„To była istna rzeź”. Jak Pentagon zamiatał pod dywan wymordowanie wioski

„To była istna rzeź”. Jak Pentagon zamiatał pod dywan wymordowanie wioski

Cywilne ofiary amerykańskiego ataku na wioskę My Lai. Zdjęcie wykonane przez Ronalda L. Haeberle, fotografa US Army.
Cywilne ofiary amerykańskiego ataku na wioskę My Lai. Zdjęcie wykonane przez Ronalda L. Haeberle, fotografa US Army. / Źródło: Wikimedia Commons
Dodano 22
50 lat temu, 31 marca 1971 roku, zapadł wyrok w głośnej sprawie por. Williama Calley’a, który brał udział w masakrze wietnamskich cywilów w wiosce My Lai.

„To była istna rzeź. Starsze osoby dźgano bagnetami po całym ciele. Kobiety i dzieci były zabijane strzałami w tył głowy. Stałem jak sparaliżowany i nie mogłem nic zrobić. Bałem się, że sam zginę, jeżeli się przeciwstawię” - zeznawał podczas procesu Calley’a jeden z jego podkomendnych.

Calley jako jedyny z 26 oskarżonych żołnierzy został skazany w tej sprawie. Sąd wojskowy wymierzył mu karę dożywotniego pozbawienia wolności za zabicie 22 cywilnych mieszkańców My Lai. W sumie ofiar amerykańskiej zbrodni było jednak znacznie więcej. Sam Pentagon oficjalnie stwierdził, że amerykańscy żołnierze zamordowali 347 mieszkańców wioski. Wietnamczycy doliczyli się aż 504 zamordowanych.

Zdjęcie niezidentyfikowanej ofiary wrzuconej do studni wykonane w My Lai przez fotografa US Army

Calley dowodził jednym z plutonów kompanii „Charlie” z 23 Dywizji Piechoty US Army. Jego ludzie pojawili się w My Lai rankiem 16 marca 1968 roku. W trakcie procesu obrona próbowała tłumaczyć zbrodnię wzburzeniem żołnierzy wysokimi stratami, jakie w poprzednich dniach ponieśli w tym rejonie Amerykanie z rąk partyzantów Wietkongu.

Ani jednego partyzanta

To, co działo się tamtego dnia w My Lai trudno jednak określić inaczej jak tylko szał zabijania. Amerykanie mordowali wszystkich bez wyjątku – również dzieci, kobiety i starców. Kobiety były gwałcone zbiorowo, zdarzały się również przypadki torturowania ofiar. W całej wiosce Amerykanie nie znaleźli ani jednego partyzanta, odkryli jedynie trzy sztuki broni.

W samym środku tej krwawej orgii nad wioską pojawił się helikopter pilotowany przez Hugh Thompsona. Była to misja zwiadowcza. Thompson nie mógł uwierzyć, w to, co widział na ziemi. Na jego oczach amerykańscy żołnierze mordowali bezbronnych wieśniaków i podpalali ich chaty. Zdecydował się więc wylądować i powstrzymać rzeź. Na ziemi, wraz z dwoma innymi członkami załogi swojej maszyny, zagroził bronią grupie pałających żądzą mordu żołnierzy, by przestali zabijać bezbronnych cywilów. Thompson wspominał potem, że por. William Calley powtarzał w kółko: „Ja tylko wykonuję rozkazy”.

Śmigłowce US Navy podczas wojny w Wietnamie, 1966 r.

Thompson wezwał na miejsce dwa większe helikoptery, które ewakuowały kilkunastu rannych mieszkańców My Lai. Sam zabrał do bazy ranną 5-letnią dziewczynkę. Po powrocie pilot helikoptera złożył swoim przełożonym obszerny raport, domagając się wszczęcia śledztwa. Amerykańska armia początkowo zamiotła jednak całą sprawę pod dywan, zaniżając liczbę ofiar do kilkudziesięciu i stwierdzając, że takie straty wśród ludności cywilnej nie przekraczają dopuszczalnego poziomu.

W nagłośnieniu zbrodni w My Lai kluczowy był upór dwóch osób. Pierwszą z nich był Ronald Ridenhour, weteran US Army, który służył w tamtym czasie w Wietnamie jako strzelec pokładowy. Ridenhour usłyszał plotki o masakrze i sam postanowił zbadać tę sprawę. Po powrocie do USA postanowił zainteresować zebranym materiałem dowodowym najważniejsze osoby w państwie.


„Jeśli tak jak ja szczerze wierzycie w zasady sprawiedliwości i równości każdego, choćby najskromniejszego człowieka w obliczu prawa, które stanowią fundament, na którym zbudowano nasz kraj, musimy naciskać na szeroko zakrojone, publiczne śledztwo” – alarmował Ridenhour w liście, który wysłał do najważniejszych amerykańskich instytucji. „Czuję, że muszę podjąć jakieś zdecydowane działania w tej sprawie. Mam nadzieję, że natychmiast rozpoczniecie śledztwo i będziecie mnie informować o jego postępach. Jeżeli nie możecie, to nie wiem, jak inaczej mam postąpić”. List spotkał się z zainteresowaniem kilku czołowych kongresmenów, którzy zaczęli naciskać na armię, by wyjaśniła tę sprawę.

Drugą kluczową osobą dla ujawnienia prawdy na temat My Lai był dziennikarz śledczy Seymour Hersh, który pisał o tej sprawie teksty, a także dotarł do zdjęć wykonany tego dnia w wiosce przez fotografa US Army. Henry Kissinger, doradca ds. bezpieczeństwa narodowego USA, przyznał, że były to kluczowe materiały: „Zdjęcia przedstawiały oczywistą zbrodnię wojenną i były zbyt szokujące, aby można było sprawę zatuszować”.

„I niemowlęta”

Wobec nacisku opinii publicznej, armia musiała raz jeszcze wrócić do zbrodni w My Lai. Na jaw zaczęły wychodzić coraz bardziej szokujące szczegóły tej sprawy. Mord w My Lai spowodował tąpnięcie w poparciu amerykańskiego społeczeństwa dla interwencji w Wietnamie.

Żołnierz US Army palący zabudowania w My Lai..

Wyjątkowo szerokim echem odbił się w mediach wywiad, którego – nie wiedzieć czemu – udzielił Mike’owi Wallace’owi z CBS Paul Meadlo, jeden z żołnierzy kompanii „Charlie”. Nie był on w stanie stwierdzić, ile dokładnie osób zamordował tamtego dnia w My Lai.

- Mogłem zabić dziesięciu, może piętnastu – przyznał Meadlo.

- Mężczyzn, kobiet i dzieci? - dopytał Wallace.

- Mężczyzn, kobiet i dzieci.

- I niemowlęta?

- I niemowlęta.

Calley, jedyny skazany w tej sprawie, został w niedługim czasie potraktowany w wyjątkowy sposób. Interwencja amerykańskiego prezydenta skończyła się znaczącym złagodzeniem kary. Jego dożywotni wyrok został zamieniony na 3,5 roku... aresztu domowego.

Calley przez lata milczał na temat zbrodni w My Lai. Dopiero w 2009 roku zdecydował się na rozmowę z mediami: „Nie ma dnia, w którym nie czułbym wyrzutów sumienia za to, co się stało. Jest mi bardzo przykro…”. Jak jednak dodał: „Byłem porucznikiem dostającym rozkazy od swego dowódcy i wykonywałem je – niemądrze, jak myślę”.

/ Źródło: The New York Times, The Washington Post, Britannica
 22