Ochotnicy do piekła. Lotnicy na pomoc płonącej Warszawie

Ochotnicy do piekła. Lotnicy na pomoc płonącej Warszawie

Samoloty Consolidated B-24 Liberator w akcji. Tego typu maszyny latały z pomocą dla Warszawy
Samoloty Consolidated B-24 Liberator w akcji. Tego typu maszyny latały z pomocą dla Warszawy / Źródło: Wikimedia Commons
Dodano
Szansa przeżycia lotu ze zrzutami dla powstania warszawskiego była mniejsza niż nawet najbardziej katastrofalne w skutkach ataki na Niemcy. Nocne loty nad Warszawą były dla załóg wstrząsającym przeżyciem.

Szansa przeżycia lotu ze zrzutami dla powstania warszawskiego była mniejsza niż nawet najbardziej katastrofalne w skutkach ataki na Niemcy. Nocne loty nad Warszawą były dla załóg wstrząsającym przeżyciem.

„Pożary szalały we wszystkich dzielnicach Warszawy – wspomina kpt. Roman Chmiel, który 20 sierpnia 1944 r. zrzucał zaopatrzenie dla powstańców. – Ciemne miejsca wskazywały na rejony zajęte przez Szwabów. Wszystko było spowite dymem, przez który przebijały się rdzawopomarańczowe płomienie. Nigdy bym nie pomyślał, że duże miasto może tak się palić. To było straszne – istne piekło dla wszystkich tam na dole. Niemiecki ogień przeciwlotniczy był bardziej intensywny niż wszystko, co dotąd przeżyłem, więc zeszliśmy, jak się dało najniżej – na wysokość dwudziestu kilku metrów nad ziemią; to naprawdę było za nisko, ale musieliśmy się wydostać poza linię ognia. Na Pradze i Mokotowie smugi światła z ziemi oświetlały nas przez cały czas. Nie mogliśmy nic z tym zrobić. Przedzierając się wzdłuż Wisły, niemal uderzyliśmy w most Poniatowskiego, pilot poderwał maszynę dosłownie w ostatnie sekundzie″.

Aby dostać się do Warszawy, startujący z Włoch piloci musieli przelecieć ponad tysiąc kilometrów nad terytorium okupowanym przez III Rzeszę. „Wydano nam rozkaz rozpoczęcia lotu bojowego bez względu na warunki atmosferyczne. [...] od wybrzeży Jugosławii pas mgły rozciągał się od ziemi w górę na wysokość dwóch tysięcy metrów″ – wspominał kpt. Chmiel. Od samego początku na całej trasie przelotu samoloty były ostrzeliwane przez obronę przeciwlotniczą. Niemiecki myśliwiec dopadł pierwszą z maszyn już nad Karpatami, później było tylko gorzej.

20 sierpnia samolot kpt. Chmiela zrzucił ładunek na pl. Krasińskich, na którym 6 lipca 2017 r. przemawiał prezydent USA Donald Trump. „W kabinie było pełno dymu, który właził nam do oczu i powodował dotkliwe pieczenie. Czuliśmy żar unoszący się z murów spalonej dzielnicy″ –relacjonował kapitan.

Po wykonanej brawurowo misji trzeba było przelecieć pod ostrzałem jeszcze ponad tysiąc kilometrów, aby wrócić do bazy. Karpaty znów okazały się miejscem śmierci lotników. „Przelecieliśmy nad rozbitym bombowcem na zboczu wzgórza – właśnie się dopalał. Halifaksy – pięć sztuk – które wyleciały razem z nami, nigdy nie wróciły″. Cała misja trwała ok. 10 godzin. Armia Krajowa potwierdziła, że odebrała dokonany tej nocy zrzut.

W „Najczarniejszą godzinę RAF-u″, czyli bombardowanie Norymbergi 30 i 31 marca 1944 r., Brytyjczycy stracili 11,8 proc. samolotów biorących udział w akcji. Straty wśród maszyn latających z Włoch ze zrzutami dla powstańców wyniosły 16,7 proc., a po uwzględnieniu lotów z Wielkiej Brytanii 13,4 proc. Niosąc pomoc powstańcom, życie straciło ponad 200 lotników. Sama polska 1586. Eskadra do Zadań Specjalnych straciła 59 członków załóg i 11 samolotów. Straty uzupełniano na bieżąco, ochotników nie brakowało.

Niezłomni lotnicy

Od 1 sierpnia 1944 r. dla stacjonujących we włoskim Brindisi polskich pilotów istniało tylko jedno ważne pytanie: Kiedy lecimy ze wsparciem dla powstania? Oprócz Polaków w wyprawach nad Warszawę brały udział załogi wywodzące się z kilku kontynentów: Ameryki, Australii, a także latający w South African Air Force (SAAF) obywatele Związku Południowej Afryki. Od pogrążonej w walkach stolicy dzieliło ich w prostej linii 1311 km. Militarne szanse powodzenia powstania i ogromne ryzyko schodziły na dalszy plan.

Odwaga i determinacja lotników były niezwykłe. Po zrzuceniu ładunków potrafili podjąć ryzyko tylko po to, aby ostrzelać niemieckie pozycje z broni pokładowej. Maszyny strącane przez Niemców spadały m.in. w Śródmieściu i na Pradze.

Lotnicy spędzali na misji co najmniej 10 godzin, lecąc pod ostrzałem nad terytorium wroga, w bardzo niekomfortowych warunkach. Temperatura na dużych wysokościach spadała do –18 st. C. „Siedziałem z tyłu, bez ogrzewania, na masce tlenowej miałem sopelki lodu – relacjonował Douglas F. Matthews, pilot liberatora z 31. Dywizjonu SAAF. – Była to bardzo długa i nieprzyjemna podróż, tym bardziej że mieliśmy świadomość, co nas czeka″. Widok, który załogi samolotów zastały w Warszawie, był wstrząsający. „Piekło nie może budzić większego przerażenia″ – wspominał strzelec pokładowy Michael Cauchi z 31. Dywizjonu SAAF.

Czytaj także:
Bratankowie na ratunek Powstaniu Warszawskiemu

Zagrożenie było tym większe, że samoloty dokonujące zrzutów nie mogły lądować na sowieckich lotniskach. Sprzeciw Sowietów był kuriozalny nie tylko ze względu na ewidentną odmowę współpracy z sojusznikami. Od czerwca 1944 r. amerykańskie bombowce w ramach operacji „Frantic″ odbywały regularne loty na trzy lotniska znajdujące się na zajętej przez Sowietów Ukrainie. Superfortece B-17 startowały z Włoch i Wielkiej Brytanii, bombardowały cele znajdujące się na terenie III Rzeszy, Rumunii i okupowanej Polski, po czym lądowały po sowieckiej stronie frontu. Dla samolotów niosących pomoc Warszawie nie było jednak miejsca.

„Po prostu nie chcemy, żeby nam się tu teraz kręciły jakieś brytyjskie czy amerykańskie samoloty″ – stwierdził marszałek Konstanty Rokossowski, zapytany o brak współpracy w sprawie zrzutów przez Alexandra Wertha, korespondenta BBC w Związku Sowieckim. Stalin i sowiecka dyplomacja grały na czas i udawały, że problem nie istnieje, spodziewając się, że powstanie upadnie, zanim stanie się kolejnym punktem sporu z zachodnimi aliantami.

Polskie załogi nie miały jednak zamiaru czekać, aż Warszawa się wykrwawi. Pierwszy lot zorganizowano 4 sierpnia. Niestety zakończył się zupełną katastrofą. Samoloty miały dokonać zrzutów po godz. 1, w Lesie Kabackim i w Puszczy Kampinoskiej, z dala od głównego pola walki. Cztery załogi w porozumieniu z polskimi dowódcami wyłamały się jednak z planu akcji i na ochotnika przeleciały wprost nad Warszawą. Tej nocy pięć samolotów nie wróciło do bazy, a liberator dowodzony przez kpt. Jana Mioduchowskiego dotarł na lotnisko z jedynie dwoma sprawnymi silnikami i wylądował bez podwozia, zatrzymując się zaledwie 10 m od morza. W dodatku załogom udało się dokonać tylko dwóch udanych zrzutów. W konsekwencji dowództwo RAF zdecydowało o zawieszeniu lotów nad Warszawę.

Determinacja lotników była jednak ogromna. Cztery dni później samoloty z Polakami na pokładzie znów były w drodze nad walczącą stolicę. Norman Davies w „Powstaniu '44″ twierdzi, że załogi wznowiły loty na własny rachunek lub na rozkaz lokalnego dowództwa.

Brytyjscy dowódcy nie podchodzili do zrzutów dla Warszawy z taką determinacją jak Polacy. Chłodna ocena sytuacji kazała im podważyć strategiczny sens podejmowania ryzykownych misji. Ostateczne wątpliwości rozwiał Winston Churchill. 12 sierpnia stwierdził, że pomoc dla walczącej Warszawy musi zostać wysłana nawet, jeśli będzie się to wiązało z dużym ryzykiem.


Wysiłek lotników RAF i SAAF przyniósł wymierny efekt. W ciągu miesiąca lotów do powstańców dotarły 2 mln sztuk amunicji, 19 tys. granatów, 1 tys. pistoletów maszynowych i 250 granatników przeciwpancernych Piat. W zrzucanych zasobnikach znajdowała się też żywność, w tym również czekolada i skondensowane mleko, a także kawa i papierosy. Broń zabezpieczano, owijając ją w swetry, które w zrujnowanym mieście również okazały się cenne.

Nowa nadzieja

18 września, w piękny słoneczny dzień, broniącym się z trudem powstańcom ukazał się niezwykły widok. Niebo wypełniło się lecącymi wysoko amerykańskimi „latającymi fortecami″ B-17 osłanianymi przez myśliwce. Niemiecka artyleria nie mogła ich dosięgnąć, amerykańskie panowanie w powietrzu było całkowite. 110 (według niektórych źródeł 107) samolotów otworzyło luki, z których wypadły ładunki ze spadochronami. Początkowo część obserwatorów uznała, że to desant spadochroniarzy.

„Warszawa przeżywała chwile nieopisanego entuzjazmu – wspominał gen. Tadeusz Bór-Komorowski. – Opustoszały podziemia, zaroiły się podwórza i ulice”. Z zasobników, które udało się przechwycić, wyciągnięto broń, amunicję, żywność i zaopatrzenie medyczne.

Aby zrozumieć znaczenie tego niezwykłego wydarzenia, należy prześledzić sekwencję innych towarzyszących mu zdarzeń.

9 września powstańcy kontrolują już tylko część Śródmieścia. Bronią się jeszcze odcięte grupy na Mokotowie, Czerniakowie i Żoliborzu. Dowódcy powstania nie mają już złudzeń, że długo oczekiwana pomoc nie nadejdzie, a upadek powstania jest kwestią czasu. Dlatego gen. Bór-Komorowski postanawia kapitulować. Następnego dnia rano rozpoczęto negocjacje i ustalono warunki kapitulacji z gen. Güntherem von Rohrem.

Tego samego dnia przypomniała o sobie sowiecka artyleria, a z Londynu napłynął komunikat, według którego Sowieci wyrazili zgodę na wykorzystanie ich lotnisk, co ułatwi dokonywanie zrzutów z zaopatrzeniem. Dla powstańców miał być to jasny sygnał: walczcie do końca, Stalin o was nie zapomniał.

Następnego dnia Bór-Komorowski zerwał rozmowy o kapitulacji.

13 września nad Warszawą pojawiły się sowieckie samoloty, które dokonały zrzutów zaopatrzenia. W płóciennych workach z niewielkiej wysokości i zwykle bez spadochronów zrzucano broń, która w większości ulegała uszkodzeniu.

„Worki zbożowe, broń, pepesze, amunicja, rusznice ppanc. z amunicją – wspominał ppor. Ryszard Zagórski, pilot z 2. Pułku Nocnych Bombowców »Kraków« – oddziału lotniczego Ludowego Wojska Polskiego. – To jest precyzyjny sprzęt! […] A bez spadochronów dochodziły śmieci. To była czysta propaganda”.

Zrzucana amunicja często nie pasowała do dostarczonej broni. Nie lepiej było z żywnością. Płócienne worki rozrywały się, a ich zawartość rozsypywała się w promieniu kilkunastu metrów. „W workach znajdowały się głównie suchary z razowego chleba, kasza jaglana i… amerykańskie konserwy, otrzymywane przez ZSRS od rządu USA w ramach programu lend-lease – relacjonował ppor. Zagórski. – Dodatkowym »urozmaiceniem« był biały tłuszcz niewiadomego pochodzenia, zwany przez powstańców »małpim«”.

W zniszczonej Warszawie nawet taka pomoc była przydatna. To wystarczyło, aby potwierdzić komunikat: Stalin nie zapomniał.

16 września na lewym brzegu Wisły pojawili się żołnierze w polskich mundurach sowieckiej produkcji. Desant nieświadomych sytuacji żołnierzy Berlinga był pozorowanym atakiem. Większość wysłanych do ataku przez Wisłę Polaków zginęła lub dostała się do niewoli. Samo podjęcie akcji dało jednak powstańcom nadzieję, że los ich walki się odmieni. Przedłużając powstanie, Sowieci rękami Niemców pozbywają się walczącej w Warszawie Armii Krajowej.

Następnego dnia na froncie zachodnim rozpoczyna się operacja „Market Garden” – największy desant z powietrza w czasie II wojny światowej. Biorą w niej udział polscy spadochroniarze dowodzeni przez gen. Stanisława Sosabowskiego, którzy od wybuchu powstania domagali się przerzucenia ich jako wsparcia dla walczącej Warszawy. 13 sierpnia podjęli nawet strajk głodowy, aby zwrócić uwagę brytyjskiego dowództwa na Warszawę. Brytyjczycy twierdzili, że nie mają środków na masowy desant w Polsce. Użyli spadochroniarzy Sosabowskiego tam, gdzie – jak sądzili wówczas – mogą mieć rzeczywiste znaczenie militarne.

Dzień po rozpoczęciu tej operacji – 18 września – Amerykanie przeprowadzają operację masowych zrzutów dla Warszawy. W odróżnieniu od sowieckich amerykańskie ładunki są dobrze przemyślane. Są w nich m.in. niemiecka broń i amunicja. Amerykanie doskonale wiedzą, że powstańcy używają wszystkiego, co udało się zdobyć od Niemców. Niestety do Polaków trafia zaledwie 228 spośród 1284 pojemników. Resztę przechwytują Niemcy. „Ależ oni są przyzwoici – zanotował w dzienniku niemiecki żołnierz H. Stechbarth. – Amerykanie przywożą broń i amunicję, którą w pośpiechu zostawiliśmy na Zachodzie, i samolotami dostarczają nam je tu, do Warszawy!”.

Był to jedyny raz, kiedy samoloty dokonujące zrzutów wystartowały w Wielkiej Brytanii i wylądowały na sowieckich lotniskach. Amerykanie musieli czekać 12 dni na kolejne zezwolenie na lot. 30 września odwołano jednak zrzuty ze względu na złą pogodę. Powstanie już w tym czasie dogasało, jednak nasi zachodni sojusznicy nie rezygnowali. 1 października Sowieci oświadczyli im, że „warszawskich powstańców ewakuowano”.

Amerykanie, dokonując zrzutów 18 września, nieświadomie wpisali się więc w plan Sowietów i wysłali do powstańców wiarygodny, bo pochodzący od samego Roosevelta komunikat: Stalin o was pamięta.

Okładka miesięcznika Historia Do Rzeczy: 8/2017
Artykuł został opublikowany w 8/2017 wydaniu miesięcznika „Historia Do Rzeczy”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

O północy z piątku na sobotę (25 na 26 maja) rozpoczyna się cisza wyborcza
[Ustawa z dnia 5 stycznia 2011 r. – Kodeks wyborczy (Dz. U. z 2017 r. poz. 15)], która potrwa do końca głosowania w niedzielę (26 maja). Zakaz obowiązuje także w internecie, w związku z czym, w trakcie ciszy wyborczej w portalu DoRzeczy.pl wyłączona zostanie możliwość dodawania komentarzy.