Powstańcy styczniowi na Bałtyku. Niezwykła wyprawa Teofila Łapińskiego

Powstańcy styczniowi na Bałtyku. Niezwykła wyprawa Teofila Łapińskiego

Szkuner
Szkuner "Anne & Emilie", obraz Carla Justusa Harmena Fedelera z 1848 r. Na podobnej jednostce płynęli polscy powstańcy. / Źródło: Wikimedia Commons
Dodano
O wyprawie zrobiło się głośno, zanim na dobre wyruszyła z Londynu. Miała ona rozpropagować powstańczy wysiłek i sprawę polską wśród europejskiej opinii publicznej.

Powstańcy styczniowi od początku borykali się z ogromnymi problemami z uzbrojeniem i wyposażeniem swoich oddziałów. Wyruszali do boju z myśliwskimi dwururkami, napoleońskimi karabinami skałkowymi, kosami osadzonymi na sztorc, a nawet zwykłymi drągami, którymi mieli zdobyć broń w rosyjskich arsenałach.

Broń i wyposażenie od początku też były dostarczane z zagranicy. Przerzucanie przez granice ludzi z osobistym wyposażeniem, zwłaszcza na początku Powstania nie nastręczało większych trudności. Jednak szmuglowanie większych ilości amunicji i broni - zwłaszcza ciężkiej było bardzo trudne. Stąd pomysł Rządu Narodowego na dostarczenie ochotników i broni drogą morską, na mniej strzeżone wybrzeże Bałtyku. Już w grudniu 1862 r. delegat Rządu Narodowego w Anglii Józef Demontowicz wynajął w tym celu parowiec.

Z Londynu na Żmudź

Wyprawa miała wyruszyć ze stolicy Wielkiej Brytanii. Liczono na pobłażanie ze strony angielskich władz, przychylnie wówczas spoglądających na sprawę polską. Rząd Narodowy dowódcą wyprawy zrobił Teofila Łapińskiego. Był on jednym z wielu w tym okresie polskich żołnierzy-tułaczy, którzy w nadziei na odzyskanie niepodległości uczestniczyli w licznych w tamtych czasie konfliktach. Kształcił się w Theresianum w Wiedniu, ale w 1848 r. porzucił służbę publiczną i wstąpił do Gwardii Narodowej we Lwowie. Potem wziął udział w węgierskiej Wiośnie Ludów i służył w polskiej Dywizji Kozaków Sułtańskich, formowanej podczas Wojny Krymskiej. Od 1857 r. jako Teffik-Bej z garstką Polaków przez dwa lata walczył na Kaukazie, pomagając Czerkiesom w ich zmaganiach z Rosjanami.

Rząd Narodowy wraz z dowództwem wyprawy ofiarował mu - jak wspominał sam Łapiński - generalski patent i dowództwo polskich oddziałów na Litwie. Szybko zaczął kupować uzbrojenie, umundurowanie i wyposażenie potrzebne na wyprawę. Werbował też ochotników. Po długich targach i udaremnieniu prób oszustwa przez nieuczciwych dostawców, Łapińskiemu udało się skompletować mundury i sprzęt, które pozwoliły jako tako wyposażyć wyprawę i jeszcze zaopatrzyć powstańców w kraju. Kupiono m.in. 1000 karabinów, 750 pałaszy, 200 lanc, 5 ton prochu, 100 tysięcy ładunków karabinowych i 2 miliony kapiszonów, których niedostatek był szczególnie dokuczliwy.

W karabiny Łapiński zaopatrywał się w wytwórni Whitwortha. Jej właściciel, Joseph Whitworth opracował bardzo nowoczesny jak na owe czasy typ broni. Jego karabin miał lufę poligonalną, wytwarzaną z niemal zegarmistrzowską precyzją. Z osprzętem optycznym była to najlepsza broń snajperska tamtych czasów. W bitwie pod Spottsylwanią został z niej trafiony gen. John Sedgwick - najwyższy rangą oficer zabity podczas Wojny Secesyjnej. Kula konfederackiego snajpera wystrzelona z odległości ok. 900 m trafiła go pod lewym okiem, kiedy wyprostowany rugał swoich żołnierzy, chowających się przed ostrzałem. Niezwykła była też jej cena. W czasie pokoju - 12 funtów i 6 pensów - cztery razy więcej niż popularny Enfield, który kosztował wówczas 3 funty i 5 pensów. Za karabiny dostarczane Konfederatom podczas wojny trzeba było płacić dziesięć, a z optyką prawie dwadzieścia razy drożej. Czy Łapiński kupił akurat ten - bardzo drogi i wymagający specjalnej amunicji karabin - czy też były to karabiny innej marki, kupione po prostu od Whitwortha, nie wiadomo. Kupił też trzy lekkie działa. Odmówił jednak wzięcia większości z zamówionych wcześniej przez delegata Rządu Ćwierciakiewicza tysiąca kos.

Pod sztandary wyprawy, a powstańcy mieli ich trzy, w tym jeden legionu polskiego we Włoszech z 1848 r., garnęli się też ochotnicy. Przede wszystkim Polacy - emigranci i ich dzieci, ale też obcokrajowcy. Byli wśród nich zawodowi rewolucjoniści, gotowi walczyć za wolność naszą i waszą w każdym zakątku świata, ale i zwykłe niebieskie ptaki i złodziejaszki, upatrujący łatwego zarobku, lecz biorący nogi za pas przy pierwszych trudnościach albo na odgłos strzałów. W końcu, po odsianiu niepewnego elementu, wyprawa składała się ze 152 ochotników, w tym 98 Polaków, 22 Francuzów, 3 Brytyjczyków, 3 Niemców, 3 Belgów, 2 Rosjan, 2 Szwajcarów, 1 Holendra i 1 Chorwata. Większość z nich nigdy jeszcze nie wąchała prochu. Kapitanem wynajętego parowca „Ward Jackson”był Robert Weatherley, który na Łapińskim zrobił wrażenie starego wilka morskiego.

Anarchiści i rosyjscy szpiedzy

O wyprawie zrobiło się głośno, zanim na dobre wyruszyła z Londynu. Ani Łapiński, ani też delegaci Rządu Narodowego nie robili z niej żadnej tajemnicy. Był to jak się wydaje również element propagandy, mający nagłośnić powstańczy wysiłek i sprawę polską wśród europejskiej opinii publicznej. Łapiński przed wypłynięciem spotykał się z czołowymi wywrotowcami tamtych czasów - Karolem Marksem, Giuseppe Mazzinim i Aleksandrem Herzenem - z którymi żywo dyskutował kwestie przyszłej niepodległości Polski i swojej wyprawy. Wieść o tym z pewnością doszła do uszu rosyjskich szpiegów, którzy intensywnie infiltrowali emigranckie środowiska. Zresztą szpieg znajdował się w najbliższym otoczeniu dowódcy. Był nim jego sekretarz - Stanisław Tugendhold, który przedstawił się jako Poles. Ostrzeżony o jego prawdziwej roli, Łapiński pozwolił mu zostać w składzie wyprawy. Uznał, że wystarczy kiedy będzie miał go na oku.

Czytaj także:
Żydzi z Virtuti Militari. Zapomniani obrońcy Rzeczypospolitej

Nic dziwnego, że wkrótce do Londynu przybyła rosyjska korweta, której zadaniem było śledzenie ekspedycji. Przybyła z Ameryki, gdzie rosyjska flota na prośbę Lincolna wspierała blokadę południowych portów. Rosjanie zakotwiczyli 100 sążni od statku powstańców, nieustannie obserwując ich poczynania. Porty bałtyckie były jeszcze wówczas zamarznięte, uniemożliwiając rosyjskim okrętom wychodzenie w morze, co było też częścią planów powstańców. Na kurlandzkim wybrzeżu miał na nich czekać oddział Zygmunta Sierakowskiego, uprzednio oczyściwszy wybrzeże z Rosjan.

Parowiec nie mógł wyjść w morze, bacznie pilnowany przez rosyjski okręt. Tutaj z pomocą przyszedł Mazzini. Uruchomił swoje kontakty wśród robotników portowych i marynarzy i zdołał sprawić, że rosyjska jednostka została unieruchomiona przez sabotażystów. Ward Jackson opuścił Londyn 25 marca 1863 r. i obrał kurs na cieśniny bałtyckie. Po drodze zawinął do Helsinborga, gdzie zabrał na pokład rosyjskiego anarchistę Michaiła Bakunina. Ten przekazał informację, że Rosjanie już oczekują na wyprawę i wzmocnili posterunki na wybrzeżu. Wyjątkowo ciepła zima spowodowała również, że w portach Helsingfors i Rewlu puściły lody i rosyjska flota szykowała się do wyjścia w morze. Nagle kapitan statku obwieścił, że cały zapas wody na statku się zepsuł i doradził zawinięcie do Kopenhagi, gdzie możliwa będzie jej wymiana. Po wpłynięciu do portu w stolicy Danii Wheaterley z częścią załogi po prostu uciekł w szalupie ze statku, zostawiając Łapińskiego z wynajętym statkiem.


Nie do końca przyjaźni Szwedzi

Duńczycy naciskali na jak najszybsze opuszczenie portu. Łapiński, chcąc nie chcąc najął tymczasową załogę i popłynął do Malmö, gdzie przybił 30 marca. Szwedzi - ze względu na konflikt z Rosją o Finalndię - byli o wiele bardziej przyjaźnie nastawieni do Polaków. Podczas pobytu wzięli ich częściowo na swoje utrzymanie. Szwedzka armia użyczała też swojego placu, a nawet koni dla ćwiczeń urządzanych przez powstańców.

Łapiński zajął się mustrowaniem nowej załogi i pozyskaniem funduszy na przedłużającą się wyprawę. W trakcie tego przymusowego postoju doszło do wypadków, które postawiły pod dużym znakiem zapytania sens jej kontynuowania. Najpierw w ładowni statku zapalił się węgiel. Pożar groził wybuchem składowanego na statku prochu. Na szczęście ogień udało się ugasić, ale na prośbę Szwedów proch został przeniesiony na barkę poza obrębem portu. Kiedy Łapiński wyruszył do Sztokholmu, żeby pozyskać pieniądze przy wsparciu rezydującego tam ks. Czartoryskiego, wyprawa została pozbawiona całej broni. W obawie przed ucieczką pozostałych Anglików, zastępujący dowódcę były oficer carskiej armii kpt. Tyszkiewicz kazał wprowadzić statek do wewnętrznego portu. Szwedzi, od dawna naciskani przez Rosjan w sprawie stojącego w porcie intruza, kazali rozładować statek, konfiskując całą broń i wyposażenie.

Łapiński nie stracił rezonu i obmyślił nowy plan. Kupił szkuner Emilia, a w Kopenhadze karabiny dla członków wyprawy i łodzie do desantu. 2 czerwca wrócił do Malmö. Tam czekał na niego już nowy kapitan statku, który z załogą przybył z Anglii.

W stronę Żmudzi

Następnego dnia, oddział liczący teraz już tylko 112 ludzi opuścił port na statku Fulton. Dla zmylenia Rosjan i ich szpiegów uczestnicy wyprawy najpierw przeokrętowali się w Kopenhadze na wynajęty statek Christina Lorenza, a z niego - pod osłoną nocy na pełnym morzu - na Emilię. Christina Lorenza z udającą powstańców załogą wróciła do Anglii. W Kopenhadze Demontowicz przekazał, że Rosjanie cały czas spodziewają się desantu i utrzymują na wybrzeżu dosyć silne oddziały. Nie wiedział, że zmierzający na pomoc oddział Sierakowskiego został na początku maja rozbity pod Birżami przez fiński pułk lejbgwardii gen. Ganeckiego. Łapiński postanowił więc lądować na pruskiej części Mierzei Kurońskiej, pomiędzy Schwarzort (dzisiejsze Juodkrantė na Litwie) a Kłajpedą. Liczył na to, że łatwo pokona stacjonujących tam pruskich celników, zarekwiruje łodzie rybackie po drugiej stronie mierzei, przepłynie Zalew Kuroński i przedrze się na Żmudź.

Po przybyciu w okolice planowanego desantu, z Emilie rzucono kotwicę, pozorując awarię steru. Na zwiad wysłano kilku ludzi, którzy zbadali miejsce i wywiedzieli się o stacjonujące w pobliżu oddziały pruskie. Operacja rozpoczęła się w nocy z 11 na 12 czerwca zaraz po zapadnięciu zmroku. Do dyspozycji były tylko dwie łodzie, więc lądowanie miało przebiegać w trzech turach. Pierwsza grupa - bardziej doświadczonych bojowo Włochów i Francuzów miała zejść na brzeg w pobliżu zakładu kapielowego, aresztować przebywającego tam jedynego żandarma i przeciąć druty telegraficzne. Następnie miały się desantować główne siły. Do przebycia było ok. 3 kilometry morzem.

Czytaj także:
„Wieszatiel” - krwawy kat powstańców styczniowych

Pierwsza płynęła mała łódź, z Łapińskim na pokładzie. Za nią, na linie większa, w której płynęło 32 powstańców. Ta druga miała dziury i szybko zaczęła nabierać wody, którą ledwo nadążała wylewać załoga. Łapiński wspominał później, że kiedy byli już na morzu, nagle zerwał się silny wiatr i nadeszła burza, która wywróciła dużą łódź. Ze wspomnień innych powstańców wynika, że łódź zatonęła, bo nabrała wody przez dziury w dnie. Lina łącząca łodzie została natychmiast odcięta, a powstańcy z bronią i w oporządzeniu znaleźli się w wodzie. W końcu ze szkunera nadpłynęła szalupa, która zdołała uratować zaledwie osiem osób. Ośmiu Polaków i szesnastu cudzoziemców na zawsze pozostało na dnie Bałyku.

Wyładowanie reszty powstańców mniejszą łodzią i przedarcie się zanim wstanie świt na Żmudź było nierealne. Powstańcy szybko wrócili na szkuner i odpłynęli na Gotlandię. Tam zostali internowani przez szwedzkie władze, które wkrótce odesłały ich do Anglii. Dalszych prób wsparcia powstania tą drogą już nie podejmowano. Teofil Łapiński w 1878 r. powrócił do Galicji i osiadł we Lwowie, gdzie zmarł w 1886 r. Powstańcy, którzy zginęli w czasie akcji, w 1933 r. zostali odznaczeni przez prezydenta Mościckiego Krzyżem Niepodległości z Mieczami.

 0

Więcej historii