„Wyglądali, jakby byli w amoku”. Piekło internowanych w Wierzchowie

„Wyglądali, jakby byli w amoku”. Piekło internowanych w Wierzchowie

Stan wojenny. Obchody rocznicy uchwalenia Konstytucji 3 maja 1791 r. mają gwałtowny przebieg. Manifestacje uliczne gromadzą wielotysięczne tłumy. Interweniuje ZOMO
Stan wojenny. Obchody rocznicy uchwalenia Konstytucji 3 maja 1791 r. mają gwałtowny przebieg. Manifestacje uliczne gromadzą wielotysięczne tłumy. Interweniuje ZOMO / Źródło: PAP / fot. Teodor Walczak
Dodano 4
Dwa miesiące po wprowadzeniu stanu wojennego Wojciech Jaruzelski umacniał swoją władzę metodami, jakich nie powstydziłaby się żadna junta. W ramach „dialogu” z narodem zomowcy tłukli ludzi na ulicach, ale nie odpuszczali również tym, których teoretycznie mieli pod kontrolą. Jako jedni z pierwszych doświadczyli tego internowani z Wierzchowa Pomorskiego.

Sławomir Cedzyński

Wystarczył byle pretekst, by do cel wkroczył oddziały z ochotą wymierzające ciosy bojowymi pałkami. Milicjanci mogli sobie na to pozwolić, jak sami oznajmili ofiarom: - Pieszczoty się skończyły. Mamy zezwolenie generała!

W drugą miesięcznicę wprowadzenia stanu wojennego w całej Polsce wyruszały demonstracje z poparciem dla Solidarności, by zderzyć się z uzbrojonymi w tarcze, hełmy i pałki oddziałami Zmotoryzowanych Odwodów Milicji Obywatelskiej. W tym dniu w Poznaniu na przystanku autobusowym zomowcy zakatowali na śmierć Wojciecha Ciesielskiego, jednego z manifestantów. Nazajutrz niedaleko torowiska znaleziono ciało innego demonstranta.

Milicja działała zgodnie z zasadą, jaką Wojciech Jaruzelski przedstawił na jednym z posiedzeń Biura Politycznego. Według niej Solidarność nie mogła być zlikwidowana, jak chcieli tego co bardziej krewcy towarzysze. - To nierealne. Chodzi nie o likwidację, a o to, żeby Solidarność była zupełnie inna i nie tak liczna, nie 10-milionowa. Dlatego ważne jest, ile teraz odejdzie z Solidarności. To szansa najbliższych tygodni do wykorzystania – stwierdził generał. By móc tę szansę wykorzystać, na początek trzeba było pozbyć się najbardziej lojalnych i ideowych przeciwników władzy. Perswazje w takich przypadkach nieczęsto przynosiły skutek, najprostszym sposobem był zatem terror.

„Czeka was jeszcze niespodzianka”

Zakład karny w Wierzchowie Pomorskim cieszył się złą sławą. Warunki dla internowanych były zgoła odmienne od tych, w jakich przebywał podczas swojego odosobnienia Lech Wałęsa. Ale też gorsze od innych obozów dla internowanych. Początkowo warunki były po prostu mocno zbliżone do więziennych, począwszy od zachowania klawiszy po jedzenie, nieraz nadające się jedynie do spuszczenia z wodą.

Czytaj też:
ZOMO bije milicjantów. Kulisy buntu w MO przeciw komunie

13 lutego 1982 w zakładzie dla internowanych w Wierzchowie Pomorskim początek dnia był zgodny z codzienną rutyną, choć jak pisał w swoim „Dzienniku z internowania” Tadeusz Dziechciowski, zdarzenia, do jakich później doszło, wbrew pozorom nie były spontaniczne. We wspomnieniach czytamy m.in.: „Leszek Dlouchy* powiedział mi dzisiaj, że cała akcja była z góry zaplanowana. W sobotę rano był ze skargą na skrócenie spaceru u por. Sikorskiego, zastępcy komenda i ten miał mu powiedzieć: Niech pan poczeka, czeka was dzisiaj jeszcze niespodzianka”.

Pretekstem do spełnienia tej obietnicy był jeden z licznych konfliktów, do jakich dochodziło między strażnikami zakładu a internowanymi. Kilka dni wcześniej po celach rozeszła się informacja, że w jednej z nich zatrzymani wydłubali podsłuch. Władze więzienia chciały odzyskać swoją „pluskwę”, przeszukali dokładnie cały pawilon, ale niczego nie znaleźli. Postanowili jednak ukarać tych, którzy najbardziej sprzeciwiali się takiemu traktowaniu. Do raportu tego dnia stanęli m.in. Bronisław Śliwiński i Jacek Figiel. Pierwszy z nich podpadł od razu, bo wezwany do komendanta usiadł na krześle i nie zamierzał z niego wstać. Drugi rano nie wyszedł na apel. Obaj za te przewinienia dostali 7 dni karceru.

Efekt był do przewidzenia, internowani głośno wyrazili swój sprzeciw. Gdy Śliwiński wychodził z celi odbyć karę, z cel zaczęły dochodzić gwizdy i łomot misek o drzwi i kraty.

Natychmiast sprowadzono posiłki. Funkcjonariusze w kaskach, uzbrojeni w pałki szturmowe i miotacze gazu łzawiącego, ruszyli do szturmu po celach. Widzący to internowani nie podejmowali czynnej walki. Miski, które przed chwilą służyły im do wyrażenia swojego niezadowolenia, teraz przydały się do jedynie do osłony przed ciosami rozkręcających się milicjantów.

Czytaj też:
Prześlij nam swoje wspomnienia ze stanu wojennego!

W szczecińskim Centrum Dialogu „Przełomy” Muzeum Narodowego utrwalono zeznania uczestników tych wydarzeń. - Jeden z kolegów schował głowę między szafkami, widziałem, jak milicjant, który uderzył tam pałką odłupał z szafki spory kawałek drewna - relacjonuje internowany wówczas Jan Tarnowski. - Inny zakrył sobie głowę miską, która po uderzeniu zrobiła się wklęsła. Najgorzej oberwał Julian Jóźwiakowski. Miał sztuczną zastawkę i badający go potem lekarz powiedział, że gdyby uderzenie poszło niżej, mogłoby to zakończyć się śmiercią.

Inny internowany, Henryk Jarząbek wspomina: - Gdy strażnicy wpadli do celi, wyglądali, jakby byli w amoku (…) Wyciągnęli nas celi, bili. Wrócili po innych, słyszałem, jak się nad nimi znęcają.

Koledzy Jarząbka wspominają, że ten nie miał na plecach ani centymetra białej skóry, tylko same ślady po razach.


Wyciągani z celi byli bici również na więziennych korytarzach, przez które starali się przedostać, osłaniając się przed ciosami ustawionych w szpalerze mundurowych, tłukących pałkami bez opamiętania.

„Ten człowiek za dużo mówi”

Popołudniu dowódca kolejnej zmiany nakazał, aby do apelu tego dnia wszyscy stanęli w dwuszeregu, na baczność. Po otwarciu drzwi internowani w każdej z cel mieli wstać, a starszy celi miał zameldować stan. Większość postanowiła nie wykonywać tego rozkazu.

Przy kolejnej celi, w której nikt nie reagował na komendy klawiszy, do środka znowu wbiegli uzbrojeni w pałki strażnicy i bijąc wyciągali ludzi na korytarz, ustawiając ich w dwuszeregu. Nawet chorych zrzucano z łóżek i kopniakami pomagano im przyjąć postawę zasadniczą. Jeden z mężczyzn, widząc bitych kolegów, krzyknął: „Panowie, co robicie!”. W odpowiedzi usłyszał dowódcę strażników: - Ten człowiek za dużo mówi.

Chwilę potem internowany został powalony na posadzkę i był długo bity przez paru oprawców w mundurach. W innej celi ktoś domagał się przestrzegania regulaminu więzienia, po kilku uderzeniach pałką zrozumiał, na czym polega on w praktyce. Kolejni internowani, którzy odmówili podporządkowania się komendom klawiszy byli bici, a gdy upadli, dostawali jeszcze większy wycisk.

Eugeniusza Wąsowicza tłukło z pasją trzech oprawców, ale mężczyzna nie wstał i nie pozwolił postawić się w szeregu na baczność. Funkcjonariusze wywlekli go wreszcie na korytarz, gdzie dalej się nad nim znęcali.

- Wtedy uświadomiłem sobie, że mogą zrobić z nami wszystko, nawet obedrzeć ze skóry, pamiętam to poczucie beznadziei – mówił pobity Przemysław Fenrych. - Jeden z kolegów, Mirosław Kwiatkowski, w wyniku pobicia został kaleką.

Tadeusz Dziechciowski w swoim „Dzienniku z internowania” zapisał m.in.: „Cela zapełniła się milicjantami z ochrony. Hełmy, tarcze, pałki w rękach. Wojtek [Strzeszewski] stwierdził później jakby sprawiali wrażenie albo podchmielonych, albo czymś odurzonych. Myślę jednak, że to nie to, oni byli pełni nienawiści, której nie ukrywali, czekając tylko na chwilę, żeby się z nami zabawić. Porucznik jeszcze raz rzucił swoje „Powstań”. Za moment na znak głową zaczęli bić. Jakikolwiek opór był bez sensu. Wstaliśmy z miejsc, ustawiliśmy się. Porucznik, jeden z tych najbardziej wrednych z tutejszej obsługi, dosłownie wycedził: - Tak ma być codziennie, skończyły się pieszczoty. Mamy zezwolenie generała.

Spuchnięta dłoń milicjanta

Po zajściach wszystkich rannych zbadał lekarz, a w marcu do zakładu przyjechał prokurator. Przesłuchano ponad stu świadków. Wszystkich klawiszy i milicjantów z ochrony zakładu ogarnęła jednak jedna dolegliwość: amnezja.

Nikt nie pamiętał, co się właściwie stało. Żaden z nich nie używał pałki, nie widział też, by robili to inni koledzy. Duża część poczuła się zaatakowana słownie przez internowanych. Niektórzy wręcz twierdzili, że osłaniali uwięzionych. Nie mogli jednak sobie przypomnieć, dlaczego musieli to robić i przed kim. Sami poszkodowani żartowali później, że zachowywali się agresywnie wobec milicjantów, a świadczyło o tym zasłanianie się przed padającymi zewsząd uderzeniami pałek. Zresztą znaleźli się i funkcjonariusze zeznający, że zostali pobici przez internowanych. Jednak u żadnego nie stwierdzono jakichkolwiek obrażeń. No, może z wyjątkiem jednego, który miał spuchniętą dłoń. Powód uszczerbku był jednak nieco inny niż w pozostałych przypadkach. Milicjant dostał bowiem pałką od swojego kolegi, bo ten nie trafił w internowanego.

Na korzyść pobitych zeznawali natomiast żołnierze rezerwy, którzy przyznawali, że nie było najmniejszego powodu do bicia zatrzymanych.

Ostatecznie prokuratura zdecydowała, że dowódcy oddziału nie dopełnili swoich obowiązków, ale śledztwo umorzono, ponieważ oficerowi cieszyli się dotąd nieposzlakowaną opinią. Zarzuty przekroczenia uprawnień usłyszeli natomiast szeregowi funkcjonariusze. Ale i w ich przypadku sąd wojskowy zrezygnował z wymierzenia kary ze względu na niską społeczną szkodliwość czynu.

Sprawiedliwość dopadła, przynajmniej niektórych, 33 lata później. W wyniku wznowionego postępowania jedenastu strażników dostało wyrok 1,5 roku do dwóch lat w zawieszeniu.

Zapraszamy do dzielenia się wspomnieniami ze stanu wojennego. Teksty można przesyłać na adres: muzeumwspomnien@superhistoria.pl

 4