Robert Mugabe. Zmierzch dyktatora

Robert Mugabe. Zmierzch dyktatora

Robert Mugabe z Władimirem Putinem, 10 maja 2015 r.
Robert Mugabe z Władimirem Putinem, 10 maja 2015 r. / Źródło: Wikimedia Commons
Dodano 1
Najstarszy przywódca na świecie - 93-letni Robert Mugabe, szkolił swoich żołnierzy dzięki wsparciu Korei Północnej. Za rok znów zamierza kandydować w wyborach. Twierdzi, że jest nieśmiertelny.

Zimbabwe, jak wiele państw afrykańskich, szczególnie państw na południu kontynentu, doskonale pamięta wojnę o niepodległość. Weterani tych walk mają dziś 60–70 lat. Ich wspomnienia o schyłkowych latach Rodezji Południowej, apartheidowskiego państwa stworzonego na wzór RPA przez rząd Iana Smitha, są wciąż żywe. Jednym z weteranów jest także prezydent Zimbabwe, najstarszy przywódca na świecie - 93-letni Robert Mugabe.

Wykształcony satrapa

Robert Mugabe urodził się 21 lutego 1924 r. w zachodniej części Rodezji Południowej, brytyjskiej kolonii. Odkąd zaczął uczęszczać do szkoły, uczył się bardzo dobrze. W 1949 r wyjechał na studia do Związku Południowej Afryki, gdzie ukończył University of Fort Hare, tę samą uczelnię, gdzie studiował wcześniej Nelson Mandela. Mugabe nie zaprzestał dalszego kształcenia – w późniejszych latach ukończył jeszcze sześć fakultetów, w tym cztery eksternistycznie na Uniwersytecie Londyńskim (dwa z nich będąc w więzieniu w latach 1964–1975).

Czytaj także:
Król Belgii Leopold II wymordował 8 mln ludzi w prywatnym państwie

Z wielką polityką Mugabe zetknął się po raz pierwszy w Ghanie, w połowie lat 50., gdzie pracował jako nauczyciel. W tamtym czasie Ghana, jako pierwsze państwo w Afryce, wybijała się na niepodległość. Mugabe z bliska obserwował więc procesy wyzwoleńcze, a tym samym zaczął rodzić się w nim bunt przeciwko kolonizatorom. Kiedy w 1960 r. powrócił do kraju, aktywnie włączył się w protesty przeciwko rugowaniu z ziemi czarnej ludności na rzecz białych farmerów. Jego hasła budowy państwa opartego na równości i braterstwie, którego emanacją miała być marksistowska Ghana, szybko zyskały wielu zwolenników.

Jeszcze w tym samym roku Mugabe został przywódcą Narodowej Partii Demokratycznej, którą Brytyjczycy szybko zdelegalizowali, co jednak nie powstrzymało ludzi Mugabego, coraz bardziej świadomych swoich praw. Wkrótce stronnicy przyszłego prezydenta przyłączyli się do utworzonej przez Joshuę Nkomo – w latach późniejszych politycznego rywala Mugabego – Afrykańskiego Ludowego Związku Zimbabwe (ZAPU), lecz niedługo później utworzyli własną organizację pod nazwą Afrykański Narodowy Związek Zimbabwe (ZANU), na której czele stanął Mugabe.

Obie frakcje wkrótce zdelegalizowano, a wielu ich członków trafiło do więzień. Wśród nich był również Robert Mugabe, który spędził za kratami niemal 11 lat. Mimo że przebywał w zamknięciu, nie stracił wpływów w działającej w podziemiu ZANU, formalnie będąc na jej czele. W areszcie, pośród współwięźniów, stworzył sobie bardzo silną pozycję. Podobnie jak Mandela nie nawoływał do odwetu na białych, prezentował umiarkowane poglądy, głosił konieczność edukacji czarnej ludności i szeroko rozumianej „pracy u podstaw”.

Po wyjściu z więzienia na fali chwilowej „odwilży” reżimu Iana Smitha, Mugabe silnie zaangażował się w toczącą się od kilku lat wojnę domową z rasistowskim rządem. Rodezja Południowa bowiem od 1965 r. była nieformalnie państwem niepodległym, niezależnym od Wielkiej Brytanii, choć była uznawana jedynie przez sąsiadującą Republikę Południowej Afryki. Z państwem na którego czele stał Smith, zachodnie potęgi miały prawdziwy problem. Chociaż liczono się z tym, że Rodezja uzyska niepodległość, to miała ona trafić w ręce czarnej ludności, jak stało się to w przypadku innych krajów. W Rodezji zaś do władzy doszła partia skrajnie nacjonalistyczna, która pozbawiła Afrykanów wszelkich praw, a ogłoszenie niepodległości (w formie, jakiej zrobił to rząd Smitha) nie zakończyło problemów, a jedynie je eskalowała. Międzynarodowe naciski oraz wsparcie finansowe i militarne płynące z wielu stron świata (zarówno z USA, Chin, jak ZSRR i państw bloku wschodniego) dla ZAPU i ZANU zmusiły Iana Smitha do ustępstw. Pierwsze wolne wybory odbyły się na początku 1980 r. W sposób zdecydowany wygrało je ZANU. 18 kwietnia Republika Zimbabwe ogłosiła niepodległość, a Robert Mugabe został premierem pierwszego rządu.

Ze wsparciem Korei Północnej

Początkowe przerażenie białej ludności Zimbabwe po wygranej ZANU szybko ustąpiło zdziwieniu. Mugabe okazał się nadzwyczaj „europejski”, mówił płynną angielszczyzną, wyrażał zachwyt nad brytyjską królową oraz zamiłowanie do krykieta. Od początku swych rządów głosił potrzebę narodowego pojednania, zachęcał białych farmerów do pozostania w Zimbabwe, które miało być wspólną ojczyzną. Rzeczywiście – biali, jeżeli tylko nie sprawiali władzy problemów, przynajmniej do początku pierwszej dekady XXI wieku, nie mieli się czego obawiać. Mugabe natomiast nie miał żadnej litości dla swoich przeciwników politycznych, bez względu na kolor skóry.


Już rok po objęciu urzędu premiera (w Zimbabwe obowiązywał wówczas system kanclerski, a od 1987 r. prezydencki) Mugabe podpisał tajne porozumienia z rządem Korei Północnej, które dotyczyły szkolenia zimbabweńskich żołnierzy. Opozycyjna partia ZAPU, na której czele stał Joshua Nkomo nie miała wątpliwości, że Mugabe pragnie stworzyć własną armię, niezależną od innych wojsk. Ich obawy potwierdziły się, kiedy świeżo wyszkolone oddziały zwane 5. Brygadą zostały skierowana na południe kraju, gdzie miały zwalczać wrogą partyzantkę powiązaną ze służbami specjalnymi RPA. Jednak oprócz tropienia wrogich sił, oddziały Mugabego zajęły się likwidacją wszystkich, których można było powiązać z partią opozycyjną, nie wyłączając kobiet i dzieci. Zbrodnie popełnione z rozkazu Roberta Mugabe w Matabelelandzie nie zostały do tej pory rozliczone, a władze Zimbabwe wciąż oficjalnie zaprzeczają, że doszło tam do mordowania cywilów.

W 1987 r. Mugabe został wybrany prezydentem kraju i mógł rządzić bez większych obaw o utratę władzy – choć strach przed zamachem stanu towarzyszy mu właściwie nieustannie do tej pory. Najwytrwalszy przeciwnik, Joshua Nkomo został „spacyfikowany” urzędem wiceprezydenta, który de facto nie dawał mu żadnej realnej władzy.

W połowie lat 90. Mugabe stanął za to przed innym problemem (oprócz pogarszającej się sytuacji gospodarczej, która, jak się zdawało, nie zajmowała go zbyt mocno), który spychał dotąd nieco na drugi plan, to znaczy roszczeniami weteranów wojennych. Oni zyskali na niepodległości niewiele, ich sława powoli mijała, brakowało im pieniędzy, gdyż często z powodu kalectwa nie mogli znaleźć pracy – ich frustracja rosła. Mugabe jedyną szansę na poprawę sytuacji dostrzegł w przekazaniu weteranom ziemi. Ta jednak, w przeważającej części (około 60 proc.) znajdowała się w rękach białych farmerów.

Tereny należące do białych farmerów zaczęto konfiskować na masową skalę na początku ubiegłej dekady. Niejednokrotnie weterani samodzielnie wyrzucali farmerów z ich ziemi, zasłaniając się prawem zatwierdzonym przez prezydenta. Wielu ludzi zostało zamordowanych, jeżeli nie opuścili domów odpowiednio szybko. Konfiskata i prześladowania doprowadziły do wyjazdu ogromnej liczby białej ludności, co dodatkowo zahamowało gospodarkę i doprowadziło do kryzysu eksportu, a w konsekwencji do hiperinflacji (w kulminacyjnym okresie 1 dolar amerykański wart był 10 miliardów dolarów Zimbabwe). Od października 2009 r. jedyną walutą obowiązującą w Zimbabwe jest dolar amerykański.

Nieśmiertelny tyran

Zimbabwe jest państwem dość wyjątkowym na tle kontynentu. Panuje tu korzystny klimat, istnieją liczne zbiorniki wodne, niegdyś kraj ten nazywano "spichlerzem Afryki". Choć turyści nie mają się raczej czego obawiać, to wielu omija Zimbabwe, zatrzymując się, co najwyżej, przy Wodospadach Wiktorii w drodze do Botswany lub znajdujących się na południu parkach narodowych. Za zbyt małą liczbę turystów, jak na możliwości państwa, odpowiedzialny jest z pewnością sam prezydent, który pełniąc swoją przywódczą rolę od 37 lat, skutecznie buduje o Zimbabwe opinię niedostępnej i styranizowanej twierdzy.

Podeszły wiek prezydenta Mugabe każe się zastanowić nad tym, kto obejmie po nim władzę. Czy Zimbabwe może liczyć na demokratyczne i wolne wybory? Czy jest ktoś, kogo Mugabe wyznaczył na swojego następcę? Jeśli odpowiedź na pierwsze pytanie jest zasadniczo dość trudna, to na drugie z nich można z niemal całkowitą pewnością odpowiedzieć odmownie. Mugabe od zawsze obawiał się utraty władzy i nawet dzisiaj, kiedy lada dzień może pożegnać się z tym światem, nie przyjmuje możliwości przekazania sterów komuś młodszemu, szykując się do startu w kolejnych wyborach w 2018 r. Jego żona, Grace, osoba niezwykle wpływowa i niemal o połowę młodsza, zapewnia, że Robert będzie rządził przynajmniej do setki, natomiast sam Mugabe, pytany przez dziennikarzy o stan zdrowia po powrocie z kolejnych kuracji w Szanghaju lub Emiratach Arabskich, odpowiada żartobliwie, że choć już wiele razy umierał, to zawsze zmartwychwstawał – w końcu jest nieśmiertelny.

Choć nikt ze współpracowników Roberta Mugabe nie przyznaje się do chęci objęcia władzy po jego śmierci, to komentatorzy wskazują na kilka osób, które mają największe szanse zająć jego miejsce. Jednym z nich, bodaj najczęściej wymienianym, jest Emmerson Mnangagwa, 71-letni minister sprawiedliwości i wiceprezydent Zimbabwe, jeden z najbliższych współpracowników Mugabego. Kolejnym kandydatem jest Didymus Mutasa, mający już 82 lata, były minister w kilku resortach. Obaj są zasłużonymi działaczami partii ZANU-PF, weteranami pamiętającymi doskonale wojnę o niepodległość, jednak obecnie przewodzą ścierającym się ze sobą po cichu frakcjom wewnątrz partii. O sukcesie jednego z nich zadecydować może natomiast poparcie obecnej pierwszej damy, Grace Mugabe, której zresztą nie można odmówić dużych, politycznych ambicji. Jej szerokie zaplecze, kontakty wśród polityków i przedsiębiorców, każą zupełnie poważnie brać pod uwagę możliwość, że to właśnie ona stanie na czele państwa po śmierci swego męża.

Czytaj także:
Pierwsze niemieckie obozy koncentracyjne powstały w Afryce. Potomkowie ofiar chcą zadośćuczynienia

Po drugiej stronie barykady, wśród opozycji, nie brak również kandydatów na urząd prezydenta. Ci jednak nie mają łatwego zadania – od niemal 20 lat partia Ruch na Rzecz Demokratycznej Zmiany (MDC) robi co może, aby zaistnieć na skostniałej politycznej scenie Zimbabwe. Krótkotrwały sojusz partii rządzącej z opozycją, polegający na objęciu kilku ministerstw i fasadowej wiceprezydentury przez działaczy MDC był spowodowany głównie międzynarodowymi naciskami i sankcjami nałożonymi na Zimbabwe. Jednak wraz ze złagodzeniem stanowiska Unii Europejskiej wobec reżimu Roberta Mugabe, sytuacja MDC pogorszyła się. Obecnie głównym kandydatem opozycji na fotel prezydenta pozostaje szef MDC, Welshman Ncube, mający bliskie kontakty z obecnym i byłym prezydentem RPA, Jacobem Zumą i Thabo Mbekim.

Trudno przewidywać, jak potoczą się przyszłoroczne wybory w Zimbabwe. Choć wielu ludzi jest zmęczonych apatyczną, nie dającą szans na rozwój sytuacją w państwie, boi się rewolucyjnych zmian. Mieszkańcy Zimbabwe zbyt dobrze pamiętają wojnę i krwawą rozprawę z przeciwnikami, jaką zgotował Mugabe na przełomie wieków. Część z nich jednak autentycznie wierzy w swego przywódcę, który według wielu jako jedyny zasługuje na miano prawdziwego bohatera. Mugabe, w swej chęci utrzymania władzy, jest w stanie posunąć się do próby sfałszowania kolejnych wyborów, to jednak może wywołać reakcję najbardziej zdeterminowanej części społeczeństwa i doprowadzić do walk wewnętrznych – czy wówczas świat będzie się dalej biernie temu przyglądał?

Słowa „władzy raz zdobytej, nie oddamy nigdy” sprawdzają się, jak widać, w każdym czasie i każdym miejscu.

Czytaj także

 1
  • uuujht IP
    kjji
    Dodaj odpowiedź 1 0
      Odpowiedzi: 0