Królewska miłość wbrew wszystkim. Jej śmierć wpłynęła na losy Polski

Królewska miłość wbrew wszystkim. Jej śmierć wpłynęła na losy Polski

Fragment obrazu
Fragment obrazu "Śmierć Barbary Radziwiłłówny" autorstwa Józefa Simmlera. / Źródło: Archiwum autora
Dodano
Paweł Jasienica w słynnej „Polsce Jagiellonów” napisał tak: „Zygmunt i Barbara! - najbardziej romantyczne wydarzenie w dziejach polskich rodów królewskich”. Tak też zapewne na tę parę kochanków – królewicza i córkę magnackiego rodu – patrzyli przez stulecia Polacy. Ich trudna miłość pobudzała wyobraźnię także i naszych malarzy. Efektem są niezwykłe dzieła.

Odnieśli się do niej w swoich działach, zarówno do czasu tej miłości ale i śmierci Barbary, takie tuzy rodzimego malarstwa jak Wojciech Gerson, Aleksander Lesser, Franciszek Żmurko, a nawet sam Mistrz Matejko, że wspomnimy tylko te nazwiska.

Jednak najgłośniejsze działo malarskie, to obraz Józefa Simmlera „Śmierć Barbary Radziwiłłówny”. Zazwyczaj, obok „Bitwy Pod Grunwaldem” Matejki i „Szału uniesień” Podkowińskiego, uważane jest za jedno z najgłośniejszych w historii polskiej sztuki. Gdy zostało pokazane publicznie, to ponoć ludzie patrząc na nie zwyczajnie płakali. Tak o tym pisał inny malarz, ale także i krytyk sztuki, W. Gerson: „Kiedy obraz ten pierwszy raz wystawiony był w salach Wystawy Krajowej (r. 1860), nie tylko ściągał tłumy ciekawych i zachwyconych, ale trzymał pod wrażeniem tak przemocnem, że w sali, gdzie był na ścianie zawieszony, nikt głośnego słowa wymówić nie śmiał, nikt donośniejszym stąpnięciem ciszy nie przerywał; jakby oczom patrzących żywo obecna była i boleść nieszczęśliwego króla i cichy sen wieczny młodej królowej wymagał uszanowania chwili, w której palec Boży spoczął na jej skroni, powołując ku sobie duszę wyswobodzoną z boleści ziemskiej pielgrzymki”.

I nie chodziło tu raczej o to, że Barbara tak młodo umarła, bo jako królowa, żona króla, nie była zbyt ceniona przez jej współczesnych, czy też rodzimą historiografię, ale o rozpacz Zygmunta, który okrutnie ją pokochał. Miłość ta była od początku usłana trudnościami. Ot, mezalians. Królewicz i szlachcianka i w dodatku młoda wdowa. W wielkim skrócie wyglądało to tak, jak pisze W. Łysiak:

Następca tronu i wielkorządca Litwy, Zygmunt August, był kochliwy sielnie. Ożeniony z niezbyt atrakcyjną Elżbietą Habsburżanką (córką króla Czech) — zaniedbywał małżonkę, „obłapiając mnogo kochanic". Bystrzy Radziwiłłowie naraili mu swą siostrę (1543), świeżą wdowę po wojewodzie trockim Gasztołdzie, 23–letnią rówieśnicę Zygmunta, Barbarę, smukłą blondynkę pysznej urody (kibić, cerę, ręce, oczy, zęby tudzież rysy twarzy miała niezrównane). I Zygmuś, jak to mówią, oszalał z miłości; latopis ówczesny litewski kronikuje: „Młody, niemogący wstrzymać przyrodzonego popędu, zaczął panią Barbarę miłować...". Najpierw miłował sekretnie (liczne schadzki), później wziął z nią potajemny ślub (1547), bo wcześniej owdowiał (1545), kiedy zaś umarł mu tatuś (1548), król Zygmunt Stary — Zygmunt August sam został królem i próbował przekonać poddanych do swojego mezaliansu. Szło to bardzo ciężko, dygnitarze świeccy oraz kościelni nie chcieli uznać Barbary, piekliła się matka (królowa Bona), bruździł monarsze Sejm, lud warczał i plotkował brzydko, fruwały po całej Rzeczypospolitej pamflety precyzujące liczbę gachów „królewskiej murwy", rodzinę Radziwiłłów obwiniano o łóżkowy spisek, et cetera. Król się nie ugiął, cierpliwie jednał sobie kogo tylko się dało, aż załagodził emocje i wymusił koronację Barbary (1550). Rok później połowica zmarła.


I tę chwilę śmierci Barbary obraz ten ukazuje. Powiem szczerze, że kiedy mam możliwość patrzeć na ten obraz zawieszony w Muzeum Narodowym w Warszawie, to wzbudza on we mnie mieszane uczucia. W obliczu śmierci, my ludzie, zawsze jesteśmy pełni pokory. I jeżeli rozważam, co płótno przedstawia z tego punktu widzenia, to musi ono wywoływać uczucie wzruszenia. Natomiast jeśli spojrzeć na to płótno pod kątem artystycznym, malarskim, to według mojej oceny zbyt dużo w nim detali rozpraszających uwagę widza, jak np. chustka i książeczka na fotelu, oparcie tegoż krzesła wychodzące niejako z ram obrazu, dużo kotar i zsuwająca się z łoża pościel, itp. Elementy te odwracają moją uwagę, bo raczej powinienem skupić się na powadze śmierci Barbary i cierpieniu towarzyszącego jej w tej chwili Zygmunta. Choć tak naprawdę na jego obliczu tego cierpienia nie widzę. On tylko na nią patrzy... bez końca zdaje się. Choć jego wewnętrznego cierpienia możemy się domyślić, tak jak to zrobił krytyk tamtych czasów pisząc recenzję z pokazu dzieła:

„Zygmunt siedzący na kraju łóżka, wpatruje się z niemym żalem w drogie oblicze, po którem niedługo smutna pamięć tylko zastanie. Silnie zaciśnięte, splecione palce i czoło mocnym ruchem brwi ściągnięte, każą przypuszczać, iż hamuje uczucie, by nie wybuchnąć z całą rozpaczą, jaką zapewne serce jego szarpać musi. Jedno kolano zgięte i wyrywająca się łza z oka zdaje się zapowiadać, iż lada chwila nie powstrzyma gwałtownej boleści, że rzuci się na kolana i całym wylewem długo tamowanego żalu usta przyciśnie do zimnej ręki, obleje ją gorącymi łzami" (J. Kossowicz).

Znawczyni polskiego malarstwa, E. Charazińska zwraca uwagę na bardzo istotną kwestię, którą trzeba przytoczyć dla pełniejszego zrozumienia tej kompozycji: „Jedyną wskazówkę, że jest to śmierć królewska, uzyskujemy patrząc na podbitą gronostajami złocistą kapę, która okrywając ciało zmarłej spływa na podłogę. Majestat śmierci niweczy majestat monarszy, co artysta podkreśla dyskretnie, sadowiąc owdowiałego króla na gronostajach, które ten bezwiednie depcze”.

No cóż, ale takie były wówczas wymagania stawiane obrazom nurtu romantycznego, a kompozycje o tematyce historycznej wykorzystujące akademickie środki wyrazu charakteryzowały się często starannym doprecyzowaniem detali oraz teatralną wręcz inscenizacją. Jak zauważa M. Wróblewska:


„Iluzjonistyczna technika malarska służy jednak nie tylko uprawdopodobnieniu sceny. Jest świadectwem kunsztu malarza, popisem wirtuozerii, która wzbudzała zresztą wówczas podziw publiczności”. A o to przede wszystkim w sumie malarzowi chodziło - o wieczną artystyczną sławę.

Inspiracją do namalowania tej kompozycji był dla artysty dramat historyczny „Barbara Radziwiłłówna” pióra Alojzego Felińskiego napisany w 1811 roku. To dzieło malarskie od razu po jego wystawieniu na Krajowej Wystawie Sztuk Pięknych przyniosło Simmlerowi sławę i umocniło jego pozycję jako malarza historycznego. Obraz został zakupiony z dobrowolnych składek przez nowo powołane Towarzystwo Zachęty Sztuk Pięknych w Warszawie i był pierwszym w jego zbiorach. Podsumowując rozważania o tym obrazie, ponownie zacytujmy słowa E. Charazińskiej zamieszczone w „Przewodniku po Galerii Malarstwa Polskiego” MNW:„Obraz miał też kilka następnych replik, był wielokrotnie kopiowany i powszechnie dostępny w odbitkach litograficznych, które wydała Zachęta jako premię dla swoich członków (...). Na masową wyobraźnię oddziałały: romans i potajemne małżeństwo następcy tronu z młodą wdową ze znanego, ale tylko szlacheckiego rodu litewskiego; potem nieustępliwa walka Zygmunta o uznanie związku sprzecznego z polską racją stanu, a po śmierci ojca zmagania młodego króla z opozycją sejmową o koronację Barbary; wreszcie tragiczny finał - śmierć młodej królowej wkrótce po koronacji. (...) Mistrzowskie wystudiowanie kompozycji, dyskretny umiar w przedstawieniu dramatu z wyważeniem akcentów tragedii oraz dbałość o każdy szczegół obrazu zadecydowały o jego niepowtarzalnym sukcesie w historii malarstwa polskiego”. Sukces tego działa ma jeszcze jedną, doniosłą zasługę i to chyba największą. W. Łysiak: „pod wrażeniem tego obrazu Józef Chełmoński zdecydował się zostać malarzem”.

Przyczyna śmierci Barbary jednoznacznie do dzisiaj nie jest wyjaśniona. Mówi się o raku, owrzodzeniu dróg rodnych wywołanych lekami na bezpłodność, a najczęściej o dręczącej ją chorobie wenerycznej. Kronikarz kanonik Stanisław Orzechowski pisał tak: „Gdy bowiem żonę zaraźliwa dręczyła choroba i wielka jej część nagniła, on w nocy i we dnie przeciwko owej wielkiej i ciężkiej chorobie nigdy nie przestał dobrego męża sprawować urzędu (...) gdy już poczęła cuchnąć, a wszyscy oprócz króla mierzili się chorą - w zamku krakowskim wielkością choroby ścieśniona w samo południe umarła (...) Król podług tego, jak go prosiła, dnia 25 maja wpośród między Piotrem Kmitą i Spytkiem, wojewodami, samym ją wieczorem z jak największą okazałością z Krakowa do Wilna wywiózł i różnym strojem umarłą przyozdobił”.

W publicystyce historycznej najbardziej lubię gdybanie. Uznany już przez wszystkich ślub króla wielkiego rodu Jagiellonów, mógł przecież przynieść nam następcę tronu. Dynastia by nie wygasła. Polska była wtedy wielka i silna. Tę potęgę Rzeczpospolitej Obojga Narodów można byłoby kontynuować. Zapewne nikt nie przypuszczał, że młoda, śliczna królowa tak szybko opuści ten ziemski padół. Mogła za chwilę urodzić dziedzica polskiego tronu. Niestety, tak się nie stało i musieliśmy (czy raczej chcieliśmy) sprowadzić do kraju biseksualnego Henryka Walezego, nałożyć mu na skroń polską koronę, którą w sumie miał w nosie. Uciekł, gdy tylko dowiedział się, że może zostać królem Francji. I być może od tego czasu datuje się powolny upadek potęgi Rzeczypospolitej, który nastąpił już po dwóch i pół stuleciach. Mógł jeszcze uratować, ba, jeszcze wzmocnić Polskę Stefan Batory, ożeniony z ostatnią z rodu Jagiellonów, Anną, siostrą tegoż Zygmunta Augusta, ale niestety umarł zbyt szybko i niepodziewanie, również nie pozostawiając dziedzica.

Józef Simmler: Śmierć Barbary Radziwiłłówny, 1860 r.
technika/materiał: olej, płótno
wymiary: 205 x 234 cm
Muzeum Narodowe w Warszawie

Czytaj także

 0