Bezsilność komuny. Jak Jaruzelski próbował osądzić literata

Bezsilność komuny. Jak Jaruzelski próbował osądzić literata

Marek Nowakowski (w środku) wraz z W. Soporkiem (po lewej) i K. Górskim, 1985 r.
Marek Nowakowski (w środku) wraz z W. Soporkiem (po lewej) i K. Górskim, 1985 r. / Źródło: Wikimedia Commons / Bogdan Nastula
Dodano
Uwięzienie pisarza wywołało niebywałą falę protestów w całym świecie. Jego solidny „Raport o stanie wojennym” uznany został przez SB za „awanturniczo antyradziecki i zjadliwie antysocjalistyczny”.

Marek Nowakowski (1935-2014) zawsze pisał dla tutejszego czytelnika, dla swojaka. W okresie pomarcowym zdarzało mu się publikować w Paryżu u Jerzego Giedroycia, ale to dopiero w latach stanu wojennego stał się częstym autorem Instytutu Literackiego. I podpisywał się już swoim nazwiskiem, a nie, jak wcześniej, pseudonimem – Seweryn Kwarc. A postępował tak nie dlatego, że brakowało mu odwagi – tej nie zbywało mu nigdy, ale przede wszystkim zależało mu na tym, by oficjalnie drukować swoje książki. Nawet zakładając konieczność męczącej gry z cenzurą. W efekcie jego przygotowywane do druku w Paryżu zapiski marcowe spoczęły w archiwum, w miesięczniku „Kultura” ukazało się jedynie kilka opowiadań, a cała książka – pod tytułem „Syjoniści do Syjamu” – ujrzała światło dzienne dopiero w 2009 roku.

Esbecja nękała pisarza permanentnie, począwszy od końca roku 1961. Represje zintensyfikowano trzynaście lat później, po podpisaniu przez Nowakowskiego kilku protestów w sprawach publicznych, m.in. przeciw surowym wyrokom zapadłym w procesie organizacji Ruch, w sprawie sytuacji Polonii w Związku Sowieckim czy w obronie dyskryminowanych kolegów-literatów. Wreszcie w listopadzie 1974 r. III Departament Ministerstwa Spraw Wewnętrznych podjął wobec niego operacyjne rozpracowanie o kryptonimie „Nowy”, rozszerzając inwigilację po wydarzeniach Czerwca 1976 roku i powstaniu drugiego obiegu wydawniczego.

„W drugiej połowie lat siedemdziesiątych – stwierdza Krzysztof Kosiński w książce »Wiwisekcja powszedniości« – został on właściwie osaczony. (…) w jego mieszkaniu SB zainstalowała podsłuch pokojowy (…) Już wcześniej założono podsłuch telefoniczny. Biuro »W« prowadziło systematyczną perlustrację korespondencji. Wywiadowcy SB obserwowali Nowakowskiego w miejscach publicznych, m.in. w knajpach. Notowali lub nagrywali jego wypowiedzi podczas wieczorów autorskich. Równocześnie pisarza otoczyło kilkunastu agentów. Chyba jeszcze ważniejszą rolę odegrali tzw. konsultanci przeważnie zakorzenieni w środowisku literackim”.

Czytaj także:
Esbecy zabili 16-latka, bo ujawnił wstrząsającą prawdę

Ale też usiłowano pisarza w pewien sposób zmiękczyć. I tak Andrzej Wasilewski, dyrektor Państwowego Instytutu Wydawniczego, późniejszy sekretarz KC PZPR, przedstawił mu ofertę wydania w PIW-ie nowego, bardzo znaczącego w dorobku pisarza tomu „Książę Nocy” w zamian za rezygnację z udziału w publikowaniu podziemnego „Zapisu”. Nowakowski przystał na to, a umożliwiono mu także druk w pismach krajowych, nowe umowy wydawnicze, dostał też paszport na jednorazowy wyjazd do RFN, na wieczór autorski. Równoległe nie słabło zainteresowanie Służby Bezpieczeństwa coraz bardziej znanym, cenionym i szanowanym prozaikiem, którego działalność w sferze publicznej pozostawała niezmienna.

Po Sierpniu ’80 Marek Nowakowski przyczynił się m.in. do powołania Uniwersytetu Otwartego, a jako członek Zarządu Głównego Związku Literatów Polskich współpracował ze strukturami związkowymi „Solidarności”. Z „Kadencji” Jana Józefa Szczepańskiego wynika, że spośród kierownictwa ZLP to on odnosił się najbardziej krytycznie do lansowanego przez władze, tzw. porozumienia narodowego, które – jego zdaniem – było propagandową maskaradą i niczym więcej.

13 grudnia 1981 roku zabrany został z domu na przesłuchanie do MSW na ulicę Rakowiecką, gdzie go jednak nie zatrzymano. Fakt, że nie został internowany, komentowano wówczas jako niespodziankę. Krzysztof Kosiński sugeruje, że być może uznano, że „uda się Nowakowskiego znęcić obietnicą druku w wysokim nakładzie, a pisarz, nawet jeśli nie poprze władzy, czego wszak nie oczekiwano, to przynajmniej ograniczy się w jej krytyce, wybierze neutralność”. Nic takiego nie nastąpiło.

Niemal od razu pisać zaczął Nowakowski opowiadania, które znaleźć się miały w „Raporcie o stanie wojennym”, powszechnie uznanym za najbardziej rzetelne świadectwo tego okresu dziejów Polski. A swój pierwodruk znalazły te teksty już w marcu 1982 r. w podziemnym „Tygodniku Mazowsze” i w „Wezwaniu”.

W ciągu następnych dwóch lat wielokrotnie drukowały je inne drugoobiegowe tytuły, a już jako „Raport o stanie wojennym” wyszły nakładem m.in. Niezależnej Oficyny Wydawniczej „Nowa”, Biblioteki Wolnej Myśli, Biblioteki Obserwatora Wojennego. Pewna część utworów z „Raportu…: opublikowana została w 1982 roku wspólnie z opowiadaniami z tego okresu Kazimierza Orłosia jako „Opowiadania wojenne”. Wreszcie dla porządku dodajmy, że dziewięć opowiadań z „Raportu…” znalazło si ę w tym samym roku w kwietniowym numerze paryskiej „Kultury”, podpisane przez autora nazwiskiem i pod tytułem „Zapiski na gorąco”.

„Raport o stanie wojennym” przeważył szalę. Esbecy doszli do wniosku, że popełnili ciężki błąd, nie internując pisarza, postanowiono więc naprawić go, wytaczając Nowakowskiemu proces polityczny. Nie doszło w końcu do niego, ale już sam fakt podjętych przygotowań do tej sprawy, znamionował wydarzenie pod pewnymi względami wręcz niesłychane. Oto bowiem sądzony miał być literat, człowiek pióra nie za co innego, a za wykonywanie swojego zawodu, wprost za to, co pisał.

Służba Bezpieczeństwa dokonywała przeszukiwań w mieszkaniu Marka Nowakowskiego i jego żony Joli (znanej adwokat, obrońcy m.in. Adama Michnika) przy ulicy Długiej, a kolejne raporty pisane dla pułkownika Krzysztofa Majchrowskiego, w MSW mającego literatów pod swoją „opieką” dostarczał występujący w roli konsultanta skrytego pod kryptonimem „Olcha” Wacław Sadkowski. W maju 1983 roku w analizie drugiego tomu „Raportu o stanie wojennym” stwierdził, że jest to „platforma radykalnie korowska, zorientowana na rozpalenie nienawiści i wzbudzenie dążeń do zmian układu sił politycznych w kraju i w skali globu, platforma awanturniczo antyradziecka i zjadliwie antysocjalistyczna”.


Na początku roku 1984, omawiając pisma emigracyjne, uznał program paryskiej „Kultury” za „jaskrawo agresywny, pałkarski, o czym świadczą choćby jej ostatnie pozycje – prymitywne, antykomunistyczne agitki Marka Nowakowskiego i »Rozmowy polskie latem 1983« Jarosława Marka Rymkiewicza przygnębiające bezmiarem zidiocenia jego politycznej myśli”.

Wcześniej, bo w grudniu 1982 roku, gorliwy agent „33” – Kazimierz Koźniewski meldował swym esbeckim mocodawcom, jak pisarze partyjni zastanawiają się nad „metodami skompromitowania nieprzejednanych, jak Szczepański, Nowakowski, Prorok czy Kubikowski, ujawnieniem ich zakulisowych działań, wspierających ekstremalny nurt w Solidarności i KOR”.

„Rewizję i zatrzymanie pisarza – czytamy w »Wiwisekcji powszedniości« – zaplanowano na 7 marca 1984 r. Na podstawie podsłuchu przypuszczano, że tego dnia pod wieczór przeziębionego pisarz odwiedzi ktoś z Francji. Być może sama Anne Durufle, attache kulturalna ambasady francuskiej dzielnie wspierająca podziemną Solidarność… Stwarzałoby to szansę przyłapania Nowakowskiego na kontakcie z rzekomym rezydentem obcego wywiadu. Szczęśliwie panią Durufle zatrzymały tego dnia pilne obowiązki dyplomatyczne i nie dotarła na ulicę Długą, a miała przekazać pisarzowi list od Jerzego Giedroycia. Zamiast niej w kocioł urządzony przez SB wpadł dziennikarz i krytyk teatralny Jean-Pierre Jatteau. Jak również sześć innych osób, które tego dnia znalazły się w mieszkaniu Nowakowskich: Jarosław Abramow-Newerly, Marek Edelman, Paula Sawicka, Jan Gasiński, Czesław i Hanna Wysoccy”.

Czytaj także:
„Wieczernik”: manifest wolności i nadziei

W więzieniu mokotowskim pisarz spędził trzy miesiące, do 22 czerwca 1984 roku. Uwięziony został pod zarzutem „szkalowania PRL i ustroju socjalistycznego […] we współpracy z zagranicznymi ośrodkami dywersyjnymi”. Na początku lat 90. w wywiadzie jaki z nim przeprowadziłem, wspominał z nutą czarnego humoru:

„Kiedy po zakończeniu śledztwa czytałem tomy akt, które miały być podstawą sprawy sadowej, stwierdziłem, że jestem na topie. Resort, na przykład, dokonał licznych ekspertyz, przez biegłych tłumaczy, celem sprawdzenia zgodności tekstu Raportu o stanie wojennym z jego dziesięcioma czy jedenastoma przekładami. Do każdej ekspertyzy dołączono kosztorys. Z szacunkiem stwierdziłem, że nie żałowano na mnie pieniędzy. A ile kosztowała praca tych wszystkich cichobiegaczy, którzy chodzili za mną, za żoną, przesłuchiwali moich znajomych, niektórych szantażowali…

Ze Służbą Bezpieczeństwa miałem na pieńku już wcześniej:- Jadąc w swą pierwszą zagraniczną podróż pożyczyłem walizkę od Ludwika Zimerera, wspaniałego człowieka, korespondenta radia RFN w Polsce, największego kolekcjonera sztuki ludowej w Europie Środkowej. Nie podobało się to moim rozmówcom z SB. Kiedy zorientowali się, że nie mogą liczyć na moją współpracę, usłyszałem: - To nie mógł pan tej walizki pożyczyć od Polaka, tylko od Niemca!

Po Marcu’68 próbowano znów brać mnie pod włos jako tzw. prawdziwego Polaka. Nie powiem, bym w pełni był wtedy świadomy rozgrywek na górze partyjnej, dochodzenia do głosu szowinistów i innych mętów. Zawsze jednak pomagała mi intuicja. Jest widać w człowieku coś zakodowane, co pozwala kiedy trzeba, powiedzieć – nie; wyczuć to, co jest ohydne i grząskie”.

Uwięzienie pisarza wywołało niebywałą falę protestów w całym świecie. Oto wysuwano wyssane z palca zarzuty wobec człowieka pióra, uznanego prozaika, laureata wielu prestiżowych nagród i autora książek równie wysoko cenionych przez krytykę jak czytelników. Gdyby doszło do procesu mógłby okazać się on jeszcze jedną, wielką kompromitacją systemu komunistycznego. Systemu zdychającego, ale wciąż w agonii swojej szczerzącego kły.

Czytaj także:
Złota klatka w Arłamowie. Kulisy internowania Lecha Wałęsy

Tym razem zwyciężył rozsądek i na 40-lecie Polski Ludowej Sejm PRL w przeddzień rocznicy, 21 lipca 1984 r. ogłosił amnestię, która objęła także osoby tymczasowo aresztowane z powodów politycznych. Trzy miesiące później, gdy Instytut Literacki w Paryżu wydał „Dwa dni z Aniołem”, Służba Bezpieczeństwa wznowiła inwigilację autora – Marka Nowakowskiego. Jednak po zabójstwie ks. Jerzego Popiełuszki obawiano się sięgnąć po rozwiązania wykraczające poza policyjną rutynę.

A komuna coraz wyraźniej zbliżała się do swego końca, czemu towarzyszyła powszechna niechęć, a często nienawiść i pogarda do systemu, który miał nas uszczęśliwić, a przyniósł same nieszczęścia. Marek Nowakowski sprzeciwiał się taktyce obozu Solidarności, a w „Moim słowniku PRL-u” jego autorstwa pod hasłem „Stół” można było przeczytać: „Dopiero pod koniec PRL-u ustanowiony został okrągły stół i obrady przy nim uważane są za kres dawnej epoki i początek demokracji. Wkrótce nazwaliśmy się III Rzeczpospolitą. Jeżeli rzeczywiście nastąpił wtedy upadek totalitarnej państwowości, to miał charakter kontrolowany i nikt z rządzących nie został przygnieciony w sposób ostateczny”.

Natomiast jego osobistą sprawę z komuną spuentowała rewizja nadzwyczajna zakończona 12 maja 1992 r. Postępowanie karne zostało ostatecznie umorzone, uchylono postanowienie o amnestii i cofnięto orzeczenie o przepadku dowodów rzeczowych. Zarzuty – przypomnijmy: o szkalowanie PRL i ustroju socjalistycznego – uznano za przejaw represji politycznych.

 0