Czołgi pod bramą. Mój dziennik strajkowy

Czołgi pod bramą. Mój dziennik strajkowy

Czołg T-54A Ludowego Wojska Polskiego. Zdjęcie ilustracyjne. Fot: Z. Chmurzyński
Czołg T-54A Ludowego Wojska Polskiego. Zdjęcie ilustracyjne. Fot: Z. Chmurzyński / Źródło: Wikimedia Commons
Dodano
Nasz zakład otoczony jest szczelnym kordonem czołgów i wozów pancernych. Wszyscy zdają sobie sprawę z tego, że wkrótce nastąpi atak ZOMO - pisze Wawrzyniec Łęcki.

W godzinach nocnych z 12 na 13 grudnia 1981 r. internowano dwóch członków Komisji Zakładowej Gdańskich Zakładów Rafineryjnych: Grzegorza Ungiera i Marka Skańskiego. Na tę wiadomość załoga Bloku Paliwowego i Olejowego postanowiła zatrzymać produkcję, utrzymując instalacje na biegu jałowym, aby nie zamrozić licznych obiegów wodnych.

13 grudnia - do zakładu przychodzi były członek Komisji Krajowej NSZZ Solidarność - Jacek Kłys oraz wraca z delegacji przewodniczący Komisji Zakładowej - Wojtek Jamrozik.

14 grudnia - ludzie przychodzą po niedzielnym wypoczynku do pracy. Pozornie wszystko wygląda normalnie. Dyrekcja jednak zdaje sobie sprawę z tego, że mimo dekretu wojennego proklamowany będzie strajk.

Zakład został zmilitaryzowany i w związku z tym dyrekcja domaga się podpisania odpowiedniej listy i przyjęcia tego faktu do wiadomości. Zdecydowana większość pracowników fizycznych nie podpisuje list i nie opuszcza zakładu. Nie opuszczają też zakładu produkcyjnego niektórzy pracownicy umysłowi.

O godzinie 15 na zebraniu w sterowni proklamowany jest strajk okupacyjny aż do uwolnienia naszych ludzi, a w godzinach wieczornych następuje podział ról i postanawia się wprowadzenie przepustek strajkowych.

15 grudnia - przyłączają się do strajku dalsi pracownicy, wieczorem słuchają wierszy i oglądają film o wypadkach w grudniu 1970 r. Dochodzą do nas wiadomości o starciach stoczniowców z ZOMO.

16 grudnia - pełna mobilizacja załogi z dwóch przyczyn: po pierwsze dlatego, że jest znaczny spadek temperatury, co przeważnie zagraża instalacjom naszpikowanym różnymi obiegami wodnymi, a po wtóre, spodziewany jest atak ZOMO na nasz zakład, który otoczony jest szczelnym kordonem czołgów i wozów pancernych. Wywołuje to nastrój obaw i grozy. Pod naciskiem rodzin niektórzy pracownicy wychodzą z zakładu, aby rano znowu wrócić. Daje się wyczuć wyraźną sympatię niemal wszystkich kobiet pracujących poza bramą w biurowcu. Żony i znajomi przynoszą strajkującym jedzenie.

Czytaj także:
Szukamy najciekawszych wspomnień ze stanu wojennego

Jednocześnie mocno pracuje sztab antykryzysowy (antystrajkowy), wzywając przez radiowęzeł do przerwania strajku i opuszczenia zakładu. Gdzieś na górze zapada decyzja odwołania dyrektora naszego zakładu. Szczególnie napięta jest atmosfera na wieczornym zebraniu strajkującej załogi. Z miasta dochodzą do nas odgłosy wystrzałów oraz wiadomości o starciach sił porządkowych z ludnością. Nasi stają się coraz bardziej wojowniczy i wysuwają bardzo niebezpieczne propozycje czynnego oporu. Na szczęście, udaje się przekonać wszystkich o bezcelowości i niebezpieczeństwie czynnego oporu. Mimo to, rozchodzi się pogłoska, że załoga strajkująca w Rafinerii gotowa jest wysadzić się w powietrze wraz ze zbiornikami kulistymi gazów płynnych, aby nie oddać zakładu zomowcom. Dla pozoru nasze straże chodzą uzbrojone w maski przeciwgazowe, co wywołuje napięcie w sztabie antystrajkowym.

17 grudnia - w godzinach rannych wojsko usuwa bez żadnego oporu nasze posterunki z bramy głównej. Dzięki wyrozumiałości wojska mamy możliwość opuszczania i przychodzenia do zakładu przez inne, boczne bramy. Mimo to atmosfera staje się coraz bardziej napięta. Sztab antystrajkowy zarzuca nam utrudnianie wjazdu i poboru paliwa dla wojska. Zaczyna brakować niektórych mediów do produkcji wody kotłowej. Przez głośniki codziennie nadawane są komunikaty i ostrzeżenia. Niektóre osoby nie wytrzymują napięcia i opuszczają zakład. Na szczęście, są to nieliczne jednostki ze służb pomocniczych. Ekipa mechanika Kilańskiego w dzień i w nocy pracuje przy remoncie kompresorów. Obsługa eksploatacyjna czyni cuda, aby zapobiec zamrożeniu instalacji. Jest duży mróz. Temperatura spada znacznie poniżej -10 C.

18 grudnia - wyraźnie uwidacznia się zmęczenie załogi nieustannym i ciągle wzmagającym się napięciem, wywieranym m.in. przez kordon czołgów otaczających nasz zakład. Na dodatek od czasu da czasu nad Rafinerią krąży helikopter. Ludzie słuchają audycji zachodnich i radia naszego, skąd dowiadują się o wypadkach śmiertelnych w kopalni „Wujek”. Na szczęście, następuje zelżenie mrozu i spada śnieg. Wszyscy zdają sobie sprawę z tego, że wkrótce nastąpi atak ZOMO. Mimo to panuje dość dobry nastrój, bo nasz zakład jako ostatni jest pod kontrolą załogi.

19 grudnia - w godzinach rannych pod teren Rafinerii podjeżdża około 40 suk z zomowcami, a tuż przed godziną 8.00 następuje gwałtowny atak na nasze posterunki. ZOMO błyskawicznie opanowuje zakład. Nasi, uprzedzeni o ataku, gromadzą się w grupki i w spokoju oczekują przyjścia ZOMO. Szczególnie swojsko przygotowali się pracownicy MZ-II, którzy wywiesili tablicę z napisem "Serdecznie witamy". Napis ten oraz całkowity brak oporu niewątpliwie postawił w zdumienie "służby porządkowe".

Mimo braku jakiegokolwiek oporu, ZOMO dało koncert brutalności na sterowni, gdzie wpadli jak tajfun, wybijając wszystkie szyby w drzwiach. Jeden z pracowników, podchodząc w celu ich otwarcia, otrzymał w głowę cios i został odwieziony do przychodni lekarskiej.

Niesamowity huk tłuczonego szkła przemieszany był z okrzykami „kłaść się” i biciem. Szczególnie mocno oberwała jedna z dziewczyn, która stanęła w obronie swojego pieska. Razy były tak mocne, że musieliśmy ją nieść do samochodu (suki). Rzucani na podłogę pracownicy musieli na czworakach schodzić po schodach na podwórze, gdzie zostali skuci parami, a następnie odtransportowani do świetlicy zakładowej (biurowca). Tutaj nastąpiła błyskawiczna segregacja, mająca na celu odwiezienie do zakładu dla utrzymania instalacji w ruchu.

Znacznie łagodniej potraktowano pracowników warsztatu, którzy powitali ZOMO wspomnianą tablicą. Nie skuwano ich, lecz w szyku dwójkowym odprowadzono do pustego baraku, gdzie posadzono w kuckach na podłodze. Byłem świadkiem ciekawego wydarzenia podczas przetrzymywania strajkujących. Gdy siedzącym w kuckach strajkowiczom zagrożono położeniem „na pysk”, jeżeli nie przestaną rozmawiać, wówczas ktoś na odzywką „nie gadać mówiono” odpowiedział „jawohl”. Ta odzywka wyraźnie speszyła rozkazodawców.

Po pewnym czasie tych z baraku połączono z tymi, którzy przywiezieni zostali ze sterowni. Niemal natychmiast po przewiezieniu do auli rozpoczęto selekcję, mającą na celu zapewnienie niezbędnej obsługi bloku paliwowego i olejowego.

W wyniku selekcji zatrzymano 19 mężczyzn i 2 kobiety. Wśród zatrzymanych znalazłem się również ja. I podobnie jak inni, w zakratowanych wozach milicyjnych odwiezieni zostaliśmy do Komendy MO w Tczewie. Po przepuszczeniu przez dość długą „ścieżkę zdrowia”, umieszczono nas jak śladzie w celi. Wyglądało to tak, jakbyśmy byli największymi złoczyńcami, których należy zgładzić.

Po kilku godzinach przystąpiono do przesłuchania, które ku miłemu zaskoczeniu, przebiegało w zgoła miłej atmosferze. Po pierwszym przesłuchaniu, sześć osób wywieziono na Kurkową w Gdańsku. Pozostałych przesłuchiwano ponownie i wtedy niektórym proponowano współpracę, która dawała natychmiastowe zwolnienie. Drugi etap przesłuchań kończył się podpisaniem deklaracji lojalności.

W tym miejscu muszę zaznaczyć, że spotkał mnie zaszczyt przesłuchania na samym końcu po wcześniejszym przetrzymaniu przez kilka godzin w bardzo zimnej celi, w której nie można było zamknąć lufcika. Samo przesłuchanie przebiegało osobliwie. Najpierw przesłuchiwał młody człowiek, który mówił z akcentem rosyjskim. Zwracał się do mnie przez „ty” i nie przebierał w słowach. Mówił m.in.: „co, rubel wam śmierdzi?”. Gdy mu zwróciłem uwagę, że jest za miody na takie zwracanie się do mnie, wtedy powiedział: „jaki wrażliwy”.

Rozmowa zakończyła się szybko podpisaniem krótkiego protokołu. Drugą rozmowę prowadził trochę starszy człowiek, który powiedział, że zna mnie dobrze z okresu, gdy byłem sekretarzem OOP, do której należał dyrektor z-du i dwaj sekretarze dzielnicowi. Chciał mnie poczęstować herbatą. Mimo nieprzyjęcia tej herbaty sam odprowadził mnie do celi, już ciepłej, gdzie siedzieli koledzy. Jeden z nich po przyjściu powiedział: „Łęcki tak gada (pie-y) przez to może nie tylko siebie wpakować na dłuższy pobyt w więzieniu”. Był to bardzo aktywny przed stanem wojennym członek „Solidarności”, którego szybko zwolniono. Wszystko wskazuje na to, że został lub nawet wcześniej był donosicielem SB.

21 grudnia przed południem zabierają nas grupami na Kolegium Orzekające. Najpierw idzie piątka, w której ja jestem oraz jedna z koleżanek, która kiedyś należała do PZPR. Piątkę tą potraktowano najostrzej. Otrzymała m.in. za sprawą słynnego w Tczewie działacza Rapskiego — po trzy miesiące zasadniczego aresztu. Pozostali otrzymali kary grzywny lub zostali uniewinnieni, ponieważ w ogóle nie brali udziału w strajku. Zostali zabrani spod bramy i jak się można domyślić, dlatego że nie byli ogoleni i mieli wygląd hippisowaty. Zastanawialiśmy się nad tym, czy nie były to wtyczki SB. Najprawdopodobniej chciano wytworzyć odpowiedni wizerunek strajkowicza.

Czterem mężczyznom zasądzono na trzy miesiące więzienia. Po nałożeniu kajdanek zostali odwiezieni do Starogardu Gd., natomiast Małgosię Jędrusik zabrano do kobiecego więzienia w Fordonie k. Bydgoszczy.

Czytaj także:
Żołnierze najbardziej wyklęci

W więzieniu spotkaliśmy się ze strajkującymi stoczniowcami oraz studentami. Cele były przepełnione mimo wcześniejszego uwalniania. Oprócz strajkowiczów przetrzymywano tych, którzy nie uszanowali rygorystycznej godziny policyjnej (od 20.) lub przekroczyli granice województwa bez odpowiedniej przepustki.

Do humorystycznych przypadków trzeba zaliczyć osadzenie na dwa miesiące więzienia dziadka zabiedzonego i wyraźnie nienormalnego, który nie potrafił powiedzieć, dlaczego przyjechał z Leszna do Gdańska bez przepustki. Dziadek siedział w mojej celi i chwalił sobie pobyt w więzieniu, bo miał regularne posiłki. Wyraźnie brakowało mu spacerów, gdy zasypany został śniegiem wybieg więzienny.

21 stycznia, w wyniku starań rodzin i przychylności wychowawców więziennych, doszło do rozprawy rewizyjnej w Sądzie Rejonowym (w Tczewie), w wyniku której uwolniono wszystkich strajkowiczów z Rafinerii. Podczas rozprawy rewizyjnej w sądzie wywołałem oburzenie i zdumienie, domagając się, aby obrońca w mojej sprawie nic nie mówił. Dla mnie sprawa ta była farsą, ale nie mogłem tego powiedzieć, tylko dwukrotnie przerywałem mowę obrońcy z urzędu. Należy podkreślić, że do sądu przywieziono nas z mocną eskortą i skutych parami. Trochę później wróciła z Fordonu Małgosia Jędrusik.

Po rocznej odsiadce 5-letniego wyroku, z więzienia wyszli: Wojtek Jamrozik i Andrzej Plecki — członkowie Komisji Zakładowej. Zwolnienia nastąpiły w wyniku starań rodziny, lub też kolegów z wydziału, którzy imiennymi podpisami poręczyli za A. Pleckiego, który był sierotą, a brata miał w woj. białostockim.

Osądzeni przez Kolegium Orzekające zostali ponownie przyjęci do pracy w Rafinerii, nie przyjęto natomiast tych, którzy osądzeni zostali przez sąd Marynarki Wojennej w Gdyni.

Wskutek różnych utrudnień do wyjazdu z kraju zmuszony był W. Jamrozik. Wykorzystał pomoc prezydenta R. Reagana dla prześladowanych solidarnościowców. Mógł wyjechać z całą 4-osobową rodziną i zabrać chorą mamę. Wszystko wskazuje na to, że z tej okazji skorzystał też nasz donosiciel.

Po wyjściu z więzienia doszło do dłuższej rozmowy z dyrektorem komisarycznym inż. Kołsutem (z Ministerstwa Chemii) w obecności komisarza wojskowego w randze pułkownika. Inż. Kołsuta interesowało m.in. to, w jaki sposób nie dopuszczono do zamrożenia żadnego układu wodnego mimo bardzo skromnej, niemal symbolicznej obsady inżynierskiej i przy tak dużym mrozie. Sztuka ta nie udała się w 1975 roku podczas rozruchu bloku paliwowego, gdy była bardzo liczna obsada specjalistów polskich i włoskich, reprezentujących licencjodawców. Wtedy był mniejszy mróz. W 1981 roku podobno zamarzły niektóre czołgi, chociaż podczas częstych obchodów nocnych zakładu wydawało się nam, że ciągle są na chodzie.

Sprawą, która przeszła do historii Rafinerii, było bardzo sprawne, niemal nowatorskie uruchomienie wszystkich instalacji produkcyjnych zaraz po zakończeniu strajku. Kolega z tarnobrzeskiego „Siarkopolu” powiedział mi, że u nich też postój strajkowy na kopalni otworowej zakończył się nowatorskim odkryciem. Otóż, po zakończeniu kilkudniowego strajku i uruchomieniu wydobycia siarki, nastąpiło uruchomienie z dobrą wydajnością wcześniej nieczynnych otworów wydobywczych.

Na zakończenie podam jeszcze jedno zdarzenie, które mnie spotkało po rozmowie z dyrektorem Kołsutem. Kilka dni po wspomnianej rozmowie wezwał mnie do siebie wojskowy komisarz i powiedział: „Pan ma dobre kontakty z pracownikami warsztatów, niech pan im powie (w zaufaniu), aby zrobili porządek w swoich szafkach, muszę przeprowadzić rewizję, bo są doniesienia pewnego pracownika z tych warsztatów”.

Wawrzyniec Łęcki

Gdańsk/Georgetown

Wspomnienia Wawrzyńca Łęckiego ze stanu wojennego po raz pierwszy ukazały się w kanadyjskim tygodniku polonijnym "Goniec".

Zapraszamy do dzielenia się wspomnieniami ze stanu wojennego. Teksty można przesyłać na adres: muzeumwspomnien@superhistoria.pl

 0

Więcej historii