„Zamienił się w żywą pochodnię”. Horror polskiego kapłana w ZSRS

„Zamienił się w żywą pochodnię”. Horror polskiego kapłana w ZSRS

Rys. Krzysztof Wyrzykowski
Rys. Krzysztof Wyrzykowski
Dodano
Upodlony przez sowiecką bezpiekę polski kapłan popełnił drastyczne samobójstwo.

Rzeczna rybitwa zatoczyła koło nad szarymi dachami Żytomierza i powoli opadła na plażę. Ciemna i mętna rzeka Teterew stała w szerokim rozlewisku. Tafla wody zdawała się zlewać z ołowianym niebem. Na brzegu zalegały hałdy brudnego śniegu.

Rybitwa przysiadła na odwróconej do góry dnem łódce i ze zdziwieniem obserwowała zbliżającego się do rzeki człowieka. Miał niebywale wychudzoną twarz, przedwcześnie posiwiałe włosy, ubranie w nieładzie. A w oczach desperację. Wiatr rozwiewał poły jego uwalanej w błocie sutanny.

Po dojściu do rzeki mężczyzna ukląkł na piasku i trzęsącymi się, zgrabiałymi od zimna rękami wyciągnął zza pazuchy butelkę. Uniósł ją do góry i wylał całą zawartość na siebie. Na głowę, twarz, szyję, ramiona, korpus, nogi. Następnie wyjął zapałki…

Chwilę później rozległ się potworny krzyk. Spłoszona rybitwa zerwała się do lotu, a mężczyzna zamienił się w żywą pochodnię. Ostatnim przedśmiertnym wysiłkiem samobójca wstał z kolan i – trawiony przez płomienie – zaczął kroczyć w stronę miasta.

Świadkiem przerażającej, mrożącej krew w żyłach sceny była przechodząca w pobliżu kobieta. Rzuciła się na ratunek, próbowała ocalić mężczyznę, ale było za późno. Usłyszała tylko, jak wycharczał przez spalone usta:

– Ja przeciw ludzkości zgrzeszyłem… Musiałem siebie ukarać…

Według innej wersji próbującym go ratować włościanom powiedział:

– Nie trzeba, nie trzeba. Pozwólcie mi umrzeć w męczarni za Chrystusa Pana.

Oparzenia były niezwykle rozległe. Kilka godzin później samobójca skonał w męczarniach w żytomierskiej klinice. Lekarza, którzy chciał nałożyć mu opatrunki, poprosił, żeby go nie ratował. Jak stwierdził, chce umrzeć „za grzechy popełnione wobec Boga i ojczyzny”.

Śmiertelnie rannemu człowiekowi zdążono udzielić ostatniego namaszczenia. Nazywał się Andrzej Fedukowicz i był polskim księdzem katolickim, proboszczem w miejscowej katedrze.

W szponach GPU

Spektakularne samospalenie było aktem protestu przeciwko temu, co z księdzem zrobiła sowiecka bezpieka. 4 listopada 1923 r. Fedukowicz został aresztowany w ramach fali zatrzymań polskich księży na Ukrainie sowieckiej. Przez wiele miesięcy dwaj sadyści z GPU – Uszakow i Sokołow – dręczyli i maltretowali go w kazamatach tajnej policji w Żytomierzu i Charkowie. Ksiądz był przetrzymywany w lodowatym karcerze i głodzony. Stosowano wobec niego konwejer, czyli wyniszczającą metodę tortur polegającą na uporczywym, długotrwałym pozbawianiu snu.

Ksiądz został oskarżony o to, że był agentem wywiadu II RP i prowadził „polityczną działalność antysowiecką”. Długotrwałe tortury doprowadziły ks. Fedukowicza do załamania psychicznego. Polski konsul w Kijowie, Michał Świrski, w raporcie wysłanym do Warszawy donosił, że ksiądz w wyniku „sowieckiej kuracji” był „na wpół obłąkany i zniedołężniały”.

Znajdujący się w tym rozpaczliwym stanie Fedukowicz załamał się i skapitulował. Na żądanie czekistów 9 listopada 1924 r. podpisał zredagowany przez nich „list otwarty” do papieża Piusa XI.

Oto fragment tego wstrząsającego dokumentu:

Błogosławiony Ojcze,

My niżej podpisani, mając na uwadze dobro Kościoła katolickiego na terytorium Ukrainy i zbawienie dusz wiernych, ośmielamy się złożyć do stóp Waszej Świętobliwości niektóre szczegóły charakteryzujące stan Kościoła na Ukrainie. Parafie znajdujące się na Ukrainie sowieckiej podlegają kompetencjom biskupa mieszkającego w Polsce. Zarządzanie Kościołem z zagranicy innego państwa prędzej czy później się ujawnia i pociąga za sobą prześladowanie księży przez władze, co jest zupełnie sprawiedliwem i naturalnem, gdyż w każdym dobrze urządzonym państwie rząd broni swoich praw, pociągając przestępców do odpowiedzialności kryminalnej.


W dalszej części listu napisano, że polscy księża opiekujący się wiernymi na terenie sowieckiej Ukrainy w rzeczywistości wykonywali działania szpiegowskie na rzecz Oddziału II polskiego Sztabu Generalnego.

Ja niżej podpisany, zapomniawszy o słowach apostoła Pawła: „Nie mieszać się do spraw świeckich”, poddałem się pokusie i przyjmowałem u siebie wywiadowców polskich. Dałem im miejscowe sowieckie gazety, wskazałem miejscowość, gdzie kwaterował oddział wojsk czerwonych. Stałem się agentem polskiego konsulatu. Komunikuję Waszej Świętobliwości o wyżej wymienionych faktach nie dlatego, żeby się uniewinnić, odwrotnie – jestem bardziej winien niż ktokolwiek inny. Piszę o tem tylko dlatego, żeby dać ilustrację tych warunków, w jakich znajduje się tutejszy Kościół. Błagam i proszę Waszą Świętobliwość, padając na twarz, żeby swoim autorytetem apostolskim podziałała na rząd polski, aby nie wykorzystywał księży do celów politycznych. Wasz życzliwy stosunek bezwzględnie polepszy bardzo stosunki sąsiedzkie między Polską a sowiecką Ukrainą, której rząd bez przyczyn i danych nikogo nie pozbawia życia i swobody.

Wszystko to oczywiście było stekiem wierutnych bzdur, wytworem wyobraźni perfidnych czekistów. Rzekomy list ks. Fedukowicza został natychmiast wydrukowany w dziesiątkach sowieckich gazet. Oczywiście z odpowiednim, zjadliwym antykatolickim komentarzem. W dniu jego publikacji czekiści wypuścili kapłana z więzienia.

Był to już jednak ludzki wrak. Strzęp człowieka. Dręczony wyrzutami sumienia z powodu podpisania paskudnego dokumentu, pogrążony w głębokiej depresji nie potrafił spojrzeć sobie w oczy. Jego upokorzenie przekraczało granice jego wytrzymałości…

Wspomniany wyżej polski dyplomata był wyraźnie zaniepokojony stanem księdza i apelował do swoich przełożonych o pomoc w jego natychmiastowej ewakuacji z sowieckiego piekła.


„Zdaniem konsula Świrskiego sytuacja obecna księdza Fedukowicza grozi dalszymi rewelacjami i prowokacjami władz sowieckich – napisano w dokumencie polskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych z 20 listopada 1924 r. – wobec czego należałoby dążyć do jak najszybszego wyjazdu jego z terytorium ZSSR. Konsul uważa za konieczne natychmiastowe uzyskanie wyjazdu ks. Fedukowicza do Polski. Uważam za wielce wątpliwe, aby władze sowieckie odpowiedziały przychylnie na tego rodzaju interwencję rządu polskiego. Raczej uważałbym za skuteczniejszą i mniej nas angażującą drogę – wyjazd księdza wprost do Rzymu, z ominięciem terytorium polskiego. Interwencję w tej sprawie należałoby pozostawić Stolicy Apostolskiej, która niewątpliwie znajdzie skuteczną drogę interwencji przy pomocy obcego mocarstwa”.

Jak widać, rząd II RP – co niestety było dość typową postawą w sprawie prześladowań Polaków w Sowietach – nie kwapił się do ratowania nieszczęsnego ks. Fedukowicza. Wkrótce zresztą było za późno. Zrozpaczony kapłan 4 stycznia 1925 udał się na wybrzeże rzeki Teterew. Zabrał ze sobą butelkę nafty…

Obrońca Żydów

Samospalenie było jedynym aktem protestu, jakiego mógł dokonać ksiądz w totalitarnym Związku Sowieckim. Akt protestu tym bardziej wstrząsający, że dokonał go kapłan religii uznającej samobójstwo za najcięższy możliwy grzech.

Czytaj także:
Więcej Polaków wymordowano tylko w Powstaniu Warszawskim. Ludobójczy rozkaz nr 00485

Biedny, nieszczęsny ks. Fedukowicz! Czyż można sobie wyobrazić bardziej wymowny symbol sowieckiego koszmaru? Tego, co ten obłędny system robił z jednostką ludzką?

Ksiądz Fedukowicz w chwili śmierci miał raptem 49 lat, a wyglądał na starca. Chociaż pochodził z Wileńszczyzny, z Żytomierzem związany był przez całe dorosłe życie. Posługę kapłańską pełnił tam od 1904 r., zdobywając sobie powszechną sympatię i szacunek mieszkańców. I to nie tylko Polaków.

W 1920 r., po zajęciu Żytomierza przez wojska polskie, zapobiegł on pogromowi miejscowych Żydów. Zostali oni bowiem posądzeni o dokonanie skrytobójczych, nocnych mordów polskich żołnierzy. W momencie przechodzenia frontu wielokrotnie udostępniał on Żydom podziemia katedry, aby mogli w nich spokojnie poczekać na uspokojenie sytuacji.

Gdy w 1920 r. wojska polskie wycofywały się z Żytomierza – miasto zostało oddane na pastwę bolszewików na mocy haniebnego traktatu ryskiego – znajomi radzili ks. Fedukowiczowi, aby zabrał się z żołnierzami. On jednak kategorycznie odmówił. Powiedział, że nie zostawi swoich wiernych w potrzebie. Postanowił pozostać na miejscu, na straży rubieży Rzeczypospolitej…

W uroczystym pogrzebie ks. Fedukowicza wzięło udział kilka tysięcy polskich wiernych – co w warunkach sowieckich wymagało nie lada odwagi – i kilkunastu kapłanów. GPU nie zamierzało jednak uszanować majestatu śmierci i nazajutrz bezpieka wkroczyła do mieszkania księdza.

Doszło do rewizji, podczas której zdemolowano pokój nieżyjącego i ukradziono pozostawione przez niego rzeczy. Agenci GPU podrzucili przy tym trzy listy z pogróżkami wysłane do księdza rzekomo przez katolickich kapłanów i byłych polskich ziemian z Żytomierszczyzny przebywających na wygnaniu w II RP.

Te sfabrykowane materiały posłużyły sowieckiej propagandzie do wyjątkowo perfidnej gry. Otóż ogłosiła ona, że ks. Fedukowicz został zaszczuty i zmuszony do samobójstwa przez innych księży-agentów, którzy nie mogli mu darować złożenia „samokrytyki” i wysłania „odważnego” listu do papieża.

Wojna z Kościołem

W kolejnych latach na polskich mieszkańców Żytomierszczyzny spadły straszliwe sowieckie represje, których apogeum była ludobójcza operacja polska NKWD z lat 1937– 1938. Kościoły Żytomierza zostały zamknięte i zamienione w magazyny zbożowe, a księża wypędzeni lub wymordowani.

Czytaj także:
Dla Lenina zabił własnego ojca. W nagrodę został władcą łagrów

Władze bolszewickie wypowiedziały bowiem polskiemu Kościołowi wojnę. Była to wojna totalna.

„Kościół katolicki w Rosji i na dalszych Kresach zawsze odgrywał szczególnie ważną rolę, nie tylko religijną – pisał prof. Nikołaj Iwanow w książce »Zapomniane ludobójstwo«. – Był on ostoją polskości, głównym ośrodkiem szerzenia oświaty i kultury, europejskich wartości cywilizacyjnych oraz obrońcą wiekowych polskich tradycji narodowych. Kościół stał się zatem symbolem nierozerwalnych więzów między polskością a katolicyzmem, między miejscową ludnością katolicką a ojczyzną duchową, jaką była Polska”.

Władza sowiecka chciała te więzy rozerwać. Przywiązani do swoich tradycji, obyczajów i ojczyzny Polacy mieli zostać zmienieni w apatycznych, zdemoralizowanych homo sovieticus bez korzeni i tożsamości. Bez zniszczenia Kościoła było to niemożliwe.

Jeden z księży polskich – Wincenty Ilgin – który został wtrącony do straszliwego sowieckiego obozu koncentracyjnego na osławionych Sołówkach, pisał:

„Bolszewizm w Rosji to ogromny potwór-polip, który oplótł swoimi mackami 160-milionową ludność. Wierzę jednak, że prędzej czy później szala miłosierdzia Bożego przeważy szalę sprawiedliwości karzącej i obalony potwór komunistyczny zostanie upokorzony. Oby Bóg sprawił to w najbliższej przyszłości…”.

Niestety, Bóg nie wysłuchał modlitwy swojego kapłana.

Okładka miesięcznika Historia Do Rzeczy: 3/2017
Artykuł został opublikowany w 3/2017 wydaniu miesięcznika „Historia Do Rzeczy”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

O północy z piątku na sobotę (25 na 26 maja) rozpoczyna się cisza wyborcza
[Ustawa z dnia 5 stycznia 2011 r. – Kodeks wyborczy (Dz. U. z 2017 r. poz. 15)], która potrwa do końca głosowania w niedzielę (26 maja). Zakaz obowiązuje także w internecie, w związku z czym, w trakcie ciszy wyborczej w portalu DoRzeczy.pl wyłączona zostanie możliwość dodawania komentarzy.