Obraz nie z tego świata. „Nie jest namalowany ręką człowieka”

Obraz nie z tego świata. „Nie jest namalowany ręką człowieka”

Obraz Matki Bożej z Guadalupe
Obraz Matki Bożej z Guadalupe / Źródło: Wikimedia Commons / Juan Carlos Fonseca Mata
Dodano 22
Ten wizerunek co roku ściąga do stolicy Meksyku ok. 20 mln pielgrzymów. Sceptycy od setek lat próbują udowodnić, że to tylko dzieło sztuki, ale nie znaleziono na nim ani śladów farby, ani pozostałości po użyciu jakiejkolwiek techniki malarskiej...

Piotr Włoczyk

Jej wizerunek – widoczny w Meksyku na każdym kroku – jest właściwie nieoficjalnym godłem tego kraju. To właśnie z Matką Boża z Guadalupe na sztandarach meksykańscy księża rozpoczęli w 1810 roku bój o niepodległość. Sto lat później tutejsi katolicy wznosili ten sam sztandar w walce obronnej przed straszliwymi prześladowaniami, które spotykały ich ze strony lewicowego rządu. Potwierdzając kult, jakim otoczona jest w Ameryce Łacińskiej Matka Boża z Guadalupe, Jan Paweł II w 1999 roku ogłosił Ją patronką obu Ameryk.

- Nie sposób zrozumieć Meksyku bez poznania historii wizerunku Matki Bożej z Guadalupe. To Ona stworzyła ten naród – mówi ks. dr Eduardo Chávez, znawca historii meksykańskiego Kościoła katolickiego. Nasz rozmówca pełnił funkcję postulatora procesu kanonizacyjnego św. Juana Diego. Ten meksykański święty, kanonizowany w 2002 roku w Mexico City przez Jana Pawła II, to centralna postać tej niezwykłej historii, która zdarzyła się stolicy Meksyku blisko pięćset lat temu.

W olbrzymiej, futurystycznie wyglądającej Basílica de Santa María de Guadalupe w Mexico City, za pancerną szybą wystawiony jest obraz, który co roku ściąga z całego świata około 20 milionów pielgrzymów. Bazylika leży u podnóża wzgórza Tepeyac, będącego dla Meksykanów tym, czym dla Polaków jest Jasna Góra.

Ks. dr. Eduardo Chávez rozpoczynając opowieść o cudzie z Tepeyac podkreśla, jak ważny jest kontekst historyczny, w którym doszło do tego objawienia: zaledwie dekadę wcześniej Hernán Cortés na czele garstki żołnierzy podbił potężne państwo Azteków.

- Gdy pojawili się tu Europejczycy, dla Indian był to istny koniec świata. Miejscowa ludność widziała, jak jedna po drugiej padają stare świątynie, jak konkwistadorzy mordują Indian. W tamtym okresie doszło tu też do wybuchu epidemii przywleczonej z Europy, która zabiła połowę ludności autochtonicznej. Ta plaga zmieniła mentalność Indian. Nie mieli oni nadziei na lepsze jutro, tym bardziej, że w 1530 roku doszło do trzech trzęsień ziemi. Indianie czekali tylko na czwarte trzęsienie, które według ich mitologii miało być początkiem końca ich świata – opowiada ks. dr. Eduardo Chávez. I dodaje: - Konwistadorzy byli bezlitośni – interesowało ich tylko złoto. Robili wszystko, by ograniczyć chrzczenie Indian, ponieważ ochrzczonych ludzi nie mogli wykorzystywać tak łatwo jako niewolników. Z tego powodu konkwistadorzy próbowali nawet zamordować pierwszego biskupa Meksyku Juana de Zumárragę, który starał się tu szerzyć wiarę chrześcijańską. Tamten okres to jeden wielki dramat w historii tego kraju. Biskup Zumárraga napisał wówczas do króla Hiszpanii: „jeżeli Bóg nie zainterweniuje, to ta ziemia już niedługo będzie stracona”. To, co zdarzyło się na tym wzgórzu między 9 a 12 grudnia 1531 roku na zawsze zmieniło oblicze tej ziemi – podkreśla ks. dr Eduardo Chávez.

Wszystko rozpoczęło się w sobotę 9 grudnia 1531 roku. Juan Diego, 57-letni świeżo ochrzczony Indianin, jak co sobotę, szedł ze swojej wioski na katechezę do pobliskiego kościoła. Przechodząc przez wzgórze Tepeyac Juan Diego usłyszał wołanie. – To była Matka Boża, która objawiła się temu jakże prostemu człowiekowi. Poprosiła go, żeby przekazał biskupowi Meksyku Jej życzenie: Maryja chciała, by Juan de Zumárraga zbudował dla niej kościół na tym wzgórzu – opowiada ks. dr Chávez.

Juan Diego był jednym z pierwszych ochrzczonych Indian. Do chrztu, do którego doszło w 1524 roku, ten człowiek znany był pod swoim indiańskim imieniem Cuauhtlatoatzin –„Orzeł, który mówi święte rzeczy”.

Oczywiście biskup Zumárraga nie dał wiary zapewnieniom prostego Indianina, który twierdził, że jest posłańcem Matki Bożej. Hierarcha poprosił go więc o konkretny dowód. Podczas kolejnego spotkania z Juanem Diego Maryja zgodziła się na przekazanie biskupowi dowodu. Indianin został przez Nią wysłany na szczyt wzgórza Tepeyac, z którego miał Jej przynieść w swojej tilmie – płaszczu indiańskim wykonanym z włókien agawy – bukiet kwiatów. Z racjonalnego punktu widzenia było to zadanie nie do wykonania – w grudniu w stolicy Nowej Hiszpanii (jak nazywały się wówczas te tereny) na takiej wysokości nie sposób znaleźć kwiatów. A jednak Juan Diego znalazł je i pospieszył do biskupa, aby pokazać mu dowód. Chcąc wysypać kwiaty, Juan Diego rozwinął swoją tilmę - w tym momencie wszyscy świadkowie tego wydarzenia padli na kolana (łącznie z biskupem). Na tilmie odciśnięty został bowiem wizerunek, który do dziś – blisko pięćset lat po objawieniu – można oglądać w sanktuarium. Wieść o cudownym wizerunku lotem błyskawicy rozniosła się wśród miejscowej ludności.

Juan Diego zamieszkał w chacie przy nowej świątyni ufundowanej przez biskupa i opowiadał rzeszom swoich pobratymców niezwykłą historię, która wydarzyła się na tym wzgórzu. Tilma z wizerunkiem Matki Bożej okazała się w jego rękach potężnym narzędziem ewangelizacyjnym. W ciągu kolejnych ośmiu lat (do 1539 roku) nawróciło się ok. 9 mln autochtonów. - Ta fala nawróceń nie ma sobie równej w historii Kościoła. W tym obrazie zapisany był kod, który otworzył serca Indian. To wtedy narodził się Meksyk – tłumaczy ks. dr. Chávez.

Gerónimo de Mendieta, franciszkanin, który był świadkiem nawróceń Indian tymi słowami wspominał ten okres: „Na początku przychodzili w grupach po dwieście osób, potem po trzysta, cały czas przyrastając w ilości, aż osiągnęli tysiące. Niektórzy mieli za sobą dwudniową podróż, inni trzydniową (...), a jeszcze inni przychodzili nawet z dalszych miejsc. To wyzwalało podziw u tych, którzy ich widzieli. Przychodzili starzy i młodzi, kobiety i mężczyźni, zdrowi i chorzy. Starsi ochrzczeni przyprowadzali swoje dzieci na chrzest, a ochrzczone dzieci przyprowadzały swoich rodziców; mąż przyprowadzał swoją żonę, a żona męża. (...) W czasie chrztu wielu z nich przyjmowało ten sakrament ze łzami w oczach”.


Co takiego niezwykłego dostrzegli Indianie w tym wizerunku? Wśród wielu elementów nawiązujących do kultury indiańskiej, najbardziej rzucają się w oczy płomienie słoneczne. – Na tym wizerunku Matka Boża zakrywa słońce, jasno dając do zrozumienia, że to koniec tego kultu. Indianie doskonale to zrozumieli. W rozmowach z księżmi katolickimi zwracali uwagę, że musi to być bardzo ważna kobieta, skoro zakrywa sobą słońce i stoi na księżycu - to również był dla nich bardzo ważny symbol. Jej oblicze jest jednak bardzo skromne, co sugerowało Indianom, że jest ktoś ważniejszy od Niej – Jezus Chrystus – wyjaśnia ks. dr. Chávez. I dodaje: - Matka Boża przemawiając do św. Juana Diego uwolniła Indian od bożków i wskazała im prawdziwego Boga. Juan Diego rozpowszechnił jej słowa wśród swoich pobratymców. W ten sposób doszło do masowych nawróceń. Matka Boża idealnie trafiła ze swoim przesłaniem w serca ludności rdzennej tych terenów. Wciąż dochodziło na tej ziemi do wielu nieprawości, ale ludzie mieli przynajmniej nadzieję. Bez tego cudu w niedługim czasie wszystko byłoby tu stracone.

Czytaj też:
Garstka śmiałków, która podbiła imperium. To się nie miało prawa zdarzyć

Przekaz tego cudu w oczach ludności rdzennej było tym mocniejszy, że doszło do niego dokładnie w momencie przesilenia zimowego. Dla Azteków ten moment był wielkim świętem – słońce, które wielbili i któremu składali ofiary z ludzkich serc, od przesilenia zimowego z dnia na dzień zyskuje na „sile”. – Objawienie akurat w tak specjalnym dniu było dla Indian czymś nieprawdopodobnym, co dodatkowo wpłynęło na to, jak postrzegali oni Matkę Bożą z Guadalupe – podkreśla ks. dr. Chávez.

Ten wizerunek przemawiał jednak również niezwykle mocno do Hiszpanów: w Apokalipsie św. Jana, rozdz. 12, mowa jest wszak o niewieście obleczonej w słońce, z księżycem pod stopami. Cud, który rozpoczął wielkie nawrócenie Indian, trafił w ten sposób również do serc i umysłów ludzi z europejskiego kręgu kulturowego.

Również sama nazwa „Matka Boża z Guadalupe” wywoływała u Hiszpanów konkretne skojarzenie. Ks. dr Chávez wyjaśnia, że to sama Matka Boża w czasie objawienia nazwała siebie „Santa Maria de Guadalupe”. Słowo to nie ma żadnego związku z indiańskim światem. Ta nazwa brzmiała za to znajomo w uszach Hiszpanów: Guadalupe to miejscowość w Hiszpanii, która zawdzięcza swoją nazwę Arabom. Można ją przetłumaczyć jako „rzekę miłości”.

Jak podkreśla nasz rozmówca, jedną z najważniejszych cech tego obrazu jest to, że twarz Matki Bożej z Guadalupe nie przedstawia ani Hiszpanki, ani Indianki. To twarz metyski, zapowiadająca przyszłe wymieszanie krwi Hiszpanów z rdzenną ludnością. Stąd też ten wizerunek Maryi nazywany jest Morenitą z Tepeyac. W ten sposób to objawienie stało się pomostem między oboma światami – hiszpańskim i indiańskim – łagodząc tym samym traumę konkwisty.

Jan Paweł II – który od samego początku swojego pontyfikatu dał się poznać jako wielki czciciel Matki Bożej z Guadalupe – bardzo jednoznacznie wypowiadał się na temat rangi tego cudu: „Pojawienie się Maryi przed Indianinem Juanem Diego na wzgórzu Tepeyac w roku 1531 miało decydujące znaczenie dla ewangelizacji. Ten wpływ wykracza poza granice Meksyku, ogarniając cały kontynent”.

Sceptycy od setek lat próbują dowieść – tak samo jak w przypadku Całunu Turyńskiego – że święty dla Meksykanów obraz to w rzeczywistości jedynie dzieło sztuki namalowane ludzką ręką. Jak jednak podkreśla ks. dr. Eduardo Chávez, żadne badanie nie potwierdziło tezy formułowanej przez zwolenników tezy o „ludzkim” pochodzeniu tego obrazu: do dziś nauka nie jest w stanie wyjaśnić, jak doszło do jego powstania.

- To nie jest żadne dzieło sztuki namalowane ręką człowieka. Nie ma tam żadnych śladów farby ani pozostałości po użyciu jakiejkolwiek techniki malarskiej. Ten wizerunek jest odciśnięty na tilmie w cudowny sposób. Co ciekawe, jeszcze w XVI wieku starano się „upiększyć” ten obraz, dodając koronę, ale dziś nie ma już po tym śladu, ponieważ „ludzka” farba odpadała – nie wytrzymała próby czasu i zetknięcia z naszym klimatem – mówi ks. dr. Eduardo Chávez. I dodaje: – Najbardziej niesamowite jest jednak to, że tkanina z wizerunkiem już dawno powinna się rozpaść w pył - ten typ tkaniny z agawy może w naszym klimacie przetrwać maksymalnie dwadzieścia lat. A cudowny wizerunek Matki Bożej z Guadalupe liczy sobie już blisko pięćset lat!

O ile dziś tilma św. Juana Diego przechowywana jest w specjalnych warunkach, o tyle przez setki lat wizerunek ten wystawiony był na widok wiernych bez żadnej ochrony, a mimo to dotrwał do naszych czasów w świetnym stanie. Jakby tego było mało, to wizerunek Matki Bożej z Guadalupe przeżył nawet w 1921 roku zamach bombowy przeprowadzony przez antyklerykała, który poważnie zniszczył ołtarz w „starej” bazylice. Sama tilma jednak w cudowny sposób ocalała.

Wśród specjalistów, którzy badali ten święty dla Meksykanów obraz byli też m.in.. astronomowie. Ich ustalenia nie pozostawiają żadnych wątpliwości: ułożenie gwiazd na płaszczu Maryi odpowiada w każdym najdrobniejszym szczególe obrazowi nieba widzianego 12 grudnia 1531 roku z centralnego Meksyku.

Ks. dr Eduardo Chávez zapewne nigdy nie zająłby się studiami nad tym cudem, gdyby opat Bazyliki Matki Bożej z Guadalupe, Gulillermo Schulenburg nie ogłosił w 1996 roku w wywiadzie prasowym, że Juan Diego w rzeczywistości... nigdy nie istniał, był za to tylko symbolem. Słowa opata wywołały w Meksyku szok i niedowierzanie. Miesiąc później 80-letni Gulillermo Schulenburg odszedł na emeryturę. Sceptycy triumfowali: w ich mniemaniu dostali dowód, że cała historia cudu z wzgórza Tepeyac była jednym wielkim oszustwem, które miało otumanić Indian i poddać ich władzy kościoła.

Z polecenia prymasa Meksyku ks. dr Eduardo Chávez wszedł w skład kościelnej komisji, która wzięła pod lupę wszystkie świadectwa historyczne związane ze św. Juanem Diego. – Nie rozumiem czemu opat wypowiedział te słowa. To tak, jakbym ja – jako ksiądz – nagle powiedział wiernym, że wiara nie ma sensu – mówi Ks. dr. Eduardo Chávez. – Nie ma żadnych wątpliwości, że św. Juan Diego był człowiekiem z krwi i kości. Żaden papież nie pozwoliłby sobie na wyniesienie na ołtarze kogoś, kto nie istniał – a już szczególnie Jan Paweł II nie pozwoliłby sobie na popełnienie takiego fatalnego błędu.

Faktycznie, watykańska Kongregacja Spraw Kanonizacyjnych dała się poznać w historii jako instytucja wyjątkowo skrupulatnie badająca życiorysy potencjalnych świętych. W przeszłości zdarzało jej się nawet „degradować” świętych, którzy wieki temu uznani zostali przez prostu lud za świętych, choć wcale na to nie zasługiwali. 31 lipca 2002 roku, podczas kanonizacji św. Juana Diego Jan Paweł II zaświadczył całym swoim autorytetem, że wzgórze, pod którym stał, faktycznie było świadkiem największego cudu na amerykańskiej ziemi.

 22