Pożoga 1917. Zagłada polskich dworów

Pożoga 1917. Zagłada polskich dworów

Rys. Krzysztof Wyrzykowski
Rys. Krzysztof Wyrzykowski
Dodano 2
W latach 1917-1918 doszło do fali potwornie brutalnych pogromów polskich dworów i pałaców. Chłopi na Ukrainie chcieli ziemi, zemsty, dóbr i krwi...

W lutym 1917 r. został obalony carat. A wraz z nim zaczął się w Rosji zamęt, pogłębiony wojenną demoralizacją i coraz silniejszą bolszewicką agitacją. Wojsko rosyjskie na tyłach frontu ulegało rozkładowi może głównie z powodu działalności partii Lenina, obiecującej koniec trwającej już trzy lata wojny i ziemię dla chłopów. W czerwcu 1917 r. w Kijowie Ukraińska Centralna Rada wydała pierwszy uniwersał proklamujący ukraińską autonomię w państwie rosyjskim, a w listopadzie proklamowana została Ukraińska Republika Ludowa. Jednocześnie ogłoszono, że cała ziemia dworska i kościelna przechodzi w ręce chłopów bez odszkodowania. Ukraińscy chłopi poczuli się właścicielami polskich pałaców, dworów i pól. „Treba nam zemli, nie treba paniw!”. Było to hasło do rabunku i zniszczenia, a fala tych działań, a także mordów, podniecanych przez bolszewicką agitację zdemoralizowanych żołnierzy armii rosyjskiej, wezbrała w listopadzie i grudniu 1917 r. Część z nich wracała do swoich ukraińskich wsi, zachęcając chłopów do napaści na polskich ziemian.

W Sławucie, ośrodku dóbr Sanguszków, stacjonował 264. Pułk Zapasowy złożony z najgorszych wyrzutków, z katorżników. Żołnierze grabili magazyny zboża, zabili stado 300 danieli, wycinali lasy sanguszkowskie, namawiając do tego miejscowych chłopów. Agitowali przeciw księciu Romanowi Damianowi Sanguszce: „Jakim prawem on tak dużo ma?! Tak dalej być nie może! Dosyć się napił naszej krwi!”.

Książę poprosił władze wojskowe o pomoc. Przysłano sotnię kozaków. Ewa Rzyszczewska w książce „Mord sławucki w oświetleniu naocznego świadka” pisała: „Obecność tej sotni, prywatnej jakoby »ochrany« Księcia, jeszcze bardziej rozjuszyła ów pułk zdziczały. Piechury poczęły spoglądać na dońców wyzywająco, ci znowu na nich z pogardą, pełniąc zresztą wiernie swój obowiązek”. Oficerowie kozaccy nie chcieli jednak przywołać do porządku zdemoralizowanych żołnierzy. „Nahajka nasza poskromiłaby niezawodnie żołnierzy-złodziei i chłopów, wszakże rozważniej jest ze względu na czasy i okoliczności powstrzymać się od surowych środków, nie podburzać ich jeszcze. Nam wszystko jedno, my sobie zawsze damy radę, ale, po naszym odejściu, wy tu zostaniecie z nimi sami”....

Sotnia po miesiącu odeszła. Zastąpiło ich 25 dragonów.

Mord w Sławucie

Pretekstem do tragedii sławuckiej miało być rzekome zabicie – a naprawdę obicie szablą – jednego z żołnierzy, prawdopodobnie zastrzelonego przez dragonów podczas wycinki lasu, własności Sanguszki. A na drewno czekało już 200 fur chłopskich. Rozjuszona żołnierska banda zażądała wydania rotmistrza dragonów. 1 listopada 1917 r. obległa pałac i wtargnęła do niego. Nie reagowali na wezwania swoich oficerów. Krzyczeli do nich: „Paszli won!”. Zaczęli krzyczeć: „Hdie Sanguszko… dawajtie nam Sanguszku!”. Zaczęli go lżyć, wyzywać od krwiopijców. Osiemdziesięciopięcioletni książę, widząc, że zbliża się jego ostatnia godzina, prosił o księdza. Odpowiedziano mu drwinami i wyzwiskami. Prosił, by – jeśli czymkolwiek zawinił – jego lud go osądził. Prowadzono go dokądś. W pewnej chwili poprosił o wodę. Wtedy jakiś żołdak zadał pierwszy cios. „Bez krzyku odsuwał lub wyciągał bagnety z ciała, do czego pociął sobie ręce. Jedną z nich ostrze przebiło na wylot” – pisała Rzyszczewska. Doliczono się potem ponad 30 ran na ciele księcia Sanguszki.

Pałac w Sławucie po obrabowaniu podpalono, spłonęły księgi wspaniałej stadniny. A konie arabskie „rozpuszczone przez żołdactwo, rżące, wylękłe, pędziły obłędnie do koła, lecąc ku ogniowi i od ognia. 61 sztuk z pałacowej stajni pchnięto w ten wyścig szatański”. Rzyszczewska wspominała: „Były chwile, kiedy zamykałam oczy, niezdolna patrzeć na niszczycielską pracę płomieni. Podniósłszy powieki, znów widzę słupy iskier, wstęgi ognia, kłęby dymu, tragiczne fragmenty osuniętych budowli, opętańczą bieganinę morderców i złodziei, grabione wielkie, historyczne dziedzictwo, ponad tym zaś u góry pełną tarczę księżycową”....

Zemli, zemli!

Zofia Kossak-Szczucka, świadek wydarzeń, ziemianka z Nowosielicy, pisała w książce „Pożoga. Wspomnienia z Wołynia 1917–1919”: „Setki, tysiące spalonych pragnieniem i zawiścią głosów powtarzało: Ziemi, ziemi! Ten krzyk gonił wszędzie, śnił się po nocach. Oddajcie ziemię, ziemia nasza, czytało się w każdym słowie. To już nie były namiętności ani pożądania ludzkie, to był żywioł nieodparty i nieubłagany, który powstawał z szumem głośnym fali, a runąwszy, miał zalać wszystko i zagładzić”. Maria Dunin-Kozicka, także ziemianka, z Lemieszówki, autorka „Burzy od Wschodu. Wspomnień z Kijowszczyzny”, dodawała, że chłopi ukraińscy z żalem i buntem patrzyli na rozległe i starannie uprawiane dworskie pola, porównując je ze swoimi gospodarstwami, coraz mniejszymi, gdyż dzielonymi z powodu dużego przyrostu ludności. Uważała, że może to właśnie ten kontrast stał się przyczyną tragedii, jaka spotkała polskie ziemiaństwo, nie zaś brak zarobków i pieniędzy, bo tych chłopi mieli, jej zdaniem, dosyć.

Wstępem do pogromów polskich pałaców i dworów były kradzieże inwentarza oraz zbiorów, samowolne wyrąbywanie lasów. Potem przyszły rekwizycje i rabunki. Stefan Kamiński pisał w „Latach walki i zamętu na Ukrainie”, że raczej rzadko palono siedziby polskich ziemian, gdyż „współcześni barbarzyńcy woleli zapobiegliwie rozbierać zabudowania cegła po cegle aż do fundamentów, do ostatniej deski i belki. Chciwe ręce wyrąbywały, wprost rozdrapywały wszystko, co miało jakąkolwiek wartość praktyczną w gospodarstwie domowym, natomiast z jakąś zawziętą nienawiścią, z dziką pomysłowością deptano i rozdzierano wszystko to, co wskazywało na wyższe potrzeby życia, wszelki słowem »burżujski wymysł i zbytek«, zwłaszcza książki”.

Ziemianka Elżbieta Dorożyńska pisała w książce „Na ostatniej placówce”, że żyła niby wśród wilków i szakali. Postanowiła opuścić swój dwór, gdyż: „nie można opędzić się od złodziei, którzy kradną bezczelnie w biały dzień, co się da. Chyba pod ziemią wszystko schować, ale i spod ziemi wygrzebują, bo przecież i umarłych z grobów wyciągają i obdzierają”. Wspominała, że towarzyszyła jej ustawiczna groza i przeczucie okropnej, zadawanej w mękach śmierci. Ukraińscy chłopi powiedzieli, żeby się wynosiła. Chciała wywieźć meble. „Nie, meble nasze, to nasza praca” – zaczął wrzeszczeć rozjuszony tłum. „Z coraz większą wściekłością przypadały do mnie baby i żołnierze niedawno przybyli z frontu. »Krwiopijka, złodziejka!«”.

Czytaj także:
Najazd Hunów 1920. Zapomniane ludobójstwo

W Pietniczanach, majątku Grocholskich, stał oddział polskich żołnierzy, ale chłopi żądali, by wyjechał, bo – argumentowali – to dla nich obraźliwe, że pan trzyma wojsko we dworze, jakby się czegoś obawiał. Lecz gdy żołnierze odjechali, Pietniczany zostały obrabowane, potem pałac spłonął. „Zbolszewiczali” żołnierze podburzyli chłopów w Strzyżawce, którzy wtargnęli do pałacu. Zofia Grocholska chciała jednej z ukraińskich dziewcząt zatrudnionych w pałacu dać na przechowanie figurę Dzieciątka Jezus, lecz – jak wspominała – „łotr jakiś wydarł jej z rąk statuę i rzucając na ziemię, zawołał: Bodaj polskim Bogom oczy powyłaziły”.

Grocholska schroniła się na probostwie. Stamtąd widziała, jak chłopi wynosili rośliny z oranżerii, krzesła, stoły i inne meble. Prawosławny pop zachęcał do grabieży: „Już dawno to trzeba było zrobić, idźcie i bierzcie, bo to wszystko wasze”. Po rabunku trwającym przez całą noc pałac został podpalony.


Właściciele Rosochowatej nie czekali, aż przyjdzie po nich żądne majątku, a może i krwi ukraińskie chłopstwo. „Pany utykajut. Łowy, łowy! Runęli, wyjąc z nieludzką mocą” – pisała Maria Dunin-Kozicka w „Burzy od Wschodu”. Uciekinierom udało się ujść pogoni. Na szczęście. Inaczej ich los byłby przesądzony. Ścigający dyszeli ciężko. „Baby biegły ku nim, z bezsilnego gniewu oszalałe jak furie, krzycząc wniebogłosy: Do dwora, do dwora! Do dwora – huknęli tamci w rozpętanym pragnieniu zemsty”. Kobiety krzyczały: „We dworze są książki, są krzesełka, jest wszystkiego dobra do woli. Ogień będzie pod samo niebo!”.

Zofia Kossak pisała, że to właśnie ukraińskie chłopki podniecały mężczyzn do rabunków. „Nikt tak chciwie nie pragnął wszystkiego, co dworskie, jak one. Żydzi prowadzili je, jak chcieli i dokąd chcieli, a one prowadziły ostrożniejszych i powściągliwszych od siebie mężów”.

Dzisiaj pogrom polskich pałaców i dworów jest niemal zapomniany. W książce „Pro memoria”, opisującej ziemiańskie siedziby, Antoni Urbański pisał: „Nieprzeliczone mrowie żołdactwa i chłopów, wyjąc i klnąc, wpada do domu i zaczyna się orgia, szalony zamęt, rujnacja. Wnet wszystkie pokoje są zapchane gawiedzią i tłuszczą. Rozlega się wycie drabów mohylnyków i straszny łomot wywracanych mebli, zbitego szkła. Pijany, cuchnący motłoch jedne rzeczy grabi, inne kłuje bagnetami i rąbie. Mrowie pastwi się nad pamiątkami. Wnet wszystko zdeptane i splugawione”. Urbański pisał o spalonych galeriach obrazów, archiwach, m.in. Sanguszków, Ostrogskich i Potockich, rozbitych na miazgę marmurowych rzeźbach, zrabowanych gobelinach.

Pisarz Jarosław Iwaszkiewicz, wówczas młodzieniec, był świadkiem tych wydarzeń. Wspominał, jak znane mu „Tymoszówka Szymanowskich, Ryżawka Iwańskich, Hajoworon Rzewuskich padały pod niszczycielską ręką. Fortepian Szymanowskiego spoczął w stawie, portret Balzaka u Rzewuskich spalono”.

Rizaty Lachiw!

Jak wspominała Zofia Kossak, krążyły po wsiach broszury i ulotne druki wzywające do wymordowania Polaków, nie tylko ziemian. Jeden z takich agitacyjnych tekstów głosił: „Hańba temu, kto by Lachom pomagał i z nimi się bratał, kto by rannemu Lachowi podał wodę albo przyjął pod swój dach. Nie ma zmiłowania dla tych ciemiężycieli, krwiopijców, paniczyków białorękich i cwanych. Rżnijcie ich wszystkich we śnie, niszczcie drogi przed nimi i nie miejcie litości dla żadnego, bo polska pijawka najgorsza ze wszystkich pijawek na świecie”.

Być może pogrom polskich pałaców i dworów nie zamienił się w rzeź ich właścicieli, gdyż zdołali uciec ze swoich domostw. A one zostały obrócone w perzynę. Maria Dunin-Kozicka wspominała: „Chłopstwo waliło w gruzy budowle, przypominające im istnienie krwiopijców, młóciło cepami saską porcelanę, wykłuwało oczy portretom dziedziców, tarzało się w cukrze wysypywanym z worów na podwórza fabryczne, topiło fortepiany i meble w stawach, mordowało z żalu, że tamci tyle lat panowali bezkarnie. Smert panam! Rizaty Lachiw! Podpalaj! Bij! Morduj!”.

Chłopi w Wołodarce mówili, że najpierw zabrali klatki ptaszkom, „a teper ptaszki poriżemo”, żeby nie mogły wrócić do klatek. Tragiczny los spotkał ziemianina Abramowicza z Hałajek. Obawiając się o swoje życie, wyjechał do Humania. Wkrótce do tego miasta przyjechała delegacja chłopów, prosząc, by nie wyrządzał im krzywdy i nie obrażał ich swoją nieufnością. Gwarantowali mu bezpieczeństwo. Wkrótce po powrocie do Hałajek Abramowicz został zamordowany wraz z 18-letnim bratankiem. Stefan Kamiński stwierdzał: „Systematyczne chłopskie bicie skazańca aż do śmierci lub zakopywanie żywcem – oto ulubione formy wyroków sądowych”. Maria Dunin-Kozicka pisała, że w Koszowatej chłopi schwytali dr. Grabowskiego i jego córkę. Pędzono ich nago do wsi Łuka, tam wyłupiono im oczy i żywcem, głową w dół, zakopano.

Obrońcy z III Korpusu

Fali grabieży i zbrodni usiłowały przeciwstawić się oddziały III Korpusu Polskiego formowanego na ziemiach ukraińskich. Zdumiewające jest, że nie tylko komunistyczni polscy historycy pisali – co oczywiste – o III Korpusie jako o reakcyjnej formacji. Krytykował go bowiem także piłsudczyk, Wacław Lipiński. W książce „Walka zbrojna o niepodległość Polski 1905–1918” stwierdzał, że ziemianie polscy omotali dowództwo III Korpusu po to, by rozlokowało oddziały w ich majątkach. A to spowodowało jeszcze większą nienawiść ukraińskich chłopów. Lipiński nie zadał sobie pytania, kto żywiłby polskich żołnierzy, gdyby nie polscy ziemianie. Nie chciał też zauważyć, że bronili oni przede wszystkim ich życia i mienia. Tadeusz Hołówko, piłsudczyk i socjalista, pisał z niesmakiem o polskich oficerach z III Korpusu, których spotkał w pałacu w Antoninach, gdyż przechwalali się krwawą, odwetową pacyfikacją ukraińskiej wioski. Przyznawał jednak, że nie były to karne ekspedycje przeciw bezbronnemu włościaństwu, lecz „ciężka walka wrogich oddziałów partyzanckich, prowadzona przez obie strony zawzięcie i okrutnie”.

Czytaj także:
Cerkiew pw. Lenina

Eugeniusz Małaczewski pisał w książce „Koń na wzgórzu” o wziętych do niewoli, rozebranych do naga polskich żołnierzach: „Najprzód na zewnętrznej stronie ich lędźwi zrobili nożami po dwa równoległe nadcięcia, idące od boków i łydek aż do kostek nogi. Po czym pas skóry, oznaczony krwawiącymi liniami nadcięć, zaczęto zdzierać od góry do dołu. […] Słyszałem, jak krzyczał człowiek żywcem obdzierany ze skóry. […] Widok krwi buchającej z nagiego ciała ułanów upoił motłoch jak gorzałka. Zwłaszcza kobiety odchodziły od zmysłów. […] Wyrywały z rąk oprawców nagich i skrwawionych ułanów. Zaczęły orać ich ciała paznokciami, gryźć jak rozżarte suki, rozrywać na szczątki, ciągnąc i szarpiąc za głowy, ręce, przyrodzenie”.

W 1918 r. ziemie ukraińskie były okupowane przez armię niemiecką. I to właśnie Niemcy zachęcali Ukraińców do krwawej rozprawy z Polakami. W kwietniu ukraińskie chłopskie oddziały zaatakowały pod Niemirowem polskich żołnierzy. Wziętych do niewoli barbarzyńsko zamęczono, przywiązawszy ich przedtem do drzew drutem kolczastym.

Okładka miesięcznika Historia Do Rzeczy: 10/2017
Artykuł został opublikowany w 10/2017 wydaniu miesięcznika „Historia Do Rzeczy”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 2
  • trochę historii IP
    petlurowscy atamani byli nie lepsi
    Dodaj odpowiedź 16 4
      Odpowiedzi: 0
    • trochę historii IP
      Autor zwala wszystko na bolszewików widać nie zna historii, bolszewicy na Ukrainie mieli poparcie w miastach wśród nielicznych zresztą robotników i żydowskim plebsie drobnomieszczańskim, chłopi popierali albo eserowców albo anarchistów, to się potem zmieniało w latach 1919-20
      Dodaj odpowiedź 12 5
        Odpowiedzi: 0