„Wszystko wyleci w powietrze!”. Jak górnicy zastraszyli ZOMO

„Wszystko wyleci w powietrze!”. Jak górnicy zastraszyli ZOMO

MO w akcji. Zdjęcie ilustracyjne
MO w akcji. Zdjęcie ilustracyjne / Źródło: Wikimedia Commons / Djdeaka - Praca własna/Djdeaka - Praca własna
Dodano
– Na ogrodzeniu powiesiliśmy jak najwięcej kabli i wywiesiliśmy tabliczki z napisem „uwaga wysokie napięcie”, chłopaki zaspawali też główną bramę. Puściliśmy plotkę, że zakład jest podminowany i jeśli ZOMO spróbuje nas ruszyć, to wszystko wyleci w powietrze – opowiada Edward Wóltański, jeden z organizatorów strajku w kopalni miedzi Rudna, od 1980 r. działacz „Solidarności”, a od 1982 r. organizator Solidarności Walczącej w Zagłębiu Miedziowym

Agnieszka Niewińska: Gdzie zastała pana informacja o wprowadzeniu stanu wojennego?

Edward Wóltański: Byłem w domu. Żona akurat wyjechała na narty, a ja zostałem z córką Anią. W niedzielę rano włączyłem telewizor i tak się dowiedziałam o stanie wojenny. Od razu wziąłem Anię za rękę i poszedłem do mieszkającego najbliżej kolegi – Franka Kamińskiego – by omówić co dalej robimy. Miałem za zadanie namalować dwa transparenty strajkowe – na Rudną Główną i na Rudną Zachodnią

W Zakładach Górniczych Rudna był pan zatrudniony jako plastyk.

Tak, kiedyś w takich zakładach zatrudniano plastyka, bo to on musiał zaprojektować i wykonać wszystko – od dyplomów, bo przecież nie było komputerów, przez wyposażenie biura dyrektora, po ośrodek wypoczynkowy dla pracowników. Jako że byłem plastykiem koledzy wyznaczyli mi zadanie przygotowania transparentów na strajk, bo 13 grudnia nas nie zaskoczył. To nie jest tak, że myśmy niczego nie wiedzieli, nie domyślaliśmy się. Podejrzewaliśmy już wcześniej, że władza coś szykuje.

Spodziewaliście się wprowadzenia stanu wojennego?

Myśmy uważali, że dojdzie do sytuacji w której zostanie ogłoszony strajk generalny. Po spotkaniu Komisji Krajowej „S” w Radomiu, które odbyło się na początku grudnia 1981 r. mówiliśmy o tym, że może dojść do jakiejś nadzwyczajnej sytuacji, może nawet używaliśmy określenia „stan wyjątkowy”. To po tym radomskim spotkaniu, na którym Lech Wałęsa teatralnie wymachiwał pięścią, zaostrzył się język władzy. Jaruzelski potem wykorzystywał to spotkanie twierdząc, że „Solidarność się rzuca”, chce doprowadzić do anarchii. To były jego argumenty za wprowadzeniem stanu wojennego. Przed 13 grudnia byliśmy przygotowani. Inaczej niż w sierpniu 1980 r. kiedy do strajku u nas doszło dopiero 27 sierpnia dzięki dwóm kierowcom z PKS-u dowożących górników do kopalń. W grudniu 1981 r. mieliśmy przygotowany plan działania. Wszystko w Rudnej było zapięte na ostatni guzik.

Jak się przygotowaliście?


Żeby w razie ewentualnej zawieruchy nie było bałaganu, komisja zakładowa na wszelki wypadek podjęła uchwałę o powołaniu komitetu strajkowego. Komitet strajkowy w czasie strajku jest legalną i oficjalną władzą związkową i zakładową (dlatego po 13 grudnia prowadziliśmy strajk okupacyjny). Po rozbiciu wielu strajkujących zakładów w Polkowicach czy Lubinie część ich pracowników dotarła do nas (strajk w Rudnej został rozbity na końcu) i wtedy utworzyliśmy Międzyzakładowy Komitet Strajkowy (MKS). Jako MKS zeszliśmy do podziemia i w czasie stanu wojennego to była właściwa władza związkowa. Jest to ważne z tego względu, że w naszym regionie w wyniku nieporozumień tworzyły się różne twory – frasyniukowcy stworzyli własny twór, inna grupa powołała kolejny. Nie do końca uznawali i nie we wszystkim słuchali się Regionalnego Komitetu Strajkowego, czyli legalnej władzy związkowej. Uważam, że ktoś, kto nie uznawał legalnej władzy był jeśli nie zdrajcą, to co najmniej osobą, na którą trzeba było uważać. Właśnie przez te powoływane kolejno twory do naszych struktur wchodzili agenci.

Zaczęliście strajkować w poniedziałek 14 grudnia.

Ja, jako pracownik niedołowy, pracowałem od godz. 7. Górnicy zjeżdżali na dół od godz. 6. Po przyjściu do zakładu zablokowaliśmy dojście do markowni. Ludzie chcieli strajkować. Ja byłem odpowiedzialny za informację, bo już wcześniej w zakładzie kolportowałem bibułę, założyłem radio „Solidarność”. Moim zadaniem było także zabezpieczenie w kopalni miejsc, w których strajkowaliśmy – między innymi cechowni.

Miejsca zebrań pracowników zakładu?

Cechownia, to potężna sala, w której dawniej zbierał się cech górniczy. Tam odbywały się akademie, organizowaliśmy tam z okazji Barbórki karczmy piwne. Akurat przed stanem wojennym zrobiłem dekorację cechowni, do której pożyczyłem od wojska siatkę maskującą. Nie zdążyłem jej oddać i bardzo się nam przydała w czasie strajku. W cechowni na jednej ze ścian były same okna. Zabiliśmy je dechami, zakryliśmy siatką maskującą. Na ogrodzeniu powiesiliśmy jak najwięcej kabli i wywiesiliśmy tabliczki z napisem „uwaga wysokie napięcie”, chłopaki zaspawali też główną bramę. Puściliśmy plotkę, że zakład jest podminowany i jeśli ZOMO spróbuje nas ruszyć, to wszystko wyleci w powietrze.

Musiało to brzmieć wiarygodnie, bo przecież w kopalni były materiały wybuchowe.

Od razu zabezpieczyliśmy magazyny z materiałami wybuchowymi, żeby nie doszło do jakiejś prowokacji złośliwych agentów. Wiedzieliśmy że i tacy byli wśród nas. Podminowanie zakładu, tak jak i płot pod wysokim napięciem, to były plotki, które miały odstraszyć ZOMO i żołnierzy. Cel był taki, żeby nie oddać zakładu, jak najdłużej się w nim utrzymać.

Przygotowaliśmy też wentylatory do wydmuchiwania dymu. Chłopaki z ZWR, czyli Zakładu Wzbogacania Rudy, w których były między innymi warsztaty stolarskie, wpadli na pomysł, że przygotują takie drewniane terkotki. Przymocowali je do każdej z dmuchaw. Jak dmuchawa ruszała, to te terkotki robiły taki hałas jakby ktoś strzelał z karabinu. Kiedy ZOMO podchodziło do okien cechowni mocno strzelając z karabinów, wybijało szyby i dechy, wrzucało granaty dymne włączaliśmy dmuchawy i oni się wycofywali, bo bali się tych terkotek. Kilka razy przymierzali się też do tego, żeby utorować sobie drogę czołgiem, ale bali się wysokiego napięcia i podminowania, na temat którego rozpuściliśmy plotkę.

Pracownicy Rudnej okazali się bardzo pomysłowi.

Znaliśmy każdą dziurę w zakładzie. Ja przez lata mojej pracy miałem pracownię w kilku miejscach, więc poznałem wiele zakamarków. Fantazja też nas nie opuszczała. Warto przypomnieć chłopców z Rudnej Zachodniej, którzy zgromadzili zapasy i zaspawali się w wieży szybowej skąd mieli znakomity widok, mogli obserwować ruchy wojska, ZOMO, wiedzieli kiedy się zbliżają, od której strony. Do końca nie chcieli wyjść z zakładu. Z góry zrzucali na ZOMO różne rzeczy.

Zabawną historię usłyszałem też od Heńka Molendy, z którym siedziałem później w jednej celi. Kiedy na Rudną Zachodnią jechała kolumna samochodów ZOMO Heniek wyskoczył na drogę i pierwszemu nadjeżdżającemu zaczął niby pokazywać drogę do szybu. Tyle, że wyprowadził ich w pole kierując z drogi bitej wiodącej na Rudną Zachodnią, na polną drogę, na której utknęli. Pokrzyżował im plany opóźniając dojazd na Rudną Zachodnią. Później jakiś zomowiec go rozpoznał i wyciągnął z tłumu.

Jaka atmosfera panowała w zakładzie podczas strajku?

Na początku nie było łatwo zapanować nad nastrojem. Ludzie byli wściekli. Byli wśród nas tacy, którzy chcieli, żebyśmy zjechali na dół do kopalni i tam strajkowali. Trzeba było im to wybić z głowy, bo wystarczyło, żeby ktoś wrzucił do szybu jedną płonącą oponę i wyłączył prąd. Bez wentylacji sami byśmy stamtąd uciekali. Byli też ludzie, którzy szykowali się do starcia, ostrzyli kotwy. I też trzeba było ich przekonać, że to nie ma sensu iść na karabiny z kotwami. Robiłem to zarówno ja, jak i Witek Majewski, sybirak, który miał autorytet wśród załogi. Musi sobie pani wyobrazić, że na takiej cechowni w jednym czasie mogło być nawet 2 tys. ludzi – pod wpływem emocji, zdenerwowanych. Nie było łatwo zapanować nad takim tłumem.

Przekazywał pan strajkującym informacje z zewnątrz?

Robiłem nasłuch radiowy i potem przekazywałem ludziom fakty na temat tego, co się dzieje na zewnątrz. Nadali mi nawet ksywę „Suche fakty”. Najtrudniejszym momentem było przekazanie załodze informacji o wydarzeniach z Wujka, o strzałach, które padły i o zabitych. Trzeba to było zrobić umiejętnie, żeby dodatkowo nie podburzyć ludzi, żeby u nas nie doszło do kolejnej tragedii. Wbrew temu, co mówią niektórzy historycy kierujący się jedynie ubeckimi papierami, strajkowaliśmy do 17 grudnia. Rozkaz likwidacji strajku był wydany i 15, i 16 grudnia, ale trzymaliśmy się do 17. Dopiero kiedy strzelając powybijali okna i zaczęli do cechowni wrzucać granaty hukowe, postanowiliśmy że będziemy wychodzić.

Strzelali do okien ostrymi nabojami?

Wrzucali nam nie tylko petardy czy granaty hukowe, ale też strzelali ostrą amunicją, tyle że my byliśmy pochowani, leżeliśmy na podłodze, więc nikt nie zginął. Były takie momenty, w których mówiliśmy, że kto nie może dłużej wytrzymać i chce wyjść z zakładu, to może to zrobić. Wbrew temu, co niektórzy dzisiaj powtarzają nikogo nie trzymaliśmy siłą.

Poprosiliśmy księdza, żeby nam odprawił mszę. Wiedzieliśmy już jak władza zachowywała się w innych rozbitych zakładach. Wpadali w nocy i zastając ludzi śpiących spuszczali im łomot. Po informacji o górnikach z Wujka myśmy się przygotowywali na najgorsze. Nikt nie wiedział, co może się zdarzyć następnego dnia. Ksiądz udzielił nam komunii i dał absolucję, czyli odpust zupełny jak dla umierających. Liczyliśmy się z tym, że możemy zginąć.


Jak kilka tysięcy ludzi przetrwało tych kilka dni, podczas których byliście oblężeni w zakładzie?

Jeśli chodzi o jedzenie to byliśmy zabezpieczeni na kilka miesięcy. Współpracowaliśmy z okolicznymi rolnikami jeszcze w tak zwanym karnawale Solidarności. Kiedy prowokatorzy namawiali pracowników Rudnej do strajku z powodu braku cebuli czy papierosów sam robiłem audycje o tym, żeby nie narzekać, nie podchwytywać pomysłu ze strajkiem w sprawie cebuli, tylko udawać się do okolicznych rolników i tam się zaopatrywać. Bardzo dobrze z nimi żyliśmy. Jak się dowiedzieli, że strajkujemy, to nazwozili nam wszystkiego. Rudna co prawda była otoczona przez wojsko, ale to duży, rozległy teren. W wielu miejscach można było się przedostać. Byliśmy zabezpieczeni do tego stopnia, że nawet z wojskowymi grzejącym się przy koksiakach dzieliliśmy się jedzeniem.

Władza nie prowadziła negocjacji z komitetem strajkowym?

Komitet strajkowy liczył prawie 30 osób. Mieliśmy za sobą sprzymierzeńca – Jana Sadeckiego, który był na Rudnej p.o. dyrektora. On z nami dobrze żył. Kiedy płk Garus (Bogdan Garus, zastępca komendanta wojewódzkiego MO w Legnicy – przyp. red.) kontaktował się z nim, on odpowiadał, że nie ma żadnej władzy w zakładzie, więc Garus musi rozmawiać z komitetem strajkowym. Właściwie był takim pośrednikiem między nami, a oblegającym zakład ZOMO. Sadecki przeciągał sprawę tak, żeby jak najdłużej nie doszło do siłowego rozwiązania.

Na rozmowy z Garusem oddelegowaliśmy pięciu chłopaków z komitetu strajkowego – mnie nie było w tym składzie. Koledzy, wcześniej pytając się załogi, pozwolili przyjść na cechownie Garusowi i jeszcze innemu pułkownikowi. Ten zaciągał po rusku, więc strajkujący go wygwizdali. Do rozmów nie doszło.

Mało kto o tym pamięta, ale Sadecki później podczas rozpraw sądowych stał za robotnikami, w przeciwieństwie do innych dyrektorów. Mnie podczas rozprawy dyrektor techniczny Andrzej Januchta wielokrotnie nazwał „małym Goebbelsem”. Sadecki zeznawał na naszą korzyść, za co chciano go nawet oskarżyć. A kolegom groziły poważne wyroki – za materiały wybuchowe kara śmierci, albo 20 lat więzienia. Dyrektor Sadecki tłumaczył w sądzie, że to była jedynie plotka, forma zastraszenia ZOMO, a ludzie z Rudnej są odpowiedzialni, więc nie podkładaliby materiałów wybuchowych. Dyrektor, nawet jeśli był „czerwony”, to przed strajkiem, w jego trakcie i po nim zachował się jak człowiek.

Kiedy 17 grudnia zdecydowaliście, że nie da się dalej stawiać czoła wojsku i milicji, wychodziliście z zakładu zgodnie z wcześniej przygotowanym planem?


Było ustalone, że jak przyjdzie moment, że do nas dotrą, to nie będziemy przecież walczyli z karabinami, ale się wycofamy. Mieliśmy opracowane dwie drogi ucieczki. Pierwsza prowadziła tunelami taśmociągów – od szybu wydobywczego, poprzez kruszarki, ZWR aż do suszarni. Tą drogą ludzie mogli wyjść w lesie prawie kilometr od kopalni. Druga droga prowadziła na zewnątrz wzdłuż kruszarek i flotacji. Ustaliliśmy, że wychodzimy jak najdalej w lesie, a kto będzie mógł ma udać się do kościoła w Polkowicach. Mieliśmy taki plan, że się wycofamy, ale kiedy ZOMO opuści zakład, bo przecież nie mogli tam siedzieć wiecznie, mieliśmy wrócić na kopalnię i dalej strajkować. Informację o tym, że ZOMO wyszło z kopalni mieli nam przekazać koledzy zaspawani w najwyższym miejscu na ZWR-ach. Wszystko potoczyło się jednak inaczej.

Zaczynając od tego, że nie wszyscy wyszli z kopalni tak, jak to zaplanowaliście.

Wychodziliśmy w większości zgodnie i spokojnie. Część osób jednak spanikowała. Chcieli przyspieszyć wyjście z zakładu i w połowie drogi skręcali w boczną bramę. Chcieli w ten sposób niby przechytrzyć ZOMO, ale tam była droga, którą zomowcy nadjechali sukami i armatkami wodnymi. Przechwycili ludzi i zaczęli ich gnać przez lasek i pola. Polewali ludzi wodą z armatek wodnych przy 18 stopniowym mrozie. Ludzie padali w śnieg, mdleli, koledzy opowiadali, że trzeba było ciągnąc te osoby jak rannych.

Pan wychodził wedle planu?

Tak, dużą grupą ludzi poszliśmy na sam koniec zakładu wychodząc odkrytą drogą aż za suszarnią. Słyszeliśmy strzały i martwiliśmy się o tych, którzy się oddzielili. Szliśmy przez las, potem przez pola i w śniegu dotarliśmy do kościoła w Polkowicach. Tam szukaliśmy kolegów, sprawdzaliśmy kto dotarł.

Mieszkańcy pięknie się zachowali. Czekała tam na nas herbata, ciepłe ubrania. Ksiądz się postawił i nie wpuścił milicji do kościoła, mieszkańcy przewrócili nawet jakąś milicyjna sukę. Z zebranych w zakładzie łusek pocisków ludzie układali krzyż.

Z kościoła w Polkowicach nie poszedł pan jednak do domu.

Czytaj także:
Esbecy zabili 16-latka, bo ujawnił wstrząsającą prawdę

Kilku z nas – w tej grupie byli oprócz mnie m.in. Franek Kamiński, Andrzej Poroszewski, Paweł Kotlicki, Grzesiek Laska – już wcześniej ustaliło, że będziemy się ukrywać. Płk Garus wygrażał nam, że nas „drapnie”, więc powrót do domu nie miał sensu. Każdy z nas poszedł co najwyżej pod dom, żeby załatwić swoje sprawy. Ja miałem za zadanie szukanie mieszkań, w których mogliśmy się ukrywać. Jak już się znaleźliśmy w jednym miejscu szukałem maszyny do pisania i papieru. Chodziłem za tym ja, bo wydawało nam się, że skoro nie byłem członkiem delegacji, która była na rozmowach z Garusem to jestem bezpieczniejszy. Zależało nam na tym, żeby szybko wydać ulotkę i rozprowadzić ją wśród górników, dać im sygnał, że ani nas nie zamknęli, ani nie poszliśmy w domowe pielesze. Chcieliśmy im przekazać, że zeszliśmy do podziemia, jesteśmy i walczymy o tych, których zamknęli i zwolnili z pracy. Trzy dni przecież Rudnej nie było. Żeby wyłapać najaktywniejszych uczestników strajku zlikwidowali na trzy dni zakład i wszystkich od nowa przyjmowali do pracy.

Bardzo szybko wydaliście pierwszą ulotkę.

Udało nam się ją wydrukować i rozprowadzić 19 grudnia. Objeździłem rowerkiem przystanki autobusów pracowniczych. Na tych przystankach zbierali się tylko górnicy. W każdej wiacie rozrzuciłem ulotki na 15 min. przed tym, jak przychodzili na przystanek. To był najlepszy sposób komunikacji. Z tą ulotką poszła na kopalnię informacja, że MKS jest i działa.

W końcu jednak pana zatrzymali. Jak do tego doszło?

Udało im się mnie dorwać, bo byłem czynny, przemieszczałem się, pokazywałem się w różnych miejscach, załatwiałem różne sprawy. Mimo, że autobusy nie chodziły, to musiałem się przemieszczać między miastami, głownie w poszukiwaniu papieru do druku bibuły, bo to był największy problem. Nigdzie nie można było go dostać. Raz w tej sprawie pojechałem do księdza do Głogowa. To było na krótko przed Wigilią. Dostałem od niego całego indyka. Upiekła mi go koleżanka, która mieszkała w Głogowie. Przywiozłem go chłopakom. Pierwszą Wigilię w stanie wojennym spędziliśmy właśnie przy tym indyku. 28 grudnia niestety natknąłem się na kapitana Jana Sznabla, sąsiada z bloku. Mieszkał trzy klatki dalej. To on mnie zatrzymał. Posadzili mnie na dołku i od razu złamali przepisy. Na komisariacie wolno im było trzymać człowieka 7 dni, a mnie na tym dołku trzymali do 13 stycznia.

W areszcie spędził pan ponad dwa miesiące i został postawiony przed sądem.

Odbyło się 13 rozpraw. Nieraz jak mnie przewozili z Wrocławia do Legnicy na rozprawę, to dostawałem po głowie. Jak wsiada się do więźniarki, to pytają najpierw o imię ojca. Ja sobie z nich żartowałem odpowiadając: „i Syna i Ducha Świętego”. Potem pytali o datę urodzenia. Ja urodziłem się 13 października w Edwarda, ale z jakiś przyczyn ojciec zarejestrował mnie w urzędzie dopiero 13 grudnia i taką też datę urodzenia mam w dokumentach. Kiedy na pytanie o datę urodzenia odpowiadałem „13 grudnia” strażnicy uważali, że sobie z nich żartuję i walili pałą. 24 lutego usłyszałem wyrok. Ostatecznie po rewizji wyroku zostałem skazany na 1,5 roku więzienia w zawieszeniu na 3 lata.

I od razu wrócił pan do konspirowania. Po wyjściu z aresztu nie był pan pod szczególnym nadzorem służb?

Oczywiście, że byłem, ale potrafiłem sobie z tym radzić. Trzeba było się pilnować. Mieliśmy swoje sposoby. Do mieszkania nie wchodziło się swoją klatką tylko przez strych czy piwnicę. Ja miałem zresztą większe możliwości, bo mieszkałem na ulicy Orlej i na tej samej ulicy w wieżowcu na jedenastym piętrze miałem pracownię plastyczną. To był pomysłowy bunkier, robiłem tam wszystkie transparenty. Były nawet takie sytuacje, że dobrze ukryty w pracowni powielacz chodził w czasie, kiedy ubecy przychodzili na tak zwaną rewizję. Miałem tam też takie urządzenie, które skonstruowali mi koledzy z Solidarności Walczącej. Podłączałem je do radia i na falach krótkich podsłuchiwałem ubeków. Robiliśmy im też różne psikusy, żeby im życie uprzykrzyć i żeby wiedzieli, że my też ich mamy na oku. Kiedy namierzyłem, gdzie mieszka mój „opiekun” z SB, pan Przybyszewski rozkleiłem na słupach ogłoszenia: „Sprzedam dobry fortepian szybko i tanio” i podałem jego numer telefonu i adres. Chodziło o to, żeby ludzie przychodzili i dzwonili do niego w tej sprawie w ten sposób mu dokuczając.

31 sierpnia 1982 r. w rocznicę porozumień sierpniowych mieszkańcy Lubina zebrali się na pokojowej manifestacji. Był pan uczestnikiem wydarzeń, które dziś nazywamy „zbrodnią lubińską”. Od kul zginęły trzy osoby, a kilkanaście zostało rannych.

I tu warto sobie odpowiedzieć na pytanie, które prawie nigdy nie pada: dlaczego akurat w Lubinie władza użyła ostrej amunicji i zginęli ludzie. W Lubinie w 1965 r. mieszkało zaledwie 5 tys. ludzi, w 1980 r. już prawie 80 tys. Miasto właściwie było hotelem, sypialnią. Ciężko było w 1980 r. o strajk. Nie byliśmy zżyci, nie znaliśmy się, jeden bał się drugiego. Ludziom, którzy tu się sprowadzili zależało przede wszystkim na tym, żeby zarobić i dostać mieszkanie. Władza bardzo się cieszyła z tego, że ludziom trudno było się zintegrować, zorganizować strajk. Dzięki temu partię chwaliło legnickie KGB. A trzeba pamiętać, że naszymi ubekami rządziło KGB. W końcu w Legnicy mieliśmy tzw. małą Moskwę.

Kiedy pojawiła się Solidarność przeżyliśmy piękne 16 miesięcy. To była eksplozja druku, informacji, solidaryzmu między ludźmi. Wtedy najlepiej się poznawaliśmy. W efekcie w stanie wojennym w Lubinie stanęło 100 proc. zakładów – zastrajkowały nie tylko wszystkie kopalnie, ale także Defil – fabryka instrumentów lutniczych czy kobiety z zakładu Elpo, które szyły w Lubinie słynne spodnie Odra. W styczniu dwóch kolegów – Jan Kołodziej i Rysiek Szwed – wkurzeni tym, że zostali wyrzuceni z pracy skonstruowali bombkę. Rysiek był saperem w wojsku, więc to była fachowa robota. Fachowo tę bombkę zabezpieczyli, ona nie miała prawa wybuchnąć. Zostawili ją na beczce przy stacji CPN w centrum miasta z mocno tykającym budzikiem. Pracownik CPN z samego rana zgłosił sprawę milicji. To był sygnał dla ubecji, że nie mają do czynienia z gówniarzami i jak będzie trzeba, to my też im pokażemy. Po grudniu 1981 r. i historii z bombką KGB była wściekła, ubecja lubińska dostała po nosie. Może między innymi dlatego 31 sierpnia 1982 r. ZOMO – prowokując – otworzyło ogień. Postanowiło zastosować terapię wstrząsową, odwzajemnić się za grudzień 1981 r., sprawdzić solidaryzm ludzi. To nie był milicjant, który ostre naboje zabrał ze sobą przypadkiem i zaczął strzelać. To wszystko było zaplanowane, bo ostrą amunicję z magazynu wydaje się na rozkaz. Mnie zresztą na krótko przed tą manifestacją ostrzegał milicjant: „Panie Edku, niech pan wyjedzie z Lubina” – mówił.

Tego dnia na lubińskim rynku zgromadziło się 5 tys. ludzi.

Ale walki z milicją trwały trzy dni.W tych miejscach, gdzie była krew natychmiast po zdarzeniach i na drugi dzień układaliśmy kwiaty, stawialiśmy krzyże. W tych kolejnych dwóch dniach na ulice wyszło trzy razy więcej ludzi. I to był największy solidaryzm, bo ci ludzie już wiedzieli, że poprzedniego dnia były ofiary śmiertelne. Nie mieli żadnej gwarancji, że władza nie będzie do nich strzelać.

Kiedy padły strzały wiedział pan co robić, w która stronę uciekać?

Czytaj także:
Zbrodnia lubińska. Tak komuna osłoniła morderców robotników

W takiej sytuacji biega się tak jak inni. Na własne oczy widziałem jak na plac wjeżdża milicyjna nyska. Wybrała sobie mężczyznę, który zamiast się schować chciał jak najdalej uciec. Milicjant z otwartych drzwi nyski strzelił temu demonstrantowi petardą w głowę. Ten padł na trawę. Nyska z rozpędu przejechała nad nim. My, widząc to, zaczęliśmy biec do tej nyski, w takiej sytuacji w ogóle się nie myśli. Nie zastanawialiśmy się nad tym, że mogli i do nas strzelać. Kiedy milicjanci w nysce zobaczyli, że goni ich tłum ludzi, nawet się nie zatrzymali tylko w biegu wyskoczyli z auta, złapali tego mężczyznę za ręce i za nogi, wrzucili go do środka i odjechali. Zobaczyliśmy dużą plamę krwi i jednego adidasa. Myśleliśmy, że chłopak nie żyje. Zaczęliśmy układać kwiaty, stawiać krzyż. Następnego dnia byłem uczestnikiem innej sytuacji. Na ulicy Miedzianej zobaczyłem milicjantów strzelających z nyski do okien. Z boku było pełno ludzi. Chłopaki rzucali w te nyski kamieniami i ja też wziąłem kamień i rzucałem, bo w człowieku wyzwala się tak złość. Chce, żeby chociaż ten kamień doleciał i trafił w tę blachę. Nie myślałem w tedy o tym, że przecież w odwecie mogli strzelić i nas trafi.

31 sierpnia kiedy milicja użyła ostrej amunicji, to były pojedyncze strzały?

Skąd, całe serie, kule latały, odbijały się od ścian, od asfaltu. Dostać można było przypadkiem, rykoszetem. W ten sposób zginął mój kolega Michał Adamowicz. Było wiele dowodów zbrodni: podziurawione ściany, luksfery, porozwalane kioski, dziury po kulach na kościele. Te dowody szybko zlikwidowano. Jeszcze tej samej nocy. Mostek na którym zginął Michał Adamowicz uchował się przez 30 lat, przetrwał wszystkie najgorsze lata, a kilka lat temu został zlikwidowany przez prezydenta Lubina Roberta Raczyńskiego pod pretekstem, że stwarza zagrożenie bezpieczeństwa. To tragedia, że zlikwidowano ostatni dowód zbrodni lubińskiej.

rozmawiała Agnieszka Niewińska

Edward Wóltański tuż po zbrodni lubińskiej został internowany. Przetrzymywano go najpierw w Nysie, a następnie jako „solidarnościową ekstremę” w Strzelinie i Grodkowie. Po wyjściu z internowania w grudniu 1982 r. dalej prowadził działalność opozycyjną – m.in. drukował i kolportował bibułę, robił odbitki zdjęć ze zbrodni lubińskiej, organizował projekcje zakazanych filmów. Organizował Solidarność Wałczącą w Zagłębiu Miedziowym, był łącznikiem z Wrocławiem. Zaangażował się także w pomoc charytatywną rodzinom ofiar i internowanych w stanie wojennym. W kwietniu 1983 r. ponownie aresztowany w związku z zatrzymaniem Józefa Piniora. Został brutalnie pobity w czasie śledztwa. Zwolniono go w czerwcu 1983 r. na mocy amnestii

Czytaj także

 0