Kongo - prywatna kolonia króla Belgów

Kongo - prywatna kolonia króla Belgów

Ojciec patrzy na odciętą dłoń i stopę córki. To kara wymierzona przez żołnierzy za zebranie zbyt małej ilości kauczuku. Fotografia wykonana w Baringa w Kongo, w maju 1904 r.
Ojciec patrzy na odciętą dłoń i stopę córki. To kara wymierzona przez żołnierzy za zebranie zbyt małej ilości kauczuku. Fotografia wykonana w Baringa w Kongo, w maju 1904 r. / Źródło: Wikimedia Commons
Dodano
Leopolda II w jego prywatnym państwie najbardziej frustrowały dzieci, które w systemie służącym zarabianiu pieniędzy były zupełnie nieprzydatne. Rozwiązaniem problemu stały się obozy, w których umieszczano wszystkie schwytane dzieci. Trzymano je daleko od rodzin i szklono na przyszłych żołnierzy.

Król Belgów Leopold II Koburg urodził się w 1835 r. Od czasów szkolnych jego pasją była geografia. Zanim jeszcze wstąpił na tron wiele czasu poświęcał studiowaniu map, analizując i oceniając kolonialne zdobycze innych państw. Leopold uważał, że Belgii również należy się dostęp do kolonii i początkowo wcale nie ukrywał, że są one potrzebne tylko po to, aby wzbogacić własny kraj. Po objęciu władzy w 1865 r. owładnięty był już stałą myślą o zdobyciu kolonii dla swego królestwa. Poszukiwał ich wszędzie, zarówno w Azji, jak i w Ameryce Południowej, lecz cały możliwy to przejęcia teren był już zajęty.

W 1871 r. ujrzał dla siebie niezwykłą szansę, jaką była wyprawa Henry’ego Stanleya w głąb równikowej Afryki, w celu odnalezienia znanego podróżnika Davida Livingstone’a. W 1874 r. Stanley ponownie wyruszył do Afryki, tym razem mając za zadanie dotrzeć do źródeł Nilu, lecz udało się mu odkryć „jedynie” źródła rzeki Kongo.

Leopold był zafascynowany odkryciami Stanleya. W krótkim czasie udało mu się sprowadzić odkrywcę do Brukseli, gdzie Stanley zgodził się współpracować z królem, mając później ogromny, osobisty wkład w przejmowanie przez Leopolda terenów wokół rzeki Kongo i jej dopływów.

Skala propagandy, jaką wytworzył wokół sprawy Konga Leopold była nieprawdopodobna. Nikt w Europie nie miał pojęcia, jakie zamiary wobec tego obszaru ma belgijski król. Trzeba pamiętać, że pod koniec XIX w. w Europie i USA istniały już silne ruchy broniące praw człowieka, choć, de facto, nie miało to wiele wspólnego z humanitaryzmem w naszym współczesnym rozumieniu. Do Afryki wysyłani byli masowo misjonarze mający nawracać barbarzyńską ludność tubylczą. Stad też, gdy Leopold zaczął szerzyć hasła niesienia chrześcijaństwa, oświaty i dobrobytu w sam środek Afryki, wszyscy patrzyli nań z podziwem. Nie było nikogo, kto wątpiłby w szlachetność Leopolda. Co prawda, duże państwa europejskie widziałyby Kongo najchętniej w swej sferze wpływów. Leopold umiał jednak zręcznie manipulować antagonizmami wśród europejskich dworów. Francja panicznie obawiała się, że teren może dostać się pod władzę brytyjską. Anglicy nie chcieli dopuścić, by Kongo przejęli Francuzi. Niemcy zaś, nie brali nawet pod uwagę, aby tak ogromny obszar dostał się komukolwiek z „wielkich”, tzn. Anglii, Francji, Hiszpanii bądź Portugalii. Wszyscy zgodzili się, że to Leopold powinien objąć nad Kongiem pieczę.

Terror na niespotykaną skalę

Leopold terror w Kongu oparł na dziesiątkach tysięcy żołnierzy. Nie był w stanie rekrutować ich jednak w Belgii, dlatego oddziały wojskowe formowane były na miejscu, złożone z czarnych rekrutów, którym dowodzili jedynie biali oficerowie. Ten proceder powodował, że najczęściej to Afrykanie wymierzali kary sowim pobratymcom, co symbolicznie uwalniało od winy białych dowódców i samego Leopolda. Siły te nazwano Force Publique. Służyło w nich, w kulminacyjnym momencie, 19 tysięcy ludzi, a dowódcami było nieco ponad 300 Belgów. Należy zaznaczyć, że ludźmi służącymi w Force Publique byli często niewolnicy, sprzedani belgijskiemu wojsku przez kupców różnych narodowości lub zmuszeni do służby przez administrację kolonialną pod groźbą śmierci.

Oprócz służby wojskowej, Afrykanie zmuszani byli najczęściej – i tych było najwięcej – do pracy jako tragarze. Pomimo istniejącej kolei, odległości były niekiedy zbyt wielkie, a teren zbyt trudny i nie wszystkie towary dało się przewieźć lub przetransportować rzeką. Założenie każdej placówki wojskowej czy obozu handlowego wymagało dostarczenia na miejsce ogromnej ilości wszelkich potrzebnych materiałów. W tym celu organizowano wielkie wyprawy, w których brało udział nawet pięć tysięcy tragarzy, niosących ładunki ważące po kilkadziesiąt kilogramów, nawet przez tysiąc kilometrów.

Do jednych z bardziej frustrujących Leopolda problemów należały afrykańskie dzieci. Powodem było to, iż były dla jego kolonii zwyczajnie nieprzydatne. Rozwiązaniem kłopotu stały się obozy, gdzie umieszczono wszystkie (wyłapane) dzieci. W obozach tych misjonarze szkolili je na przyszłych żołnierzy. Wyszukiwanie i "zbieranie dzieci" rozpoczęto w 1890 r.


Dzieci trzymane były w odosobnieniu, często daleko od rodziny. Każde nieposłuszeństwo dotkliwie karano – najczęściej stosowaną karą (zarówno wobec dzieci, jak dorosłych) była kara chłosty, wymierzana ulubionym narzędziem Belgów w Kongu – chicotte, czyli batem z wysuszonej skóry hipopotama, wyciętej w długą, ostro zakończoną spiralę.

Administracja belgijska w Kongu zajmowała się głównie pozyskiwaniem i sprzedażą kości słoniowej. Ta, pochodząca od słoni równikowych, uważana była za najcenniejszą.

Pod koniec XIX w. świat odkrył niezwykłe właściwości gumy, która zapoczątkowała produkcję opon. Popyt na kauczuk był ogromny, w końcu zaczęło go brakować. Okazało się wówczas, że największe ilości kauczuku znajdują się w belgijskim Kongu. Leopold zamierzał maksymalnie wykorzystać tę okoliczność. Kauczuk to zastygnięta żywica. Aby ją zebrać, zmuszano ludzi do wspinania się na drzewa i odsączanie żywicy z kory. Aby żywica zamieniła się w kauczuk, należało ją osuszyć, przyklejając do własnego ciała.

Odrywanie kauczuku było bardzo bolesne, a i samo pozyskiwanie niebezpieczne. Ludzie próbowali się buntować i odmawiali pracy. Administracja belgijska znalazła na to sposób – powszechnym procederem stało się wówczas napadanie na wioski i porywanie kobiet. Można je było odzyskać, kiedy mężczyźni z wioski przynieśli odpowiednią ilość kauczuku, co często trwało wiele dni lub tygodni. Kobiety można było wtedy odkupić za cenę kilku kóz. Oczywiście, gwałty na pojmanych kobietach były na porządku dziennym.

Czytaj także:
Polskie imperium kolonialne

Dzięki kauczukowi, u progu XX w. Kongo stało się najbardziej dochodową kolonią na świecie.

Codziennością i zarazem smutnym symbolem rządów Leopolda w Kongu stało się odcinanie dłoni Afrykanom. Niekiedy stanowiło to karę za nieposłuszeństwo, choć nierzadko dłonie odcinano już pośmiertnie, jako dowód, że ktoś został zabity (zdarzało się, że żołnierz, nie chcąc zabić Kongijczyka, choć miał taki rozkaz, odcinał mu „tylko” dłoń, aby wykazać się dowodem). Pomniejsi wojskowi mieli obowiązek legitymizowania się z ilości odciętych dłoni wobec wyższych rangą, którzy sprawdzali, czy ci wyrobili normę.

Obnażenie zbrodni

Najbardziej dramatycznym opisem Konga pod batem Leopolda II jest książka Polaka. Konrad Korzeniowski, znany światu jako Jospeh Conrad w „Jądrze ciemności” obnażył najbardziej mroczne i obrzydliwe aspekty ludzkiej natury, rasizmu, braku empatii i człowieczeństwa. Obecnie, postkolonialni twórcy (głównie ci, którzy dążą do obarczenia winą za kolonializm białego człowieka w ogóle, a nie poszczególne narody), zarzucają samemu autorowi brak zrozumienia sedna kolonializmu, który widzi winę nie tylko w białych oprawcach, ale także w samej Afryce, która miała wywoływać dzikość i nienaturalne, nieludzkie zachowania. Nie zmienia to jednak faktu, że opis, jaki pozostawił Conrad, był jednym z pierwszych krytycznych analiz belgijskich zbrodni.

Do najbardziej odważnych ludzi, którzy wyrażali głośne oburzenie zbrodniami popełnianymi w Kongu Belgijskim, głównie na łamach prasy europejskiej i amerykańskiej, należeli misjonarz William Sheppard oraz Edmund Morel, pracujący w spółce handlowej. Ich świadectwa pokazały terror Leopolda w Kongu, którego symbolem stały się poodcinane dłonie. Europa i Ameryka zaczęły domagać się zmian.

Leopold II zmarł w grudniu 1909 r. Państwo Kongo, zapisane wcześniej w testamencie państwu belgijskiemu, trafiło pod zarząd belgijskiego parlamentu. Nowa władza szybko zapowiedziała zmiany i, według wielu źródeł, pozytywne zmiany faktycznie szybko wprowadziła. Leopold zarobił prywatnie na Kongu równowartość ponad miliarda dzisiejszych dolarów, zabijając przy tym około osiem milionów ludzi.

Ta zbrodnia na wiele lat została zapomniana, przyćmiły ją dwie kolejne wojny światowe oraz późniejsze wojny kolonialne. Belgia również dokładała wszelkich starań, aby nie wspominać o swojej niechlubnej przeszłości. Całemu światu to zapominane ludobójstwo przypomniał dopiero Adam Hoschild, autor wybitnej książki „Duch króla Leopolda. Opowieść o chciwości, terrorze i bohaterstwie w kolonialnej Afryce”, wydanej w Polsce w 2012 r.

Czytaj także

 0