Odsiecz prosto z nieba. Jak lwy walczyli o Kresy

Odsiecz prosto z nieba. Jak lwy walczyli o Kresy

Gen. Władysław Sikorski w ośrodku szkoleniowym cichociemnych w Audley End dekoruje ppor. Michała Fijałkę (
Gen. Władysław Sikorski w ośrodku szkoleniowym cichociemnych w Audley End dekoruje ppor. Michała Fijałkę ("Kawę") Orderem Virtuti Militari / Źródło: Wikimedia Commons
Dodano 1
Cichociemni walczyli na Kresach z dwoma wrogami: Niemcami i Sowietami. I trzecim – Ukraińską Powstańczą Armią, mordującą Polaków na Wołyniu.

W lutym 1941 r. w okupowanej Polsce pojawili się pierwsi zrzutkowie – cichociemni. Wielu weszło w skład „Wachlarza”. Na wypadek ogólnokrajowego powstania „Wachlarz” miał stworzyć, poprzez przerywanie szlaków kolejowych, barierę odgradzającą cofające się wojska niemieckie. Doraźnie jednak „Wachlarz” został wykorzystany do dywersji na zapleczu frontu wschodniego. Polski rząd w Londynie mógł wykazać, że jego siły zbrojne wspierają członka koalicji antyhitlerowskiej – Związek Sowiecki.

„Wachlarz” poniósł ogromne straty. Pod koniec 1942 r. Niemcy rozbili IV odcinek „Wachlarza”, aresztując także jego członków – cichociemnych Tadeusza Sokołowskiego „Tropa”, Jerzego Sokołowskiego „Mirę”, Bohdana Piątkowskiego „Maka”, Wacława Zaorskiego „Rybę”,Kazimierza Smólskiego „Sosnę”. „Mira” zdołał uciec konwojującemu go Niemcowi. „Ryba” popełnił samobójstwo, połykając cyjankali. Pozostali trafili do więzienia w Mińsku.

Zmontowana została ekipa mająca ich odbić. Żeby zwiększyć szanse powodzenia, nawiązano kontakt z partyzantami sowieckimi, których towarzysze byli także w więzieniu. Sowieci okazali się zdrajcami. Niemcy otoczyli dom, w którym byli polscy żołnierze. W walce poległo trzech Polaków. „Mirze” udało się wyrwać z obławy. Ucieczki z więzienia próbował trzykrotnie „Mak”. Ostatnim razem został postrzelony i zmarł z ran. Cichociemny Tadeusz Sokołowski został rozstrzelany przez Niemców, Kazimierz Smólski wysłany do obozu koncentracyjnego, przeżył…

Mińska tragedia wydarzyła się krótko po ogromnym sukcesie: uwolnieniu członków III odcinka „Wachlarza” z więzienia w Pińsku w styczniu 1943 r. Także w tym przypadku aresztowano dowódcę odcinka, Alfreda Paczkowskiego „Wanię”. Dowództwo objął cichociemny por. Jan Piwnik „Ponury”, mając m.in. do pomocy cichociemnego Jana Rogowskiego „Czarkę”. W akcji wziął udział także cichociemny Wacław Kopisto „Kra”.

„Kra” na Wołyniu

„Kra” został rok później szefem Kedywu Inspektoratu Rejonu Łuck AK. Na Wołyniu trwały już mordy ludności polskiej dokonywane przez Ukraińską Powstańczą Armię. Kopisto zamieszkał w Antonówce, gdzie mieściła się baza samoobrony. Brał udział w odparciu ataku banderowców. 27 lipca samoobronna (i partyzanci) stoczyli dramatyczny bój. Jednym z oddziałów dowodził „Kra”. Polacy przeszli do kontrataku, jednak, jak relacjonował „Kra”: „ledwie rozpoczęliśmy akcję, zostaliśmy silnie ostrzelani przez banderowców. Wkrótce moi sąsiedzi zostali poważnie zranieni. […] W tej sytuacji wstrzymałem natarcie, rozkazując partyzantom kryć się w zbożu, a łącznika wysłałem na rozeznanie do sekcji erkaemu. Okazało się, że zarówno celowniczy Swatowski, jak i amunicyjny Gołębiowski zostali zabici. W związku z tym poleciłem Małosze (komendant samoobrony – przyp. T.S.) przez gońca wstrzymać natarcie i wycofać się w kierunku mleczarni z erkaemem. […] Po osiągnięciu rejonu mleczarni zorganizowaliśmy tam obronę dającą nam ochronę przed atakującymi Ukraińcami. Pod wieczór banderowcy zaprzestali ataków i wycofali się”

(za K.A. Tochman, „Major Wacław Kopisto. Cichociemny, oficer AK, sybirak”).

Później „Kra” wyjechał do silnej bazy samoobrony w Przebrażu, gdzie służył swoim doświadczeniem i szkolił oddział partyzancki „Drzazgi” walczący w obronie tej polskiej wsi, w zakresie dywersji.

Inny cichociemny, Władysław Kochański „Bomba”, zapisał się wspaniale, dowodząc obroną Huty Stepańskiej na Wołyniu (pisał o nim Piotr Zychowicz w nr. 7/2019 „Historii do Rzeczy”).

Misja „Kotwicza”

W 1944 r. cichociemny Maciej Kalenkiewicz „Kotwicz” – pomysłodawca przerzucania drogą powietrzną do Polski oficerów – został skierowany przez Komendę Główną AK do okręgu nowogródzkiego. Dowództwo AK było zaniepokojone tym, że niektórzy dowódcy oddziałów zawierają lokalne porozumienia z Niemcami o nieagresji i biorą od nich broń. Z punktu widzenia Komendy Głównej i władz polskich w Londynie było to niedopuszczalne. Byliśmy wszak członkiem antyhitlerowskiej koalicji, a propagandzie sowieckiej niczego nie było bardziej trzeba niż skompromitowania Polaków przez wykazanie, że AK wchodzi w porozumienie z Niemcami. Z perspektywy Nowogródczyzny sprawa wyglądała inaczej. Partyzantka sowiecka zaciekle zwalczała oddziały AK, dopuszczając się skrytobójstw, morderstw, rozbrajając Polaków. Niektórzy dowódcy zagrożeni likwidacją ich oddziałów przez Sowietów szli na porozumienie o wzajemnym „niezaczepianiu się” z Niemcami.

Jednym z nich był Józef Świda „Lech”. Za takie porozumienie został skazany na śmierć przez sąd polowy. Maciej Kalenkiewicz, pełnomocnik Komedy Głównej, zawiesił wykonanie wyroku śmierci do zakończenia wojny z prawem rehabilitacji na polu walki. Nie był z tego zadowolony szef okręgu nowogródzkiego Janusz Prawdzic-Szlaski. Gdyby Świdę rozstrzelano, nikt nie dowiedziałby się, że – jak twierdził Świda-Szlaski – zgodził się na jego porozumienie z Niemcami. Potem jednak Szlaski, widząc, jakie jest stanowisko Komendy Głównej AK, wyparł się tego. Zarzucano Kalenkiewiczowi, że uratował „Lecha” od rozstrzelania, gdyż był z nim spokrewniony. Jednak jeśli zna się osobowość i charakter „Kotwicza”, znakomicie przedstawionego w książce Jana Erdmana, wydaje się to wykluczone.

Złudzenia „Ponurego”

Cichociemny Jan Piwnik „Ponury” był jednym z sędziów w sprawie Józefa Świdy. Na Kresach Wschodnich znalazł się po tym, jak został pozbawiony – na skutek konfliktów z komendantem okręgu – dowództwa dużego i sprawnego oddziału na Kielecczyźnie. „Ponury” zarzucał komendantowi, że nie udziela partyzantom wsparcia, i wyrażał swoją dezaprobatę nader ostro i gwałtownie.

Czytaj także:
Komandosi spod Monte Cassino

Biograf „Ponurego” Cezary Chlebowski pisał („Pozdrówcie Góry Świętokrzyskie”): „ Skazany na bezczynność, spalał się nerwowo. Wtedy wyciągnęli ku »Ponuremu« pomocną dłoń koledzy-cichociemni. Uwolniony przez »Ponurego« przed rokiem kpt. »Wania« był teraz szefem Kedywu obszaru białostockiego, obejmującego okręgi białostocki, nowogródzki i poleski. Padła propozycja:

  • Chcesz iść na Nowogródczyznę?
  • Wszystko jedno, gdzie, byle bić Niemców i skończyć z tą potworną biernością – odpowiedział bez namysłu »Ponury«”.

Pierwsza akcja oddziału dowodzonego przez Jana Piwnika zakończyła się klęską. Piwnik chciał zniszczyć posterunek niemieckiej żandarmerii w Szczuczynie. Był 29 kwietnia 1944 r. Część żołnierzy przedostała się skrycie do budynku internatu w miasteczku i miała zaatakować, gdy żandarmi będą udawali się bez broni na posiłek. Niestety, „miejscowy ogrodnik wraz z agronomem i komisarzem niemieckim – relacjonował Chlebowski – sprawdzając stan orki na przylegającym do internatu polu, świeżo wczoraj zaoranym, dostrzegają liczne ślady stóp. Komisarz natychmiast powiadamia żandarmów”. Żołnierze „Ponurego” ratowali się ucieczką z internatu pod gradem kul. Większość zginęła lub dostała się do niewoli i została rozstrzelana.


Jeśli wierzyć wspomnieniom sowieckiego dowódcy partyzanckiego, cytowanym przez Chlebowskiego, podczas rozmów z „Ragnerem” (Czesław Zajączkowski – przyp. T.S.) ten był wręcz wrogo ustosunkowany do możliwości współpracy z Sowietami, wypomniał im rozbrojenie Zgrupowania Stołpeckiego AK i nie wierzył w żadne zapewnienia o lojalnej współpracy. Tymczasem „Ponury” uczestniczący w tej rozmowie, który partyzantom sowieckim przyznał prawo swobodnego przechodzenia na swój teren, miał wręcz zaatakować „Ragnera”. „Teraz już każdy rozumie, że nadszedł koniec Hitlera i wspólnie z Rosjanami powinniśmy go dobijać” – mówił Piwnik. Sowiecki partyzant wspominał, że zastanawiał się podczas tego spotkania, czy Polacy puszczą go, czy „stukną tutaj”. Myślał kategoriami sowieckimi. To właśnie partyzanci sowieccy mordowali żołnierzy AK.

Klęskę w Szczuczynie powetował „Ponury” rozbiciem niemieckiego posterunku w Wasiliszkach, Jachnowczach. Kolejne miały być Jewłasze, gdzie znajdował się umocniony punkt obrony. Akcja odbyła się 16 czerwca 1944 r. Natarcie niemal się załamało, ale ostatecznie żołnierze „Ponurego” przełamali kryzys. Zanim zdobyli bunkry, seria pocisków z jednego z nich trafiła śmiertelnie „Ponurego”. Ze swoją wiarą we współdziałanie polsko-sowieckie miał szczęście, że nie umierał ze świadomością, iż zabili go Sowieci.

Czesław Zajączkowski „Ragner” wiedział, że się nie mylił co do Sowietów. Zginął w obławie NKWD w grudniu 1944 r.

Także cichociemny Adolf Pilch „Góra” nie miał najmniejszych złudzeń co do tego, że celem partyzantki sowieckiej nie jest walka ramię w ramię z Polakami, lecz likwidacja oddziałów AK.

Czytaj także:
Strzały na granicy z Sowietami. Zabicie zdrajców Polski wywołało gigantyczny kryzys

W połowie 1943 r. w obwodzie AK Stołpce został zorganizowany Polski Oddział Partyzancki. Istniało porozumienie między Polakami a sowieckimi partyzantami o współdziałaniu przeciw Niemcom. Jednak gdy pod Puszczą Nalibocką Polacy starli się z oddziałem niemieckim, Sowieci mający wspomóc partyzantów AK z premedytacją się wycofali.

Pilch, oficer oddziału stołpeckiego, wspominał, że partyzanci sowieccy zawsze unikali starć z Niemcami, gdyż „oddziały trzymano tu prawie wyłącznie ze względów politycznych, aby łatwiej było przygotować tereny te do wcielenia w grancie sowieckiej Rosji”. Do czerwonych partyzantów należało oczyszczenie terenu z oddziałów AK.

W wyniku niemieckiej akcji przeciwpartyzanckiej i zdrady Sowietów polski oddział został rozbity. Odbudował go Pilch. Zgrupowanie Stołpeckie „Góry” liczyło ok. 400 partyzantów. Czarne chmury zaczęły się nad nim zbierać, gdy Sowieci zażądali wydania chor. Zdzisława Nurkiewicza „Noca”, oskarżając go o zabicie 10 czerwonych partyzantów. „Noc” zaatakował ich podczas rabunku wsi. Nie wydano go. 1 grudnia 1943 r. 1,5 tys. czerwonych partyzantów otoczyło i rozbroiło Zgrupowanie Stołpeckie. Nieliczni, wraz z „Górą”, wyrwali się z okrążenia. Uniknął go patrol Nurkiewicza „Nocy”.

Adolf Pilch odbudował oddział i powiększył go do 800 ludzi. Partyzantka sowiecka była znacznie silniejsza i dążyła wciąż do wyeliminowania polskiego oddziału. „Góra” skorzystał z pomocy białoruskich policjantów w Rakowie, wśród których – jak pisał – całe dowództwo i więcej niż połowa szeregowych należeli do AK. Większość była Polakami. Gdy im opowiedział o rozbrojeniu, „byli wstrząśnięci i nie mogli uwierzyć, że bolszewicy pozwolili sobie na tak nikczemny krok. Ofiarowali nam dwie skrzynki amunicji, które przyjęliśmy z wdzięcznością, bo pozwoliła ona nam nadal istnieć” (A. Pilch, „Partyzanci trzech puszcz”).

To jednak nie wystarczało na dłuższy czas. Pilch przyjął niemiecką propozycję zawieszenia broni i dostawy amunicji. Jak wspomniał, zrobił to dlatego, że w każdej chwili groził im sowiecki atak, mogący się skończyć całkowitą zagładą oddziału. Przewidywał, że porozumienie będzie tylko chwilowe. „Z położenia naszego nie zdawano sobie dobrze sprawy w Komendzie Głównej AK, a meldunki docierające tam poprzez Komendę Okręgu były bagatelizowane” – gorzko konstatował Pilch.

Czytaj także:
Polska karząca. Przed tymi egzekutorami nie było ucieczki

„Góra” uczestniczył w czerwcu 1944 r. w odprawie oddziałów Zgrupowania Zaniemeńskiego, na którego czele stał mjr Maciej Kalenkiewicz „Kotwicz”. Kalenkiewicz zwrócił się do „Góry” z wymówką, że jego oddział zawarł zawieszenie broni z Niemcami. Pilch wytłumaczył mu sytuację i odniósł wrażenie, że Kalenkiewicz „w pełni zrozumiał nasze położenie”.

Major Maciej Kalenkiewicz, wraz z dwoma innymi cichociemnymi, Franciszkiem Cieplikiem „Hartakiem” i Janem Skrochowskim „Ostrogą”, poległ w walce z Sowietami w Surkontach, w sierpniu 1944 r., Kalenkiewicz rozważał wyrwanie się z sowieckiej matni, lecz – jak wspominała jego żona Irena – „Niektórzy świadkowie mówią, że pragnął pozostać na tym terytorium, świadcząc swoją obecnością o polskości tych ziem”. Pochodził z Kresów, z powiatu wołkowyskiego.

Zdobyć Wilno

Maciej Kalenkiewicz był pomysłodawcą akcji Armii Krajowej zmierzającej do opanowania Wilna przed nadejściem wojsk sowieckich. Miałoby to ogromne znaczenie propagandowe, pokazywałoby światu polską zbrojną obecność na Kresach i nasze prawa do tych ziem. Nigdzie indziej na ziemiach wschodnich nie było lepszych warunków do przeprowadzenia takiej akcji. Wiosną 1944 r. na Nowogródczyźnie i Wileńszczyźnie były całe powiaty pod kontrolą oddziałów AK, liczących kilkanaście tysięcy żołnierzy. Niemcy panowali tylko w miastach i miasteczkach.

Jednak decyzja o operacji nazwanej „Ostra Brama” została zatwierdzona bardzo późno, dopiero w połowie czerwca 1944 r. Cichociemny Teodor Cetys „Sław”, szef sztabu połączonych okręgów wileńskiego i nowogródzkiego, miał ogromne wątpliwości, czy Wilno, zamienianie przez Niemców w umocniony rejon obrony, z silnym garnizonem, uda się zdobyć. Mimo to karnie wykonał rozkaz przygotowania operacji „Ostra Brama”. Miał bardzo mało czasu na opracowanie planu zdobycia miasta. W walkach na początku lipca 1944 r. wzięła udział tylko część oddziałów. Niektóre nie zdążyły na przełożony w ostatniej chwili o jeden dzień termin rozpoczęcia akcji „Ostra Brama”, inne, tak jak 5. Brygada Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki”, nie chciały wziąć w niej udziału. Walczyły z czerwoną partyzantką i mogły się spodziewać najgorszego w przypadku nieuchronnego spotkania pod Wilnem z Armią Czerwoną.

Czytaj także:
Polski odwet za Wołyń

Kalenkiewicz nie wziął udziału w walkach o Wilno. Został poważnie ranny, musiano mu amputować rękę. Pisał gorzko: „Mogło nas być podczas uderzenia na Wilno 12 tys., a było 2 tys. [w rzeczywistości ponad 4 tys. – przyp. T.S.). Mogliśmy walczyć nocą, kiedy nieprzyjaciel nie był w stanie wykorzystać swojej przewagi technicznej, a my tonęliśmy we krwi w dzień, bezbronni, pod ogniem nieprzyjacielskiej artylerii i lotnictwa” (A.L. Sowa, „Kto wydał wyrok na miasto”).

Pospiesznie zmontowana operacja „Ostra Brama” była źle przygotowana. Zabrakło nie tylko wielu oddziałów, lecz także rozpoznania stanowiska wroga, źle działała łączność. Poza tym Wilno było nie do zdobycia przez Polaków. Armia Czerwona potrzebowała sześciu dni na zdobycie miasta. W walkach tych brali udział żołnierze AK. Zawiesili nawet 13 lipca 1944 r. polską flagę na Górze Zamkowej, szybko zdartą przez Sowietów. W walkach w Wilnie poległo ok. 100 żołnierzy AK. Niestety, oddali życie nie za polskie miasto, lecz za sowieckie.

Okładka miesięcznika Historia Do Rzeczy: 8/2019
Artykuł został opublikowany w 8/2019 wydaniu miesięcznika „Historia Do Rzeczy”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 1
  • BZDURA ZWANA ARMIA ZYDA ANDERSA IP
    PO CO BYLA TA FARSA BZDURA ARMIA ANDERSA??? PO CO BYL TEN CALY NONSENS? TEN CALY ANDERS TO ZDRAJCA.
    Dodaj odpowiedź 0 0
      Odpowiedzi: 0