Polskie plany wojny morskiej z III Rzeszą - „Worek” i „Rurka”

Polskie plany wojny morskiej z III Rzeszą - „Worek” i „Rurka”

Fragment dziobu okrętu podwodnego typu
Fragment dziobu okrętu podwodnego typu "Wilk". Widoczna 100 mm armata Schneider wz. 17 / Źródło: NAC
Dodano
Na wybrzeżu szybko okazało się, że nie ma dalszych pomysłów na walkę z Niemcami. OORP „Wicher” i „Gryf” zostały unieruchomione w porcie w Helu i czekały na egzekucję. Okręty podwodne zamknięte w ciasnych sektorach zbierały cięgi od Niemców. Okręty i samoloty miały biernie wyczekiwać na zniszczenie, pozbawione możliwości reakcji.

W 1939 roku Polska posiadała dziesięć pełnomorskich dużych okrętów: cztery niszczyciele, szkolny stawiacz min, pięć okrętów podwodnych (w tym trzy podwodne stawiacze min). Przy czym pamiętać należy, że jak na standardy światowe były to okręty małe, należące do tzw. sił lekkich. Posiadaliśmy też kilkanaście zupełnie niewielkich jednostek, jak trałowce, kanonierki, kutry pościgowe, zdeklasowany torpedowiec itp. Okręty te wspierała Bateria im. Heliodora Laskowskiego, składająca się z czterech szwedzkich armat kalibru 152 mm o donośności maksymalnej 27 kilometrów. W rejonie Gdyni umieszczono baterię „Canet” składającą się z dwóch armat 100 mm. Był jeszcze Morski Dywizjon Lotniczy, dysponujący ok. dwudziestoma przestarzałymi samolotami.

Tuż przed wojną trzy niszczyciele, zwane wówczas kontrtorpedowcami, odpłynęły do Anglii (operacja „Peking”), co zwolniło Dowództwo Marynarki Wojennej z konieczności dowodzenia nimi. Jak widać, przed wojną Polska udzieliła Anglii o wiele większej pomocy militarnej niż Anglia Polsce. Biorę tu pod uwagę też eksport działek przeciwlotniczych 40 mm, będący czymś niewyobrażalnym.

Czytaj także:
Marynarka Wojenna II RP - kierunki rozwoju

Pozostało siedem jednostek, którym trzeba było przydzielić jakieś zadania. Jednostki nawodne miały w ramach planu „Rurka” postawić zagrody minowe. Obecnie badacze publikują różne ustalenia co do dokładnej ilości min, miejsc postawienia zagród itp. Miny miał stawiać ORP „Gryf”, wsparty przez niszczyciel ORP „Wicher” i trałowce. Nic z tego nie wyszło, okręty zostały zbombardowane, dowódca „Gryfa” zginął, zastępca kazał wyrzucić resztę do morza. I tak skończyły się marzenia o minowaniu.

Okręty podwodne ustawiono dookoła Helu w niewielkich sektorach, gdzie miały czekać na możliwość zaatakowania nieprzyjacielskich okrętów (plan „Worek”).

Spojrzenie na mapę

Przedstawione plany „Worek” i „Rurka” w wypadku wojny z ZSRS spełniłyby swoją rolę. Bazy sowieckie były oddalone, nawet po ewentualnym zajęciu Estonii i Łotwy, agresor nie dysponował w rejonie Zatoki Gdańskiej lekkimi siłami przeciwpodwodnymi, możliwości patrolowania przez lotnictwo były też ograniczone. W tej sytuacji okręty podwodne mogły bezpiecznie przebywać w swoich sektorach oczekując na ewentualny atak ciężkich jednostek nieprzyjacielskich, w tym pancerników, stanowiących dogodne cele. Okręty nawodne w tym wariancie byłyby relatywnie bezpieczne w bazie w Gdyni. Ostatecznym celem operacji było doczekanie się sojuszniczej pomocy francuskiej. Admirałowie francuscy objęliby też dowodzenie nad połączonymi siłami polsko-francuskimi.

W przypadku wojny z Niemcami pomysły na interwencję flot francuskiej i brytyjskiej były mrzonką. Musiałyby one przedzierać się przez łatwe do zaminowania Cieśniny Duńskie, będąc narażonymi na ataki sił podwodnych i lotnictwa. Na Bałtyku Francuzi czy Anglicy ani nie mieli gdzie zatankować, ani zacumować, ani dokonać napraw. Z taką wydzieloną eskadrą Niemcy mogliby już się konfrontować. Nawet monitor, czyli pływająca bateria, uzbrojony w dwie armaty kalibru 381 mm nie miał racji bytu na Helu. Trzeba było zatem dowodzić samemu. I tu wyszły wszelakie zaniedbania okresu dwudziestolecia.

Hitlerowskie Niemcy, w odróżnieniu od ZSRS, dysponowały dookoła naszego wybrzeża szeregiem dogodnych baz z Pilawą na czele. Odległość Hel-Pilawa to w prostej linii ok. 70 kilometrów i niszczyciel płynący z prędkością 30 węzłów (55,5 km/h) jest w stanie pokonać ją w godzinę i kwadrans. Umożliwia ona stałą obecność lekkich sił przeciwpodwodnych w Zatoce Gdańskiej, które swobodnie mogą atakować nasze okręty podwodne. Samo istnienie naszej floty wpłynęło na plany niemieckie. Aby uniknąć strat możliwych nawet od przypadkowego ataku, nie zamierzali oni przeprowadzać desantu na Hel, który to desant był uważany za zbędny, gdyż port helski nie nadawał się do roli bazy dla okrętów podwodnych - głównie z uwagi na położenie i niemożność uniknięcia nalotów lotniczych. Dodatkowo brakowało tam infrastruktury, gdyż w wypadku wojny z ZSRS główną bazą byłaby Gdynia. Niemcy ograniczali się do nalotów i blokady. Po wyeliminowaniu OORP „Wicher” i „Gryf” niemieckim siłom w Zatoce Gdańskiej nic nie groziło, polskie okręty podwodne miały bowiem zakaz atakowania jednostek niemieckich, o czym później.

W 1904 roku flota japońska zaatakowała znienacka Port Artur i stacjonującą tam flotę carską. Groźba nagłego ataku powinna być zatem u nas poważnie brana pod uwagę, ze względu na niedawny przykład. Żeby takiego ataku uniknąć, okręty podwodne powinny przebywać w morzu, co powodowało jednak szybkie zużycie mechanizmów i zapasów. Problem rozwiązano poprzez założenie, że będzie jak na początku I wojny światowej: pierwsze kilka dni wojny będzie poświęcone na przygotowania i obędzie się bez większych działań militarnych. Nasze flota miałaby zatem czas na zajęcie pozycji.

Tymczasem nie było szans na zablokowanie nagłej akcji floty niemieckiej w Gdańsku. Pilawa jest oddalona od Gdańska o około 85 kilometrów i niszczyciel płynący z prędkością 30 węzłów (55,5 km/h) pokona taką odległość w półtorej godziny. Szkolny pancernik Schleswig-Holstein płynąc z prędkością 15 węzłów przepłynie trasę w trzy godziny. Przy czym trasa ta przebiega przez wody międzynarodowe, więc nie ma podstaw do ataku. W 1939 roku pancernik ten już w Gdańsku był, ale gdyby nawet go nie było, to co by trzeba zrobić, aby zatrzymać jego rejs do Gdańska podjęty np. o północy 1 września 1939 roku? Nawet gdyby jakiś nasz okręt podwodny patrolował rejon Pilawy, to nie miał podstaw do ataku. Mógł zawiadomić dowództwo. W tym czasie Niemcy dopłynęliby do Gdańska o 3 nad ranem i wpłynęli bezpiecznie do portu, aby rozpocząć wysadzanie oddziałów i ewentualny ostrzał.


Dlatego szczególnie ważne było posiadanie ciężkich baterii nadbrzeżnych, zdolnych do ostrzału portu w Gdańsku - zarówno z rejonu Helu jak i Gdyni. Finowie, mając długie wybrzeże, zafundowali sobie dwie pływające baterie - pancerniki obrony wybrzeża typu Ilmarinen. Szwedzi mieli trzy pancerniki typu Sverige, Dania i Norwegia eksploatowały stare jednostki z przełomu wieków. Polska, z racji niewielkiego wybrzeża, nie potrzebowała budować okrętów, wystarczyło działa ustawić na brzegu, gdzie zdolne były do ostrzału wszystkich celów. W dwudziestoleciu pewne starania podejmowano, ale z różnych przyczyn nic z tego nie wyszło. Armaty miały być nowe, na kredyt itp. W efekcie nie posiadaliśmy środków walki artyleryjskiej zdolnych zagrozić pancernikom i dużym krążownikom, czy też porazić siły niemieckie w Gdańsku.

Bez pomysłu na wojnę

Plany „Worek” i „Rurka” w zasadzie były tylko planami początkowego rozstawienia sił, podobnie zresztą jak cały plan obrony przed Niemcami. Dalej dowództwa miały reagować stosownie do sytuacji, gdyż nadmierne planowanie grozi rutyną. Na wybrzeżu szybko okazało się, że nie ma dalszych pomysłów. OORP „Wicher” i „Gryf” zostały unieruchomione w porcie w Helu i czekały na egzekucję. Okręty podwodne zamknięte w ciasnych sektorach zbierały cięgi od Niemców. Wiedzieli oni mniej-więcej, gdzie się polskie okręty znajdują. Miały one bowiem obowiązek potwierdzać odebranie każdego rozkazu, zdradzając zarazem swoją pozycję. Dodatkowo nikt na wybrzeżu nie był władny zmienić sposobu użycia okrętów podwodnych. W praktyce wszelkie zmiany musiały zostać zatwierdzone przez Kierownictwo Marynarki Wojennej z kadm. Jerzym Świrskim, który błąkał się bez sensu po kraju i nie miał pojęcia o sytuacji.

W efekcie polskie okręty podwodne w ciągu kilku dni zostały poważnie uszkodzone w sposób utrudniający prowadzenie działań wojennych. Odniesienie się do wyczynów komandora podporucznika Henryka Kłoczkowskiego, dowodzącego ORP „Orzeł” przekraczają ramy tego artykułu, wspomnę tylko, że okręt ten uniknął poważniejszych uszkodzeń. Inne były atakowanie wielokrotnie bombami głębinowymi i zostały poważnie uszkodzone. ORP „Ryś” wpłynął, mimo zakazów, do portu w Helu, co dało załodze nieco oddechu i umożliwiło dokonanie pewnych napraw. Okręty nasze, operując w pobliżu Helu, miały działać wśród min postawionych przez „Gryfa”, co było trochę niebezpieczne, a na pewno - uciążliwe. Z drugiej strony przed atakami sił lekkich miała je bronić Bateria im. Heliodora Laskowskiego. Tyle, że ta nie mogła strzelać, aby nie zdradzać swojej pozycji w obliczu permanentnej obserwacji lotniczej. Musiała też oszczędzać amunicję i w efekcie tego oszczędzania do kapitulacji Helu wystrzeliła ok. połowy posiadanych zapasów. Okręty podwodne miały zakaz atakowania wrogich jednostek mniejszych od niszczyciela, nie mogły zwalczać zatem lekkich sił przeciwpodwodnych, które tym samym były bezkarne. A skuteczny atak na ten czy ów trałowiec ograniczyłby swobodę operowania sił niemieckich.

Nieudana operacja „Rurka” wyczerpała pomysły wykorzystania dużych okrętów nawodnych, które zostały unieruchomione. ORP „Gryf” nie nadawał się zbytnio do stawiania min w obliczu możliwej kontrakcji nieprzyjaciela. Duże rozmiary i długi czas stawiania zagrody czyniły go wrażliwym na ostrzał. Połączenie zagród minowych z działaniami okrętów podwodnych było zaś wyjątkowo niefortunne. Jeśli już zamierzano stawiać miny, to lepiej byłoby użyć do tego trałowców, które mogły postawić zagrodę z 120 min znacznie szybciej niż „Gryf”. Można też tu było wykorzystać stare torpedowce, z których jeden zachował się w służbie jako szkolny okręt artyleryjski. Wszystkie te, niewielkie, jednostki mogły też znacznie szybciej pobrać zapas min - przy odpowiedniej organizacji.

Czytaj także:
Szaleństwo komandora Kłoczkowskiego

ORP „Wicher” stracił dwukrotną okazję zaatakowania niemieckich niszczycieli w nocy z 1 na 2 września. Miał bowiem osłaniać akcje minowania i w związku z tym nie atakować pierwszy jednostek wroga. Nie wykorzystano go też do jakiejś akcji dywersyjnej następnej nocy. Pomysł przedzierania się do Anglii miał niewielkie szanse powodzenia, ale dawał możliwość uniknięcia zniszczenia poprzez internowanie w Szwecji. „Wicher” był w stanie osiągnąć wybrzeże szwedzkie w czasie 4-5 godzin.

Zaniedbany front

„Worek” i „Rurka” były planami pasywnymi. Nie było tam żadnej możliwości zaatakowania najbliższej bazy w Pilawie. Niewykorzystany był Morski Dywizjon Lotniczy, którego dwa samoloty Lublin R VIII mogły zabrać do 300 kg bomb, Lubliny R XIII miały już symboliczny udźwig, ale mogły być użyte do lotów rozpoznawczych. Dywizjon ten stanowił równowartość lotnictwa łącznikowego jednej armii i w momencie wybuchu wojny powinien zostać ewakuowany i użyty w tej roli. Tymczasem okręty i samoloty miały biernie wyczekiwać na zniszczenie, pozbawione możliwości reakcji.

Polska nie dysponowała okrętami odpowiednimi do realizacji planów obrony wybrzeża. Wystarczały tu o wiele mniejsze i tańsze w utrzymaniu okręty podwodne o wyporności 300-400 ton. Podobnie na powierzchni ścigacze i kutry torpedowe mogły nawiązać walkę z niemiecka blokadą, a nawet stawiać miny. W efekcie błędnych, nieelastycznych koncepcji Polska straciła dwa duże okręty, a trzy inne zostały wyeliminowane wskutek internowania. Straty zadane nieprzyjacielowi są niewielkie: 1-2 trałowce, które poderwały się na minach.

Przy ocenie przebiegu kampanii wrześniowej na Bałtyku należy pamiętać, że zależała ona w pewnym stopniu od przypadku. Gdyby udało się nam, nawet przypadkiem, zatopić np. niszczyciel, przebieg walk byłby raczej oceniony pozytywnie. Gdyby jednak Niemcy zatopili nam cztery okręty podwodne - mielibyśmy do czynienia z totalną katastrofą.

Czytaj także

 0