Z getta do „aryjskich” domów - słynni Żydzi uratowani przez Polaków

Z getta do „aryjskich” domów - słynni Żydzi uratowani przez Polaków

Scena z filmu „Lista Schindlera” Stevena Spielberga
Scena z filmu „Lista Schindlera” Stevena Spielberga / Źródło: Materiały prasowe
Dodano 22
Pomocy Żydom towarzyszył lęk przed grożącą za to śmiercią. Nie zawsze go przezwyciężano. Dlatego Żydzi musieli często zmieniać ukrycie.

Gene Gutowski (1925–2016) – producent filmowy, współpracownik Romana Polańskiego, z którym zrealizował filmy „Matnia”, „Wstręt” i „Pianista”

Pochodził ze zasymilowanej rodziny żydowskiej wyznania chrześcijańskiego, służył do mszy. „Byłem małym polskim patriotą, gorliwym harcerzem” – napisał w autobiografii „Od Holokaustu do Hollywood”. Nazywał się wtedy Witold Bardach. We wrześniu 1939 r. rodzina Bardachów, zamieszkała w Rawie Ruskiej, usiłowała przedostać się do Rumunii. Niedaleko granicy ich auto zostało zarekwirowane przez jakiegoś dygnitarza. Gutowscy zawrócili i zatrzymali się we Lwowie, gdzie mieszkali dziadkowie Witolda. Na początku niemieckiej okupacji kilkunastoletni Witold Bardach zdobywał tam metryki chrztu dla swojej rodziny „za odpowiednio wysoki datek na kościół”. Niestety, nikomu oprócz niego nie uratowały życia. Szkolny kolega Ukrainiec, spotkawszy go w tramwaju, zaczął krzyczeć, że jest Żydem i zabierze go na policję. Witoldowi udało się uciec. Bał się jednak kolejnego takiego spotkania. Postanowił wyjechać do Warszawy. „Ponieważ dworzec kolejowy był szczególnie obserwowany, bilet kupiła mi pewna życzliwa Polka, wieloletnia gospodyni w rodzinnym domu mojego ojca”.

W Warszawie, już pod nazwiskiem Gutowski, spotkał się z ciotką Stasią, Polką – byłą żoną stryja. Znalazła mu pokój u swojego przyjaciela. Stracił go jednak, gdy przez kilka dni przechowywał w szafie kuzyna, który uciekł z transportu do obozu na Majdanku. Właściciel mieszkania był oburzony, że Gutowski narażał tym jego życie. Gutowski próbował wydostać ze Lwowa młodszego brata Romana. Prosił o to ciotkę. „Nie zrobiła tego i dopiero później wyznała mi, że jako łączniczka generała Grota-Roweckiego otrzymała po jego aresztowaniu zakaz odbywania jakichkolwiek podróży i narażania się na niebezpieczeństwo. Aż do dnia śmierci wiedziała, że nigdy jej tego nie wybaczyłem”. Jego brat nie przeżył wojny. Popełnił wraz ze stryjem samobójstwo. Niemniej Gutowski po wojnie utrzymywał bliski kontakt z ciotką.

Czytaj też:
Polska twierdza przeciw rzezi wołyńskiej

Dzięki dobrym dokumentom i świetnej znajomości języka Gutowski znalazł zatrudnienie w warsztatach Junkersa na Okęciu, remontujących samoloty. Dwukrotnie uniknął aresztowania, co groziło zdemaskowaniem go jako Żyda.

Został oskarżony w miejscu pracy o sfałszowanie podpisu pracownika i wzięcie jego wypłaty. Niemiec, szef straży przemysłowej, dał mu wybór: albo nie przyzna się i wówczas zajmie się nim gestapo, albo się przyzna i zostanie oddany w ręce granatowej policji, która zrobi w jego mieszkaniu rewizję. Gutowski wybrał drugą możliwość, mimo że w domu miał wykradzione z warsztatów lotnicze nadajniki radiowe, które przekazywał Armii Krajowej, oraz broń. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności dyżurnym policjantem był ojciec jego przyjaciółki Kasi. Początkowo jednak sytuacja była dramatyczna. Policjant wściekł się, że zamiast usiąść do wielkanocnego śniadania musi przeszukać pokój Gutowskiego, i powiedział, że wezwie gestapo, żeby uwolnić się od tego obowiązku. Córka ubłagała go, by tego nie robił i napisał raport, że niczego podejrzanego nie znalazł. Gutowski wspominał policjanta: „Okazało się, że nie był mimo wszystko złym człowiekiem. Poczęstował mnie wódką i kazał spływać. Wypiłem jego zdrowie oraz zdrowie jego córki, a potem pobiegłem do domu przez obsadzone kartoflami pola. Była to najmilsza Wielkanoc w moim życiu”.

Czytaj też:
AK na pomoc gettu. To było największe wsparcie dla żydowskich powstańców

Niemcy domyślili się jednak, że Gutowski wynosi nadajniki radiowe. Dziewczyna, która mieszkała w tym samym domu co on, ostrzegła go, że niemiecka policja wpadła do jego mieszkania. Musiał szukać schronienia. Pobiegł do mieszkania innej swojej przyjaciółki, Hani. Drzwi otworzyła mu jej matka. „Zdyszanym z wysiłku głosem wyjaśniłem doktor R. całą sytuację i spytałem, czy mogę zatrzymać się u niej choć na krótki czas, dopóki nie minie zamieszanie. Okazała się szlachetną i dzielną kobietą. Narażając siebie i dzieci, oznajmiła, że mogę u niej zostać, dopóki będę potrzebował schronienia. Ocaliła mi w ten sposób życie, zyskując moją wielką wdzięczność. Nasza przyjaźń trwała ponad pięćdziesiąt lat, aż do jej śmierci”.

(Na podstawie książki Gene Gutowskiego, „Od Holokaustu do Hollywood”, Kraków 2004)

Roma Ligocka (ur. 1938 r.) – scenograf, kostiumolog, malarka i pisarka

Teofila Liebling z kilkuletnią Romą uciekły z krakowskiego getta. Granatowy policjant szantażysta odstąpił od przekazania ich w ręce gestapo za biżuterię. Teofila bezskutecznie pukała do drzwi różnych znanych jej Polaków. Odmówił pomocy lekarz, który operował jej brata. „Ja mam żonę i dzieci, rozumie pani” – powiedział. Wreszcie dotarły do mieszkania pani Kiernikowej, która niegdyś pracowała u rodziców Teofili. Nie chciała przyjąć pod swój dach Żydówek. „Nie ma mowy, żadnych obcych – mówi pani Kiernikowa – Jakbyśmy jeszcze nie dość miały kłopotów”. Musiała jednak ustąpić pod presją swojej matki i córki – Manueli.
Roma Ligocka napisała o Manueli, że była „aniołem z blond włosami”. Manuela zajęła się serdecznie małą Romą, nazwała ją Poziomką, bawiła się i czytała jej książki. Dla postronnych Teofila miała być kuzynką Manueli, która przyjechała z córką z Rzeszowa.


Mimo przyjaznej postawy babci i wnuczki pani Kiernikowa czterokrotnie kazała Teofili i jej córeczce opuścić mieszkanie, głównie w obawie przed częstymi niemieckimi kontrolami. Jedną z nich przeżyły, dosłownie i w przenośni, dzięki temu, że Roma odmówiła w obecności Niemców wyuczony pacierz.

Czterokrotnie też Teofila i Roma wracały do mieszkania Kiernikowej i były przyjmowane. Ostatni raz, gdy nie udał się ich wyjazd do Warszawy. Na krakowskim dworcu, skrajnie osłabioną i chorą matką Romy zainteresowała się kobieta, która uznała, że trzeba wezwać lekarza. Mogło to grozić odkryciem żydowskiej tożsamości Teofili i Romy. Uciekły więc z dworca.

„Otwiera pani Kiernikowa. – Poziomka! – mówi zaskoczona. A potem widzi mamę. – Na litość boską! Teofila...! Bierze mamę pod rękę i wpycha nas do mieszkania”.

Czytaj też:
Sprawiedliwi na Węgrzech. Niesamowity rozdział historii przyjaźni polsko-węgierskiej

Kuzynka Teofili, która ukrywała się u narzeczonego Polaka, zaproponowała, że wynajmie on na swoje nazwisko mieszkanie i wszyscy razem zamieszkają. „A ty w końcu nie możesz nieustannie siedzieć tym Kiernikom na karku. Wiesz o tym dobrze” – powiedziała Teofili. Roma Ligocka wspomniała, że gdy zapadła decyzja o opuszczeniu dotychczasowego schronienia, na twarzy pani Kiernikowej widać było widoczną ulgę, natomiast babcia trzymała ją długo w ramionach, a Manuela powiedziała, żeby Roma ją odwiedziła. „Wiedziałam, że ona rzeczywiście będzie za mną tęsknić”.

W posłowiu do książki Roma Ligocka napisała: „Autorka, mając świadomość, iż nigdy nie była i nie będzie w stanie wyrazić w dostateczny sposób swej wdzięczności wobec całej rodziny Kierników, pragnie tą książką przyczynić się do tego, by przetrwała pamięć o ludziach, którzy gotowi byli narażać własne życie, by ocalić życie innym”. Swoją autobiografię napisała po obejrzeniu filmu „Lista Schindlera” Spielberga, gdy w postaci dziewczynki w czerwonym płaszczyku odnalazła siebie.

(Na podstawie książki Romy Ligockiej, „Dziewczynka w czerwonym płaszczyku”, Kraków 2001)

Natan Gross (1919–2005) – reżyser, pisarz, współtwórca izraelskiego przemysłu filmowego

Był synem znanego krakowskiego właściciela sklepów z porcelaną, kryształami i lampami. Po zamknięciu i likwidacji krakowskiego getta ukrywał się wraz z matką i rodzeństwem w Krakowie, a później w Warszawie. W Krakowie w ciągu czterech miesięcy mieszkali w 14 miejscach. Musieli zmieniać je z powodu strachu swoich gospodarzy przed donosem, szantażami lub przed niemieckimi kontrolami. Natan Gross pisał we wspomnieniowej książce „Kim pan jest, panie Grymek?”, że „papierowi Aryjczycy” starali się, na wszelki wypadek, zmieniać mieszkania, w których się ukrywali, co trzy miesiące. Była to jednak najczęściej teoria, gdyż nie było takich możliwości.

O przetrwaniu Natana Grossa i jego rodziny zdecydowały zarówno przedwojenne znajomości z Polakami, jak i pomoc przypadkowo spotkanych ludzi. Natan Gross często podkreślał głęboką religijność osób niosących pomoc Żydom. Taką osobą była pani Kapiasowa, nauczycielka, która udzieliła schronienia Natanowi Grossowi i jego bratu Jerzykowi, choć sama ledwo wiązała koniec z końcem. Musieli jednak opuścić jej mieszkanie, gdyż sąsiad – policjant, „wyjątkowy drań” – dawał Kapiasowej do zrozumienia, że wie o ukrywających się u niej Żydach.
Grossowie spieniężali wartościowe rzeczy u rodziny Sroków, by mieć na życie. Natan Gross wspomniał, że kupując „okazyjnie”, wierzyli, że pomagają Żydom. „I rzeczywiście, ale nie mogli przemóc swojej natury i zapłacić np. więcej, wiedząc, że jesteśmy w potrzebie i żadnych dochodów nie mamy. […[] Targowali się o każdy grosz. Co nie znaczy, że po ubiciu interesu pani Srokowa nie wsuwała Matce jakiejś paczki z kiełbasą i owocami »dla dzieci«. Jako dobra Polka i katoliczka wierzyła, że dobre uczynki są gdzieś zapisywane i nie zostaną zapomniane w chwili Ostatecznego Rachunku”.

Czytaj też:
Byłam w Auschwitz. „Dwukrotnie odstawiano mnie do komory gazowej”

Dzięki sprzedaży obrazu Maurycego Gottlieba Grossowie mogli kupić polskie kenkarty. Jednak ci, którzy je załatwiali, podeszli do sprawy lekceważąco. Natan dostał kenkartę na osobę Franciszka Grymka, 10 lat starszego od niego, i by zniwelować różnicę, musiał zapuścić wąsy.

Po ucieczce z getta Natan i Jerzyk skierowali się właśnie do Sroków. „Srokowie nie zawiedli naszych nadziei”. Jednak ze schronienia w piwnicy musieli zrezygnować, gdyż sąsiedzi zaczęli zwracać uwagę na hałasy z niej dochodzące. „Pan Sroka wolał, żebyśmy sobie już poszli i nie narażali go więcej”. Matka znalazła miejsce u Stasi Gawron, która później przyjęła jej córkę („Miała złote serce i rozumiała sytuację: Nic się nie stało! Jest miejsce dla matki, będzie i dla córki”), a potem także synów. Ryzykowała bardzo, gdyż jej sublokatorem był niemiecki żołnierz. Grossowie nie mogli więc tam długo przebywać.

Gdy Natan z bratem pojechali do Warszawy i nie mogli znaleźć rodziny, zaproponowały im mieszkanie trzy siostry-szmuglerki. „Mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że nie spotkałem zacniejszych ludzi w Warszawie, a równie zacnych niewielu” – wspominał je Gross. W Warszawie zetknęli się z szantażystami, którym musieli oddawać pieniądze. Jednych Gross nazwał „wielkodusznymi”, gdyż z 500 zabranych, po protestach, że zostaną bez grosza, oddali 200 zł, przestrzegając, by nie kręcili się za dużo po mieście, bo jak znowu się spotkają, to tak tanio nie będzie. Poradzili też, jak się zachowywać na ulicy, jak zmienić uczesanie, by nie rzucać się w oczy.

Herszta innych szantażystów – policyjnych agentów Natan Gross zmiękczył, odwołując się do jego matki, pytając, czy byłaby zadowolona, gdyby się dowiedziała, że wyprawia ludzi na śmierć. Ostatecznie szantażysta zadowolił się zabraniem tygodniówki, dwoma płaszczami i marynarką. Okazało się, że braci zadenuncjowała sąsiadka na posterunku policji. Powiedziano jej tam: „A co panią to obchodzi? To także ludzie. Zresztą niech pani zgłosi to na Szucha”. Sąsiadka nie miała jednak ochoty na wizytę w budynku gestapo. Natomiast agentów nasłał komisarz policji. Może, jak przypuszczał Gross, z obawy, by nie wyszło na jaw, że odmówił przyjęcia donosu, a może z chęci zysku.

W kolejnym schronieniu wsparciem dla Natana i Jerzyka byli dozorca Kozłowski i jego żona. „Zyskaliśmy oddanych przyjaciół w dozorcostwie Kozłowskich, zwłaszcza gdy dowiedzieli się o nas prawdy”. Jednak bywało i tak, że musieli zmieniać ukrycie, gdyż sąsiedzi, „dobrzy ludzie”, niedwuznacznie dawali do zrozumienia, iż powinni opuścić ich kamienicę. Czasami ostrzegali, że w domu są donosiciele. Gdy się wyprowadzali, Kozłowska powiedziała: „Jeśli kiedykolwiek będziecie bez mieszkania, w ciężkim położeniu, przyjdźcie do nas. Zawsze będzie tu na was czekało łóżko i miska”. Dzięki polskiej pomocy Grossowie: matka, dwóch synów i córka, przeżyli niemiecką okupację.

(Na podstawie książki Natana Grossa „Kim pan jest, panie Grymek”, Kraków 1991)

Okładka miesięcznika Historia Do Rzeczy: 6/2019
Artykuł został opublikowany w 6/2019 wydaniu miesięcznika „Historia Do Rzeczy”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 22