Największa bitwa polskich żołnierzy po II wojnie światowej

Największa bitwa polskich żołnierzy po II wojnie światowej

Polscy żołnierze w Iraku, 2006 rok.
Polscy żołnierze w Iraku, 2006 rok. / Źródło: Wikimedia Commons
Dodano 18
Jak wiele razy wcześniej, również w tej bitwie polski żołnierz pokazał, że mimo wszystkich przeciwności potrafi stanąć na wysokości postawionego przed nim zadania. Nawet jeżdżąc na wpół rolniczym samochodem po irackiej pustyni.

W marcu 2004 r. do Karbali zaczęli ściągać pielgrzymi z całego kraju. Mogło ich być nawet 5 mln. Zbliżała się Aszura, święto ustanowione dla upamiętnienia męczeńskiej śmierci wnuka Mahometa i pretendenta do spuścizny po nim, Husajna ibn Alego. Przez miasto, leżące w środkowym Iraku, ciągnęli pątnicy pod czerwonymi, czarnymi i zielonymi sztandarami. Mężczyźni smagali plecy ostro zakończonymi sznurami biczów i nacinali piersi oraz czoła sztyletami. Krew z licznych ran obficie zalewała im twarze i plecy. Głębsze rany i więcej krwi to większe oddanie i poświęcenie dla Allaha. Bezpańskie psy włóczyły się gromadami, uciekając przed ludźmi i szczekając na tłumy nieznajomych.

W tamtym czasie cały polski kontyngent w Iraku liczył ponad 2,5 tys. żołnierzy. Około 200 z nich, z 17. Brygady Zmechanizowanej z Międzyrzecza i 18. Batalionu Desantowo-Szturmowego z Bielska-Białej, od lutego stacjonowało w bazie Camp Lima pod Karbalą. W półmilionowym mieście panował jeszcze spokój, bez przeszkód mogli je patrolować w swoich nieopancerzonych honkerach.

Radykalny szyicki duchowny Muktada as-Sadr postanowił wykorzystać zbliżające się święto do pokazania, że okupanci nie panują nad sytuacją w regionie. Nieco wcześniej jego zwolennicy rozpoczęli walkę z iracką policją i armią w Nadżafie i Faludży. Zamieszki wybuchły też w takich miastach jak Ad-Diwanijja i Al-Kut. Partyzanci atakowali wojskowe koszary i posterunki policji. Rozbijali więzienia, uwalniając aresztowanych wcześniej zwolenników As-Sadra i zwykłych kryminalistów. Zbroili się w przejętych po zbiegłych irackich żołnierzach i policjantach magazynach. Amerykanie walczyli z nimi, używając ciężkiej broni i lotnictwa, co tylko wzmagało opór.

Obronić ratusz

Zwolennicy As-Sadra przygotowywali się do rozpoczęcia rebelii również w Karbali, gdzie ze względu na obecność pielgrzymów czuli się dość pewnie. Rebelianci podsłuchiwali polskie wojskowe niekodowane kanały radiowe. Na ulicach uzbrojeni mężczyźni prowokowali żołnierzy, pokazując im obraźliwe gesty. Niektórzy miejscowi tłumacze i lokalni pracownicy pracowali dla sadrystów.

W dniu 3 kwietnia na placu pomiędzy meczetami sanktuarium Imama Husajna swoje pasy szahida zdetonowało trzech zamachowców-samobójców. Dwie polskie karetki mimo niebezpieczeństwa wyjechały ratować rannych. W zamachach zginęło prawie 140 osób, 200 zostało rannych. Szczątki rozerwanych wybuchem leżały na całym placu. Dowodzący Polakami gen. Edward Gruszka rozkazał zwinąć posterunki kontrolne na rogatkach Karbali. Żołnierze byli wówczas bezpieczniejsi, ale do miasta napływać zaczęło coraz więcej uzbrojonych bojowników. Na ulicach zaczęły się walki między Arabami z różnych ugrupowań. W bazach koalicji podwyższono stopień alarmowy do najwyższego.

Około północy z 4 na 5 kwietnia 2004 r. powstańcy As-Sadra zaatakowali siedzibę władz – ratusz w Karbali. City Hall – bo taka nazwa używana była przez polskich żołnierzy – to kilkupiętrowy budynek położony w centrum miasta. Leżał kilkaset metrów od świętych meczetów szyitów. Dostępu do niego broniły betonowe zapory i zwoje koncertiny, drutu najeżonego ostrymi skrawkami metalu. Przed zaporami rozciągał się długi na 120 i szeroki na 100 m pusty plac. Ratusz otaczały gęsto zamieszkane budynki mieszkalne i meczety. Została w nim tylko garstka irackich policjantów wiernych rządowi i przerażonych wizją zemsty ze strony ludzi As-Sadra.

Komendant irackiej policji w Karbali gen. Abbas Fadil al-Hasani poprosił o pomoc gen. Gruszkę – dowódcę brygadowej grupy bojowej z bazy Juliet. Ten wysłał do ratusza pododdział szybkiego reagowania – Quick Reaction Force. Czternastu żołnierzy uzbrojonych w kałasznikowy i ręczne karabiny maszynowe. Grupa wyruszyła przez ogarnięte rebelią miasto. Nie było elektryczności, nie świeciły uliczne lampy. Nocne ciemności rozświetlały jedynie wybuchające tu i ówdzie pociski moździerzowe i pożary. Żołnierze podjechali z tyłu, od południowego wschodu, i od razu włączyli się do walki, pomagając policjantom odeprzeć ataki. Starcia trwały całą noc. A był to dopiero początek boju o City Hall.

Rząd Leszka Millera, wysyłając polskich żołnierzy do udziału w misji w Iraku w 2003 r., prawdopodobnie nie spodziewał się tego, z czym naprawdę przyjdzie się im mierzyć. Trzeba było „tylko” zaprowadzić demokrację w kraju przez wieki rządzonym przez despotów, podzielonym i wręcz kipiącym od wyznaniowych, plemiennych i rodowych waśni, brutalnie tłumionych przez władze. Naszym sojusznikom zza oceanu wydawało się to całkowicie realne. Zresztą wtedy nie tylko im. W tle były bajeczne kontrakty na odbudowę Iraku dla polskich firm i obietnica zniesienia wiz do USA.

W nagrodę za zaangażowanie Polacy otrzymali nawet swoją strefę odpowiedzialności – South Central Zone. Szeroki na 100 km pas, ciągnący się od zachodniej do wschodniej granicy w centralnej części kraju, na południe od Bagdadu. Porządek i bezpieczeństwo miała tam zapewniać dowodzona przez polskiego generała Wielonarodowa Dywizja Centrum Południe.

Powiedzieć, że polska armia nie była przygotowana do takiej misji, nie oddałoby realizmu sytuacji. Polska od lat uczestniczyła w „pokojowych” misjach ONZ na Bliskim Wschodzie, ale tam nikt nie strzelał do polskich żołnierzy. Tymczasem w Iraku za każdym rogiem czy na dachu domu mógł czaić się snajper albo cywil z kałasznikowem pod galabiją. Pod każdym przydrożnym kamieniem mogła być zakopana detonowana zdalnie mina. Każdy zbliżający się do posterunku kontrolnego samochód mógł być kierowany przez zamachowca-samobójcę.

Do zadań w Iraku Polaków miało przygotować krótkie szkolenie. Fatalnie wyglądał misyjny sprzęt. Podstawą transportu były tarpany honkery i stary. Samochody nieopancerzone i słabo przygotowane do irackich warunków. Na miejscu żołnierze okładali je workami z piaskiem i kamizelkami kuloodpornymi, dospawali dodatkowe blachy, chroniące przed ostrzałem.

Społeczeństwo, nie do końca informowane o tym, co naprawdę robią polscy żołnierze w Iraku, reagowało z umiarkowanym entuzjazmem, spadającym po każdej śmiertelnej ofierze misji. Nikt nie spodziewał się, że w takich warunkach polskim żołnierzom przyjdzie toczyć ich największą – od czasów II wojny światowej – bitwę.

Biało-czerwona na maszcie

Następnego dnia rano ppłk Tomasz Domański – dowódca batalionowej grupy bojowej z bazy Lima – wysyła obrońcom City Hall posiłki. Grupą ok. 40 żołnierzy dowodzi kpt. Grzegorz Kaliciak, 31-letni absolwent wrocławskiego ZMECH (Wyższa Szkoła Oficerska Wojsk Zmechanizowanych „ZMECH”). W Polsce służy na stanowisku dowódcy kompanii rozpoznawczej w 17. Brygadzie Zmechanizowanej w Wędrzynie. Żołnierze zabierają parę moździerzy, wyrzutnie granatów przeciwpancernych RPG, ręczne karabiny maszynowe i snajperskie. Dołącza do nich również ok. 40 Bułgarów z jednostki specjalnej 2. Batalionu 20. Regimentu Atlantyckiego pod dowództwem kpt. Getowa. Mają dwa bojowe wozy piechoty na gąsienicach – BWP uzbrojone w gładkolufowe armaty kalibru 73 mm, gaziki i ciężarowe ziły 131 zapakowane amunicją, racjami żywnościowymi i wodą. Przez zrewoltowane miasto przemieszczają się kolumną. Jadący na przodzie BWP rozbija po drodze dwie barykady, torując drogę pozostałym pojazdom.


Kapitan Kaliciak rozstawił BWP przed budynkiem jako osłonę od strony placu. W konwoju dojechał polski opancerzony wóz BRDM. Obrońcy mają ich teraz dwa, nazwane przez żołnierzy „Zajączek” i „Iwonka” – ten drugi od imienia dziewczyny jednego z nich. Wozy zostały ukryte za załomami murów. Okna w budynku ratusza obłożono workami z piaskiem. Na dachu, okolonym półmetrowym murkiem, rozmieścili się Polacy i część Bułgarów, budując z betonowych płyt wzmocnione stanowiska. Reszta Bułgarów zajęła ufortyfikowane doraźnie pozycje na parterze. Na dachu budynku, na najwyższym maszcie zawisa biało-czerwona flaga.

Na razie panowała cisza. Rebelianci kryli się w domach i zaułkach. Nad miastem latały amerykańskie helikoptery, wypatrując celów. Polscy żołnierze mieli amunicję, żywność i wodę, ale nie wiedzieli nic o przeciwniku. Ilu bojowników zaatakuje, czy i kiedy to nastąpi, w jaką broń będą wyposażeni. Pozostawało czekać i liczyć na odparcie przeciwnika albo ewakuację przez ulice zrewoltowanego miasta. Lądowanie śmigłowców ze względu na gęstą zabudowę, w której mogli kryć się rebelianci z wyrzutniami granatów i karabinami maszynowymi, było niemożliwe.

Wytrzymać do rana

Po zapadnięciu zmroku na budynek i irackich policjantów przed nim posypały się pociski. Potem nastąpiła kilkugodzinna cisza. W końcu rozdarł ją strzał z wyrzutni RPG. Granat przeleciał nad wieżyczką BRDM. Załoga odpowiedziała ogniem, trafiając napastnika, który padł na ziemię. Po chwili zaczął czołgać się w stronę porzuconej wyrzutni. Strzelec erkaemu patrzył jak zahipnotyzowany na usiłującego dosięgnąć metalowej rury, zakrwawionego mężczyznę i nie potrafił nacisnąć spustu. Z letargu wyrwał go dopiero krzyk dowódcy. Jeszcze chwila, a leżący podniesie wyrzutnię, wyceluje i odpali pocisk. Celowniczy w końcu nacisnął spust. Seria pocisków poszatkowała ciało.

Potem na plac przed ratuszem wjechała biała toyota pick-up. Na pace samochodu stało ok. 10 uzbrojonych w kałasznikowy i RPG mężczyzn, którzy krzyczeli coś i strzelali bezładnie w stronę budynku. Na głowach arafatki, niektórzy przewiązali czoła zielonymi opaskami – znakiem męczenników. Pierwsi do samochodu zaczęli strzelać Bułgarzy. Serie pocisków rwały blachy karoserii, wybijały szyby i dziurawiły silnik, który zaczął tryskać fontanną czarnego oleju. Opony spadły z kół, felgi zaczęły zgrzytać po asfalcie placu. Samochód skręcił gwałtownie i przewrócił się. Bojownicy wypadli z paki i zaczęli uciekać. Bardziej sprawni skryli się w zaułkach i podcieniach okolicznych domów, pozostałych dosięgły kule obrońców City Hall.

Kolejny atak poprzedził ostrzał budynku z RPG. Strzelec celował z balkonu minaretu. Z zaułków odezwał się moździerz, posyłając pociski na dach ratusza. Na plac wbiegły cztery grupy mężczyzn, uzbrojonych w kałasznikowy, karabiny irackiej policji i granaty. Nie bacząc na ostrzał prowadzony przez Polaków i Bułgarów, biegli w stronę ratusza. Z piętra którejś z kamienic zaczął bić karabin maszynowy Diegtiariowa. Bojownicy strzelali też z kałasznikowów i karabinów snajperskich. Seria z polskiego karabinu maszynowego poszła w kierunku minaretu. Strzelec z RPG zwalił się w dół przez balustradę. Bułgarzy zaczęli strzelać do nacierających. „Zajączek” i „Iwonka” przyłączyły się do kanonady. Żołnierze na dachu ciągle byli przygwożdżeni ogniem z moździerzy. W pomieszczeniach na parterze w powietrzu fruwały odłamki mebli i odłupane pociskami kawałki tynku ze ścian.

Szturm pod ogniem obrońców szybko się skończył. Część napastników leżała teraz na placu przed ratuszem, poszarpana pociskami. Nie zniechęciło to wcale pozostałych. Do rana szturmowali jeszcze ok. 20 razy. Grupami, po 20–30 bojowników, uzbrojonych w karabiny maszynowe, RPG, granaty, jadących samochodami lub biegnących w kierunku City Hall. Jak wspominał później kpt. Kaliciak: „Szli na nas godzinami, falami... Jak Turcy na Kamieniec Podolski”.

Ciężki karabin maszynowy NSW kalibru 12,7 mm zamontowany na BRDM dosłownie ciął powietrze pociskami. Na asfalt placu spadały oderwane jego ogniem głowy, ręce i nogi rebeliantów. Z porozrywanych korpusów tryskała krew. Nie powstrzymywało to następnych. Jak w amoku, z religijnymi okrzykami i wyrazem fanatyzmu na twarzach atakowali dalej, kładąc się pokotem pod ogniem obrońców.

Nad ranem został odparty ostatni szturm. Po każdym rosła liczba zabitych i rannych leżących na dziedzińcu przed ratuszem. Polscy i bułgarscy żołnierze obeszli się bez strat.

Kolejny dzień zaczął się od zawodzenia muezzinów z minaretów sąsiadujących z ratuszem meczetów. Na plac wjechał wózek ciągnięty przez osła, na który dwóch Arabów zaczęło ładować zwłoki poległych. Mogło ich być od 50 do 100. Do tego ok. 200 rannych. Kaliciak kazał oszczędzać amunicję. Spodziewał się następnych ataków. Odmówił też posiłków z Limy. Zmiana musiałaby jechać przez zajęte przez sadrystów dzielnice.

Jeszcze jedna noc

Kolejna noc zaczęła się od ostrzału z moździerzy. Pociski rozbiły i uszkodziły kilka schronów zlokalizowanych na dachu, raniąc jednego z Bułgarów w pośladek. Jak okazało się później, była to jedyna poważniejsza ofiara bitwy o City Hall.

Przez całą noc trwają kolejne szturmy sadrystów. Rebelianci nadciągają na piechotę, na pakach pick-upów i na motocyklach. Dachem ratusza wstrząsają eksplozje moździerzowych pocisków kalibru 80 i 120 mm, o ściany rozbijają się granaty z RPG. Nad ranem ataki ustają. W stronę obrońców lecą tylko pojedyncze, wystrzeliwane z oddali serie z broni maszynowej. Polscy i bułgarscy żołnierze skupiają się na likwidacji strzelców ukrytych w okolicznych domach. Przed wschodem słońca rebeliancki ostrzał całkowicie ustał. Powstańcy wycofali się w kierunku świętych meczetów.

Czytaj też:
Rambo na ratunek jeńcom. Scenariusz filmu nie został wyssany z palca

Przed południem do City Hall przyjeżdżają żołnierze z 6. Brygady Desantowo-Szturmowej, żeby zmienić podwładnych kpt. Kaliciaka i Bułgarów. Bitwa, która trwała ponad 36 godzin, jest skończona. Ratusz – jedyna ważna budowla w mieście – nie dostał się w ręce rebeliantów.

W Iraku bez zmian

W polskich mediach przez prawie cały czas trwania powstania As-Sadra podawane są uspokajające komunikaty. Oficjalnie polscy żołnierze uczestniczą w działaniach „stabilizacyjnych”, ale nikt dokładnie nie potrafi wyjaśnić, na czym one polegają. Na temat największej bitwy stoczonej przez Polaków od czasów II wojny światowej zapada cisza. Oficjalnie nikt nie gratuluje żołnierzom, uczestnicy długo nie dostają nawet medali za udział w misji – Gwiazd Iraku, nie mówiąc o odznaczeniach bojowych. Polska armia jest kompletnie nieprzygotowana na takie wydarzenia.

W 2007 r. gen. Skrzypczak – były dowódca 11. Dywizji Kawalerii Pancernej – prywatnie wydaje spisane przez siebie „Zapiski irackie”, książkę-poradnik będącą zbiorem doświadczeń uczestników misji, w tym jego podwładnego kpt. Kaliciaka. W 2009 r. tematem zaczyna interesować się polska prasa. Wojsko, chcąc nie chcąc, musi odnieść się do sprawy. Przychodzi to tym łatwiej, że iracka misja jest już zakończona.

Udział w niej, podobnie jak w misji w Afganistanie, zmienia w polskim wojsku bardzo wiele. Kończy się prowizorka i dospawanie blach w honkerach i starach. Żołnierze dostają pojazdy, broń i wyposażenie adekwatne do rodzaju zadań. Na misjach wychowa się nowe pokolenie dowódców, wolnych od asekuranctwa i nawyków wykształconych na sowieckich wzorcach. Weterani z Karbali otrzymują Gwiazdy Iraku i Krzyże Wojskowe. Kapitan Kaliciak w 2009 r. otrzymuje Buzdygana – nagrodę przyznawaną przez „Polskę Zbrojną”. Rozpędu nabiera też jego kariera, zostaje dowódcą batalionu, później szefem sztabu w swojej jednostce, a w 2018 r. dowódcą nowo powstałej 6. Mazowieckiej Brygady Obrony Terytorialnej.

Losy pozostałych żołnierzy potoczyły się różnie. Celowniczy z BRDM, który długo nie potrafił nacisnąć spustu, przeżywa załamanie, odchodzi z wojska i zatrudnia się w supermarkecie. Niektórym żołnierzom rozpadają się małżeństwa, popadają w alkoholizm, mają myśli samobójcze. Leczenie wojennego stresu pourazowego – PTSD – jest wtedy w Polsce jeszcze w powijakach. Jednak większość z nich służy dalej i zgłasza się na kolejne zmiany w Iraku i Afganistanie. Jak wiele razy wcześniej, również w tej bitwie polski żołnierz pokazał, że mimo wszystkich przeciwności potrafi stanąć na wysokości postawionego przed nim zadania. Nawet jeżdżąc na wpół rolniczym samochodem po irackiej pustyni.

Okładka miesięcznika Historia Do Rzeczy: 6/2019
Artykuł został opublikowany w 6/2019 wydaniu miesięcznika „Historia Do Rzeczy”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 18