Trzy strzały w tył głowy ministra. Mord, który wstrząsnął II RP

Trzy strzały w tył głowy ministra. Mord, który wstrząsnął II RP

Rys. Krzysztof Wyrzykowski
Rys. Krzysztof Wyrzykowski
Dodano
Ten brutalny mord był końcem nadziei na dialog Polaków z Ukraińcami.

15 czerwca 1934 r. zamachowiec ukraiński Hryhorij Maciejko trzema strzałami z pistoletu zabił Bronisława Pierackiego, ówczesnego ministra spraw wewnętrznych. Był to najwyższy rangą urzędnik państwowy II Rzeczypospolitej, który zginął z rąk zamachowców spod znaku Ukraińskiej Organizacji Wojskowej (UWO) i jej politycznego dysponenta, Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (OUN).

Konsekwencją tego zamachu dokonanego przez ukraińskich nacjonalistów było ostateczne zaprzepaszczenie szans na jakiekolwiek próby stworzenia pozytywnego status quo w relacjach polsko-ukraińskich. Działacze UWO i OUN na czele z Jewhenem Konowalcem i Stepanem Banderą, wyznający w kwestii współżycia społecznego Polaków i Ukraińców maksymalistyczną zasadę „im gorzej, tym lepiej”, osiągnęli swój cel. Władze polskie zmuszone były po zamachu do szerokiej akcji represyjnej, która oprócz osłabienia bazy organizacyjnej separatystów wzbudziła też dużo złych emocji wśród ukraińskich obywateli II RP. Pozwoliło to nacjonalistom lansować hasło o nieprzekraczalnej barierze wrogości między obiema społecznościami etnicznymi. Tragiczny ciąg dalszy tej konfrontacji dopisała potem wojna.

Ulubieniec Marszałka


Warszawska ulica Foksal zawsze była ulicą ekskluzywną. Podobnie jak dziś - także przed wojną była miejscem prestiżowych firm i klubów. Pod numerem trzecim, na miejscu obecnego Domu Dziennikarza, stał wtedy pałacyk Klubu Towarzyskiego. Tu odbywały się ważne, ale dyskretne narady ludzi polityki i biznesu na tzw. neutralnym gruncie. 15 czerwca 1934 r. pod ten właśnie adres podjechała limuzyna ministra spraw wewnętrznych, który był umówiony na nieformalne spotkanie z udziałem grupy najwyższych polityków rządowych.
Mówiono, że marszałek Józef Piłsudski wyznacza go do swoich najdelikatniejszych misji. Pochodzący z małopolskich Gorlic 39-letni Pieracki idealnie pasował do stereotypu członków rządowej „grupy pułkowników”, ze szczytną legionową kartą. Pochodzenie z rejonu Beskidu Niskiego powodowało, że stykał się od dziecka z ludnością łemkowską, mówiącą dialektami rusińskimi.

Z Ukraińcami spod znaku Strzelców Siczowych, a potem Zachodnioukraińskiej Republiki Ludowej (ZURL) walczył już podczas obrony Lwowa w 1918 r. Otrzymał wtedy Krzyż Virtuti Militari. Ministerstwem Spraw Wewnętrznych kierował od 1932 r. w trzech kolejnych rządach - Aleksandra Prystora, Janusza Jędrzejewicza i Leona Kozłowskiego. Podlegało mu kierowanie akcją pacyfikacyjną we wschodniej Małopolsce w 1930 r. przeciw konspiracji ukraińskiej, za co podziemna nacjonalistyczna Ukraińska Organizacja Wojskowa poprzysięgła mu zemstę. Jednak nacjonalistów ukraińskich bardziej od represji niepokoił fakt, że Pieracki forsował politykę gestów wobec umiarkowanych polityków i przedstawicieli elit ukraińskich. Wpływał na wojewodów i starostów, by nie wahali się mianować na lokalne stanowiska ludzi z tych kręgów. Wspierał też kontrolowany rozwój szkolnictwa ukraińskiego w zamian za odcinanie się od elementów skrajnych – nacjonalistów i komunistów.
Wiele nadziei wiązał z UNDO – Ukraińskim Zjednoczeniem Narodowo-Demokratycznym.

W myśl chorej logiki radykałów właśnie szukający pola kompromisu Pieracki był najbardziej pożądanym celem planów zamachowych UWO, a jego zgładzenie storpeduje plany ugody z centrowcami ukraińskimi i wywoła falę represji, które podgrzeją konflikty we wschodniej Małopolsce.
Ostateczną decyzję o wyborze Bronisława Pierackiego na ofiarę zamachu podjęto na zjeździe OUN w Berlinie, gdzie Niemcy tolerowali jeszcze działalność ukraińskich radykałów. Słowo „jeszcze” wynika z faktu, że akurat w 1934 r. na linii Warszawa – Berlin rozpoczęła się współpraca. Czy niemieccy nadzorcy OUN z Abwehry nie byli poinformowani o planie zabójstwa i próbowali potem powstrzymać Ukraińców? Historycy mają różne opinie. Tak czy inaczej do Warszawy wyruszyła specjalna ekipa bojowa, która miała wszystko zaplanować na miejscu.

Czytaj także:
Sprawiedliwi wśród Ukraińców

Strzały w tył głowy


Feralnego dnia, 15 czerwca 1934 r., zamachowiec Maciejko miał pewne informacje o zaplanowanej wizycie szefa MSW w Klubie Towarzyskim, ale bez wiedzy o konkretnej godzinie przyjazdu. Młody Ukrainiec z bombą w tekturowym pudle od rana krążył więc wokół budynku, położonego na końcu ślepej ulicy. Dlaczego nie zwrócił niczyjej uwagi? Do dziś ten rejon Foksal to mało ruchliwa ulica, pełna pałacyków... Dlaczego, skoro zaplanowano przybycie do klubu wysokich dygnitarzy, nie było tam nawet prostego stójkowego?


Około godziny 14.30 Maciejko doczekał się rozpoczęcia spotkania. Najpierw przybył do klubu premier Leon Kozłowski, a potem minister pracy Jerzy Paciorkowski. I znów pytanie: dlaczego wtedy nie zaroiło się od agentów policji? Tymczasem na ulicy przed klubem palili jedynie papierosy kierowcy rządowych limuzyn.

O 15.30 przybył wreszcie samochodem minister Pieracki. Maciejko ruszył w kierunku szefa MSW, odłamując szklaną rurkę zapalnika, która miała dopuścić do połączenia się kwasu azotowego, cukru i piorunianu rtęci. Mimo odłamania rurki bomba nie stała się gotowa do wybuchu, bo zapalnik wykonano ze zbyt grubego szkła i złamanie jego szyjki nie doprowadziło do połączenia się substancji wybuchowych. Na nieszczęście dla Pierackiego - Maciejko jednak się nie zdenerwował. Trzymając wciąż pod pachą wadliwą bombę, sięgnął drugą ręką po rewolwer i oddał trzy strzały w tył głowy Pierackiego.

Ani portier klubu, który ma dźwięk strzałów wybiegł na ulicę, ani kierowcy limuzyn nie zrobili nic, aby zatrzymać mordercę. Zamachowiec szybkim krokiem oddalił się w kierunku ruchliwej ulicy Nowy Świat. W końcu portier zaczął biec, krzycząc, by zatrzymano mordercę. Maciejko minął nawet spokojnie policjanta, który ruszył z Nowego Światu ku krzyczącemu portierowi. Spóźnioną reakcję wykazał też kierowca szefa MSW, który ruszył po chwili szoku samochodem w pogoń za Ukraińcem, biorąc po drodze na stopień policjanta. Ukrainiec był już jednak w tłumie ludzi, zmylił pogoń. Ubezpieczający go wspólnik z UWO stojący przed bramą, w której zniknął Maciejko, pokazał policji mylny kierunek rzekomej ucieczki zbiega. Maciejko wmieszał się w tłum i opuścił rejon zamachu.

W tym samym czasie ambulans wiózł do Szpitala Ujazdowskiego ciężko rannego Pierackiego. Na nic nie zdała się operacja przeprowadzona z udziałem najlepszych lekarzy. Ulubieniec Piłsudskiego zmarł jeszcze tego samego dnia. W ciągu kolejnych dni ukraińscy konspiratorzy pomogli Maciejce uciec do Czechosłowacji, skąd szybko przerzucono go do Argentyny, gdzie istniała diaspora ukraińska, w którą zbieg z Europy wtopił się pod przybranym nazwiskiem. Niczym specjalnym już się nigdy nie zapisał i nieukarany za swój czyn zmarł w 1966 r. w Buenos Aires

Prowokacja zadziałała

Być może Maciejce udało się stosunkowo łatwo wydostać z Polski, bo na początku policja podejrzewała o zabójstwo aktywistów Obozu Narodowo-Radykalnego. Zwolennicy piłsudczyków zdemolowali nawet w zemście drukarnię endeckiej „Gazety Warszawskiej” przy ulicy Zgoda.
Wkrótce zorientowano się, że Pierackiego zastrzelono z broni użytej niewiele wcześniej do zgładzenia Jakuba Baczyńskiego, członka OUN uznanego za informatora polskiej policji. Teraz dopiero główne ostrze śledztwa skierowano przeciw nacjonalistom ukraińskim.
Zabójstwo było ciężkim ciosem prestiżowym dla rządu. Mordu dokonano w środku dnia, w centrum miasta. Nie zadziałały żadne mechanizmy ochrony. Maciejko mógł równie dobrze zabić premiera, który przybył na Foksal godzinę wcześniej...

W wyniku intensywnego śledztwa doszło do serii aresztowań czołówki działaczy OUN zatrzymanych w ciągu kolejnych tygodni. Najważniejszą zatrzymaną osobą, która wpadła w polskie ręce, był Mykoła Łebed, szef warszawskiej grupy przygotowującej zamach. Łebedowi udało się uciec z Warszawy do niemieckiego wtedy Szczecina i nawet wejść na statek wypływający za granicę, ale na osobisty rozkaz Hitlera został zabrany przez Niemców z pokładu i wydany Polakom. Wódz III Rzeszy chciał czynem pokazać, że jest lojalnym partnerem Polski. W końcu UWO przyznała się do zamachu na Pierackiego, co rozstrzygnęło ostatnie wątpliwości.

Czytaj także:
Kula dla Piłsudskiego. Ukraińscy terroryści przeciw II RP

Rok później, 18 listopada 1935 r, zaczął się w Warszawie proces 12 liderów OUN. Wtedy najwięcej uwagi polskiej opinii publicznej przykuwał Łebed, dziś o wiele bardziej złowrogo brzmi nazwisko innego podsądnego – Stepana Bandery. Łebed i trzeci aktywista Karpiniuk zostali skazani na karę śmierci, a reszta na kary dożywocia i długich kar więzienia. Prezydent Ignacy Mościcki zamienił kary śmierci na dożywotnie więzienie.
Zamach na Pierackiego wpisał się w długą listę ofiar terroru UWO i OUN. Gorzej, że mord na Pierackim był końcem nadziei na dialog. W 1938 r. doszło do dymisji wojewody wołyńskiego Henryka Józewskiego, zwolennika dialogu z Ukraińcami, i rozpoczęły się akcje pacyfikacyjne. Złe emocje, które wówczas wybuchły po stronie ukraińskiej, dadzą o sobie znać po 17 września 1939 r. i w czasie wojny na Wołyniu.

Ku czci zabitego ministra ulica Foksal otrzymała w 1934 r. nazwę ulicy Bronisława Pierackiego. Po zajęciu Warszawy w 1939 r. Niemcy zmienili nazwę na Foksalstrasse. Po 1989 r. nie przywrócono już ulicy imienia zabitego współpracownika marszałka Piłsudskiego. Dla odmiany zabójca Pierackiego, Hryhorij Maciejko, jest patronem ulicy w Konotopie na Ukrainie- co ciekawe, nie na terenie dawnej Galicji, gdzie publicznie czczeni są Stepan Bandera i Jewhen Konowalec, ale w obwodzie sumskim na wschodzie kraju, 250 km na wschód od Kijowa.

Okładka miesięcznika Historia Do Rzeczy: 2/2016
Artykuł został opublikowany w 2/2016 wydaniu miesięcznika „Historia Do Rzeczy”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0

Więcej historii