Rewanż za potop. Polscy jeźdźcy apokalipsy

Rewanż za potop. Polscy jeźdźcy apokalipsy

Stefan Czarniecki na obrazie Brodero Matthisena z 1659 r.
Stefan Czarniecki na obrazie Brodero Matthisena z 1659 r. / Źródło: Wikimedia Commons
Dodano 9
Żołnierze Czarnieckiego tereny na zachód od Szczecina obrócili w pogorzelisko, niszcząc 160 wsi wraz z polami uprawnymi, a także całe miasteczka. Dochodziło do gwałtów i mordów, nawet na terytorium sojuszniczej Danii. Najazd zakończył się jednak powodzeniem. Udało się wyprzeć Szwedów z Polski a jeden z epizodów kampanii został uwieczniony w hymnie.

Rzeczpospolitą od 1648 r. nawiedzały plagi niszczących wojen: powstanie Chmielnickiego, najazd rosyjski, potop szwedzki, wystąpienie Rakoczego... W 1657 r. sytuacja zaczęła się poprawiać. 1 czerwca owego roku wojnę Szwecji wypowiedziała Dania. Karol Gustaw ruszył zatem przeciw sąsiadowi, wycofując się z Polski ku Pomorzu Gdańskiemu. Chodziło mu o cieśniny, których posiadanie pozwalało na czerpanie krociowych zysków z ceł na handlu bałtyckim i ochronę pomorskich posiadłościom Szwecji.

Takiej okazji nie mogliśmy przegapić. 18 lipca 1658 r. Tobiasz Morsztyn (brat słynnego Andrzeja) w imieniu Rzeczypospolitej zawarł z Danią traktat obronny. Od tej pory mieliśmy nie tylko wspólnie bić Szwedów, ale namawiać do tego inne państwa (Niderlandy, Austrię, Brandenburgię). Jan Kazimierz zobowiązał się, iż ruszy do duńskiego Holsztynu. Do tego zadania użył odpowiedniego człowieka – Stefana Czarnieckiego, wówczas wojewodę ruskiego, mistrza wojny kawaleryjskiej, wsławionego szarpaniem Szwedów i pobiciem Rakoczego.

Czytaj także:
Miłosne tarapaty Bohdana Chmielnickiego

Dywizja Czarnieckiego w liczbie około 5 tys. szabel operująca na Pomorzu i potem w Danii składała się z tych samych komponentów co reszta kawalerii Rzeczypospolitej. Różnice leżały w ilościach. Czarniecki poprowadził na północ tylko cztery chorągwie husarskie, pięć lekkich (wołoskich, tatarskich, semenów) i aż 22 pancerne (kozackie). Do tego cały pułk dragonów i kilkuset panów braci z pospolitego ruszenia. Taka dysproporcja była zamierzona. Husaria i lekka jazda potrzebne były na Ukrainie i przeciw Szwedom siedzącym na Pomorzu Gdańskim. Pancerni stanowili jazdę uniwersalną: nadawali się do rozbicia szyku przeciwnika (jeśli tylko był odpowiednio zmiękczony ogniem – od tego byli wszak Austriacy oraz Brandenburczycy), jak i dalekiego obejścia, pościgu, podjazdu. Problemami polskiego kontyngentu były słabe zaopatrzenie i potężne zaległości w żołdzie, co drastycznie odbiło się na zachowaniu żołnierzy wobec cywili.

Pomorze w dymie

Zanim jeźdźcy Czarnieckiego dotarli do Danii, poznało ich Pomorze Zachodnie, wówczas własność Szwedów (od Szczecina na zachód) i Brandenburgii (będącej jeszcze przez kilka tygodni w sojuszu ze Szwecją). Zagon Czarnieckiego przekroczył granicę Korony pod koniec września 1657 r. koło Barnimia. Rozpoczęło się 10 dni grabieży, palenia młynów, porywania zakładników dla okupu. Wypad ten strategicznie okazał się niezbyt opłacalny – zaniepokojeni Szwedzi wzmocnili przeprawy na Odrze. Świeżo przeciągnięci na naszą stronę Brandenburczycy ciskali zaś na Czarnieckiego gromy za plądrowanie sojuszniczego terytorium. Wojewoda tłumaczył się niewiedzą o zawartych właśnie traktatach.

Minął miesiąc i ruszyła druga wyprawa, również złożona z samej jazdy. Bez wsparcia Austriaków zdobywanie miast nie wchodziło w grę, tym bardziej dotarcie do oddalonego o 500 km duńskiego Szlezwiku. Na wieść o maszerujących Polakach okoliczni chłopi i mieszczanie uciekali jak przed zarazą. W posiadłościach elektora Czarniecki nakazał jednak towarzystwu jako taką grzeczność. Teren na zachód od Szczecina obrócił jednak w pogorzelisko, niszcząc 160 wsi wraz z polami uprawnymi. Dochodziło do gwałtów i mordów. Wojsko czyniło to tym chętniej, iż pamiętało szwedzką soldateskę w Koronie dwa lata wcześniej. I ta wyprawa nie przyniosła konkretnych korzyści strategicznych, poza zniszczeniem zaplecza przeciwnika.

Czytaj także:
Lisowczycy - polscy jeźdźcy apokalipsy

8 marca 1658 r. omal nie doszło do załamania całej antyszwedzkiej akcji. Duńczycy, nie doczekawszy się pomocy z południa, pobici przed Szwedów podpisali w Roskilde upokarzający pokój, oddając wrogowi swoją „odwieczną” Skanię. Minęły raptem cztery miesiące i Karol Gustaw zaatakował pobitych właśnie sąsiadów ponownie. Pretekstem do ataku było „spiskowanie Duńczyków z Holandią”. Szwedzi oblegli Kopenhagę, okupowali wyspy Zelandię i Fionię. Fryderyk III był zaskoczony i zdruzgotany. Rzeczpospolita zadowolona. Koalicja wszak dalej miała sens, a Szwedów na Pomorzu Gdańskim było coraz mniej.

Głodny Polak, zły Polak

Wyprawa na pomoc Danii ruszyła z Wielkopolski 9 września 1658 r. Tuż po przekroczeniu granicy zaczęły się dezercje. Chryzostom Pasek, towarzysz chorągwi pancernej, tłumaczył ten fakt w swoich pamiętnikach dość mętnie: „Jaki taki obejrzawszy się, pomyślał sobie: miła ojczyzno, czy cię już więcej oglądać nie będę”. Wojewoda surowo karał żołnierskie przestępstwa:

Już nie ścinać ani rozstrzelać, ale za nogi u konia uwiązawszy, włóczyć po majdanie tak we wszystkim, jak kogo na ekscesie złapano, według dekretu lubo dwa, lubo trzy razy na około. I zdało się to zrazu, że to niewielkie rzeczy, ale okrutna jest męka, bo nie tylko suknie, ale i ciało tak opada, że same tylko zostają kości – pisał Pasek. – Przechodząc przez miasta na kożdej prezencie oficerowie z szablami dobytymi przed chorągwiami jechali, towarzystwo zaś pistolety, czeladź bandolety do góry trzymając.

Dyscyplinę udało się uratować. Do czasu. W momencie wejścia na teren duńskiego księstwa Szlezwik-Holsztyn trzeba było pomyśleć o przydzieleniu wojskom rejonów zaopatrzenia. Głównodowodzący, wielki elektor Fryderyk Wilhelm, wybrał dla siebie i Austriaków zachodnie wybrzeże Danii nietknięte przez Szwedów. Polakom przypadło wybrzeże wschodnie, kompletnie ogołocone już z zapasów. Naszemu wojsku w oczy zaczął zaglądać głód. Czarniecki, chcąc nie chcąc, musiał zgodzić się na znajdowanie żywności „na własną rękę”. Stojący w obliczu nadchodzącej zimy duńscy chłopi ani myśleli oddawać jedzenia czy żywego inwentarza. Brano zatem siłą, dopuszczając się również podpaleń (nieraz całych miasteczek), gwałtów i porwań kobiet.


Przepaść pomiędzy lokalną ludnością a Polakami pogłębiały też różnice religijne. W opinii wielu polskich żołnierzy luterańscy Duńczycy, których sporo służyło przecież jako najemnicy w armii Karola Gustawa, byli takimi samymi łotrami jak szwedzcy najeźdźcy. Pasek, jako osoba ciekawa świata, był jednak bardziej obiektywny: „Lud też tam nadobny: białogłowy gładkie i zbyt białe, stroją się pięknie”. Polskich żołnierzy zaszokowała wieść o tym, iż duńskie kobiety rozbierają się przed mężami do naga przy świetle świecy. „Kiedyśmy im mówili, że to tak szpetnie, u nas tego i żona przy mężu nie uczyni, powiedały, że »tu u nas nie masz żadnej sromoty i nie rzecz jest wstydzić się za swoje własne członki, które Pan Bóg stworzył«. Różne niecnoty wyrabiali im nasi chłopcy, ale przecie nie przełamano zwyczaju”.

Ład wojewody

Sytuacja aprowizacyjna poprawiła się w listopadzie, gdy Polacy opanowali Koldyngę (tylko miasto, w zamku dalej siedzieli Szwedzi). Grabieże ustały. Jednak te duńskie ziemie, które były okupowane przez Szwedów, uważano za... szwedzkie, czyli wrogie. Sposób myślenia Czarnieckiego, bądź co bądź praktyczny, tak opisał Pasek: „[...] i lubo głębiej miało iść wojsko w duńskie królestwo, ale uważał to regimentarz, żeby stanąć na zimę jako najbliżej z tej racyi, żeby przecie więcej jeść chleba szwedzkiego niżeli duńskiego. Jakoż tak było, bo przez całą zimę czaty nasze do tamtych wiosek [wybiegały], mściły się na nich owych [krzywd] narodu ich. A pisać by siła, co tam z nimi robili czatownicy, stawiając sobie przed oczy recentem [niedawne] od nich iniuriam [bezprawie]”.


Czarniecki wymusił na swoim wojsku względne przestrzeganie reguł w ściąganiu zaopatrzenia od ludności. Pasek nie omieszkał jednak opisać „nadużyć”: „Ustawa tędy stanęła, żeby brać po 10 bitych talarów co miesiąc na koń z pługa (łanu). Braliśmy tędy w pierwszym miesiącu według ustawy, w drugim po 20 bitych, w trzecim już kto co mógł, choć by najwięcej wytargować, zrozumiawszy substancyją chłopa, jeżeli się miał dobrze na mieszku [...]. Sarkalić na to niebożęta, że to kontra constitutum [przeciw prawu]. Aleć przecie wydali i odwieźli”. Oczywiście podczas bitwy zapominano o jakichkolwiek prawach i ograniczeniach, rekwirując chłopom łodzie czy narzędzia. Aprowizacja podczas zdobywania Koldyngi wyglądała tak: „Aż tam już radzą, jako się podszańcować, jako mury rąbać, a czym rąbać, nie wspomnieli. A siekiery kędy? Dopiero zaraz kazał strażnik Wołoszy [lekkiej jazdy] spod chorągwie, żeby się rozjechali po wsiach o mil dwie albo trzy o przyczynie siekier. Jeszcze nie świtało, a już pięćset siekier na kupie nakładziono. Po owej robocie, jak się wojsko dorwało do ciepłej izby, kto kogo mógł złapać, lubo chłopa, lubo też kobietę, to zaraz odar[ł] z koszuli, żeby się przewlec”.

Sarmackie szturmy

Pierwszą batalię polska jazda stoczyła 14 grudnia 1658 r. podczas desantu na wyspę Als. Od Jutlandii oddzielała ją bardzo wąska cieśnina, szerokości Wisły w Warszawie. Przyczółek został zdobyty przez dwa rzuty piechoty brandenburskiej i austriackiej. W ostatnim rzucie ruszyła polska jazda (cztery chorągwie pancerne, dwie lekkie, dwóch dragonów) i rajtarzy. Żołnierze wiosłując na łodziach, konie w lodowatej mimo odwilży i pięknej pogody wodzie uwiązane do łodzi. Na drugim brzegu zziębnięte zwierzęta czym prędzej osiodłano, od razu ruszając na szwedzką jazdę, bijąc ją. Polskie konie okazały się bardziej odporne na takie warunki służby od niemieckich. Właśnie to wydarzenie stało się kanwą do słów naszego hymnu o Czarnieckim rzucającym się przez morze. Ostatecznie Szwedzi, dzięki pomocy swoich okrętów, wycofali się chyłkiem na Fionię.

25 grudnia podczas zdobywania zamku w Koldyndze wojska Czarnieckiego działały samodzielnie. Zaczęło się od pobicia naszego podjazdu w pobliżu miasta. Zaalarmowany wojewoda zabrał swoje wojska z Als i popędził na stały ląd na czele dragonów (nie było lepszej jednostki do szybkiego przemieszczenia się i pieszego ataku z wykorzystaniem broni palnej).

Czytaj także:
Polacy na Kremlu. O krok od imperium

Według Paska Szwedzi byli pewni zwycięstwa: „Na konnych oni mówili, że to ludzie do szturmów niezwyczajni; pójdzie to w rozsypkę, jak raz ognia dadzą, bo tak sami więźniowie powiedali”.

Aby zdobyć twierdzę, trzeba było szybko dostać się pod same wały, tak aby Szwedzi z powodu zbyt dużego kąta ostrzału nie mogli razić Polaków. Zadanie to umożliwiły mgła oraz prosty, choć ryzykowny sposób znany z wojen na Ukrainie: „Kożdy z pachołków trzyma ów snop słomy przed sobą, towarzystwo zaś w pancerzach tylko, niektórzy też z kałkanami. Skorośmy tedy do fossy przyszli, okrutnie poczęły parzyć owe snopy słomy. Już się czeladzi trzymać uprzykrzyło i poczęli je ciskać w fossę; jaki taki, obaczywszy u pierwszych, także czynił i wyrównali owę fossę, tak że już daleko lepiej było przeprawiać się tym, co na ostatku szli, niżeli nam, cośmy szli w przodzie z pułku królewskiego. Bo źle było z owemi snopami drapać się do góry po śniegu na wał; kto jednak swój wyniósł, pomagał i znajdowano w nich kulę, co i do połowy nie przewierciała. Wychodząc tedy z fossy, kazałem ja swoim wołać: »Jezus, Maryja!«, lubo insi wołali: »Hu, hu, hu!«, bom się spodziewał, że mi więcej pomoże Jezus, niżeli ten jakiś pan Hu. Skoczyliśmy tedy we wszystkim biegu pod mury”.

Wyrąbano przejścia w wałach i atakujący znaleźli się szybko pod murami zamku. Pasek wspominał moment, gdy jego pocztowi wybili dziurę w ścianie:

Skoro już mógł się jeden zmieścić, aż ja każę czeladzi włazić po jednymu. Wolski, jako to chłop chciwy, żeby to wszędy być wprzód, rzecze: »Wlezę ja«. Tylko wlazł, a Szwed go tam za łeb. Krzyknie. Ja go za nogi. Tam go do siebie zapraszaj[ą]; my go też tu nazad wydzieramy: ledwieśmy chłopa nie rozerwali. Woła na nas: »Dla Boga, już mię puśćcie, bo mię rozerwiecie!«. Krzyknę ja na swoich: »Dajcie w okno ognia!«. Włożyli tedy kilka bandeletów w okno, dali ognia: zaraz Szwedzi Wolskiego puścili; dopieroż my po jednemu owym oknem laźli. Już nas tam było z półtora sta.

Na dziedzińcu zamkowym doszło do starcia ze szwedzką piechotą. Polacy za wszelką cenę dążyli do starcia na szable, ograniczając walkę ogniową do minimum. Taktyka ta opłaciła się. Od szwedzkich muszkietów padło kilku towarzyszy i pocztowych, ale zamek został zdobyty. Doszło do rzezi części jeńców. Fryderyk Wilhelm zgromił za to Czarnieckiego, ten jednak bronił się, mówiąc, iż woli „bić się ze Szwedami raz niż dwa razy”, i przypominając karygodne zachowanie Szwedów w Koronie. Na wojewodę napadł też dowódca cesarski Montecuccoli. Poszło o rabowanie przez Polaków austriackiego prowiantu. Nasi odpierali zarzuty, wskazując na żony austriackich oficerów podbierające jedzenie z polskiego obozu. Krewki Czarniecki wyzwał Austriaka na pojedynek, ten jednak odmówił dania satysfakcji.

Czytaj także:
Stanisław Żółkiewski, hetman prawdziwie wielki

Jeszcze kilka miesięcy trwała wojna szarpana, w której Polacy brali górę. Desant koalicji na Fionię powiódł się w listopadzie 1659 r. Pod Nyborgiem doszło do największej bitwy lądowej tej kampanii. Wyrównany początkowo bój przerodził się w szwedzką klęskę. Pozbawiona osłony jazdy piechota Karola Gustawa została na lewym skrzydle zmasakrowana przez polską husarię i pancernych. Dowodzący naszą jazdą Kazimierz Piaseczyński, szarżujący jako pierwszy, w czasie przeskakiwania fosy został jednak śmiertelnie postrzelony z trzech muszkietów.

Napierany na kilku frontach (Dania, Litwa, Pomorze Gdańskie) Karol Gustaw, mający przeciw sobie potężną flotę holenderską, musiał usiąść w końcu do stołu rokowań, podpisując w 1660 r. dwa pokoje – oliwski i kopenhaski. Oba traktaty kończyły szwedzkie panowanie w Danii i Rzeczypospolitej.

Jakub Ostromęcki

Okładka miesięcznika Historia Do Rzeczy: 6/2014
Artykuł został opublikowany w 6/2014 wydaniu miesięcznika „Historia Do Rzeczy”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 9
  • zbigur IP
    Uwaga do ostatniego akapitu. Karol X Gustaw umarł w Göteborgu 13 (23) lutego 1660 r., zawartych wiosną wspomnianych traktatów pokojowych podpisać więc nie mógł.
    Dodaj odpowiedź 0 0
      Odpowiedzi: 0
    • Arnol IP
      Jest nowa książka o Reytanie:
      https://ridero.eu/en/books/reytan/#.WlcL8c7uJ90.link
      Dodaj odpowiedź 3 0
        Odpowiedzi: 0
      • kasos IP
        Podpisano papiery o oddaniu krolewskich i nie tylko rzeczy zrabowanych przez szwedow i do tej pory nie wywiazali sie z tej umowy,dziwne ze jestesmy wiecznie rabowani z majatku i nikt nigdy nam nic nie oddal a bylismy bardzo bogaci w ksiegi,obrazy,meble,historie itd.moze wlasnie jest pora na nipodporzadkowanie sie zbojeckim krajom bo sytuacja sie powtarza.
        Dodaj odpowiedź 28 1
          Odpowiedzi: 0
        • aras39@tlen.pl IP
          Czasy potopu szwedzkiego, to był ostatni dzwonek, aby polska szlachta wyciągnęła wnioski, że z ustrojem Rzeczypospolitej jest coś nie tak...
          Najgorsze jest to, że zostało nam to do dziś...
          Dodaj odpowiedź 31 0
            Odpowiedzi: 0
          • JarekJ IP
            Byłem na zamku w Kolding w trakcie prac konserwatorskich i jego (częściowej) odbudowy. Miałem ze sobą pamiętnik Paska, żeby sprawdzić detale.
            Wbrew twierdzeniom zawartym w grafomańskich przypisach jakiegoś idioty, który dotkliwie "opracował" posiadane przez mnie wydanie, Pasek pisał prawdę.
            Trzymając się relacji Paska, bez trudu znalazłem wspomniane powyżej okno / dziurę. Jest to okno na samym dole wieży. Kiedyś była tam krata, którą żołnierze Paska wyrąbali z muru siekierami. Po usunięciu XVIII i XIX wiecznych tynków, ślady ciosów siekier były zupełnie widoczne.
            Dodaj odpowiedź 44 0
              Odpowiedzi: 1