Charles Douw van der Krap - Jawajczyk w Armii Krajowej

Charles Douw van der Krap - Jawajczyk w Armii Krajowej

Charles Douw van der Krap
Charles Douw van der Krap / Źródło: Wikimedia Commons
Dodano 2
W Armii Krajowej służyli przedstawiciele kilkunastu narodowości. Jednym z najbardziej niezwykłych był Charles Douw van der Krap. Jego życiorys jest prawie gotowym scenariuszem filmu wojennego.

Urodził się w 1908 r. w Surabai w mieszanej, holendersko-jawajskiej rodzinie plantatora w ówczesnych Holenderskich Indiach Wschodnich. Służba wojskowa była niespełnionym marzeniem jego ojca, który wysłał swoich dwóch synów do Królewskiego Instytutu Marynarki w Den Helder w Holandii. Po zakończeniu nauki pełnił służbę jako obserwator w siłach powietrznych Holenderskich Indii Wschodnich. Do Holandii wrócił przed samym wybuchem II wojny światowej i objął dowództwo wysłużonej kanonierki "Balder".

Kiedy Niemcy zaatakowali Holandię, jego okręt przechodził remont w stoczni w Rotterdamie. On sam, zakwaterowany u holenderskiej rodziny, rankiem 10 maja 1940 r. ze zdumieniem obserwował niemieckich żołnierzy, którzy wodnopłatami He-59 lądowali na Nowej Mozie, opanowując kluczowe pozycje w mieście. Wspierał ich desant spadochroniarzy, lądujących w centrum miasta, wprost przy stadionie Feyenoordu Rotterdam. Mimo ogłoszonej już w sierpniu zeszłego roku mobilizacji i spodziewanego ataku, zaskoczenie było niemal kompletne. Oficer dyżurny bazy marynarki wojennej ogłosił alarm dopiero po telefonie Krapa.

Krap wziął udział w kilkudniowej obronie Rotterdamu, a po kapitulacji Holandii odmówił podpisania deklaracji lojalności wobec Niemiec. Oznaczało to aresztowanie i wysłanie do obozu jenieckiego w Soest w zachodnich Niemczech. Dla większości uwięzionych tam żołnierzy od początku punktem honoru było zorganizowanie ucieczki.

Pierwszą próbę podjął podczas transportu do obozu w Juliusburgu (dzisiaj Dobroszyce koło Oleśnicy) w listopadzie 1940 r. Korzystając z tego, że strażnik pilnujący składu schował się do wagonu, Krap wyszedł przez okno i wspiął się na dach pociągu. Skaczącą z wagonu na wagon postać, w świetle księżyca dostrzegł przejeżdżający motocyklista i wszczął alarm. Uciekinier został ujęty w budce hamulcowego, zanim zdążył wyskoczyć z pędzącego składu.

Po krótkim pobycie w obozie w Juliusburgu, holenderscy więźniowie w lipcu 1941 r. zostali przewiezieni do obozu jenieckiego w Colditz. Powodem były nieustannie podejmowane przez Holendrów próby ucieczki. W kilku przypadkach zresztą udane. Oflag IV C w Colditz był obozem specjalnym. Rozlokowany w zamku wybudowanym na skale, był przeznaczony dla ważnych oficerów, oraz tych, którzy próbowali już ucieczek z niewoli. Głównym zajęciem jeńców, wśród których byli również Brytyjczycy oraz spora grupa Polaków z admirałem Unrugiem i generałem Piskorem na czele, było planowanie ucieczek i goonbaiting czyli robienie z Niemców durni. Uciekano tradycyjnie, robiąc podkopy i podczas przejazdów do dentysty czy na rozprawy sądowe. Bardziej wyrafinowane było udawanie Niemców w przerobionych mundurach, czy wystawianie na apelu manekinów, zastępujących nieobecnych żołnierzy. Brytyjscy jeńcy budowali nawet na strychu szybowiec, którym planowali wydostać się z zamku. Średnio co 10 dni ktoś próbował ucieczki. Przez dwa lata pobytu Krapa w Colditz, do Anglii udało się dostać pięciu oficerom.

Holender nie mógł być gorszy, nie miał jednak szczęścia. Za pierwszym razem zdradził go hałas przebijanej ściany na strychu. Za drugim, podkop prowadzący już prawie za obóz odkryli Niemcy.

W czerwcu 1943 r. grupa holenderskich jeńców została przewieziona do Oflagu 67 M w Stanisławowie. Oczywiście zaraz po przybyciu zajęła się planowaniem ucieczki. Ze względu na położenie obozu na polskich kresach wschodnich, tradycyjny kierunek - Szwajcaria był wykluczony. Jeńcy zdecydowali się więc na próbę przedarcia przez okupowaną Polskę do Szwecji. Pierwsza próba nie udała się. Niemcy nie dali odwrócić swojej uwagi od pięciu jeńców, próbujących się ukryć w uprzednio przygotowanej skrytce w piaskownicy na boisku sportowym.

Wkrótce jednak pojawiła się druga szansa. Krap i jego dwóch współtowarzyszy przebrało się za rosyjskich jeńców, którzy korzystali z pewnej swobody poruszania się po obozie. Przez dwa dni i jedną noc kopali podkop, prowadzący z baraku stojącego przy obozowym. Nie niepokojeni dotarli do Dniestru, gdzie odłączył się od nich porucznik Pückel, który postanowił szukać schronienia na Węgrzech. Krap wraz z porucznikiem Frederikiem Beerem Kruiminkiem poszli pieszo do Kałusza, a potem przesiedli się na pociąg do Jasła.

Jawajczyk w Armii Krajowej

Tam schronili się w domu kapitana Mieczysława Silkowskiego - jeńca, którego Holender poznał jeszcze w Colditz. Jego żona skontaktowała ich z Armią Krajową. Otrzymali cywilne ubrania zamiast swoich przerobionych mundurów wojskowych i udali się w dalszą podróż do Warszawy. Ze względu na orientalny wygląd, Krap posługiwał się dokumentami wystawionymi na japońskiego mechanika Inonu Honjo. Jego malajski miał udawać japoński. Korzystając z pomocy polskiej przewodniczki, 10 grudnia znaleźli się w Warszawie. Pomieszkując w konspiracyjnych mieszkaniach, z przerażeniem wysłuchiwali opowieści mieszkańców o okupacyjnej rzeczywistości, terrorze zaprowadzonym przez Niemców i konsekwencjach spodziewanego wkroczenia do Polski Armii Czerwonej. W końcu dostali świetnie podrobione dokumenty, które umożliwiły im poruszanie się po ulicach Warszawy. Zostali też zaprzysiężeni jako członkowie Armii Krajowej.

W styczniu 1944 r., Krap wraz z australijskim pilotem Keithem Chisholmem, również uciekinierem z niewoli, omal nie wpadł w ręce Niemców. Kiedy spacerowali brzegiem Wisły, zatrzymał ich funkcjonariusz policji wodnej. Zdziwiony toczoną po angielsku rozmową, zażądał dokumentów. Mimo, że Chisholm miał przy sobie pewne papiery, zepchnął policjanta ze skarpy do lodowatej rzeki i zaczął uciekać. Holendrowi nie pozostało nic innego, jak również rzucić się do ucieczki. Policjant został wyłowiony z rzeki razem z dokumentami jeńców, a Gestapo wpadło na ich ślad.


Krap został wówczas przekazany przez Armię Krajową pod opiekę dyrekcji holenderskich zakładów Philipsa przy ulicy Karolkowej w Warszawie. Zamieszkał w służbowym mieszkaniu na terenie fabryki, gdzie nudził się niemiłosiernie i obmyślał nowe plany ucieczki, w tym również w kierunku zbliżającej się od Wschodu Armii Czerwonej. Przebywał również w Laskach i Izabelinie, gdzie w czerwcu 1944 r. razem z mieszkańcami świętował utworzenie drugiego frontu w Europie. W tym czasie dostał też propozycję powrotu do oddziału AK, w którym został zaprzysiężony. Nie przyjął jej jednak. Spodziewał się walk z Rosjanami. Jako aliancki oficer znalazłby się wtedy w bardzo niekorzystnej sytuacji.

Kiedy wybuchło powstanie warszawskie, Krap pełnił funkcję zarządcy zakładów Philipsa. Większość kierownictwa ewakuowała się przed nadchodzącym frontem. W pierwszych dniach walk był świadkiem niemieckich okrucieństw na ludności cywilnej na Woli. Po kilkunastu dniach ewakuował się do Holandii razem z pozostałym holenderskim personelem fabryki.

Batalion Oranje

Nie oznaczało to wcale końca jego kłopotów. Po czterech latach zobaczył się z żoną i swoimi dwoma synami. Córkę, która urodziła się, kiedy przebywał w obozie jenieckim, zobaczył po raz pierwszy. Poszukiwany przez Niemców musiał się stale ukrywać i był nieustannie przerzucany pomiędzy konspiracyjnymi lokalami. 12 września przeniesiony został do domu w Oosterbeek niedaleko Arnhem. Pięć dni później zaczęła się operacja Market Garden.

Ze swojego balkonu mógł obserwować, jak tysiące spadochroniarzy i dziesiątki szybowców ląduje na niedalekich polach. Wkrótce zaczęły się walki pomiędzy Brytyjczykami z 1 Dywizji Powietrznodesantowej a Niemcami z II Korpusu Pancernego SS. Krap z kilkoma towarzyszami z konspiracji od początku starali się nawiązać kontakt z aliantami. Zorganizowali też oddział samoobrony, złożony z kilkunastu miejscowych Holendrów. Po wojnie został on szumnie nazwany Batalionem Oranje. Brytyjczycy jednak nie byli zbytnio zainteresowani współpracą ze świetnie znającymi okolicę i jej mieszkańców bojownikami.

Cztery dni po Brytyjczykach, na drugim brzegu Renu wylądowały główne siły polskiej 1 Samodzielnej Brygady Spadochronowej. Krap spotkał kilku Polaków w hotelu Hartenstein, gdzie mieściła się kwatera Brytyjczyków. Wkrótce jednak zostali oni zmuszeni przejść do obrony przed postępującymi Niemcami. Holender i jego ludzie opuścili aliantów i ponownie zeszli do podziemia.

Po zajęciu okolic Oosterbeek przez Niemców, część Brytyjczyków i Amerykanów z 82 Dywizji Powietrznodesantowej wycofała się za Ren pod osłoną polskich spadochroniarzy. Około pięciuset jednak nie zdążyło uciec z pułapki i ukrywało się przed nieprzyjacielem u miejscowych gospodarzy i w lasach. Spodziewając się dalszych walk, Niemcy przeczesywali okolicę, wysiedlając ludność cywilną. W nocy z 22 na 23 października przy pomocy miejscowego ruchu oporu przeprowadzono operację Pegasus. Ponad 100 żołnierzy przebrało się z powrotem w swoje mundury, i korzystając z ciemności, przemaszerowało pod lufami niemieckich karabinów maszynowych pięć kilometrów, które dzieliły ich od Renu. Amerykańskimi łodziami desantowymi przeprawili się na drugi brzeg rzeki. Jednym z ewakuowanych był Krap, który po ponad czterech latach wreszcie wydostał się spod niemieckiej okupacji.

Czytaj także:
Polskie sieroty odnalazły nowe życie na rajskiej wyspie

Oficerem wywiadu, który prowadził rutynowe przesłuchania przybyłych, okazał się przyjaciel Krapa z Colditz, któremu powiodła się ucieczka do Wielkiej Brytanii. Holender już nazajutrz znalazł się na Wyspach i wstąpił do holenderskiej marynarki.

Przez kilka miesięcy nie było dla niego żadnego przydziału. Rozczarowany Krap włóczył się po Londynie, nie bardzo wiedząc, co ze sobą począć. Spotkał Beera Kruiminka, któremu też udało się uciec z Warszawy i przez Paryż trafił do Anglii. Na rozmowę zaprosiła go też holenderska królowa Wilhelmina, ciekawa jego wojennych przygód. Podczas rozmowy monarchini zapytała go co sądzi o postawie holenderskich oficerów, którzy dali Niemcom słowo honoru, że zaprzestaną walki, a następnie uciekli do Anglii. Po tej rozmowie Krap postanowił, że poszuka przydziału tam, gdzie będzie mógł naprawdę walczyć z Niemcami.

Na swoją prośbę został przyjęty do Royal Navy i zamustrowany na holenderskim lekkim krążowniku "Van Heemskerck", obsadzonym teraz przez brytyjską załogę. W styczniu 1945 przeniesiono go na ciężki krążownik HMS "Berwick". Po wypełnieniu kilku misji na północnym Atlantyku, wraz z końcem wojny w Europie, Krap wrócił do marynarki holenderskiej. Japończycy ciągle okupowali Holenderskie Indie Wschodnie i tam właśnie został skierowany Krap. Sytuacja była niespokojna. Indonezja zadeklarowała niepodległość. Wybuchły walki z Holendrami. Los rodziców Krapa, którzy przebywali na Jawie, był nieznany. Znacznie później dowiedział się, że udało im się przeżyć wojenną zawieruchę.

W końcu przez Australię wrócił do Holandiii w maju 1946r. znalazł się
w Rotterdamie, gdzie zaczęła się dla niego wojna. Nie porzucił służby w Koninklijke Marine, był także doradcą tworzącej się marynarki wojennej Indonezji. W stan spoczynku przeszedł w 1958 roku w stopniu komandora. W 1981 roku ukazały się drukiem jego wspomnienia "Contra de Swastika". W 1985 roku został odznaczony Krzyżem Armii Krajowej. Zmarł w Wassenaar w Holandii w 1995 roku, pozostając dla Holendrów przykładem męstwa i bohaterstwa podczas II wojny światowej.

Grzegorz Janiszewski

Przy pisaniu artykułu wykorzystano wspomnienia Charlesa van der Krapa "Przeciw swastyce", Wydawnictwo Dolnośląskie 2011.

Czytaj także

 2
  • Polak IP
    Nic dziwnego, że Holendrzy byli zaskoczeni atakiem Niemiec jak mieli tanich "bohaterów", którzy na wszelki wypadek nie walczyli by się nie narażać wrogom....
    Dodaj odpowiedź 2 0
      Odpowiedzi: 0
    • fherh IP
      za co ten krzyż dostał?bo jakoś w Bolandzie niczym się nei wykazł szczególnym w szeregach AK.
      Dodaj odpowiedź 13 0
        Odpowiedzi: 0