ORP „Wilk” – przeklęty okręt

ORP „Wilk” – przeklęty okręt

Działo i kiosk „Wilka” w okresie służby w Wielkiej Brytanii.
Działo i kiosk „Wilka” w okresie służby w Wielkiej Brytanii. / Źródło: Wikimedia Commons / Jerzy Pertek: Wielkie dni małej floty, Wydawnictwo Poznańskie 1976
Dodano 4
Oficerowie ORP „Wilk” nie potrafili zapanować nad zdemoralizowaną załogą. A dowódca jednostki skonfliktował się z admirałem.

„Zdałem swe obowiązki kpt. mar. Jerzemu Koziołkowskiemu i teraz dopiero ten rozkaz podpisuję. Sumienie mam spokojne. Honor opłacam sam” – napisał kmdr ppor. Bogusław Krawczyk, 35-letni dowódca okrętu podwodnego ORP „Wilk”, po czym wyciągnął osobisty pistolet i strzelił sobie w serce. Tak, w samym środku wojny, zginął jeden z najlepszych polskich oficerów Marynarki Wojennej.

Krawczyk i jego załoga już od pierwszych dni wojny przechodzili wyjątkowo trudną przeprawę. Zwodowany w 1929 r. ORP „Wilk” w momencie rozpoczęcia wojny już był w złym stanie technicznym. Przeciekające akumulatory i dziury w kadłubie spowodowane korozją to tylko pierwsze problemy, z których zdawano sobie sprawę już wcześniej. Po wyjściu w morze 1 września 1939 r. i pierwszych atakach na okręt rozpoczęło się pasmo awarii, które stało się przekleństwem „Wilka” i nie opuściło go już nigdy. Przed wybuchem wojny nie udało się przeprowadzić remontu, ponieważ za priorytet uznano szkolenie załogi.

Nieszczęsny „Worek”

Żadne naprawy ani szkolenia nie mogły jednak zmienić fatalnego położenia, w jakim znalazły się polskie okręty po wybuchu wojny. Marynarka Wojenna dysponowała dwiema dużymi oceanicznymi jednostkami podwodnymi – ORP „Orzeł” i ORP „Sęp” – wyprodukowanymi w Holandii oraz trzema mniejszymi – francuskimi podwodnymi stawiaczami min typu Wilk (ORP „Wilk”, ORP „Ryś” i ORP „Żbik”). „Wilk” mógł zabrać 38 min, był wyposażony w sześć wyrzutni torped, w tym dwie obracalne, działo kalibru 100 mm oraz karabiny maszynowe. Mierzące 74 m jednostki typu Wilk, podobnie jak jeszcze większe „Orzeł” i „Sęp”, zostały zakupione raczej z powodów propagandowych i prestiżowych niż ze względu na faktyczną przydatność w obronie polskiego wybrzeża. O ile stawiacze min mogły znaleźć zastosowanie w konflikcie z Sowietami, o tyle w przypadku wojny z Niemcami nie można było stworzyć planu taktycznego, którego celem byłoby cokolwiek innego niż opóźnienie ostatecznej porażki. Wszystkie te czynniki stawiające polskie okręty podwodne na z góry przegranej pozycji odbiły się na morale załóg. Mimo to marynarze i oficerowie z „Wilka” poradzili sobie nieźle.

Niemcy szybko odcięli wybrzeże od reszty kraju, od początku dominowali w powietrzu i dysponowali przytłaczającą przewagą na morzu. Polskie okręty podwodne, zamiast polować na niemieckie jednostki, w płytkich wodach Bałtyku stały się więc łatwym celem. Już 2 września „Wilk” został zaatakowany przez dwa niemieckie trałowce. Bomby głębinowe uszkodziły zbiorniki paliwa, przez co okręt nie tylko tracił ropę, lecz także zostawiał ślad na powierzchni wody, który zdradzał jego położenie. Mimo uszkodzeń następnego dnia „Wilk” rozstawił swoje miny w wyznaczonym sektorze, zgodnie z założeniami planu „Worek”. Niestety, wskutek błędnego rozkazu na okręt załadowano tylko połowę zapasu min.

Po wykonaniu zadania zaminowania wyznaczonego sektora „Wilk” mógł już tylko próbować uniknąć zniszczenia. I chociaż przez cały czas podejmowano próby ataku na niemieckie jednostki, to na kontrolowanym przez wroga akwenie miały one nikłe szanse powodzenia. Relacje z dokonanego 5 września ataku czterech niemieckich trałowców i samolotu na „Wilka” świetnie pokazują, jak w praktyce wyglądała walka polskich okrętów podwodnych na Bałtyku. Po serii wybuchów bomb głębinowych kpt. Krawczyk wydał rozkaz osadzenia okrętu na dnie, na głębokości 87 m (teoretycznie okręt mógł zanurzać się do 80 m). Aby nie zdradzać pozycji, wyłączono silniki, pompy i systemy wentylacyjne. Niemcy zrzucili na „Wilka” 32 bomby, okręt przepuszczał wodę, kończyło się też powietrze. Tak wspominał ten dzień marynarz Jan Jaworski:

„Serca nasze przestawały bić w momentach, kiedy wybuchały bomby. Każda kolejna zrzucona na nas bomba mogła być tą ostatnią. Eksplozje były tak silne, że farba odpadała od kadłuba. Nachodziły nas myśli, by to wreszcie się skończyło. Pod wieczór odczuwaliśmy już duże braki powietrza. [...] Normalnie dla wynurzenia wystarczyły dwie butle. Tym razem po użyciu dwóch butli o ciśnieniu 180 atmosfer okręt ani drgnął. Podejrzewano uszkodzenie systemu balastowego, co oznaczało tylko jedno – śmierć pod wodą. Wśród załogi zaczęła się panika. Obserwowałem swojego bezpośredniego przełożonego – I mechanika, który najlepiej znał się na sprawach technicznych okrętu. Porucznik stał blisko mnie, a twarz jego stawała się coraz bardziej blada, aż osiągnęła kolor całkowitej bieli. Następnie wzrok mój padł na dowódcę. Nie było widać po nim żadnych zmian w wyglądzie czy postępowaniu. Dowódca wydał rozkaz wyrzucenia wody z balastów przy pomocy powietrza z następnych butli. Akcję szasowania balastów przerwano dopiero wtedy, gdy zostały nam już tylko cztery butle. Szesnaście butli zostało opróżnionych. Dla ludzi przebywających w centrali był to znak, że nie ma ratunku. Mimo krytycznej sytuacji po dowódcy nie było widać oznak zdenerwowania czy strachu. W końcu padł rozkaz uruchomienia śruby napędowej. Była to bardzo ryzykowna decyzja, gdyż leżąc na dnie, można było ją uszkodzić, co również prowadziło do naszej śmierci pod wodą. Jedna śruba pracowała wstecz, druga naprzód. Pracowały tak długo, aż wystarczyło energii w akumulatorach. Dowódca wydał rozkaz otwarcia ostatnich butli. Wszystkie oczy skierowane były na ręce bosmanmata Edwarda Kozaka, który miał otworzyć zawory tych butli. Po ich otwarciu okręt wreszcie drgnął i wyskoczył z wielkim impetem na powierzchnię wody”.

Czytaj też:
Polscy podwodniacy na polowaniu. Jak „Sokół” i „Dzik” posyłały Niemców na dno

Niemców już tam nie było. Prawdopodobnie kolejny raz wyciek ropy uznano za dowód na zatopienie okrętu. W kolejnych dniach „Wilk” przetrwał całą serię ataków. W nocy z 10 na 11 września Krawczyk odebrał rozkaz od dowódcy floty kontradmirała Józefa Unruga. Okręt miał przebić się przez duńskie cieśniny do Wielkiej Brytanii. Część załogi uznała nowe zadanie za misję samobójczą. Krawczyk zdecydował się jednak na wykonanie tego szalenie niebezpiecznego zadania. Próbę tę podjęto wieczorem 14 września. „Wilk” przebił się przez dwa pola minowe w rejonie silnie obsadzonym przez Niemców, w dodatku przechodząc przez płytkie wody. Brakujące paliwo zastąpiono pięcioma tonami oleju maszynowego, który marynarze przenieśli w wiaderkach. Okręt był zdewastowany. Nieszczelne klapy lewego tłumika powodowały, że w zanurzeniu na głębokości peryskopowej na pokład wlewało się pół tony wody na godzinę, nieszczelne były również zawory denne i zewnętrzne balasty ropowe. Uszkodzeniu uległ ster głębokościowy. W takim stanie 22 września o godz. 7 „Wilk” wszedł do Scapa Flow.

„Defilowaliśmy przed największą flotą świata – wspominał kpt. mar. Borys Karnicki. – Pancerniki, krążowniki, tuziny kontrtorpedowców, lotniskowce. Mimo wczesnej godziny na wszystkich okrętach podniesiono bandery i załogi ustawiono wzdłuż burt i nadbudówek. W miarę jak mijaliśmy poszczególne jednostki, załogi, podnosząc czapki, krzyczały trzykrotnie »hurra«! I to na naszą cześć. Łzy ciurkiem leciały mi po twarzy”.

Anarchia załogi

Do Wielkiej Brytanii przedarł się również ORP „Orzeł”. Załogi obu okrętów stały się bohaterami gazet. Nastroje zaczęły jednak psuć się bardzo szybko. Marynarzy do furii doprowadziła informacja o tym, że gdy oni przeżywali gehennę na morzu, dowództwo Marynarki Wojennej już w pierwszym tygodniu wojny ewakuowało się z Warszawy, pozostawiając tylko oficera dyżurującego przy radiostacji, która mogła nawiązać łączność z okrętami na Bałtyku. W dodatku kontradmirał Jerzy Świrski, który w opinii załogi „Wilka” po prostu uciekł z Warszawy, miał nadal pełnić funkcję szefa Kierownictwa Marynarki Wojennej.


16 listopada, gdy do Dundee przyjechał gen. Władysław Sikorski, na molo zebrały się załogi „Orła” i „Wilka”. Oficerowie i marynarze z „Orła” otrzymali liczne odznaczenia, natomiast załoga „Wilka” nie dostała nawet pochwały. Pytany o to przez oficerów Sikorski tłumaczył, że nie został poinformowany o dokonaniach „Wilka”. Naczelny Wódz próbował jeszcze naprawić swój błąd, wręczając Krawczykowi własny Krzyż Walecznych, marynarze uznali jednak, że Kierownictwo Marynarki Wojennej jest nastawione do nich wrogo.

„Podwodniacy nie cieszyli się sympatią szefa, czego dowodem było nieprzywitanie się z nim oficerów »Wika« i »Orła« w czasie wizyty gen. Sikorskiego – pisał po wojnie por. mar. Zbigniew Jasiński. – Przez niepodanie ręki Świrskiemu, pomimo parokrotnego przekonywania nas przez generała do odstąpienia od tego afrontu, chcieliśmy dać wyraz temu, że Świrski uważany był za jednego z tych, dla których głównym celem we wrześniu 1939 r. była jak najszybsza ucieczka z Polski”.

Sikorski tłumaczył Świrskiego, że ten ewakuując się z Warszawy, wykonywał rozkaz objęcia kierownictwa nad polskimi okrętami, które miały przebić się na Zachód. Niesmak jednak pozostał. Krawczyk i jego załoga cieszyli się za to zaufaniem Brytyjczyków. Załogi i dowódcy polskich okrętów rozważali nawet podporządkowanie się dowództwu Royal Navy, okazało się to jednak niemożliwe.

Podczas stacjonowania w Wielkiej Brytanii „Wilk” wyszedł w sumie na dziewięć patroli bojowych. Po dwóch pierwszych, które były pasmem awarii, skierowano w końcu okręt do kapitalnego remontu. Przesądziły o tym kolejne uszkodzenia, do których doszło na początku 1940 r. podczas manewrowania okrętem w porcie Rosyth, gdzie „Wilk” uderzył dziobem w... burtę „Orła”. Załoga uważała, że ich okręt jest „przeklęty i pechowy”.

Wielu marynarzy służyło nieprzerwanie przez nawet osiem–dziewięć lat. Teraz, gdy „Wilk” miał przejść remont, dostali chwilę wytchnienia i szansę na odreagowanie stresu i frustracji. Niestety, rozluźnienie dyscypliny w porcie pogorszyło tylko sytuację. Do pijaństwa i bójek dochodziło już wcześniej, tym razem dyscyplina upadła zupełnie. Marynarze wychodzili na pijackie eskapady po mieście, niektórzy wybierali się w dalsze podróże i znikali na wiele dni. Jeden z chorążych został odnaleziony przez brytyjskich policjantów – leżał na ulicy pijany do nieprzytomności. Polacy mieli przy tym powodzenie u brytyjskich dziewcząt. Niekoniecznie były to zawsze damy z dobrych domów, dlatego przybywało marynarzy zarażonych chorobami wenerycznymi. Z powodu konieczności podjęcia leczenia niezbędne były zmiany w składzie załogi na kolejnych patrolach.

Na długo wyczekiwany urlop udał się również dowódca okrętu kpt. Krawczyk. W kwietniu 1940 r. wyjechał do Szwecji, dowódcą „Wilka” został tymczasowo kpt. mar. Borys Karnicki. Krawczyk wrócił 31 lipca, zdaniem oficerów z jego załogi – był odmieniony. Nieugięty dowódca stał się nagle defetystą. „Podczas alarmu przeciwlotniczego w Rosyth opowiadał o potędze Niemiec i że w Wielkiej Brytanii będą działy się rzeczy straszne – wspominał Karnicki. – Wyraźnie spodziewał się ciężkiego bombardowania i nalotu, ale żadna bomba nie spadła. Najprawdopodobniej był to skutek propagandy niemieckiej i nastrojów panujących w tym czasie w Szwecji. Dla nas było to nieprzyjemne i obce. Również w stosunku do załogi Krawczyk zmienił się nie do poznania. Twierdził, że ludzi trzeba wziąć w garść, »Wilka« doprowadzić do przedwojennego stanu załogi i dyscypliny. Za przewinienia – karać”.

Czytaj też:
Zbrodnia w Mokranach

W czasie wyjazdu Krawczyka do Szwecji Niemcy zdążyły już podbić nie tylko Danię i Norwegię, lecz także Francję, a drugi z polskich okrętów podwodnych – „Orzeł” – zaginął na morzu. W dodatku podczas trzeciego patrolu dowodzący „Wilkiem” zastępca dowódcy kpt. mar. Bolesław Romanowski zdecydował się na wykonanie brawurowego ataku i – jak twierdził Krawczyk – „zepsuł” okręt. W nocy z 19 na 20 czerwca dostrzeżono sylwetkę unoszącego się na powierzchni okrętu podwodnego. Cel znajdował się w odległości niespełna 400 m. Nie udało się zidentyfikować jednostki, mimo to Romanowski podjął decyzję o ataku. „Wilk” miał staranować inny okręt podwodny! Uderzył z ogromnym impetem, ale mimo poważnych uszkodzeń przetrwał taranowanie. Nie udało się jednoznacznie potwierdzić zniszczenia wrogiego okrętu. „Wilk” zatopił prawdopodobnie jeden z niemieckich U-Bootów – U 102 lub U 122, które zaginęły na Morzu Północnym w tym czasie i w tym rejonie. Według innej hipotezy zatopionym okrętem mógł być sojuszniczy holenderski O-13.

Po zaginięciu „Orła” konflikt załogi „Wilka” z Kierownictwem Marynarki Wojennej jeszcze się pogłębił. Świrski domagał się, aby dowodzący okrętem Karnicki oddał depozyt złota i dolarów znajdujący się na „Wilku”. Była to żelazna rezerwa, którą pobrał każdy z okrętów przed wybuchem II wojny światowej. Miał zapewnić m.in. możliwość dokonania napraw i zakupu prowiantu w neutralnych portach na wypadek, gdyby powrót do macierzystych lub sojuszniczych portów był niemożliwy. Po zaginięciu „Orła” dowództwo nie chciało stracić kolejnego depozytu, a oficerowie z „Wilka” zamierzali zachować zabezpieczenie na wypadek, gdyby Wielka Brytania stała się celem inwazji i okręt musiałby płynąć do portu w USA. Na konflikt i kolejne akty nieposłuszeństwa nałożyła się jeszcze frustracja oficerów i marynarzy, którym ciągle brakowało podstawowego wyposażenia – butów i ubrań, a ich wynagrodzenia były znacznie niższe niż wykonujących te same zadania brytyjskich marynarzy (wyrównanie nastąpiło dopiero po interwencji dowódców Royal Navy).

Apogeum konfliktu z dowództwem nastąpiło w czerwcu i lipcu 1941 r. Krawczyk był już wówczas skonfliktowany z własnymi oficerami i marynarzami. Oficerowie zupełnie stracili kontrolę nad tym, co robi załoga, przebywając na lądzie. Próba zażegnania konfliktu zakończyła się niepowodzeniem. „Część załogi po wieczornej zbiórce 23 czerwca samowolnie opuściła koszary! – pisze Mariusz Borowiak w książce »Stalowe drapieżniki«. – Niezdyscyplinowani marynarze awanturowali się na mieście; pijany bosmanmat Franciszek Karnowski pobił brytyjskiego żandarma. W nocy nieposłuszni członkowie załogi »Wilka« (większość z nich była pijana) wrócili do bazy”. Po tym akcie buntu załoga poczuła się zupełnie bezkarna, szczególnie że Krawczyk postanowił zatuszować całą sprawę. Ukryć nie dało się jednak kolejnego zajścia z 14 lipca. Po nieudanych próbach nacisku ws. uwolnienia aresztowanego kolegi, po zajęciach, o godz. 17, 38 członków załogi, w tym 25 podoficerów, wynajęło autobus i pojechało do Forfar. Udali się do Sądu Polowego i zażądali wydania aresztowanego bosmanmata Mariana Matuszczaka. Po odmowie wyłamali drzwi i po prostu wynieśli kolegę. Ich dowódca Bogusław Krawczyk był w tym czasie w Londynie.

Cztery dni później, po odprawie dla oficerów, Krawczyk odebrał telefon z Kierownictwa Marynarki Wojennej. Według najbardziej prawdopodobnej wersji zadzwonił do niego Świrski, aby odwołać go ze stanowiska. Krawczyk zdążył jeszcze podpisać rozkaz przekazania dowództwa kpt. mar. Jerzemu Koziołkowskiemu. Miał już wcześniej przygotowane listy, w których żegnał się z przyjaciółmi. 19 lipca 1941 r. strzelił sobie w serce. „Wilk” nie wyszedł więcej na patrol bojowy. Został wycofany do rezerwy w 1942 r. Zezłomowano go w Gdyni dziewięć lat po wojnie.

Okładka miesięcznika Historia Do Rzeczy: 3/2019
Artykuł został opublikowany w 3/2019 wydaniu miesięcznika „Historia Do Rzeczy”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 4