Z nożem w kieszeni. Jak Sowieci pomagali Polakom na Wołyniu

Z nożem w kieszeni. Jak Sowieci pomagali Polakom na Wołyniu

Sowieccy partyzanci podczas walk z Niemcami.
Sowieccy partyzanci podczas walk z Niemcami. / Źródło: Wikimedia Commons
Dodano 18
Sowieccy partyzanci chronili chłopów przed UPA, narażali ich na odwet niemiecki, mordowali oficerów AK

Arkadiusz Karbowiak

Na początku roku 1943 Wołyń stał się obszarem, gdzie Sowieci z żelazną konsekwencją zaczęli wdrażać plan wywołania nieograniczonej wojny partyzanckiej. Skierowano tam oddziały podporządkowane Ukraińskiemu Sztabowi Ruchu Partyzanckiego. Partyzanci starali się wszelkimi sposobami zachęcać miejscową ludność do wstępowania w ich szeregi. O sile przeciwdziałania Polskiego Państwa Podziemnego tak pisał do swych zwierzchników dowódca Żytomierskiego Zgrupowania Partyzanckiego Aleksandr Saburow: „Emisariusze Sikorskiego przenikają na teren zachodnich obwodów Ukrainy i Białorusi i prowadzą tam swoją robotę, uważając, że tereny te wchodzą w skład Państwa Polskiego. Oficjalna linia kół kierowniczych Sikorskiego, w sposób oczywisty wychodząc od taktyki zachowywania i gromadzenia sił polskiego podziemia nacjonalistycznego, ogranicza możliwości szerzenia propagandy antyniemieckiej wśród ludności”.

Przyjęta przez Polaków taktyka wyczekiwania na dogodny moment wywołania insurekcji przeciw okupantom zdecydowanie irytowała bolszewików. Dlatego też, chcąc wykorzystać narastające antyniemieckie nastroje panujące wśród ludności polskiej, naczelnik Centralnego Sztabu Ruchu Partyzanckiego Pantelejmon Ponomarienko polecał: „[...] wysłać na wiosnę [1943 r.] 80 do 90 starannie przygotowanych i przeszkolonych agentów, którzy władają biegle językiem polskim i posiadają kontakty wśród ludności polskiej, w celu rozwinięcia walki partyzanckiej przeciwko Niemcom. Mamy odpowiednich ludzi wśród członków Komunistycznej Partii Polski, Komunistycznej Partii Zachodniej Białorusi i Ukrainy”. Dalekosiężnym zamiarem strony sowieckiej było osłabienie polskich niepodległościowych struktur konspiracyjnych przygotowujących się do podjęcia walki o Kresy Wschodnie.

Czerwoni Polacy

Dla zrównoważenia sił Armii Krajowej na początku 1943 r. na Wołyniu przy wydatnym udziale bolszewików zaczęły być tworzone składające się z Polaków oddziały partyzantki komunistycznej. Potrzebę ich powstania w następujących słowach uzasadniał w korespondencji kierowanej do Aleksandra Saburowa Robert Satanowski: „Istnieją liczne [polskie] zbrojne organizacje wojskowe pod dowództwem agentów Sikorskiego. Można z dużym prawdopodobieństwem przewidywać, że zostaną one skierowane przeciwko Armii Czerwonej. Jednocześnie brak polskiej siły zbrojnej o sowieckiej ideologii, której zadaniem byłoby organizowanie polskich mas robotniczych do walki o socjalistyczną Polskę… Czerwony polski oddział będzie szkołą dla przyszłych socjalistycznych kadr”.

Czytaj też:
Polska twierdza przeciw rzezi wołyńskiej

Spośród tych najbardziej znanych grup należy wymienić oddziały Józefa Sobiesiaka, Jana Burzyńskiego i powstały 8 lutego 1943 r. pod dowództwem wspomnianego Roberta Satanowskiego Oddział im. Tadeusza Kościuszki, który potem rozwinął się do wielkości 700-osobowego zgrupowania występującego pod nazwą Jeszcze Polska nie Zginęła. Zadaniem tego ostatniego było m.in. prowadzenie działalności rozkładowej wobec struktur wołyńskiej Armii Krajowej. Ponadto Satanowski organizował we wsiach mityngi agitacyjno-propagandowe na rzecz bolszewików, głosząc m.in. tezy o rzekomej odpowiedzialności Niemców za zbrodnię katyńską.

Do zbrojnej konfrontacji między polskim podziemiem a sowieckim nie doszło, bo wiosną 1943 r. na Wołyniu przystąpiły do eksterminacji polskiej ludności cywilnej sotnie Ukraińskiej Powstańczej Armii. W obliczu zagłady Polacy, do tej pory nastawieni do Sowietów wrogo, zaczęli dostrzegać w nich swych wybawicieli i obrońców. O tych zachowaniach informował swoich przełożonych komisarz Partyzanckiego Zgrupowania Obwodu Sumskiego Siemion Rudniew: „[…] w większości wsi, przez które przechodzimy, polska ludność wita naszych strzelców z dużym zachwytem […] w wielu wsiach ludność przynosi strzelcom kwiaty. […] Mężczyźni wynoszą tytoń, a kobiety – mleko i chleb”. Inny sowiecki dokument mówi o wezwaniach Polaków do objęcia ochroną rodzinnych wsi. Czytamy w nim: „[...] nie licząc na ochronę Niemców, Polacy przysyłali delegacje od miejscowej ludności do naszych oddziałów partyzanckich z prośbą o pomoc i zaproszeniem do rozlokowania się w ich wsiach”.

Te rozpaczliwe „prośby”, choć podyktowane chęcią obrony swych najbliższych, były niebezpieczne, bo narażały mieszkańców wsi na pacyfikacje niemieckich ekspedycji karnych. Na Wołyniu w odwecie za współpracę z sowiecką partyzantką spalono kilka wsi, m.in.: Borszczówkę, Obórki, Lidawkę i Ludwikówkę. Sowieckie podziemie tymi masakrami zbytnio się nie przejmowało, choć dokładnie monitorowało rozwój antypolskiej akcji UPA.

Plonem obserwacji były raporty obrazujące dramatyczną sytuację Polaków. W jednym z nich dowódca oddziału partyzanckiego Iwan Szytow pisał: „[Ukraińscy nacjonaliści] gromią, palą, mordują Polaków siekierami i widłami. Reszta ucieka do centrów rejonowych, gdzie Niemcy biorą polską młodzież do policji, a pozostałych odsyłają do Niemiec. Policjantów kierują do walki z ukraińskimi nacjonalistami”. Z kolei w sprawozdaniu z kwietnia 1943 r. jego autor zanotował:„Ukraińscy nacjonaliści prowadzą masowy terror w stosunku do polskiej ludności. We wsiach rejonów włodzimierzeckiego i wysockiego: Stepań, Deraźne, Rafałówka i innych spalili 200 zagród i co do jednego wyrżnęli ich polską ludność, włącznie z osobami w podeszłym wieku i dziećmi. Polscy mężczyźni tysiącami ze swoimi rodzinami chowają się w lasach. Delegacje polskiej ludności zwracają się do [sowieckich] oddziałów partyzanckich z prośbą o pomoc, zapraszają nasze oddziały do rozlokowania się we wsiach, w których całkowicie brakuje broni”.

Sowiecka pomoc

Jest faktem, że generalnie na wezwania o pomoc w walce z UPA sowieccy dowódcy odpowiadali pozytywnie. Tak było 16 listopada 1943 r. podczas bitwy pod Hutą Starą, gdzie dowodzone przez Iwana Łytwynczuka (ps. Dubowoho) sotnie UPA zostały pokonane przez oddziały AK kpt. Władysława Kochańskiego „Bomby” i sowiecki Iwana Kotlarewa. Natomiast oddział bolszewicki płk. Nikołaja Prokopiuka pomógł odeprzeć upowskich napastników samoobronie z Przebraża 30 sierpnia 1943 r. Analizując kwestie współpracy polsko-bolszewickiej na Wołyniu, należy zauważyć, że czerwoni partyzanci pomimo udzielania pomocy i wykazywania empatii dla mordowanych Polaków tak naprawdę mieli zdecydowanie negatywny stosunek do Armii Krajowej.


Tego, jak w rzeczywistości postrzegano „sojuszników” z AK, można się dowiedzieć z pisma naczelnika CSRP Pantelejmona Ponomarienki z 22 czerwca 1943 r.: „W rejonach objętych wpływami naszych oddziałów partyzanckich i centrów partyjnych do działalności grup polskich, utworzonych przez nacjonalistyczne koła reakcyjne, nie dopuszczać. Kierowników w sposób niedostrzegalny usuwać i magazyny broni przejmować lub, jeśli będzie taka możliwość, brać takie oddziały pod swoje pewne wpływy. Wykorzystywać, kierując je do aktywnej walki z Niemcami. W odpowiedni sposób przegrupowując i rozdrabniając, należy pozbawić je znaczenia [jako] samodzielne jednostki bojowe i dołączyć do wielkich oddziałów [sowieckich], po czym po cichu przeprowadzić odpowiednią czystkę z elementów wrogich”.

Świadomość owej postawy Sowietów mieli przywódcy polskiego podziemia. Delegat Rządu na Kraj Kazimierz Banach bez złudzeń konstatował: „Bolszewicy mają swoje jaczejki wśród społeczeństwa ukraińskiego i wśród band. Usiłują opanować kierownictwo bandami, a już i obecnie wiele band jest pod ich komendą. Stwarzają pozory, że ludność polską chcą brać w obronę. Wszędzie jednak tam, gdzie ludność zmuszona była z ich opieki korzystać, zmierzają tylko do tego, by z młodzieży polskiej stworzyć komunistyczne oddziały partyzanckie. Jeden z takich oddziałów jest już zorganizowany i przybrał nazwę Oddziału im. Tadeusza Kościuszki”.

O prawdziwych intencjach sowieckich miały okazję przekonać się niektóre grupy samoobrony oraz oddziały partyzanckie AK. Szczególnie krytycznie, jak widać w cytowanym niżej raporcie, bolszewicy postrzegali oddział AK „Krwawa Łuna”, dowodzony przez por. Jana Rerutkę „Drzazgę”: „z […] Polaków o skrajnie nacjonalistycznym nastawieniu został sformowany »specjalny batalion« o nazwie »Krwawa Łuna«”. Przy czym od wszystkich ochotników wymagana była dobra znajomość języka rosyjskiego i ukraińskiego. Oddział z rozkazu „Oliwy” był wysyłany do wsi ukraińskich na akcje, w czasie których akowcy podawali się za sowieckich partyzantów. W takich sytuacjach do nakryć głowy przyszywali czerwone wstążki. Po wejściu do wsi oddział AK wydawał polecenie mieszkańcom, aby zebrali się w jednym miejscu, rzekomo dla odbycia „pracy polityczno-uświadamiającej”. Po czym rozpoczynał „masowe zabijanie” cywili, grabież ich majątku i na końcu palił wieś. Jak podkreślano, zdarzenia takie miały prowadzić do zaostrzenia relacji między sowieckimi partyzantami a miejscową ludnością i „dać powód podziemnej prasie polskiej i ounowskiej do popularyzacji »sowieckich bestialstw«”.

Być może ta ocena legła u podstaw decyzji o likwidacji por. „Drzazgi”. Stało się tak pomimo dobrych relacji, jakie łączyły go z partyzantami z oddziału płk. Nikołaja Prokopiuka, z którym przeprowadził wiele udanych walk z UPA. Wołyński konspirator por. Tadeusz Klimowski „Ostoja” tak opisał to wydarzenie: „Po kilku dniach [»Drzazga«] został (po wizytach sowieckich) zaproszony do sowieckiego obozu celem uzgodnienia wspólnej akcji na jeden z obiektów niemieckich. Pojechał z z[astęp]cą, lekarzem i strzelcem. Nie wrócił. Zwłoki wszystkich znaleziono w pobliżu sowieckiego obozu. Przebieg likwidacji został ustalony. Sowieci nasycili »bazę samoobrony« (nowa nazwa »skupisko polskie«) prasą ZPP i odeszli”.

W lipcu 1943 r. ofiarą podobnej zbrodni padł dowódca ośrodka samoobrony w Hucie Starej por. Leon Osiecki. Podłożem zabójstwa było odrzucenie przez niego oferty agenturalnej współpracy z Sowietami i ujawnienie osoby, która próbowała dokonać werbunku. Rozkaz zabicia Osieckiego wydał szef sztabu partyzanckiego oddziału NKGB D. Miedwiediewa, Siergiej Paszun. Plan zabójstwa przewidywał upozorowanie go w sposób umożliwiający zrzucenie odpowiedzialności na Niemców. Jednak – jak stwierdził w raporcie Iwan Szytow – Paszun „sprzątnął Osieckiego nadzwyczaj nieudolnie, porzucając trupa w lesie”. W konsekwencji polską samoobronę wsi pod sowiecką presją włączono do oddziału partyzanckiego im. Feliksa Dzierżyńskiego.

Porwanie „Bomby”

Najbardziej dramatycznym wydarzeniem było przerwanie przez bolszewików w grudniu 1943 r. niezwykle efektywnej działalności cichociemnego, dowódcy oddziału partyzanckiego AK kpt. Władysława Kochańskiego „Bomby”. 21 grudnia został on porwany i deportowany do Moskwy, gdzie skazano go na karę wieloletniego pozbawienia wolności.

Tak ów epizod opisał na podstawie rozmowy z kpt. Władysławem Kochańskim weteran 27. Dywizji Wołyńskiej Józef Turowski w swojej książce „Pożoga”: „[...] do Bronisławówki pojechało 13 osób […]. W sztabie oddziału radzieckiego jeden z oficerów, komisarz zwany »Bohunem«, zaprosił kapitana »Bombę« i jego ludzi na kolację do pobliskiego Zawołcza […]. Podczas przyjęcia oficerskiego do izby wpadła dziewczyna i krzyknęła głośno »samoloty«. Wykorzystując konsternację, wszystkich Polaków rozbrojono, powalono na ziemię i powiązano. Podobnie, ale bardziej drastycznie, przebiegała akcja w kwaterze żołnierskiej, gdzie wtargnęła grupa partyzantów radzieckich. »Bohun« zastrzelił siedzącego przy stole Zygmunta Kopija, a pozostałych obezwładniono i powiązanych ułożono po dwóch na saniach, ukryto pod kocami i kożuchami, i pośpiesznie ruszono w drogę. Jazda trwała całą noc. Porwanych rozwiązano, pozwolono im zejść z sań, rozpalono ogniska. Funkcjonariusze NKWD zaczęli brać po dwóch Polaków i odprowadzać w kierunku lasu, skąd słychać było serie pistoletów maszynowych. Po przesłuchaniu przez komisarza »Bohuna« rozstrzelano: Franciszka Kopija, Stanisława Zygadło, Antoniego Szajewskiego, Jankowskiego, Henryka Chomicza i Jana Jankiewicza. Po upływie około dwóch godzin ruszono w drogę, by po kilku dniach przekroczyć linię frontu. Dalsza podróż odbywała się samochodami aż do Kijowa, skąd porwanych przewieziono samolotem do Moskwy i umieszczono w więzieniu na Łubiankach. Po kilku miesiącach uciążliwego śledztwa grupa porwanych Polaków stanęła przed specjalnym sądem. Sześciu uniewinniono, a kpt. Władysława Kochańskiego »Bombę«, »Wujka« skazano na 25 lat więzienia”.

Zdecydowanie przypadkowy charakter miało natomiast starcie 27. Wołyńskiej Dywizji AK z sowieckim oddziałem partyzanckim NKGB D. Miedwiediewa pod Ośmigowiczami 16 lutego 1944 r. Podczas walki Polacy przekonani byli, że walczą z oddziałem UPA, nie wiedząc o tym, że Sowieci dwa dni wcześniej zajęli wieś. Zdarzeń takich, choć już niekoniecznie przypadkowych, musiało być znacznie więcej, skoro kierownik grupy informacji Wydziału Propagandy i Agitacji KC KP(b) Ukrainy Słyńka informował: „Jeśli wcześniej organizacje prosikorskie zajmowały pozycję wyczekującą co do walki przeciwko Niemcom, jak również nie zaczepiały sowieckich partyzantów, to teraz mają one wrogi stosunek do działań partyzantów na terenie zachodnich obwodów Ukrainy. Są nieodosobnione wypadki zbrojnych starć sowieckich partyzantów z polskimi nacjonalistami”. O tych wszystkich faktach warto jest także pamiętać, gdy się przypomina sowiecką pomoc udzieloną Polakom na Wołyniu w latach 1943–1944.

 18