Operacja Polska NKWD 1937 r. Sowiecka rzeź Polaków

Operacja Polska NKWD 1937 r. Sowiecka rzeź Polaków

Ekipa egzekutorów NKWD w Dowbyszu. Noszone przez nich zegarki są nagrodą za gorliwe spełnianieroli katów
Ekipa egzekutorów NKWD w Dowbyszu. Noszone przez nich zegarki są nagrodą za gorliwe spełnianieroli katów / Źródło: Zbiory Tomasza Sommera
Dodano 2
W czasie II wojny światowej Stalin i Jeżow wymordowali 200 tys. Polaków. Mimo gigantycznej skali tej rzezi – zabito 10-krotnie więcej osób niż w trakcie zbrodni katyńskiej – w Polsce właściwie się o niej nie mówi. Operacja Polska NKWD nie przebiła się do masowej świadomości Polaków.

Śledczy Władimir Driekow: Kto z wami wsiadł do samochodu, kiedy wysłano was 1 września 1937 r. z gmachu urzędu NKWD?
Skazany Michał Jodko: Na prawej ławce siedział tylko jeden aresztowany starzec z brodą. Po mnie przyprowadzili starszego ogolonego mężczyznę. Potem przyszedł aresztowany Olszewski.
Śledczy: W jakiej kolejności i kogo wyprowadzili na miejscu przybycia?
Skazany: Pierwszy wyszedł starzec. Drugiego po nazwisku wywołali mnie. Z zewnątrz słyszałem krzyki: „Dawajcie następnego!”.
Śledczy: Kiedy podeszliście do mogiły, widzieliście, ilu tam jest rozstrzelanych?
Skazany: Złapało mnie dwóch pracowników NKWD. Ilu leżało rozstrzelanych w jamie – nie jestem w stanie powiedzieć.
Śledczy: Ile otrzymaliście ran i ile wystrzałów usłyszeliście?
Skazany: Zraniony zostałem raz, w prawą stronę potylicy, nieco powyżej szyi. Wystrzałów nie słyszałem. Usłyszałem tylko dzwon w uszach, w oczach przeleciały mi błyskawice i straciłem przytomność.
Śledczy: W jaki sposób wydostaliście się z jamy?
Skazany: Kiedy się ocknąłem, przypomniałem sobie, co się ze mną działo. Poruszyłem rękami, były związane. W jamie było ciemno. Słyszałem kapiącą z mojej rany krew. Nogami namacałem w jamie jakiegoś rozstrzelanego. Stanąłem na nim i podnosząc się, zaczepiłem łokciami za krawędź jamy. Obróciłem się na brzuch i wydostałem się z jamy. Znalazłem się na drodze, szedłem jakiś czas. Za pomocą sęku w drzewie rozwiązałem linę. W najbliższym strumieniu umyłem się, wyprałem koszulę, zszyłem za pomocą małego gwoździka rozerwane spodnie. Wtedy lunął rzęsisty deszcz. Poszedłem do budynku, który budowali kołchoźnicy. Poprosiłem o zapałki, zapaliłem i usiadłem. Oni zaczęli mnie pytać, kim jestem, skąd i dlaczego mam krew. Wyjaśniłem, że wypadłem z wagonika, ale oni nie uwierzyli i zażądali dokumentów. Zostałem dostarczony z powrotem tutaj do urzędu NKWD.


Powyższy dokument to protokół przesłuchania przeprowadzonego w budynku NKWD w Aleksandrowsku 2 września 1937 r. Śledczy nazywał się Władimir Driekow, a skazany Michał Jodko. Dokument ten jest nie tylko wstrząsający, ale także wyjątkowy. Jodko przeżył bowiem własną śmierć. Niestety tylko za pierwszym razem. Nie ma bowiem wątpliwości, że po zbadaniu sprawy jego nieudanej egzekucji zbiry z NKWD dokończyły dzieła. Tym razem upewniając się, że ofiara nie wymknie się śmierci.

Rozkaz 00485 

Dlaczego Michał Jodko został zamordowany? Powód był tylko jeden – dlatego, że był Polakiem. Pochodzący ze Smoleńska Jodko był jedną z ofiar Operacji Polskiej NKWD, którą Tomasz Sommer w tytule swojej nowej znakomitej książki określa słusznie mianem „Operacji Antypolskiej”. Było to pierwsze ludobójstwo naszych rodaków, w którego ramach bolszewiccy kaci zamordowali z zimną krwią co najmniej 200 tys. ludzi.

Mimo gigantycznej skali tej rzezi – zabito 10-krotnie więcej osób niż w trakcie zbrodni katyńskiej – w Polsce właściwie się o niej nie mówi. Operacja Polska NKWD nie przebiła się do masowej świadomości Polaków. To bardzo charakterystyczne, że pierwsza monografia na temat tego ludobójstwa powstała dopiero w roku 2014, a więc 76 lat po tym tragicznym wydarzeniu!

„Operacja Antypolska” jest jednak nie tylko książką arcyważną, ale – co nie mniej znaczące – świetnie napisaną i opartą na olbrzymiej bazie źródłowej. Znalazło się w niej miejsce na dużą liczbę wstrząsających relacji i szokujących dokumentów. Gdyby redakcja „Historii Do Rzeczy” przyznawała tytuł Książki Roku, bez wątpienia w 2014 r. otrzymałaby go „Operacja Antypolska” Tomasza Sommera. Dawno nie napisano w Polsce nic tak przełomowego.

Rozkaz do przeprowadzenia Operacji Polskiej został wydany w Moskwie 11 sierpnia 1937 r. i nosił numer 00485. Szef NKWD Nikołaj Jeżow nakazywał w nim, aby na terenie całego Związku Sowieckiego podlegli mu funkcjonariusze rozbili konspiracyjną Polską Organizację Wojskową (POW), która zajmowała się sabotażem, dywersją i szpiegostwem na rzecz Rzeczypospolitej Polskiej. Dyrektywę tę zatwierdził osobiście Stalin.

W rzeczywistości jednak żadna POW nie istniała. Była wytworem chorej wyobraźni NKWD-zistów, a kryteria zawarte w rozkazie sprawiały, że na represje narażony był właściwie każdy z około 1,5 mln Polaków żyjących na terenie Sowietów. Kary przewidziano dwie. Albo rozstrzelanie, albo – dla „mniej groźnych” – wysłanie do łagru na 5–10 lat, co zresztą często na jedno wychodziło. Warunki panujące w sowieckich obozach były bowiem straszliwe.

Ze względu na olbrzymią skalę operacji zaniechano procedur prokuratorskich czy sądowych. Dla Polaków stworzono nowy tryb rozpatrywania spraw – tryb albumowy. Polegało to na tym, że lokalni szefowie NKWD mieli wpisywać nazwiska aresztowanych do specjalnego zeszytu, a obok zamieszczać krótki opis ich urojonych „zbrodni”. Grube zeszyty były przesyłane do Moskwy, gdzie automatycznie wpisywano wyroki. W 80 proc. była to kara śmierci.

Represje spadły również na członków rodzin zastrzelonych. Regulował to specjalny rozkaz Jeżowa numer 00486. Żony „zdrajców ojczyzny” miały otrzymywać po minimum pięć–osiem lat łagrów. „Niebezpieczne społecznie dzieci skazanych – głosił rozkaz – w zależności od wieku, stopnia niebezpieczeństwa i możliwości poprawy zostają uwięzione w obozach albo koloniach pracy NKWD lub w domach dziecka o specjalnym reżimie”.

Miejsc w sierocińcach jednak brakowało i w praktyce – po aresztowaniu rodziców – dzieci były pozostawiane same sobie. Często nawet kilkuletnie maluchy błąkały się po wsiach i dworcach kolejowych dopóty, dopóki nie zmarły z wycieńczenia. Podobny los spotkał starszych rodziców zamordowanych, których wypędzano z domów konfiskowanych przez państwo. Tych ofiar nikt oczywiście nie wpisywał do statystyk, co sprawia, że prawdziwa liczba ofiar Operacji Polskiej może być znacznie większa, niż się to przyjmuje.

Orgia mordów

Represje spadły na wszystkich Polaków. Zaczęło się od komunistów i NKWD-zistów polskiego pochodzenia – a więc „najbardziej niebezpiecznych wrogów, którzy przeniknęli do aparatu” – potem zabrano się za przedstawicieli wolnych zawodów, mieszkańców miast, a wreszcie zwykłych kołchoźników. W swoim apogeum Operacja Polska zaczęła przypominać amok, jakąś sadystyczną orgię. Na terenie Związku Sowieckiego urządzono regularne polowanie na Polaków.

Wyszukiwano ich w książkach telefonicznych (wystarczyło polsko brzmiące nazwisko), w kadrach zakładów pracy czy na listach lokatorów. W polskich miejscowościach przeprowadzano łapanki. Pewnego dnia NKWD aresztowało nawet całe redakcje wydawanych w Sowietach polskojęzycznych gazet. Wszyscy dziennikarze – choć przez lata uprawiali komunistyczną propagandę – zostali z miejsca rozstrzelani.

Wkrótce wszelkie podobne formalności przestały odgrywać jakąkolwiek rolę. Polaków mordowano na tak masową skalę, że nie przejmowano się aktami zgonu ani... wyrokami. Jeden z oprawców Grigorij Wiatkin ujawnił, że w szczytowym punkcie Operacji Polskiej czekiści łamali nawet zasady zbrodniczego bolszewickiego prawa.

W wielu przypadkach ludzi najpierw mordowano, a dopiero później podpisywano hurtowo wyroki. Dochodziło do sytuacji, w których myliły się nazwiska, daty urodzenia i cele. W efekcie rozstrzeliwano zupełnie przypadkowych ludzi tylko dlatego, że nazywali się podobnie jak skazani polscy „wrogowie ludu”. „Po co się z nimi guzdrać? Rozstrzelać ich wszystkich, a potem podpiszemy protokół” – mówił jeden z oprawców Maksim Didienko.

Polaków zabijano w więzieniach, lasach, we wsiach, a nawet w łagrach, do których wcześniej zostali wysłani. Oprócz strzału w tył głowy stosowano masowe rozstrzelania, zdarzało się, że wyroki wykonywano kijami, drągami i toporami. Polaków szlachtowano w łaźniach, bo potem łatwo było zmywać krew z kafelków. Zdarzały się przypadki duszenia czy zbiorowego topienia w morzu. Kaci nosili specjalne rzeźnickie skórzane fartuchy, które miały ich chronić przed tryskającą krwią i kawałkami mózgów ofiar.

Znany jest przypadek wyjątkowo okrutnego oprawcy, oficera NKWD z Kujbyszewa Iwanowa. „Przeprowadzał on konkursy zabijania jednym kopnięciem – pisze Tomasz Sommer. – Sam natomiast chodząc w białym kitlu, przy pomocy specjalnego narzędzia, rozrywał ludziom gardła, dzięki czemu zyskał wśród swoich kompanów przydomek »Lekarz«. Iwanow domagał się współczucia z uwagi na stracone zdrowie w związku z intensywnym wykonywaniem wyroków śmierci”.

Ciała zamęczonych Polaków chowano na cmentarzyskach używanych przez Czeka od czasów rewolucji, na pustkowiach, wrzucano ich do rzek. Zdarzało się, że mordów dokonywano na terenie opuszczonych kościołów i klasztorów. Tam też chowano ofiary. Często przy okazji ograbiano zamordowanych, na przykład wyrywając im ze szczęk złote zęby.

Kierowca kijowskiego NKWD Musogorski zeznawał: „Ludzi rozstrzeliwano w podziemiach więzienia, a w nocy specjalnymi kleszczami ładowano zwłoki na ciężarówki. Tymi kleszczami łapaliśmy ciała za szyję i nogi i rzucaliśmy je na przyczepę. Potem przykrywaliśmy je brezentem i wywoziliśmy do Bykowni. Ciała wrzucano jedne na drugie do dołów”. Nie powiodły się natomiast eksperymenty z masowym paleniem zwłok, tę technologię opanowali dopiero po kilku latach Niemcy.

Jednocześnie tysiące Polaków z obszarów przygranicznych zostało deportowanych do Kazachstanu. Ludzi tych porzucano na nagim stepie, gdzie musieli sobie wykopywać ziemianki, by przetrwać zimę. W wielu przypadkach okazało się to niemożliwe. Gdy w latach 1939–1941 kolejne rzesze naszych rodaków – tym razem z ziem wschodnich II RP – trafiły do Kazachstanu i na Syberię, często znajdowali oni groby swoich nieszczęsnych poprzedników sprzed kilku lat.

Kula śniegowa

Tomasz Sommer w swojej wstrząsającej książce odsłania straszliwy mechanizm, który doprowadził do tej wielkiej rzezi Polaków. Przypominał on kulę śniegową i był charakterystyczny dla całego wielkiego terroru. Śledczy NKWD otrzymywali z Moskwy zadanie wykrycia polskich organizacji szpiegowskich działających na ich terenie. Podobnie jak wszelcy pracownicy w Związku Sowieckim musieli przy tym wykonać normę. Czyli zdemaskować określoną liczbę szpiegów i wykryć określoną liczbę spisków miesięcznie.

Problem jednak w tym, że tych szpiegów i spisków nie było. Żaden NKWD-zista nie mógł jednak tego powiedzieć głośno, bo natychmiast sam zostałby uznany za „wroga ludu”, który sabotuje rozkazy genialnego towarzysza Stalina. Cóż więc robili oprawcy? Podczas nocnych przesłuchań – za pomocą bestialskiego bicia – zmuszali aresztowanych Polaków do przyznania się, że byli członkami struktur POW. A także do podawania nazwisk swoich rzekomych towarzyszy.

Ciężko pobici, zmaltretowani ludzie podawali więc nazwiska ludzi, których znali: znajomych, członków rodziny, kolegów z pracy. Osoby te natychmiast trafiały za kraty, gdzie cała procedura się powtarzała. Kolejne nocne przesłuchania, kolejne tortury i kolejne dziesiątki nazwisk. I tak w kółko. Liczba zamordowanych i „wykrytych polskich siatek szpiegowskich” oczywiście rosła w sposób lawinowy.

Największym paradoksem całej sytuacji było to, że wszyscy – zarówno mordujący, jak i mordowani – doskonale wiedzieli, że wszystko to jest jedną wielką farsą. Rozkazy płynące z Moskwy były jednak jednoznaczne. „Trzeba bić Polaków ile wlezie. Kontynuujcie w tym duchu, wyciągajcie zeznania i na nic nie zwracajcie uwagi” – rozkazywał Nikołaj Jeżow. „Z aresztowanymi nie należy się cackać, bić po mordzie, bić bez ograniczeń, żadnych pozwoleń nie trzeba” – wtórował mu inny oprawca Leonid Zakowski.

Pieczę nad całą operacją sprawował osobiście Stalin, na którego biurko regularnie trafiały szczegółowe raporty dotyczące przeprowadzania Operacji Polskiej w terenie. O tym, że czytał je bardzo uważnie, świadczą zachowane na nich jego osobiste uwagi naniesione na marginesach dokumentów niebieskim ołówkiem. „Bardzo dobrze! Szukajcie dalej i czyśćcie te polskoszpiegowskie śmiecie! Stalin” – pisał.

Chociaz pierwotnie operacja miała trwać trzy miesiące, ostatecznie przedłużono ją aż do listopada 1938 r. A więc grubo ponad rok. Dopiero wówczas Józef Stalin uznał, że Polacy zostali już wystarczająco przetrzebieni, kampania osiągnęła swój cel i można ją zatrzymać. Tak też się stało. Z Moskwy nadszedł rozkaz: Stop! Kolejnym krokiem – co było charakterystyczne dla Związku Sowieckiego – było wymordowanie ludzi, których użyto do przeprowadzenia rzezi Polaków.

Funkcjonariusze NKWD, którzy z taką gorliwością i brutalnością tropili, torturowali i mordowali polskich „szpiegów”, nagle sami okazali się „wrogami ludu”. Zostali aresztowani i wkrótce podzielili los swoich ofiar. Najpierw w śledztwie, po wybiciu im wszystkich zębów, przyznawali się do swojej „antysowieckiej” i „szpiegowskiej” działalności, a następnie otrzymali po kilka gramów ołowiu w potylicę. Zamordowano wówczas nawet samego Nikołaja Jeżowa, na którego miejsce przyszedł Ławrientij Beria.

Chociaż wielki terror w Związku Sowieckim budzi na całym świecie olbrzymie zainteresowanie, to, że co piątą jego ofiarą (200 tys. spośród miliona) był Polak, jest całkowicie ignorowane. Trudno się jednak temu dziwić, skoro w samej Polsce ludobójstwo, którego ofiarą w latach 1937–1938 padli nasi rodacy w Związku Sowieckim, nie budzi specjalnego zainteresowania.

Jest to o tyle zdumiewające, że Operacja Polska otwiera nową epokę w dziejach sowieckiego ludobójstwa. O ile do tej pory bolszewicy mordowali ludzi z powodu ich pochodzenia społecznego, o tyle tym razem po raz pierwszy wzięli na cel konkretną grupę etniczną. Jedynym „grzechem” ofiar Operacji Polskiej NKWD była ich narodowość. W efekcie – jak wyliczył jeden z amerykańskich historyków – Polacy byli 30,94 razy bardziej narażeni na rozstrzelanie niż członkowie innych narodów zamieszkujących ZSRS.

Miejmy nadzieję, że ta dziwaczna sytuacja się zmieni i doczekamy dnia, w którym państwo polskie przypomni sobie o tej kaźni naszych rodaków. I w Warszawie zostanie wystawiony ofiarom Operacji Polskiej NKWD wielki pomnik. Jeżeli tak się stanie, to będzie to w dużej mierze zasługa niestrudzonego badacza tego zapomnianego ludobójstwa Tomasza Sommera. Chylę czoła przed jego pracą.


Tomasz Sommer
"Operacja Antypolska NKWD 1937-1938"
Biblioteka Wolności

Okładka miesięcznika Historia Do Rzeczy: 12/2015
Artykuł został opublikowany w 12/2015 wydaniu miesięcznika „Historia Do Rzeczy”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 2
  • Szacki IP
    W czasie II wojny światowej szefem NKWD nie był Jeżow, tylko Beria. Jeżow całe szczęście gryzł już wtedy ziemię. O Katyniu też pewnie niewielu by dziś pamiętało, gdyby nie to, że Niemcy w kwietniu 1943 roku rozdmuchali to na cały świat. Podobnie jest z operacją polską NKWD z lat 1937-38. Niewiele o niej wiadomo, ponieważ Sowieci robili wszystko, żeby ich zbrodnie nie ujrzały światła dziennego. Po za tym nie ma znaczenia ile było ofiar. Czy 20 czy 200 tysięcy. Sam fakt, że byli Polakami i tylko z tego powodu zginęli jest bolesny. Ale z drugiej strony Polacy to jedyna narodowość, której bolszewicy się bali, bo gdzie Polak tam spiski, konspiracje i bunty, więc nie dziwi też to, że Polakom dostało się najbardziej. Rosjan stłamsili szybko, innych też, tylko my zawsze byliśmy niepokorni.
    Dodaj odpowiedź 1 0
      Odpowiedzi: 0
    • wnuczka katyńska IP
      Dlaczego artykuł zaczyna się od "w czasie II wojny światowej", skoro akcja kończy się w listopadzie 1938 roku? Rozumiem, że byli to obywatele ZSRS czyli oficjalnie nie liczą się do liczby ofiar wojennych polskiego obywatelstwa (niestety) .
      Dodaj odpowiedź 7 0
        Odpowiedzi: 0

      Więcej historii