Akcja Panienka. Jak akowcy zabili potwora z Dworca Zachodniego

Akcja Panienka. Jak akowcy zabili potwora z Dworca Zachodniego

Dworzec Zachodni w Warszawie podczas niemieckiej okupacji.
Dworzec Zachodni w Warszawie podczas niemieckiej okupacji. / Źródło: Wikimedia Commons / Bild 101I-695-0423-28 / Leher / CC-BY-SA 3.0
Dodano 6
4 marca 1944 r. „Kolegium A” warszawskiego Kedywu zabiło feldfebla Karla Schmalza, wyjątkowo sadystycznego szefa ochrony kolei na Dworcu Zachodnim.

– Niedaleko dworca stały wagony z węglem. Kobiety z dziećmi zrzucały ten węgiel i ładowały go do worków. Bardzo się pilnowały, żeby Niemcy ich nie złapali. Schmalz – żeby nie dać się zauważyć – nakładał na siebie kobiece palto, na głowę chustkę i podchodził do tych kobiet i dzieci ze schowanym za pazuchą pistoletem maszynowym. Zabił w ten sposób wiele osób – mówił w rozmowie z „Historią Do Rzeczy” Stanisław Likiernik ps. Stach (1923-2018), w czasie wojny podporucznik elitarnej jednostki „Kolegium A” warszawskiego Kedywu.

Z uwagi na swoją mało męską aparycję Schmalz znany był wśród Polaków jako „Panienka”. Podziemie skazało go na śmierć. „Kolegium A” miało się zająć wykonaniem wyroku. „Panienka”, wraz z innymi bahnschutzami (strażnikami kolejowymi), „pracował” na posterunku mieszczącym się między torami. Budynek otoczony był drutem kolczastym. – Rzadko stamtąd wychodził. Wiedział, że na niego polujemy, dlatego trudno go było zlikwidować – opowiadał „Stach”.

Radość pasażerów

Plan był następujący: dwóch polskich żołnierzy miało przebrać się w niemieckie mundury i udawać, że prowadzi złodzieja do budynku bahnschutzów. Dla realizmu umówili się, że koledze, który odgrywał rolę przestępcy, będą dawali kopniaki. – Po wszystkim miał do nich pretensje, że kopniaki były zbyt realistyczne – mówił Stanisław Likiernik.

Stanisław Likiernik

Reszta grupy zaatakowała posterunek od drugiej strony. W akcji brał też udział dowódca plutonu „Stacha” Stasinek Sosabowski, syn słynnego generała z 1. Samodzielnej Brygady Spadochronowej.

– Przecięliśmy druty i wpadliśmy od tyłu. „Panienka” już leżał na ziemi. Przede mną wyrósł nagle jakiś bahnschutz. Miałem w ręku parabellum, więc pociągnąłem za spust. Niemiec padł – opowiadał Stanisław Likiernik. – Potem byłem zajęty zbieraniem broni. Do zabrania z posterunku było około 10 karabinów. Pamiętam, jak biegłem przez tory z tymi z karabinami na ramionach, a ludzie z przejeżdżających pociągów krzyczeli: „Hurra!”.

Fatalny błąd

Polacy – oprócz „Panienki” – zabili też kilku innych znajdujących się w budynku Niemców w mundurach bahnschutzu. Żołnierze Kedywu popełnili przy tym jeden błąd. Nie zlikwidowali Niemca, który przebywał na posterunku w cywilnym ubraniu. On też okazał się bahnschutzem.

Czytaj też:
Wrześniowe mordy. Te zbrodnie na Polakach burzą „mit czystego Wehrmachtu”

Po zakończonej akcji cała grupa załadowała się na ciężarówkę i odjechała na Żoliborz bez żadnego planu na odwrót, żeby – jak wyjaśniał Stanisław Likiernik – „nie zapeszyć”. Sukces żołnierze świętowali u Kazimierza Jakubowskiego, organizatora akcji, który obchodził tego dnia imieniny.

– Niemiec, którego oszczędziliśmy, kilka dni później rozpoznał w tramwaju Kazika i przekazał tę informację swoim. Kazik został aresztowany i zabity... – mówił „Stach”.

/ Źródło: Historia Do Rzeczy
 6