„Stracili dziecko, bo nie mogli zadzwonić na pogotowie”. Cicha ofiara stanu wojennego

„Stracili dziecko, bo nie mogli zadzwonić na pogotowie”. Cicha ofiara stanu wojennego

Gen. Wojciech Jaruzelski na wystawie PWPW
Gen. Wojciech Jaruzelski na wystawie PWPW / Źródło: DoRzeczy.pl
Dodano
Nasi znajomi w tych dniach stracili dziecko, które miało się narodzić. Nie mogli zadzwonić na pogotowie. Pomoc przyszła zbyt późno i dziecko urodziło się martwe. Oto moje domowe notatki z czasów stanu wojennego

13 XII 1981 - niedziela. Rano spieszę na dyżur do Muzeum Historii Katowic. Ulice w mieście są wyludnione. Nie zwracam na to uwagi. Na rogu Mariackiej do kosza na śmieci wrzucam zużyte chusteczki z ligniny. Obserwują mnie dwaj mężczyźni, z których jeden idzie potem za mną. Śmieszy mnie to. Ich zainteresowanie kładę na karb złej sławy tej ulicy („ale żeby tak wcześnie rano?”[szukać prostytutki]).

Dopiero na portierni dowiaduję się o stanie wojennym. Otwieram biuro i próbuję telefonować do domu. Nie udaje się. Za to Mama ze swojego mieszkania dodzwoniła się do mnie:

- Zamykaj czym prędzej i wracaj do domu! - krzyczy do słuchawki.

Wysłuchałam jeszcze komunikatów. Jeden o tym, że pracownicy rozgłośni radiowych mają urlop okolicznościowy i tylko niektórzy będą wzywani do pracy. Muszę powiedzieć mężowi…

Zamykam i wracam do domu. Na ulicy Szafranka obok siedziby Solidarności panuje ZOMO. Policjanci natomiast wynoszą coś z budynku do żuka czy nyski. Stoi też samochód ciężarowy. Z obu stron ulicy Szafranka – patrole. Obwieszczenie o stanie wojennym zobaczyłam dopiero przed przystankiem tramwajowym w rynku.

O dwunastej w południe wysłuchałam w domu przemówienia Jaruzelskiego, a potem szeregu komunikatów i dekretów Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego (WRON). Mówiono też o internowaniu członków Solidarności, o zmilitaryzowaniu pewnych instytucji, o karach (od dwóch lat do kary śmierci)… I tak do wieczora. W przerwach wojskowe, skoczne piosenki.

Wieczorem, około dwudziestej w dzienniku – kazanie kardynała Glempa. Nawołuje do spokoju. Coś w tym sensie: jeżeli władza uważa, że należy działać środkami przemocy, nie wolno z władzą walczyć, należy zachować spokój i nie dopuścić do rozlewu krwi: „…na kolanach was o to będę błagał!”.

14 XII – poniedziałek. Idę do pracy. Nie ma chleba. Wreszcie przy jednej piekarni stoi kolejka. Kupuję chleb i przychodzę do pracy ostatnia. Patrole pod oknami. Drzwi od budynku zamykamy. Przez okno widzę jakąś przepłoszoną przez ZOMO grupkę młodzieży. Usiłują jeszcze śpiewać i odchodzą. W jakiś czas potem spotykam ich w pobliskim barze mlecznym na drugim śniadaniu. Skupieni w rogu sali naradzają się. Wszyscy patrzą na nich. Wykupują mi sprzed nosa ostatnią kromkę chleba z serem.. Zadowalam się chlebem z samym masłem.

Czytaj także:
Szukamy najciekawszych wspomnień ze stanu wojennego

Po południu do naszego domu wpada pani Róża. Przypomina o opłatkowym spotkaniu oazy rodzin w salce przy kościele.

Wieczorem zastaję już w salce stół pięknie nakryty. Choinka, ciasto, słodycze. Przed każdym nakryciem leży opłatek i obrazek. Śpiewamy razem kolędy, potem pieśni. Staramy się nie rozmawiać, tylko śpiewać. Ksiądz Stanisław intonuje:

„Już się nie bój dłużej, Pan przy boku Twym. On pochodnią naszą w chwilach życia złych…Nie jestem już sam, nie jestem już sam…”

Brakuje jednej pani. Podobno aresztowano jej męża i syna. Wychodzimy na pół godziny przed policyjną porą. Przed kościołem milicjanci kierują samochody do objazdu. Droga obok huty Baildon jest zamknięta.

Pani Róża martwi się głośno, że Tolka wezmą do wojska. Po drodze mijają nas dwie karetki pogotowia. Chyba jadą w stronę huty.

W domu mąż siedzi z uchem przy radiu. Kto internowany, a kto uciekł? Po kogo przyjdą i za co zamkną? Trzeba wiedzieć jak najwięcej. Oto zaczynają się problemy, zasadzki dla sumienia. Kto jest przyjacielem, a kto zdrajcą? Co robić, jeśli się nie wie?

A właśnie niespodziewanie wizytuje nas tutejszy pisarz, pan A. Ż. z psem. I nie wiemy, dlaczego, po raz pierwszy, nas odwiedził…

15 XII – wtorek. Jestem w domu. Mąż także – nie wezwano go do pracy. Czyta dzieciom „Dziadka do orzechów”. Idę po owoce i jarzyny. Po drodze spotykam Tatę. Nie mógł zadzwonić, więc przyjechał dowiedzieć się, co u nas. Kiedy siedzimy przy kawie, przychodzą państwo J. Chyba się niepokoili, czy męża nie internowano tak jak Edwarda Z. Szef w Radiu życzył wszystkim „miłego odpoczynku”… Pan J. pokazuje nam swoją nową kolędę: „Tegoroczna Gwiazdka nie była wesoła, wojsko wykonało manewr Kulikowa, Jaruzelski ruszył, Solidarność skruszył, hej kolęda, kolęda…”

Słuchamy głosów ze świata. Wszyscy z nami, zwłaszcza związki zawodowe organizują manifestacje z pochodniami. W Portugalii w siedzibie LOT-u wybito szyby. To ma nam dodać otuchy… Wszyscy jednak mają nadzieję, że załatwimy sprawę we własnym zakresie.

16 XII – środa. W drodze do pracy muszę zmienić trasę: na rogu ulic Wieczorka i Mielęckiego żołnierze zamknęli przejście przed bankiem. W muzeum kolega opowiada, jak w Halembie zostali pobici strajkujący górnicy. Uciekli na plebanię. Aresztowano proboszcza.

Podobno Czesi utrudniają przejazd transportów żywności do Polski.

Coś się dzieje w hucie „Katowice”. Hutnicy z „Baildonu” od poniedziałku nie wrócili do domu.

Idę służbowo na pocztę po paczkę z antykwariatu. Mam przepustkę z pracy. Milicjanci wpuszczają mnie na wydział paczkowy bez zaglądania do papierów.

Kiedy wracam do muzeum, widzę przez okno, jak w siedzibie Solidarności milicja wymiata do worków zawartość biurkowych szuflad. Po pracy odwiedzam rodzinę aresztowanego Z. Zastaję same dzieci.

17 XII – czwartek. Mąż przynosi wieści o „Staszicu” i o kopalni „Wujek”. Coś się tam działo wczoraj. Wkrótce wiemy to, co piszą w Trybunie Robotniczej: siedmiu zabitych górników, trzydziestu dziewięciu rannych, czterdziestu jeden rannych milicjantów. Wieczorem dopiero mówią o tym w ogólnopolskim dzienniku TV. I o Gdańsku – też są ranni.

Dowiadujemy się, że naszego sąsiada, górnika, członka ORMO (jak się okazuje), wezwano wczoraj wieczorem. Ponieważ żona wyjechała do rodziny w Poznańskie po wałówkę

(bez zezwolenia zresztą), wyprosił, żeby do rana pozwolono zostać z dziećmi. O siódmej musiał się zgłosić. Troje dzieci zostało samych. zaopiekowali się nimi sąsiedzi. Matka wróciła dopiero po północy. Jedzenie wiozła sankami po śniegu. Zatrzymał ją patrol, ale po sprawdzeniu – wypuścił.

Słyszeliśmy pogłoskę o podminowaniu kopalń.

Był jakiś protest biskupów.

Papież telefonował do Reagana.

Zabroniono jeździć z miasta do miasta. Tylko do pracy wolno, za specjalnym zezwoleniem.

Opowiadają, że w pewnej stołówce wsypano trzystu milicjantom do jedzenia laxigen.

W kolejce podsłuchałam, że jakiś górnik z Solidarności błąka się po kanałach między kopalnią Gottwald a hutą Baildon.

18 XII – piątek. Mróz – 13 st. C. Mąż nie mógł spać przez całą noc. Ja spałam. Może lepiej byłoby, gdyby chodził do pracy? Zresztą – nie wiem.

U mnie w muzeum wyłączono dziś światło, na szczęście na krótko. Było zimno i głodno.

Zniknęli milicjanci z siedziby Solidarności. Tylko ZOMO chodzi pod oknami na Szafranka.

Około południa widziałam przejeżdżające czołgi i samochody pancerne. W muzeum powiedziano nam, że jest zarządzenie (ustne!), abyśmy pełnili dzień i noc dyżury. Absurdalne: wyłączone telefony, brak blisko posterunku…

W naszym bloku pogodziły się dwie dawno powaśnione sąsiadki: ta, która wyjeżdżała podziękowała tej, która podczas jej nieobecności zaopiekowała się dziećmi. Obie popłakały się przy okazji.

21 XII – poniedziałek. Wczoraj słuchaliśmy w kościele listu pasterskiego: „Podziel się z drugim opłatkiem. On się nim nie naje, ale to znaczy więcej niż ciągłe deklaracje o jedności”.

Mój mąż nie chodzi do pracy. Nie jest w stanie nic robić, ciągle siedzi przy radiu. On i inni jego „urlopowani” koledzy najlepiej czują się, kiedy mogą spotykać się i rozmawiać.

W noc wigilijną mimo wszystko Pasterka ma się odbyć. Starcom w okresie świątecznym wolno podróżować. Tylko że mój osiemdziesięcioletni ojciec nie jest w stanie podróżować sam.

W dzień od czasu do czasu nad miastem krążą helikoptery. Rynek udekorowano kilkoma czołgami i wozami pancernymi.

Czytaj także:
„Zabójca zakpił sobie z tej rodziny”. Wstrząsająca wizyta u rodziców ofiary stanu wojennego

Siedziałam dziś sama na popołudniowym dyżurze w muzeum. Gmach pusty, pogaszone, cisza. Nagle… człap, człap, człap… na korytarzu. Wychodzę – młody żołnierz zdąża do ubikacji.

- Panowie tu będą stacjonować?

- Nie, nie, my tylko na chwilę…

Wróciłam z dyżuru wcześniej od mojego męża, który w kolejce po ryby czekał od dwunastej do dziewiętnastej. Zjawił się nieprzytomny ze zdenerwowania, bo usłyszał pogłoskę o śmierci Z. Długo nie mógł się uspokoić.

4 I 1982. Minęły święta i Nowy Rok. W święta mieliśmy właściwie wszystko to, co zwykle bywa na stole, tyle że niewiele i z wielkim trudem zdobyte. Po chleb staliśmy z mężem na zmianę prawie sześć godzin i nie dostaliśmy, bo zabrakło. Właścicielka piekarni uległa jednak rozwścieczonemu tłumowi i dała karteczki na odbiór chleba następnego dnia rano. Mąż poszedł o szóstej. Tym sposobem dostaliśmy chleb.

W czasie świąt staraliśmy się nie rozklejać. Słuchaliśmy kolęd i wystawialiśmy wraz z dziećmi kilka razy nasze kukiełkowe jasełka. Tylko tę Dobrą Nowinę warto było powtarzać.

Wczoraj dopiero odwiedziło nas małżeństwo R. Przynieśli wieści o rannych w szpitalu, o roli ZOMO, o kierowcy wiozącym rannych górników z Wujka. I o dzieciach wołających „faszyści”.

Patrzyłyśmy z Ireną na naszych mężów. Obaj schudli po kilka kilogramów.

6 I. Mama rozmawiała z księdzem opiekującym się internowanymi. Jest przejęty i załamany: - Czy pani wie, co to znaczy wysłuchać trzydziestu dramatów ludzkich?

Niektórzy z więzionych nie mogą poruszać rękami. Dopiero w Sylwestra był lekarz.

Z. jednak żyje, podobno żona widziała się z nim.

W bibliotece został zwolniony kolega, działacz Solidarności, za to, że powiesił na swojej biurowej szafce życzenia świąteczne z wizerunkiem Chrystusa.

Nasi znajomi w tych dniach stracili dziecko, które miało się narodzić. Nie mogli zadzwonić na pogotowie. Pomoc przyszła zbyt późno i dziecko urodziło się martwe.

Mąż pani S. zostaje na razie za granicą. Pytał ją przez kogoś o zgodę. Zgodziła się. Ciekawe, jak długo potrwa to „na razie”.

W tych zmienionych warunkach wszystko i każdy jawi się w nowej, nieznanej dotąd postaci.

7. I. Męża wezwano na rozmowę. Przyjechał kierowca z wiadomością, że ma się natychmiast zgłosić do Radia. Poszedł więc, ale najpierw zjadł drugie śniadanie. Po jego wyjściu zaczęłam z dziećmi głośno śpiewać kolędy.

Okazało się potem, że słusznie wmusiłam w męża nerwosol, bo rozmowa była niemiła, a gremium przepytujące tyle liczne, co wredne. Prym wiódł pan K. z notesikiem pełnym zadawnionych (osobistych na ogół), ale skrzętnie zapisanych pretensji.

Wszystko to trzeba było znieść spokojnie, przynajmniej tam, przy ludziach…

21 I. Te tygodnie niepewności ciągną się jak zmora. Rozmowy, rozważania, rozmyślania. Wydaje mi się, że nie tylko schudłam, ale i stwardniałam… Śpię, jem, karmię ich brzuchy. Nie starcza czasu w tej krzątaninie na karmienie ducha, który pewnie gdzieś uciekł mi przez szpary między żebrami.

30 I. Prawie od miesiąca działa telefon, ale nie międzymiastowa. Można też poruszać się po terenie GOP-u i jechać w Beskidy. Od 1 lutego ma być wprowadzona podwyżka cen. Są trudności z nabiałem. Mleko często noszę dzieciom z baru.

Mąż nadal nie wie, co będzie z pracą. Doszła go plotka, że zostanie zwolniony. Prawie nie spał dwie noce i nie jadł. Nie może usiedzieć na miejscu. Ciągle gdzieś biega, z kimś rozmawia… Często ci „urlopowani” spotykają się przy herbatce. Ostatnio znaleźli w „Zapiskach więziennych” kardynała Wyszyńskiego taki fragment:

„Siadła wrona na czole wyniosłej jodły. Spojrzała wokół i wydała okrzyk zwycięstwa. Tej wrzaskliwej zjawie wydaje się prawdziwie, że jodła zawdzięcza jej wszystko: swój byt, wysmukła piękność, trwałą zieleń, siłę w walce z wichrami. Godny podziwu jest tupet wrony”.

Wrona. WRON-a – tłumaczą to jako proroctwo, bo dalej jest, że jodła to wszystko przetrwa.

Dzwoni telefon. W słuchawce głos Ireny:

- Wiesz, mam dla twoich dzieci dwie torebki mleka w proszku. Chcesz?

- Czy chcę? No pewnie!

- Słuchaj, dostałam dziś list…

Uświadamiamy sobie, że cały czas słychać miarowe tykanie.

- A podsłuchuj sobie, podsłuchuj – rzuca ona pod adresem „tykacza”. I obie wybuchamy śmiechem.

Nie mogę tylko zapytać, czy jej także po twarzy ciekną łzy… Ze śmiechu, oczywiście.

EWA B.

Zachęcamy do dzielenia się wspomnieniami ze stanu wojennego! Teksty można przesyłać na adres: muzeumwspomnien@superhistoria.pl

 0

Więcej historii