Wbrew propagandzie PRL. Tak Wyklęci walczyli z bandytyzmem

Wbrew propagandzie PRL. Tak Wyklęci walczyli z bandytyzmem

Narada dowódców patroli oddziału kpt. „Uskoka” (1948 r.)
Narada dowódców patroli oddziału kpt. „Uskoka” (1948 r.) / Źródło: Materiały wydawnictwa Fronda
Dodano 29
Propaganda komunistyczna przedstawiała powojenne podziemie jako element przestępczy próbujący za wszelką cenę nie dopuścić do odbudowy wyniszczonego kraju. O bandyceniu się podziemia jako całości nie było mowy, tak samo jak o większej skłonności do tolerowania samowoli przez dowódców w podziemiu antykomunistycznym niż w tym antyniemieckim.

Poniższy tekst jest fragmentem książki Stanisława Płużańskiego pt. „Mróz, głód i wszy. Życie codzienne Wyklętych” (Wyd. Fronda)

Mimo oczywistych przekłamań w tej kwestii trzeba dostrzec typowe dla wszystkich formacji wojskowych, a tym bardziej dla jednostek ochotniczych i partyzanckich, przykłady demoralizacji i przekraczania norm moralnych przez pojedynczych żołnierzy lub poszczególne pododdziały. Ryzyko zbandycenia aktualnych i byłych żołnierzy podziemia było większe niż w przypadku wojska czy organizacji paramilitarnych działających w warunkach normalnego państwa. „Partyzanta od bandyty dzieli tylko jeden krok”– uważał Olgierd Christa.

Pamiętać należy, że działania podejmowane przez organizacje konspiracyjne są utajnione zarówno przed obserwatorami zewnętrznymi, jak i przed większością własnych członków. Podyktowane jest to względami bezpieczeństwa i zmniejszaniem ryzyka dekonspiracji. Zagrożenie upadku dyscypliny w powojennym podziemiu w swojej książce opisał Rafał Wnuk: „Rodzący postawę pogardy dla życia codzienny kontakt z przemocą i śmiercią, łatwy dostęp do broni i uniemożliwiona warunkami konspiracyjnymi dostateczna kontrola nad żołnierzami sprawiały, że wielu partyzantów stawało się przestępcami. Niekiedy dotyczyło to całych oddziałów AK. (…) Jednym z ważniejszych zadań oddziałów zbrojnych i bojówek podziemia była likwidacja bandytyzmu. Choć podjęte wiosną 1945 r. działania w dużym stopniu osłabiły przestępczą aktywność, to walka z bandytyzmem, także we własnych szeregach, trwała do końca istnienia zorganizowanego podziemia. Świadczą o tym liczne wyroki śmierci na pospolitych przestępcach, jak i oskarżonych o bandytyzm członkach AK-DSZ-WiN wykonane w latach 1945-1946”.

Okładka książki

Problemy z niesubordynacją z czasem dotykały w mniejszym lub większym stopniu praktycznie każdy oddział partyzancki. Im dłużej oddział leśny istniał, tym bardziej te problemy się ujawniały. Od charyzmy dowódcy zależało, czy był w stanie opanować te tendencje. „Wojna jest rzeczą straszną i brudną. Nie ma samych bohaterów i samych kanalii. Jest bardzo, bardzo różnie. Tylko u nas mogły się zdarzać jakieś niezbyt chwalebne incydenty. Natomiast u innych były one regułą. Myślę tu o grupach komunistycznych” – stwierdził Tadeusz Michalski.

Problem z oceną

Pod koniec wojny niektórzy dowódcy AK zdawali sobie sprawę z groźby rozprzestrzenienia się bandytyzmu wśród żołnierzy. W książce Andrzeja Przemyskiego opisującego życie gen. Leopolda Okulickiego znajduje się wiele mówiący rozkaz z 18 stycznia 1945 roku wydany przez komendanta okręgu AK Kraków Przemysława Nakoniecznego do komendantów obwodów: „Zwrócić uwagę na skrupulatne odebranie, zakonserwowanie i zamelinowanie broni i sprzętu. Broń nie może pozostać w rękach pojedynczych żołnierzy AK ze względu na możliwość nieodróżniania żoł[nierzy] powstania od bandytyzmu”.

Niektóre działania powojennego podziemia trudno oceniać. Jak bowiem traktować akcję, w wyniku której ukrywająca się na własną rękę grupa złożona z byłych AK-owców dokonała napadu na państwowy sklep celem zdobycia artykułów niezbędnych do przeżycia? Taki czyn jedni potraktują jako działalność bandycką, inni jako moralnie usprawiedliwione działanie. Istotna jest tu ocena Polski Ludowej. Jednak kluczowe przy ocenie powojennych wydarzeń muszą być motywy działań danej jednostki bądź grupy. Jeśli za danym czynem stała chęć wzbogacenia się, uzyskania dóbr materialnych lub osobistych korzyści bądź zaspokojenia innego rodzaju potrzeb, należy mówić o czynie bandyckim. Dodatkowo takie działanie powinno być też całkowicie dobrowolne i oddolne. Natomiast działania podjęte z polecenia przełożonego, a przede wszystkim dyktowane wyższymi pobudkami, jak dobro ogółu, lub działanie na rzecz oddziału nie mogą być traktowane tak samo.

Grupa sztabowa zgrupowania „Ognia” nad Przełączą Borek w Gorcach latem 1946 r

Jednocześnie należy podkreślić, że rozkazy również podlegają ocenie. Mogą być złe i w takim wypadku obciążają zarówno dowódcę, jak i wykonawcę. Trudne do zaklasyfikowania mogą też być działania po 1947 roku, kiedy w większości przypadków de facto nie działały już większe struktury konspiracyjne, a poszczególne oddziały lub nawet jednostki były całkowicie samodzielne. Zdzisław Broński przekonywał, że odpowiedni dobór ludzi odpowiedzialnych za poszczególne jednostki sprawiał, że oddziały były w stanie zachować dyscyplinę mimo coraz większej swobody działania. Brak dobrych dowódców natomiast określał jako anarchię i najniebezpieczniejszą rzecz dla oddziałów. Według niektórych żołnierzy to właśnie coraz większa samodzielność poszczególnych dowódców wpływała szczególnie negatywnie na dyscyplinę.


W wyniku ciągłych obław i aresztowań komunikacja pomiędzy poszczególnymi oddziałami była coraz gorsza, a co za tym idzie, dowódcy mieli coraz mniejszy wpływ na podległe im grupy. O tym, że partyzantka bez dobrego dowództwa łatwo ulega demoralizacji, pisał sam „Łupaszka”. W meldunku do komendanta białostockiego AK już w sierpniu 1944 roku ostrzegał: „Na terenach zajętych przez bolszewików jest ogłoszona mobilizacja. Poborowi Polacy ze wsi samorzutnie biorą broń i idą do lasu. Liczą oni na opiekę i poparcie polskiej organizacji i AK. Ludzie ci pozbawieni fachowego dowództwa i odpowiedniego kierunku w prędkim czasie mogą przerodzić się w luźne bandy rabunkowe. Czy należy tych ludzi organizować?”.

Niebezpieczeństwo rozluźnienia

Tadeusz Michalski, spytany o przyczyny spadku dyscypliny wśród niektórych oddziałów, odpowiedział: „To się zdarzać mogło, ale to jest kwestia dowódcy, utrzymywanie dyscypliny. (…) Byli dowódcy cieszący się autorytetem: »Ponury«, »Zapora«, »Łupaszka« i jeszcze wielu innych. No ale byli też tacy, wie pan... wojna demoralizuje. To nie jest tak pięknie jak w piosence”. Zagrożone demoralizacją były jednostki, które przez dłuższy czas pozostawały bez nadzoru swojego przełożonego. Po rozdzieleniu przez „Uskoka” oddziału na zimę, pod nieobecność dowódcy, żołnierze, zdaniem Jana Jabłońca, robili to, na co tylko mieli ochotę. Zdzisław Broński nie był w stanie kontrolować wszystkich podwładnych, zwłaszcza że był ranny.

Wówczas objawiły się wszelkie możliwe problemy: alkohol, grabieże, niesubordynacja. Na przykład w maju 1947 roku jeden z żołnierzy „Uskoka” z niewyjaśnionych przyczyn zabił 10 cywilów, po czym zniknął. Oddział „Zenita” powstał latem 1946 roku w wyniku tarć między członkami oddziału wypadowego AK „Grom” Stanisława Piszczka ps. „Okrzeja” i jego stopniowej dezintegracji. Jesienią 1946 roku jednostka dowodzona przez Andrzeja Szczyptę w chwili utraty łączności z „Salwą” uległa rozprzężeniu i straciła wojskową dyscyplinę. Jednemu z członków oddziału „Zenita”, Janowi Widełce ps. „Czarny”, Dubaniowski zarzucał niezrównoważenie, niewykonywanie rozkazów i działanie na swój własny pożytek. Oddział Szczypty po odejściu części żołnierzy, w tym m.in. Józefa Oleksiewicza do „Salwy”, w celu ratowania sytuacji podporządkował się „Ogniowi”. Natomiast jednym z trudniejszych momentów dla 5 Wileńskiej Brygady był przełom z 1946 na 1947 rok z powodów mocnego ograniczenia kontaktu z dowódcą i zimy, podczas której trudno było wśród zmęczonych i zagonionych żołnierzy o żelazną dyscyplinę.

Żołnierze oddziału „Groźnego” jesienią 1945 r.

Rozluźnienie, które zapanowało w samodzielnie działającym patrolu Kazimierza Szuligowskiego ps. „Tygrys” z 6 Brygady Wileńskiej, doprowadziło do jego upadku. W styczniu 1947 roku grupa, zamiast kontynuować marsz, zatrzymała się we wsi Gumowo. Tam część ludzi wraz z dowódcą udała się na wesele, gdzie zostali rozbrojeni przez znajdującą się na miejscu bezpiekę.

Na Lubelszczyźnie po odejściu „Zapory” wśród podległych mu do niedawna oddziałów w większości przypadków nastąpił całkowity upadek dyscypliny. Jest to jedna z przyczyn, dla których ludzie, którzy zamierzali kontynuować walkę, opuszczali oddziały. Trzeba pamiętać także o innym problemie. O ile na początku powojennej walki duża część kadry dowódczej miała za sobą przedwojenne przeszkolenie wojskowe, później w wyniku strat osobowych w coraz większym stopniu zastępowali ich młodsi partyzanci posiadający co prawda duże doświadczenie w walce, jednak bez fachowego warsztatu.

Nasycenie bronią

Zdarzały się skrajne sytuacje, że oddziały w wyniku demoralizacji przeradzały się w bandy rabunkowe, co potwierdzali sami partyzanci. Marian Pawełczak przyznał, że część podziemia po ujawnieniu się była zmuszona do przeprowadzania napadów, aby przetrwać: „Po amnestii w 1945 roku podobno niektórzy z tych, co się ujawnili, nie mogli później normalnie żyć i przebywać w domu. Paru z nich zdobywało środki do życia poprzez obrabowanie jakiejś spółdzielni. Ale to było działanie dla przeżycia, to się wiązało z walką i z tym odsunięciem nas od normalnych spraw życiowych. To nie było nagminne. Bandytyzm był, bo teren był nasycony bronią i powstały przez to różne bandy”.

Jednocześnie podkreślał, że mało było jakichkolwiek wypadków bandytyzmu wśród zaporczyków m.in. dzięki odpowiedniej edukacji żołnierzy w poszczególnych patrolach. „Młot” pisał w kronice swojego oddziału, że w wyniku śledztwa dotyczącego rozbojów w okolicy „okazało się, że jest to zorganizowana banda dawnego NSZ, która popełniła szereg napaści na mienie prywatne, rabując sklepy prywatne, świnie itp”. Istotny jest fakt, że 5 i 6 Wileńska Brygada były wówczas silnie skonfliktowane z podziemiem narodowym. Możliwe, że gdyby nie to, przeszłość konspiracyjna tej „bandy” nie byłaby tak eksponowana. Jan Dubaniowski stwierdził jesienią 1945 roku, że działalność oddziału Andrzeja Szczypty w pewnym momencie nie miała już wiele wspólnego z partyzantką. Jednocześnie zarzucał zastępcy „Zenita”, Janowi Widełce ps. „Czarny”, niezrównoważenie, niewykonywanie rozkazów i działanie na swój pożytek. Istotny jest tutaj również fakt, że „Czarny” został później informatorem UB. Do tragicznej sytuacji doszło w 6 Wileńskiej Brygadzie, gdzie dowódca oddziału Władysław Łukasiuk ps. „Młot” został zastrzelony przez swojego żołnierza, najprawdopodobniej w odwecie za wykonanie wyroku na jego bracie. Oddział mimo to już pod dowództwem Kazimierza Kamieńskiego ps. „Huzar” kontynuował walkę z komunistyczną władzą.

(...)

Śródtytuły pochodzą od redakcji Dorzeczy.pl

 29