieli zamiaru wyznawać tradycyjnych amerykańskich wartości z poszanowaniem własności prywatnej i protestancką religijnością na czele.

W odpowiedzi wyobcowani emigranci zwracali się do anarchistów, którzy oferowali im przynajmniej nadzieję na lepszą przyszłość. Masowo zapisywali się do wywrotowych organizacji, ćwicząc w sekrecie walkę z oddziałami policji, Gwardii Narodowej i ochroniarzy. Spirala napięcia zaczynała się coraz bardziej nakręcać.

Osiem godzin pracy

Już w październiku 1884 r. amerykańska centrala związków zawodowych i organizacji pracowniczych ogłosiła 1 maja 1886 r. datą wprowadzenia powszechnego, ośmiogodzinnego dnia pracy. Wiosną tamtego roku przez cały kraj przetaczała się największa w historii USA fala strajków. Engels w Londynie zacierał ręce, spodziewając się początku światowej rewolucji. Dzięki uporczywej pracy miejscowych anarchistów, Chicago stało się centrum tych wydarzeń. Walka o skrócenie czasu pracy połączyła różne odłamy ruchów lewicowych. Robotnicy paraliżowali życie miasta prowadząc strajki solidarnościowe i bojkoty zakładów pracy.

Spies potrafił z pomocą tłumacza jidysz zmobilizować nawet świeżo przybyłą do miasta po pogromach w Rosji społeczność żydowską, dotychczas żyjącą w swoim getcie. Na ulice po raz pierwszy wyszli nawet polscy agitatorzy przemawiając do swoich rodaków - najsłabiej opłacanej i największej dotąd niezorganizowanej robotniczej grupy w mieście. W ogromnym środowisku miejskim, jakim było Chicago, nawet rzymskokatoliccy księża gubili swoje owieczki.

Burżuazja kontratakuje

Druga strona też nie zasypiała gruszek w popiele. Burmistrz Chicago - Carter Henry Harrison - starał się godzić zwaśnione strony. Był kochany przez robotników - zwłaszcza świeżych imigrantów, których los starał się poprawić. Dbał o zachowanie równowagi w dżungli miejskich interesów, opanowanej przez dbających o własne interesy skorumpowanych radnych miejskich, przemysłowców, właścicieli saloonów i chroniących ich policjantów. Harrison opowiadał się nawet za wprowadzeniem 8-godzinnego dnia pracy, uważając że może on wpłynąć na zmniejszenie bezrobocia i niezadowolenia robotników.

Czytaj także:
Jak Polak zabił prezydenta USA

Jednak wpływowi przedsiębiorcy mieli inny pogląd na ich żądania. Miejscowy klub biznesmenów zebrał 2 tysiące dolarów na zakup kartaczownicy Gatlinga dla 1. Pułku Kawalerii Gwardii Narodowej Illinoi „na wypadek kłopotów". Tłumieniem zamieszek miał zająć się kapitan John Bonfield - komendant posterunku policji w centrum miasta przy Desplaines Street. Bonfield był zdolnym policjantem. W Chicago opracował pierwszy na świecie system elektrycznego powiadamiania policji, co skróciło czas przyjazdu funkcjonariuszy z godziny do czterech minut. Wdrożył też system rozpraszania robotniczych manifestacji, opierający się na dyscyplinie maszerujących w zwartym szyku policjantów, bezlitośnie pacyfikujących demonstrantów drewnianymi pałkami. Na zarzuty działaczy i miejskich radnych skarżących się na nadmierną brutalność policji zawsze odpowiadał, że „pałka dzisiaj oszczędza kuli jutro".

Bonfield postawił na 1. maja w gotowości wszystkie siły policji. Do akcji szykowała się też Gwardia Narodowa, którą w ostatniej chwili powstrzymał gubernator Richard J. Oglesby. Burżuazyjne gazety zaczęły kampanię przeciwko Parsonsowi i Spiesowi.

Spokój i masakra

Obawy okazały się płonne. Pierwszego maja osiemdziesiąt tysięcy strajkujących robotników nadzorowanych przez ochroniarzy i oddziały policji wyszło na ulice miasta. Manifestacje przebiegły spokojnie.

Dwa dni później August Spies z dachu wagonu przemawiał do zlokautowanych robotników z zakładów maszyn rolniczych McCormick Reaper Works w Chicago. Nie skończył jeszcze przemówienia, kiedy z nieodległej fabryki zaczęli wychodzić zatrudnieni zamiast nich emigranci. Robotnicy dotychczas słuchający mówcy opuścili zebranie i pobiegli bić łamistrajków. W ich obronie stanęło od razu dwie setki policjantów. Napastnicy zostali rozproszeni pałkami. Kilku robotników zginęło od wystrzałów z policyjnych rewolwerów.

Wzburzony Spies pobiegł do redakcji „Arbeiter-Zeitung". Pod wpływem emocji zredagował odezwę do robotników. Jej nagłówek wielkimi literami oznajmiał „Zemsta!". Tekst donosił o zabójstwie robotników w interesie przedsiębiorców i namawiał do szukania sprawiedliwości. Ulotki wzywały też do demonstracji następnego dnia na Haymarket Square. Tej samej nocy zostały rozkolportowane w setkach egzemplarzy wydanych po angielsku i niemiecku. Ich pierwsza wersja rozeszła się z wezwaniem do przybycia z bronią. Potem Spies zreflektował się i usunął ten fragment.

Dynamit w akcji

Czwartego maja od rana robotnicy odmawiali pracy, domagając się spełnienia ich postulatów. Dziennikarze donosili o pochodach kierujących się do centrum miasta. Przedsiębiorcy żądali wyprowadzenia na ulice Gwardii Narodowej.

Jednak około 8.30 wieczorem na Haymarket Square zebrało się zaledwie około trzech tysięcy robotników. Spies wskoczył na wóz z sianem i zaczął przemówienie o uczciwych, pracowitych i bogobojnych robotnikach z fabryki McCormicka, którzy zostali rozstrzelani przez policję. Towarzyszył mu Parsons - świetny mówca mający duży wpływ na robotnicze tłumy.


Zgromadzenie było inwigilowane przez kapitana Bonfielda, który wysłał pięćdziesięciu przebranych po cywilnemu policjantów w tłum dla spisywania treści wygłaszanych przemówień i raportowania mu o przebiegu manifestacji co 15 minut. Sam czekał z sześcioma kompaniami policjantów w oddalonym o zaledwie pięćdziesiąt metrów posterunku przy Desplaines Street. Pod koniec demonstracji na placu było już tylko około 500 demonstrantów. Wiał zimny wiatr i zacinał deszcz. Trzeci mówca - angielski socjalista Samuel Fielden około w pół do jedenastej kończył swoje przemówienie mocnym akcentem. Wezwał zebranych do „uduszenia, zabicia i zadźgania" prawa, które pozwala na tłamszenie robotników przez amerykańskich posiadaczy.

Kiedy słowa o nawoływaniu do „przemocy" doszły do uszu kapitana Bonfielda, zebrał on ponad stu policjantów i ruszył na demonstrantów. Kapitan William Ward w imieniu mieszkańców Stanu Illinois wezwał do pokojowego rozejścia się. Zaskoczony Fielden zdążył odpowiedzieć, że zgromadzenie jest pokojowe. Po następnym wezwaniu krzyknął do robotników, żeby się rozeszli i zeskoczył z wozu. Nagle jakiś sypiący iskrami przedmiot zatoczył łuk w powietrzu i wylądował między szeregami policjantów. Potem rozległ się potworny huk eksplodującej bomby. Funkcjonariusze zaczęli strzelać do tłumu i do siebie nawzajem. Robotnicy zaczęli uciekać na wszystkie strony.

Jak się później okazało od wybuchu rzuconej bomby zginął jeden policjant - Mathias J. Degan. Sześciu zginęło w strzelaninie, a sześćdziesięciu zostało poważnie rannych. Wielu tak ciężko, że już nigdy nie wróciło do służby. Zginęło przynajmniej 4 robotników, a około siedemdziesięciu zostało rannych.

Wściekła nagonka burżuazji

Po zamachu w mieście rozpętało się piekło. Stateczni przedsiębiorcy i mieszczanie drżeli przed terrorystami podkładającymi bomby pod ich zakłady i rezydencje. Mainstreamowa prasa podsycała te lęki, windując swoje nakłady. Podejrzenie od razu padło na organizację anarchistów, którzy mieli posłużyć się emigrantami. W wywiadach potwierdzał to sam Bonfield. Gazety wzywały do „wyrzucenia słowiańskich wilków do ich nor w Europie, albo jakiejś ich eksterminacji". Policjanci uchodzący dotychczas za leniwych i skorumpowanych, nagle stali się bohaterami.

Nastąpiła fala aresztowań i przeszukań robotniczych lokali i redakcji czasopism. Spies został aresztowany przy składaniu nowego numeru „Arbeiter - Zeitung". Oprócz niego policja zatrzymała na krócej lub dłużej około 200 innych podejrzanych. Parsons zmienił wygląd i ukrywał się na prowincji. W domu Williama Selligera przy Sedgwick Street znaleziono bomby własnej produkcji. Selliger przyznał się, że produkował je razem z emigrantem z Niemiec, anarchistą Louisem Linggiem. Ten z kolei był widziany w przeddzień zamachu, kiedy wnosił bomby do piwnic Greif's Hall - miejsca spotkań anarchistów na Lake Street. Towarzyszył mu Rudolf Schnaubelt, który według informacji policji miał rzucić bombę.

Aresztowania nie uspokoiły sytuacji w mieście. Niepokój podsycały przecieki ze śledztwa. Anarchiści chcieli ponoć spalić i splądrować znaczną część Chicago. Władze miejskie i policja musiały pokazać, że panują nad sytuacją, która łatwo mogła wymknąć się spod kontroli. Trzeba było szybko znaleźć i surowo osądzić kozła ofiarnego, wyznaczając jednocześnie granice wolności słowa i prawa do protestu. Już wkrótce znalazła go chicagowska „Tribune": „najgorszy socjalistyczny, zapijaczony, ateistyczny, europejski element klasowy". Mniej więcej odpowiadało to wyobrażeniom o nim średnich i wyższych klas społecznych miasta.

Czytaj także:
Włodzimierz Krzyżanowski - bohater Ameryki

Socjalistyczna prasa oskarżała policję o prowokację, która miała skompromitować ruch socjalistyczny i ideę ośmiogodzinnego dnia pracy. I taki też właśnie był skutek wybuchu na Haymarket Square. Robotnicy zostali sterroryzowani działaniami policji. Pracodawcy nie bali się zwalniać uczestników protestów, bo ich przywódcy siedzieli w więzieniach. Na miejsce zwolnionych zatrudniano na gorszych warunkach emigranckich łamistrajków. Zrywano zawarte już porozumienia o ośmiogodzinnym dniu pracy.

Niezbyt uczciwy proces

W wyniku policyjnego śledztwa na ławie oskarżonych zasiadło siedmiu działaczy: August Spies, Samuel Fielden, Adolph Fischer, Michael Schwab, George Engel, Oscar Neebe i Louis Lingg. Pięciu było niemieckimi emigrantami, a szósty z pochodzenia był Niemcem. Parsons w końcu zrezygnował z ukrywania się i dołączył do nich jako ósmy 21 czerwca 1886 r. - w pierwszym dniu procesu. Jego przebieg od początku budził wątpliwości. Do ławy przysięgłych nie wybrano żadnego emigranta, ani robotnika najemnego. Kurs w jakim podążała sprawa wyznaczył prokurator Julius Grinnell w pierwszej mowie, oskarżając podsądnych o próbę wprowadzenia anarchii jako prawa.

Sam proces miał charakter poszlakowy, a dowody były wątłe. Oskarżonym łatwo można było udowodnić działalność anarchistyczną, a Linggowi posiadanie materiałów wybuchowych. Nie było to jednak w Stanach Zjednoczonych zabronione. Nawet opinia chemika, potwierdzającego, że bomby znalezione w domu anarchisty mają identyczny skład chemiczny jak ta, której szczątki zebrano na Haymarket nie przesądzała sprawy.

Oskarżenie na świadka powołało tajnego agenta Pinkertona, który rozpracowywał anarchistów w Chicago. Zeznał on, że słyszał jak Parsons i Spies mówili o „kilku eksplozjach w Chicago, które dobrze zrobiłyby sprawie". Znalazł się również świadek, który ponoć widział Spiesa, kiedy podpalał lont bomby na Haymarket. Zeznania te zostały jednak łatwo obalone przez obronę ze względu na stronniczość albo niewiarygodność świadków.

Prokurator nie miał innego wyjścia jak skupić się na udowodnieniu anarchistom wygłaszania „zapalnych mów" i kolportowania ulotek, które podżegały do rozruchów, w których zginęli policjanci i robotnicy. Ważną rolę odegrały tu „laska dynamitu", którą Spies trzymał na biurku w redakcji i nieszczęsna pierwsza wersja ulotki, która wzywała robotników do uzbrojenia się. Nawet w Ameryce mogło się to źle skończyć dla podsądnych.

Zwłaszcza że większość chicagowskich gazet wzywała do wymierzenia oskarżonym kary śmierci. Oferowano nawet przysięgłym nagrody za uznanie anarchistów winnymi. Sędzia Joseph E. Gary przed naradą powiedział przysięgłym, że zgodnie z prawem stanu Illinois mogą uznać podsądnych winnymi morderstwa jako podżegacze, nawet jeśli zostało ono popełnione przez nieznanego sprawcę. Tak też się stało. Werdykt zapadł 20 sierpnia. Wszyscy oprócz Oscara Neebego, który dostał 15 lat więzienia, zostali skazani na karę śmierci.

Amerykańska prasa głównego nurtu przeważnie wyrażała zadowolenie z wyroku. Lewicowe pisma od razu zaczęły kampanię na rzecz uwolnienia oskarżonych. We wrześniu stanowy sąd najwyższy podtrzymał wyrok. Sąd Najwyższy Stanów Zjednoczonych mimo reprezentowania podsądnych przez wybitnych prawników odmówił zajęcia się sprawą uznając, że nie należy ona do kompetencji sądownictwa federalnego.

Dynamit i stryczek

Ostatnią szansą było ułaskawienie skazanych przez gubernatora Illinois. Lewica rozpoczęła ogólnokrajową kampanię, wskazując też na błędy i fałszowanie dowodów podczas procesu i osiągnęła niezwykły sukces. Petycję podpisało prawie 200 tysięcy Amerykanów. Organizatorzy od początku liczyli też na światowy odzew. W akcję zaangażowała się córka Marksa i Fryderyk Engels. Lewicowi działacze pokazywali, że USA nie są tak wolnym krajem, jak same się przedstawiają.

Teraz wszystko było w rękach gubernatora Richarda Oglesby'ego, który skłaniał się do ułaskawienia skazanych. Jednak prośby o to złożyli jedynie Schwab i Fielden. Ich kary zostały zmienione na dożywocie. Spies, Parsons, Fischer, Engel i Lingg nie czuli się winnymi i nie zamierzali prosić o darowanie kary za czyn, którego nie popełnili.

Lingg nie miał w ogóle zamiaru poddać się sprawiedliwości wymierzanej przez znienawidzone państwo. Kiedy gubernator Oglesby rozważał ułaskawienie, zdetonował trzymaną w ustach spłonkę od laski dynamitu. Do celi miał ją przemycić ukrytą w cygarze jego przyjaciel - anarchista Dyer Lum, później również podejrzewany o rzucenie bomby na Haymarket. Umierający Lingg zanim został przewieziony do więziennego szpitala, zdążył napisać własną krwią „Niech żyje anarchia" na ścianie celi.

Czwórka pozostałych anarchistów została powieszona 11 listopada 1887 r. w więzieniu miejskim w Chicago. Zapadnia nie zadziałała prawidłowo i wszyscy udusili się na sznurach wierzgając nogami w długich, białych strojach skazańców i workach na głowach. Przed egzekucją Spies wykrzyknął jeszcze „Nadszedł czas, kiedy nasze milczenie będzie silniejsze, niż głos, który dzisiaj chcecie zdusić". Fischer wyznał: „To najszczęśliwszy dzień w moim życiu".

Męczennicy nie swojej sprawy

Do dzisiaj nie ustalono, kto rzucił bombę na Haymarket Square. Czy zrobił to Schnaubelt, Lum albo inny anarchista, czy też agent Pinkertona albo policjant, który zamiast w robotników trafił w swoich kolegów. Zamach na pewno nie przysłużył się sprawie anarchizmu i ośmiogodzinnego dnia pracy w USA. W pełni wprowadzono go prawie sto lat później, a amerykańscy robotnicy wybierali raczej mniej radykalne sposoby rozwiązywania sporów z pracodawcami. Zresztą skuteczne, bo robotnicze postulaty były stopniowo spełniane, a komunistyczne prądy nigdy na dobre nie zagnieździły się w USA.

Powieszeni anarchiści stali się męczennikami ruchu robotniczego. Na I kongresie II Międzynarodówki w 1889 r. francuski socjalista Raymond Lavigne podniósł projekt międzynarodowych demonstracji robotników urządzanych 1 maja w celu zaprowadzenia ośmiogodzinnego dnia pracy. Propozycja przyjęła się, i odtąd w tym dniu ruchy robotnicze organizowały masowe demonstracje. Ani w propozycji Lavigne'a, ani w przyjętej uchwale nie ma jednak słowa o wydarzeniach na Haymarket Square. Anarchiści zresztą od dawna kroczyli własną drogą i nie brali w pracach Międzynarodówki udziału.

Był to raczej ukłon w stosunku do amerykańskiego ruchu robotniczego, po którym wówczas europejscy działacze robotniczy wiele się spodziewali. Przejęto tradycyjną datę początku amerykańskich festiwali robotniczych, planowanych na ten dzień również w 1890 r. Informował o tym listownie Samuel Gompers - szef Amerykańskiej Federacji Pracy, której delegacja nawet nie pojawiła się na kongresie. Potem zaczęto dorabiać legendę, że data 1. maja ma upamiętniać wydarzenia na Haymarket Square i straconych anarchistów.

Czytaj także:
Zagadki rewolucji październikowej. W oficjalnej wersji bolszewików nic się nie zgadza

Trudno było wywodzić najważniejsze robotnicze święto od rozpoczęcia sezonu na koźlaka i pogańskiej wiosny. W USA data nie przyjęła się i Święto Pracy obchodzi się we wrześniu.

Jednak w powszechnej świadomości to właśnie wydarzenia na Haymarket, mimo że miały miejsce 3 dni później stały się przyczyną ustanowienia robotniczego święta. Do dzisiaj też pokutują nieprawdziwe informacje, że komunistyczna czerwona flaga ma swoje źródło w krwi robotników przelanej podczas chicagowskiej demonstracji w 1886 r. albo że pomysł uczczenia 1 maja rzucił Włodzimierz Lenin, który anarchistów najchętniej utopiłby w łyżce wody.

Bolszewicy wprowadzili ośmiogodzinny dzień pracy w listopadzie 1917 r., zaraz po przejęciu władzy w Rosji. 1 maja uczynili najważniejszym państwowym świętem, wykorzystywanym też do jątrzenia i podburzania robotników za granicą, jak w przedwojennej Polsce. Z pewnością cieszyli się z niego więźniowie sowieckich łagrów, dla których był to jedyny wolny od pracy dzień w roku. Jednak Spies czy Parsons, gdyby mogli zobaczyć bolszewickie porządki z pewnością złapaliby się za głowę w przerażeniu, do czego wykorzystano ich walkę i ofiarę. Warto więc może powrócić do ludowych korzeni pierwszego maja - wesołego święta ludzi pracy mających nadzieję na lepsze jutro, a nie ideologów chcących przemocą zmieniać świat.

Czytaj także

 8
  • Rotor IP
    Ci Amerykanie to jednak skonczeni debile. Ich gazety nawoływał do "wyrzucenia słowiańskich wilków do ich nor w Europie ,lub jakiejś ich eksterminacji". A na ławie oskarżonych siedziało 6 - Niemców. Ciekawe w jakim słowiańskim języku pisała gazeta Arbeiter Zeitung ?
    Dodaj odpowiedź 5 0
      Odpowiedzi: 0
    • uSSaHAŃBA IP
      uSsa TO MORDY WYZYSK I  MORDERCSTA czmatty z pis i  CZMATTA borowski z solidurności
      Dodaj odpowiedź 0 9
        Odpowiedzi: 0
      • xxxxxxxxxxxxxxxxxxx IP
        W przedwojennej Polsce manifestacje robotników , bezrobotnych były masakrowane przez policję, śmieli domagać się pracy i godności
        Dodaj odpowiedź 10 4
          Odpowiedzi: 0
        • xxxxxxxxxxxxxxxx IP
          Kościół Katolicki pozazdrościł tego święta i w 1955 ustanowił święto Józefa Robotnika.

          Tekst totalnie nieobiektywny
          Dodaj odpowiedź 6 11
            Odpowiedzi: 1
          • Hity kinowe online IP
            Czessc Zobacz już dziś filmy bez limitów.
            Np. Psy 3 czy Gorący temat 2019....

            https://filmvod.pl

            Wystarczy założyć konto i je aktywować!
            Płacisz raz 20 zł oglądasz dożywotnie!
            Polecam jak najbardziej w tych trudnych czasach.
            Dodaj odpowiedź 0 4
              Odpowiedzi: 0