Operacja „Wózek”. Jak polscy złodzieje zagrali na nosie niemieckiej armii

Operacja „Wózek”. Jak polscy złodzieje zagrali na nosie niemieckiej armii

Rys. Krzysztof Wyrzykowski
Rys. Krzysztof Wyrzykowski / Źródło: Archiwum HDR
Dodano 16
Oficerowie polskiego wywiadu wraz z grupą kasiarzy i fałszerzy wykradali Niemcom tajne dokumenty wysyłane z Berlina do Prus.

Pierwsze ustalenia polskich wywiadowców były optymistyczne. Niemieckie pociągi kursowały tranzytowo na trasie Szczecinek–Chojnice–Tczew–Malbork i Piła–Chojnice–Tczew. W Chojnicach składy były przejmowane przez polskie załogi. Niemcy ze względów oszczędnościowych nie konwojowali wagonów z pocztą, ale tylko je plombowali. W Tczewie plomby były sprawdzane przez polsko-niemiecką komisję.

Wejść do wagonów pocztowych można było jedynie w biegu, gdzieś na uboczu. Żeby tego dokonać, pociąg musiał mocno zwolnić. Do współpracy trzeba było pozyskać polskich kolejarzy. Nie było z tym większych problemów, bo patriotycznie nastawieni maszyniści chętnie współpracowali z polskim wywiadem. Nawet kiedy groziły im konsekwencje służbowe. W pociągach zamontowane były urządzenia mierzące czas przejazdu i za opóźnienia groziły surowe kary finansowe, ale potrafiono im to zrekompensować.

Pierwsze akcje przyniosły sporo informacji. Chociaż niemieckie instrukcje zabraniały przesyłania tajnych dokumentów przez teren Rzeczypospolitej, to i tak w ręce polskiego wywiadu dostało się mnóstwo materiału, który po fachowym przeanalizowaniu dawał niezły wgląd w sytuację – przede wszystkim militarną – w regionie.

Od 1931 r. Niemcy zaczęli lakować korespondencję, a potem plombować worki z przesyłkami. Spowodowało to wstrzymanie akcji aż do połowy 1932 r., kiedy to pozyskano wzory plomb od kierownika urzędu pocztowego w Chojnicach. Kolejnym problemem było zamykanie części korespondencji w sejfach i skrzyniach, których nie można było wyrzucić z pociągu. Prowadzący całą operację mjr Jan Henryk Żychoń rozwiązał również ten problem. Przy pomocy komisarza Żbikowskiego z poznańskiej policji skompletował ekipę kasiarzy i włamywaczy – specjalistów od otwierania kas pancernych i zamków bez zostawiania śladów. Odtąd standardowymi narzędziami wykorzystywanymi w tych operacjach były łomy, młotki, obcęgi i wytrychy. Do tego podrobione plombownice i pieczęcie lakowe.

Ślepa Abwehra

Operacja ta była efektem spływających już od końca lat 20. do oficerów „Dwójki” informacji, że Niemcy mogą przewozić ważne dokumenty do Prus Wschodnich w pociągach przejeżdżających przez Polskę. Sprawą zainteresował się kpt. Janusz Rowiński z bydgoskiej ekspozytury polskiego wywiadu, który rzucił pomysł przechwytywania przesyłek i badania ich zawartości. Od polskich kolejarzy wiedział, że Niemcy nie prowadzą ich dokładnego rejestru, lecz jedynie liczą worki z pocztą.

Prawo tranzytu przysługiwało Niemcom na mocy traktatu wersalskiego. Akcja mogła łatwo skończyć się międzynarodowym skandalem i oskarżeniami Polski o złamanie umowy. Jan Henryk Żychoń, szef Ekspozytury nr 3 w Bydgoszczy, zdecydował się jednak podjąć ryzyko. Z początkiem 1930 r. rozpoczęto przygotowania do akcji przechwytywania tajnej niemieckiej korespondencji.

Po rozpoznaniu niemieckich zabezpieczeń i skompletowaniu grup operacje przybrały rutynowy charakter. W umówionym miejscu pociąg zwalniał, wtedy wsiadała do niego ekipa złożona z kasiarzy i żołnierzy „Dwójki”. Podczas jazdy wstępnie przeglądano zawartość worków, kas pancernych i skrzyń, a interesujący materiał był wyrzucany w miejscu, gdzie czekał łącznik z samochodem. Materiały były wiezione do wynajętego w pobliżu domu i tam kopiowane. Zwykle następnej nocy podrzucano je z powrotem do pociągu.

Wadą systemu była zupełna przypadkowość. Przez Pomorze przejeżdżało każdej doby od czterech do sześciu niemieckich pociągów z wagonami pocztowymi, a do tego jeszcze dwa pociągi pocztowe. Nie sposób było więc choćby pobieżnie przejrzeć całej korespondencji. Żychoń nie dysponował też agenturalną wiedzą o szczególnie ważnych przesyłkach. Mimo tego systematyczna kontrola niemieckiej poczty przynosiła zaskakująco dobre rezultaty. Zdarzało się, że z akcji „Wózek” –bo taki kryptonim nadano jej w 1936 r. – pochodziło ponad 60 proc. wszystkich informacji wywiadowczych z Niemiec.

Nabrało to szczególnego znaczenia po wpadce siatki Jerzego Sosnowskiego w Berlinie w lutym 1934 r., kiedy ustał dopływ niezwykle istotnych informacji z agenturalnego wywiadu głębokiego. Kiedy od 1938 r. narastały trudności z dekodowaniem informacji z „Enigmy”, operacja „Wózek” często była podstawowym źródłem informacji o niemieckich siłach zbrojnych. Przy tym była tania. Jej koszt wynosił ok. 1 tys. zł miesięcznie. Na prometejskie operacje Referatu Wschód wydawano 10 razy więcej.

Pozyskiwano nie tylko kopie dokumentów. W pociągach przewożono też nowe modele uzbrojenia. Ludzie Żychonia czasem kradli je w celu poddania dokładnym badaniom. Niemcy dwukrotnie – w latach 1932 i 1935 – uzyskali dowody na przejmowanie przesyłek przez Polaków, ale potraktowali to jako incydentalne wypadki. Awansowany w 1936 r. na majora Żychoń potrafił zapewnić doskonałe działanie systemu, koordynując prace wykonywane przez jego podwładnych z wywiadu, kolejarzy, kasiarzy, fotografów i fałszerzy dokumentów. Jeszcze trudniejsze było utrzymanie całego przedsięwzięcia w tajemnicy przed bardzo aktywną na tym obszarze Abwehrą. Ta o całej akcji dowiedziała się dopiero z dokumentów „Dwójki”, niefrasobliwie pozostawionych po wybuchu wojny w Forcie Legionów.


Szczególnego znaczenia akcja „Wózek” nabrała przed wybuchem drugiej wojny światowej. W Prusach Wschodnich stacjonowały trzy dywizje piechoty i brygada kawalerii. Z dokumentów finansowych i logistycznych przesyłanych pocztą można było odtworzyć mobilizacyjne przygotowania tych jednostek do zbliżającego się konfliktu. W tym okresie Niemcy mniej rygorystycznie traktowali też zakaz przesyłania tą drogą dokumentów stricte operacyjnych. Ekspozytura nr 3 potrafiła uzyskać dokładne informacje o koncentracji niemieckich jednostek przygotowujących się do ataku z Pomorza i Prus Wschodnich. 31 sierpnia Żychoń osobiście poinformował Komisariat Generalny w Gdańsku, że atak na Westerplatte nastąpi w ciągu 24 godzin.

Pancerny „Piłsudczyk”

Kim był człowiek, który dowodził tą brawurową akcją? Pochodzący z podkrakowskiej Skawiny Żychoń w wieku 12 lat uciekł do Legionów. Za młody, żeby zostać żołnierzem, zaczepił się, pomagając legionistom w wydawaniu umundurowania i sprzętu. W listopadzie 1918 r. przyjęto go w końcu do wojska. Został dowódcą plutonu w pociągu pancernym „Piłsudczyk”, w którego zdobyciu brał zresztą wcześniej udział. Podczas wojny z bolszewikami służył w wywiadzie, a w 1921 r. został skierowany do grupy Wawelberg – pierwszego polskiego oddziału specjalnego. W jej składzie brał udział w wysadzeniu siedmiu mostów kolejowych na Odrze, łączących Śląsk z resztą Niemiec na początku III powstania śląskiego. Wiosną 1928 r. został szefem ekspozytury Oddziału II w newralgicznym punkcie – Gdańsku.

Czytaj też:
Mit szarży na czołgi. Polscy ułani mieli inny sposób na Niemców

Wolne Miasto było prawdziwym bękartem traktatu wersalskiego. W Gdańsku krzyżowały się wpływy polskie i niemieckie, swoje interesy mieli tu Francuzi i Brytyjczycy. Intensywnie pracowały służby sowieckie. W dodatku gdańskie prawo nie zabraniało prowadzenia działalności szpiegowskiej.

Mogłoby się wydawać, że to miejsce idealne do szpiegowania przeciwnika. Jednak zawiły system podziału kompetencji w mieście i niemiecka przewaga sprawiały, że trudno było zachować zasady konspiracji. Prawdziwa funkcja Żychonia – oficjalnie pracownika Komisariatu Generalnego RP – szybko stała się tajemnicą poliszynela. Oficer był nieustannie śledzony przez niemiecki kontrwywiad. Dziennikarze czatowali pod jego domem, szukając sensacji i próbując go ośmieszyć. Żychoń odpłacał pięknym za nadobne. Chodził po ulicach w znienawidzonym przez gdańskich Niemców polskim mundurze. Opłacona przez niego orkiestra dęta grała „Mazurka” Dąbrowskiego przed prezydium policji. Prowadził też bujne życie towarzyskie jako przykrywkę pracy wywiadowczej.

Szybko mógł się pochwalić doskonałymi wynikami. Stał się tak niebezpieczny, że szef gdańskiej Abwehry Oscar Reile zaplanował jego porwanie. Posłużył się w tym celu gdańską pięknością – Czesławą Bociańską – która miała odurzyć polskiego oficera i wydać w ręce Niemców. Akcja skończyła się przewerbowaniem kobiety przez Żychonia.

Prowadzenie pracy w takich warunkach było bardzo skomplikowane. Dlatego z inspiracji Żychonia w 1930 r. powstała Ekspozytura nr 3 w Bydgoszczy. Placówka pod jego kierownictwem szybko zaczęła osiągać znaczące wyniki. Zbierała najwięcej informacji z zachodniego obszaru zainteresowania Oddziału II. Sukcesy Żychonia wywoływały zawiść jego kolegów, zwłaszcza z Referatu Wschód, nieustannie rozgrywanych przez sowieckie służby. Nie mogąc zarzucić mu porażek, czepiali się jego rzekomego pijaństwa i kobieciarstwa.

W 1939 r. mjr Żychoń nie miał zamiaru czekać z założonymi rękami na Niemców. Przed wybuchem wojny zniszczył podręczną dokumentację ekspozytury. Agenci Abwehry, którzy weszli tam zaraz po zajęciu Bydgoszczy, znaleźli tylko bezwartościowe materiały – głównie niemieckie książki telefoniczne. Na biurku w kancelarii Żychonia leżała jego wizytówka z odręcznym dopiskiem „Götz von Berlichingen” – wspomnieniem bohatera z czasów niemieckich wojen chłopskich, którego ulubionym powiedzeniem było „Pocałujcie mnie w tyłek”.

Major przedostał się do Francji i od razu stał się podejrzany dla sikorszczaków. Protekcji udzielił mu adm. Darlan, który miał nadzieję na przejęcie polskiej agentury w Kriegsmarine. Dzięki niemu Żychoń zaczepił się w polskiej placówce wywiadowczej przy francuskiej admiralicji. Po klęsce Francji, dzięki pomocy Brytyjczyków, został szefem Wydziału Wywiadowczego Oddziału II Sztabu Naczelnego Wodza.

Czytaj też:
Operacja „Wiosenne Słońce”. Tak miała upaść Polska

Po śmierci gen. Sikorskiego w lipcu 1943 r. kpt. Jerzy Niezbrzycki – przed wojną pracownik Referatu Wschód –wraz z dwoma innymi oficerami wysunął przeciwko Żychoniowi oskarżenia o współpracę z Niemcami. Według nich, akcja „Wózek” miała być drugim – obok siatki Sosnowskiego – kanałem dezinformacji polskiego wywiadu przez Abwehrę. Rozpoznanie koncentracji Wehrmachtu przez bydgoską ekspozyturę przed atakiem na Polskę miało być elementem budowania pozycji majora jako podwójnego agenta. Nawiasem mówiąc, Referat Wschód nie potrafił rozpoznać koncentracji jednostek Armii Czerwonej nad wschodnią granicą Polski we wrześniu 1939 r., o czym donosił chociażby wywiad KOP. Oficerowie nie mieli żadnych dowodów na swoje twierdzenia, a sąd wojskowy, przed którego oblicze trafiła sprawa, oczyścił Żychonia z zarzutów, dodatkowo skazując delatorów za oszczerstwo.

Niezbrzycki miał jednak duże ambicje i duże wpływy w naczelnym dowództwie. Żychoń uznał, że nie może dłużej pracować w takiej atmosferze, i poprosił o skierowanie do Polski jako cichociemnego. Nikt jednak nie chciał ryzykować wysłania w taką misję człowieka z archiwum wywiadu w głowie. W końcu, w lutym 1944 r., zostaje skierowany do 5. Kresowej Dywizji Piechoty jako zastępca dowódcy 13. Wileńskiego Batalionu Strzelców. 17 maja został ciężko ranny w bitwie pod Monte Cassino i umiera następnego dnia. Jego ostatnimi słowami były „Za Polskę i dla Polski”.

Nawet po śmierci przeciwnicy nie dali mu spokoju. Zażądano jego ekshumacji, żeby sprawdzić, czy nie uciekł do Niemców. Jeszcze w 1945 r. skazany za oszczerstwo wobec Żychonia mjr Nowiński żądał od prezydenta Raczkiewicza wznowienia sprawy zdrady majora. Po powrocie do Polski wspierał PRL-owskie władze w oczernianiu „Dwójki” i sanacji. Wystąpił jako świadek oskarżenia w procesie Adama Doboszyńskiego, a nawet próbował zrzucić na Żychonia część odpowiedzialności za wydarzenia bydgoskiej krwawej niedzieli.

W 2017 r. nazwa bydgoskiej ulicy im. Oskara Langego – agenta GRU, który razem z Bolesławem Gebertem szpiegował w USA – została zdekomunizowana i otrzymała imię mjr. Żychonia. Wywołało to ostry protest lokalnego dodatku „Gazety Wyborczej”, podpierającej się opiniami historyków, niezajmujących się dotychczas głębiej sprawami przedwojennego wywiadu. Uzasadnieniem znowu były nigdy niepotwierdzone oskarżenia Niezbrzyckiego i jego kompanów.

Okładka miesięcznika Historia Do Rzeczy: 2/2020
Artykuł został opublikowany w 2/2020 wydaniu miesięcznika „Historia Do Rzeczy”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 16