Wrocław w szponach zarazy. Miasto zostało odcięte od reszty kraju

Wrocław w szponach zarazy. Miasto zostało odcięte od reszty kraju

Ubiór ochronny noszony przez pracowników służby zdrowia w okresie epidemii ospy we Wrocławiu w 1963 roku.
Ubiór ochronny noszony przez pracowników służby zdrowia w okresie epidemii ospy we Wrocławiu w 1963 roku. / Źródło: Wikimedia Commons / Zakład Narodowy im. Ossolińskich we Wrocławiu, 1963
Dodano 1
Wrocław stał się w 1963 r. ogniskiem straszliwej choroby, o której mniemano, że już nie zagraża Europie. Zabrała na zawsze kilkanaście osób, półtora tysiąca izolowano. Strach pomyśleć, co by się stało, gdyby nie istniała skuteczna szczepionka, a miasto pozostawiono otwarte…

Poniższy tekst jest fragmentem książki Macieja Rosalaka pt. „Wielkie zarazy ludzkości” (Wyd. Fronda)

Tamte miesiące 1963 r. były do tego stopnia upalne i słoneczne, że nazwano je „latem stulecia”. Zachowałem je we wdzięcznej pamięci, bowiem lipiec mogłem spędzić blisko morza (w wakacyjnej kwaterze akademika Politechniki Gdańskiej), a w sierpniu pojechać na organizowany przez moje liceum obóz wędrowny po Gorcach i Pieninach. I oto radość moją oraz koleżanek i kolegów zmącił nakaz poddania się przed wyjazdem szczepieniu „na ospę”…

Każdy z nas albo przechodził już niegroźną ospę wietrzną, albo został na nią we wczesnym dzieciństwie zaszczepiony. Myśleliśmy, że groźba epidemii czy w ogóle zapadnięcia na niebezpieczną dla życia chorobę zakaźną w PRL nie istnieje. Na gruźlicę już Polacy przestali zapadać, rozpoczęto szczepienia DTP (Di-Per-Te: na błonicę, krztusiec i tężec), a także na chorobę Heinego-Medina, której przygnębiające skutki mogliśmy oglądać jeszcze u nieco starszych kolegów.

Grypa, owszem, atakowała, jak azjatycka sprzed kilku lat (1957), lecz kojarzyła się ze zwykłym u nas zimą przeziębieniem. Na to są, myśleliśmy, antybiotyki, nie widząc (podobnie, niestety, jak długo jeszcze wielu lekarzy) różnicy między bakterią – którą antybiotyk może pokonać – i wirusem, którego zwalczyć nie może. Ale trąd, dżuma, cholera, tyfus czy czarna ospa (czyli – prawdziwa) kojarzyły się nam już tylko z dalekimi, egzotycznymi krajami lub bezpowrotnie przeszłymi wiekami, kiedy jeszcze nie istniała „społeczna służba zdrowia”.

Cóż, wszyscy zakwalifikowani na górską wędrówkę pojechać na nią chcieli. Wszyscy też – na ogół z humorem, jakbyśmy brali udział w dodatkowej zabawie – poddaliśmy się nakłuwaniu igłą nasączoną jakimś płynem. Nikt oczywiście nie mówił nam, że to uodporniający ekstrakt z „krowianki”. Następnie parę dni oczekiwaliśmy, czy ranka pod opatrunkiem przyschnie (to dobrze), czy zacznie się gnoić (niedobrze). Wszystkim przyschła, więc z lekkim sercem ruszyliśmy pod Turbacz.

O ospie nikt już nie pamiętał. Nikt zresztą z naszego otoczenia w Warszawie nie wiedział, co naprawdę w tym czasie dzieje się we Wrocławiu. Na początku sierpnia zaczęły krążyć między ludźmi jakieś pogłoski o tym, ale stołeczna prasa, radio i telewizja milczały. Wydział Prasy KC PZPR i cenzura działały sprawnie. W owym czasie – co młodym rodakom urodzonym już w XXI wieku wydaje się niewiarygodne – nie istniała sieć internetowa, bo i o komputerach osobistych nie mówiono; nawet prototyp maszyny obliczeniowej Odra 1003 ukończono dopiero pod koniec 1963 r. Telefony komórkowe znajdowały się poza sferą wyobraźni, a i telefon stacjonarny mało kto miał w domu.

Idealna sytuacja dla totalitarnej władzy; dlatego, być może, utrzymała się u nas niemal pół wieku. Z kolei rząd Zjednoczonej Prawicy udowodnił, jak dzięki rozwiniętym środkom informacji można przyhamować rozszerzanie się zarazy oraz starać się z nią walczyć, gdy nie wynaleziono jeszcze szczepionki. Kluczowa jest, rzecz jasna, hierarchia wartości, z dobrem zwykłego rodaka na czele. Trzeba jednak przyznać, że 57 lat temu presja wspaniałych lekarzy i epidemiologów polskich była dostatecznie silna, aby błyskawicznie wprowadzić powszechne szczepienia w najbardziej narażonych na epidemię miastach i okolicach oraz odizolować ogniska choroby od reszty kraju. Cóż, skuteczną szczepionkę na ospę stosowano już półtora wieku!

Czytaj także:
Polski zamach na Chruszczowa

I tak podczas akcji epidemiologicznej liczba zaszczepionych w całym kraju wyniosła niemal 8 mln (7 881 000). W tym we Wrocławiu i województwie wrocławskim zaszczepiono 2 598 000 osób, w województwie opolskim – 978 000, w katowickim – 724 200, w Łodzi i woj. łódzkim – 499 700, w Warszawie – 465 700. W tej ostatniej liczbie mieści się 25 uczniów i prof. Stanisław Czajka z Państwowego Liceum Sztuk Plastycznych, którzy zadowoleni pojechali i wrócili z naszych pięknych gór, nieświadomi wrocławskiego dramatu…

Pacjent nr 0 z SB

22 maja 1963 r. na wrocławskim lotniku wylądował samolot z Bonifacym Jedynakiem na pokładzie. Był on wówczas oficerem Służby Bezpieczeństwa, który wrócił z Indii po kontroli placówek dyplomatycznych PRL. Poza donosami tamtejszych kontaktów operacyjnych wiózł coś znacznie bardziej niebezpiecznego, o czym nie miał pojęcia. Otóż w jego węzłach chłonnych zagnieździł się wirus zabójczej choroby – ospy prawdziwej.

Podpułkownik Jedynak był towarzyszem sprawdzonym. Miał zaledwie 25 lat, gdy w 1945 r. rozpoczął odpowiedzialną służbę w Urzędzie Bezpieczeństwa w Końskich – świętokrzyskim mieście znanym z wojennych działań „Hubala”, „Ponurego” i „Szarego” (tego ostatniego – również działań powojennych). Szybko awansował, zajmował stanowiska kierownicze, podnosił kwalifikacje podczas kursów w kraju (1947, 1950) i w Moskwie (1954). Potem znalazł się na szczycie bezpieki we Wrocławiu.

2 czerwca 1963 r. – po 10 dniach od powrotu z Indii – zgłosił się do szpitala MSW przy ul. Ołbińskiej we Wrocławiu, gdzie przyczyny trapiących go dziwnych dolegliwości nie rozpoznano. Konsultacje z Zakładem Medycyny Tropikalnej w Gdańsku zaowocowały diagnozą: malaria, której pasożyty znaleziono we krwi.

Natomiast wirusa ospy nie zidentyfikowano, co spowodowało zakażenie salowej sprzątającej separatkę. Tak ospa zaatakowała Polskę. Natomiast wyleczonego pacjenta nr 0, który wirusa przywiózł, na początku następnego roku przeniesiono do centrali resortu bezpieczeństwa, gdzie został dyrektorem Biura „B” MSW (od działań operacyjnych), i awansowano na generała.

Salowa też wyzdrowiała, choć stwierdzono u niej początkowo tylko łagodną ospę wietrzną – o podobnych do ospy właściwej objawach – na jaką w rzeczywistości zaniemogła. Od salowej zaraziły się jednak jej dzieci – córka, pielęgniarka, u której mylnie stwierdzono gwałtownie rozwijającą się białaczkę, oraz syn. Oboje wkrótce umarli; córka Lonia Kowalczyk – jako pierwsza śmiertelna ofiara rozpoczynającej się epidemii – 8 lipca. Umarł także lekarz, u którego salowa szukała porady.


Tydzień po śmierci Loni i półtora miesiąca po pierwszych zachorowaniach ospę prawdziwą namierzył wreszcie dr Bogumił Arendzikowski z miejskiego sanepidu. Zaniepokoił go przypadek 4-letniego chłopca, świeżo wyleczonego z ospy wietrznej, u którego znowu wystąpiła ospowa wysypka, co nie powinno się zdarzyć. Poinformował o tym swego szefa dr. Jerzego Rodziewicza i wydarzenia potoczyły się już jak lawina.

Tego samego dnia – 15 lipca – we Wrocławiu ogłoszono stan pogotowia epidemicznego, zawiadomiono Warszawę i otrzymano pierwszych 10 tys. szczepionek. W ciągu paru dni akcja – zwana „W” jak Wrocław lub „O” jak ospa – została w pełni rozkręcona. Nadzorował ją główny inspektor sanitarny kraju Jan Kostrzewski (zarazem wiceminister zdrowia), a decyzje podejmowano w gronie Rady Epidemiologicznej, złożonej z wrocławskich i gdańskich lekarzy (specjalistów od ospy), wspartej wkrótce przez miejski komitet koordynacyjny i odpowiednie zespoły robocze.

Już 17 lipca w Szczodrem – na północny wschód od Wrocławia – urządzono szpital epidemiczny i ośrodek kwarantanny zarządzane przez dr Alicję Surowiec, uznaną później za główną bohaterkę tych dramatycznych dni. Następnego dnia uruchomiono izolatoria medyczne w adaptowanych budynkach na Psim Polu i w Praczach Odrzańskich, na potrzeby walki z epidemią zamknięto trzy szpitale (przy ulicach Piwnej, Rydygiera i Ołbińskiej), na cztery nałożono kwarantannę. W szpitalach i ośrodkach kwarantanny łącznie izolowano 1462 osoby.

Równolegle wprowadzono we Wrocławiu przymusowe szczepienia mieszkańców. Uchylającym się groziły kary grzywny do 4500 zł lub 3-miesięcznego aresztu. Dodajmy, że miesięczne zarobki wynosiły wtedy średnio 1763 zł, a żyło się „od pierwszego do pierwszego”. Za odmowę leczenia i spowodowanie możliwości zakażenia innych można było być ukaranym 15 latami więzienia(!). Niestety, wprowadzony 1 sierpnia przymus szczepień wszystkich – nawet osób z przeciwwskazaniami – też powodował zgony. Naliczono ich dziewięć… Należałoby chyba tych biedaków doliczyć do ofiar zarazy, choć sama ospa zabiła mniej ludzi. Nie wiemy jednak, ilu ludzi umarłoby, gdyby nie zostali szczepieni, gdyby nie posiadano i w ogóle nie znano szczepionki na ospę. Gdyby nie wprowadzono drastycznych kordonów sanitarnych wokół ognisk choroby. Strach to sobie nawet wyobrazić…

A tak na ospę zapadło „tylko” 99 osób w wieku od ośmiu miesięcy do 83 lat. Siedmioro z nich zmarło. W tej liczbie mieszczą się pracownicy służby zdrowia. W walce z wirusem uczestniczyło ich ponad 350; 25 zachorowało, a czterech zmarło. Zdaniem jednego z lekarzy pogotowia ratunkowego, ich strój ochronny złożony z płóciennych spodni i bluzy, czapki, rękawic i gumowych butów był niewystarczający: brakowało zwłaszcza ochrony oczu i ust.

Chorzy pochodzili także z: Opola (kontakt z pacjentem nr 0 spowodował zarażenie kolejnych dwóch osób), Oławy, Legnicy, Wieruszowa i Gdańska. Leczenie zakażonych trwało ok. 40 dni, z czego 36 dni na oddziale zamkniętym, do momentu odpadnięcia strupów. Następnie poddawani byli kąpieli w roztworze nadmanganianu potasu. Gdy objawy ustąpiły, rekonwalescentów kierowano do domu, na 14-dniowe zwolnienie lekarskie. Od połowy sierpnia zaraza ustępowała, a 19 września uznano, że całkiem wygasła. I rzeczywiście: od tamtej pory do Polski nie wróciła.

Wrocław, miasto zamknięte

Dopiero po odwołaniu stanu zagrożenia epidemicznego cała Polska mogła się dowiedzieć, jak naprawdę wyglądało życie wrocławian w mieście dotkniętym zarazą. Stosunkowo szybko ukazały się o niej informacje i obszerne reportaże, audycje, książki, a nawet film fabularny Romana Załuskiego „Zaraza”.

Latem 1963 r. pierwsza wiadomość, jaką w lipcu zamieściło wrocławskie „Słowo Polskie”, brzmiała: „W ciągu ostatnich kilkunastu dni zarejestrowano i objęto leczeniem szpitalnym we Wrocławiu pięć przypadków, w których dotychczasowy przebieg nie wyklucza ospy prawdziwej”. Na ospę chorowało już wtedy 20 osób… W prasie lokalnej drukowano zarządzenia sztabu epidemicznego, a miejscowe radio nadawało komunikaty dla osób odbywających kwarantannę. Pierwszy komunikat, w którym nie ukrywano grozy sytuacji, nadano 25 lipca, w szczytowym okresie epidemii. Po Polsce krążyły zaś plotki, że we Wrocławiu na chodnikach leżą trupy.

Wrocławianie dorośli na ogół do nowej, trudnej sytuacji. Często cytuje się z tej okazji spostrzeżenie Bogdana Daleszaka („Bedeker wrocławski”, 1970): „Ospa zwalczała epidemię biurokracji… Nie czekano na pisemka, powiadomienia, pokwitowania, zarządzenia. W tym czasie urzędy nie «urzędowały», lecz pracowały, działacze nie «działali», lecz harowali, sprawy mało znaczące były rzeczywiście mało znaczące i załatwiane od ręki, a bardzo trudne nie znaczyły niewykonalne”....

W mieście rozklejano plakaty „Witamy się bez podawania rąk”, klamki i poręcze okręcano bandażami nasączonymi chloraminą, zlikwidowano sprzedaż chleba w systemie samoobsługowym, w to gorące lato zamknięto baseny, rekwirowano pojazdy przedsiębiorstw – m.in. na potrzeby przewozów sanitarnych tych, którzy zostali skierowani do izolatoriów. Przyjeżdżano po nich niespodziewanie nocą, bowiem niektórzy uciekali za dnia z domów. Wielu mieszkańców nadużywało alkoholu – nawet w izolatoriach.

Gdy miasto zamknięto, na rogatkach postawiono tablice z napisami „Zakaz wjazdu do Wrocławia osobom nieszczepionym przeciw ospie”. Wyjazdu z miasta też osobom nieszczepionym zabroniono, a pilnowały tego posterunki MO. Zamknięte zostały granice województwa z NRD i CSRS przed atrakcyjnym wówczas dla Polaków – ze względu na ceny i dostępność towarów – ruchem turystycznym. Ale w PRL-owskie święto 22 lipca obchodów nie odwołano.

Ostatnia epidemia ospy prawdziwej w Europie nawiedziła Jugosławię w 1972 r., a w 1980 r. oficjalnie uznano, że już nie grozi ludzkości. Nie jest to niestety prawdą. Próbki jej wirusów przechowywane są oficjalnie w dwóch ośrodkach naukowo-medycznych Rosji i USA, nieoficjalnie również w zbiorach mikrobiologów, a zapewne też – całkowicie tajnie – dla potrzeb wojny bakteriologicznej. (…)

Czytaj także

 1
  • Nienasz IP
    Nie ma takiej koniunktury politycznej, której prawica polska by nie spieprzyła.
    Dodaj odpowiedź 0 0
      Odpowiedzi: 0