Komandosi spod Monte Cassino

Komandosi spod Monte Cassino

Polacy walczący o Monte Cassino
Polacy walczący o Monte Cassino / Źródło: Wikimedia Commons
Dodano
Byli świetnie wyszkoleni i uzbrojeni. U żołnierzy Wehrmachtu wzbudzali paniczny lęk.

Angielski gen. C.A. Keightley odłożył słuchawkę telefonu i z powątpiewaniem, raczej pro forma, zapytał płk. Klemensa Rudnickiego: „Czy pan sądzi, że 70 Polaków da sobie radę z oddziałem wypadowym 250 strzelców alpejskich?”. Rudnicki zrozumiał, że niezależnie od odpowiedzi, jakiej udzieli, polscy żołnierze nie otrzymają żadnej pomocy. Nic nie tracił, odpowiadając Anglikowi twardo pytaniem na pytanie: „Pan generał obawia się, że jest ich za mało? Ja sądzę, że jest ich – quite enough”... (całkiem wystarczająco). Ten zdobył się jedynie na mruknięcie „So!”..., raczej krytycznie oceniając tę ułańską pewność siebie (zrozumiałą zresztą w ustach polskiego kawalerzysty).

A jednak żal mu było skazanych, jak mu się wydawało, na stracenie Polaków, którzy przed ledwie kilkoma dniami znaleźli się pod jego dowództwem – zresztą i Rudnicki w duchu nie był pewien, że jest ich quite enough. Obaj oficerowie nie mieli więc tej nocy spokojnego snu. Świtem telefon zadzwonił ponownie i brytyjski generał usłyszał: „»Atak odparty. Na przedpolu zostało 20 niemieckich trupów. Polacy mają trzech rannych, w tym jeden ciężko. Polscy commandosi udali się w pościg za nieprzyjacielem«”.

Tylko ochotnicy

Scena opisana przez Melchiora Wańkowicza upamiętniała pierwszą bitwę we Włoszech stoczoną w grudniu 1943 r. przez wyjątkową w Polskich Siłach Zbrojnych na Zachodzie formację wojskową – Pierwszą Samodzielną Kompanię Komandosów. Jej historia rozpoczęła się 28 sierpnia 1942 r. Wówczas to Naczelny Wódz gen. Władysław Sikorski, zainspirowany przez brytyjskie dowództwo wojskowe, wydał rozkaz sformowania przeznaczonej do zadań specjalnych kompanii Commando.

Czytaj także:
Bratankowie na ratunek Powstaniu Warszawskiemu

Większość zgłaszających się do niej żołnierzy wywodziła się z 2. Batalionu Grenadierów, zwanego „Kratkowane Lwiątka” (od noszonej na furażerkach odznaki lwa na tle szkockiej kraty – tartanu), z I Korpusu PSZ. Stacjonował on w Cupar, w szkockim hrabstwie Fife, które też było miejscem formowania nowego oddziału. Ochotnicy do kompanii – bo tylko ochotników do niej przyjmowano – przybywali również zza Atlantyku i z różnych okupowanych obszarów Europy, a nawet... z Legii Cudzoziemskiej. Mimo młodego wieku większość była już prawdziwymi wojennymi weteranami, mającymi za sobą wrześniowe boje z Niemcami w 1939 r., pełną przygód wędrówkę z okupowanego kraju przez pół Europy do Francji, gdzie wiosną 1940 r. po raz drugi starli się z Niemcami, wreszcie najeżoną niebezpieczeństwami podróż na Wyspy Brytyjskie.

Po wstępnym przeszkoleniu licząca 94 żołnierzy kompania pod dowództwem kpt. Władysława Smrokowskiego wyruszyła na bardziej specjalistyczne ćwiczenia do Fairbourne w Walii. Żegnało ją liczne grono kolegów i kapelan, który – jak z typowym dla komandosów czarnym humorem wspominał Jerzy Jachimowicz – „z bólem serca włożył nas wszystkich żywcem do trumny i przepowiedział rychłą i bohaterską śmierć”.

Prawdziwie morderczy trening czekał jednak Polaków w ośrodku ćwiczebnym brytyjskich komandosów w Achnacarry w Szkocji. Musieli tam opanować znajomość różnych rodzajów broni, również tej, której używali Niemcy, strzelanie z każdej pozycji, walkę na noże i pięści, podstawy jujitsu, wspinaczkę wysokogórską, a przede wszystkim bezszelestne poruszanie się o każdej porze dnia.

Klimat panujący w tym obozie dobrze oddał autor pierwszej książki o komandosach kpt. Smrokowskiego, Mirosław Derecki, który pisał, że „w Achnacarry bezustannie się biegało, pokonywało wymyślne tory przeszkód, zdobywało okoliczne wzgórza, przekraczało rwące potoki. Do tego bezustannie lał deszcz. Jednym z najtrudniejszych ćwiczeń był tzw. Death Ride (śmiertelny rajd) – zjazd na linie przerzuconej na znacznej wysokości nad rzeką Arkaig. Odbywało się to na dodatek wśród huku rzucanych zewsząd do wody petard. Jedyną pomocą w korzystaniu z »napowietrznej kolejki« były indywidualne liny, tzw. toggle-rop’e, wchodzące w skład wyposażenia każdego komandosa”. Powrót do Fairbourne wcale nie wiązał się z odpoczynkiem. W Walii komandosi kontynuowali nie mniej mordercze szkolenie, tym razem przede wszystkim w morskich akcjach desantowych.

Dwa Krzyże VM

Szefem kompanii komandosów, nazywanym przez nich „Starym”, został, jak wspomniano, kpt. Władysław Smrokowski. Pochodzący z Krakowa instruktor w Szkole Podchorążych Rezerwy przy 4. Pułku Strzelców Podhalańskich w Cieszynie bił się z Niemcami do końca września 1939 r. Kiedy resztki pułku podhalańczyków zostały rozbite na Lubelszczyźnie, wyrwał się z niemieckiego okrążenia, przeszedł na Węgry, a stamtąd do armii polskiej we Francji. Wiosną 1940 r. jako oficer 1. Dywizji Grenadierów znów walczył z Niemcami, odnosząc ciężką ranę. Nie poddał się i tym razem, szczęśliwie docierając na Wyspy Brytyjskie. Jego męstwo doceniono Krzyżem Virtuti Militari. Nie mniejszym wyróżnieniem dla tego oficera był rozkaz objęcia dowództwa mającej powstać nowej elitarnej jednostki wojska polskiego. Dowodził nią do końca jej istnienia, awansując do stopnia majora.

Wśród podkomendnych kpt. Smrokowskiego, z przekonań narodowca, do najbarwniejszych postaci należał Henryk Jedwab, jeden z kilku polskich Żydów służących w kompanii. Urodzony w Kaliszu, rocznik 1918, po maturze ukończył Szkołę Podchorążych Rezerwy Piechoty w Brześciu nad Bugiem i rozpoczął studia medyczne w Warszawie. Agresywne zachowania wobec żydowskich studentów na uczelni zdecydowały o wyjeździe Henryka do Francji, gdzie kontynuował studia na Uniwersytecie w Nancy. Wobec groźby wybuchu wojny, nie bacząc na doznane krzywdy, wrócił do Polski, by bronić jej przed Niemcami jako podoficer 84. Pułku Strzelców Poleskich.

Po rozbiciu pułku via Rumunia przedostał się do Francji. Wziął udział w kampanii francuskiej, następnie dotarł do Anglii, gdzie służył w tym samym co kpt. Smrokowski batalionie „Kratkowanych Lwiątek”. Jako jeden z najlepszych żołnierzy został skierowany na kurs cichociemnych, ale złamana w czasie ćwiczeń ręka uniemożliwiła jego kontynuowanie. Następnie znalazł się w brytyjskim Kierownictwie Operacji Specjalnych, o czym najpewniej przesądziła biegła znajomość języka francuskiego, i wziął udział w operacjach Brytyjczyków w okupowanej Francji. Kiedy jednak powstała polska kompania komandosów, natychmiast poprosił o przeniesienie do niej.

Czytaj także:
Bez butów do Andersa

W czasie włoskich bojów mjr Smrokowski otrzymał swoje drugie Virtuti – tym razem w kolorze złotym, a pchor. Jedwab pierwsze – Krzyż Srebrny.

Awangarda II Korpusu

Tymczasem pobyt w Anglii zbliżał się do końca. 13 września 1943 r. kompania wypłynęła z Greenock, by dziewięć dni później wylądować w Algierze. Stamtąd skierowano ją do obozu nad rzeką Oued-Kerma, gdzie przez ponad dwa miesiące kontynuowała swoje szkolenie, w całkiem innej aurze niż na mglistej wyspie. 2 grudnia 1943 r. komandosi przybyli do Tarentu jako pierwszy polski oddział, który wylądował na ziemi włoskiej. Następnie kompanię przewieziono koleją do Molfetty, a stamtąd do Capracotty, gdzie przeszła pod rozkazy dowódcy 78. brytyjskiej dywizji piechoty, gen. C.A. Keightleya, i wraz z nią zajęła odcinek frontu wzdłuż rzeki Sangro.

Następnego dnia Polacy wyruszyli na pierwszy patrol do Capracotty. Tutaj mogli się zorientować, z jak urozmaiconymi i podstępnymi metodami walki będą mieli do czynienia. „Wykonując przedziwne łamańce, stawiając nogi pomiędzy siecią drutów ostrożnie – ach, jakże ostrożnie – ludzie patrolu kolejno mijają pole minowe. Trudno określić uczucie, jakie się ma, wiedząc, że życie wszystkich zawisło na cienkim, niewidocznym nieraz druciku. W każdym razie wszyscy mają tę samą myśl: »Jak to dobrze, że przyszliśmy tu w dzień, a nie w nocy, jak to było pierwotnym zamiarem«” – pisał Maciej Zajączkowski w wydanej rok po zakończeniu wojny książce „Zielony talizman”, zawierającej reportaże z dziejów kompanii (z której też pochodzą cytaty wykorzystane w niniejszej opowieści).


Następnego dnia, w czasie patrolu w rejonie Ateletta i San Eramo nad Sangro, komandosi utracili pierwszego z kolegów – starszego strzelca Franciszka Roguckiego. Zapytany przed śmiercią, dlaczego zapuścił się samotnie tak daleko, odpowiedział: „Zobaczyć go, Szwaba”. Rogucki był Polakiem z Pittsburgha. Słabo mówił po polsku, lecz – jak wspominał Zajączkowski – czuł i myślał jak prawdziwy Polak. Za namową matki wybrał polską służbę, chociaż nie wiązało się to z żadnymi korzyściami materialnymi – inaczej niż w przypadku armii amerykańskiej, do której również mógł wstąpić.

Pierwszy poważny bój komandosi stoczyli pod Pescopennataro. W nocy z 21 na 22 grudnia 1943 r. na miasteczko uderzył oddział niemiecki liczący prawdopodobnie ok. 250 strzelców alpejskich. Polacy oczekiwali na pozycjach, ostrzeżeni wcześniej przez miejscową ludność. I – jak pisaliśmy – okazało się, że jest ich quite enough, by odeprzeć przeważających liczbą, elitarnych niemieckich strzelców.

Brytyjskiemu generałowi pozostało już tylko złożyć oficjalne wyrazy uznania kpt. Smrokowskiemu: „Z okazji Pańskiego pierwszego starcia z przeważającym nieprzyjacielem wyrażam gorące podziękowanie Panu, Pańskim Oficerom i Szeregowym za zdecydowane i dobre wykonanie zadania i utrzymanie powierzonego odcinka. Wasze działanie jest zgodne ze znakomitą tradycją Armii Polskiej i Brytyjskiej, toteż w imieniu żołnierzy 78. Dywizji przesyłam Panu podziękowanie za dobre rezultaty walki. W polu, 22 XII 1943”.

W drugiej połowie stycznia 1944 r. Polacy podeszli do rzeki Garigliano, zdobyli stoki Monti Aurunci, a następnie przepłynęli rzekę w awangardzie sił brytyjskich. Na drugim brzegu stoczyli kolejny bój z Niemcami, zdobywając wzgórze Valle Martina i odparli ich silne kontrnatarcia: „Ścieżką w dole idzie drużyna Niemców – stalowe hełmy błyszczą zza kamiennego murku. Szybko zajęte stanowiska. Seria z rkm-u zadzwoniła po murze. Dwa czy trzy rzuty granatem, jakieś pojedyncze strzały – rotmistrz z brenem rzuca się długim skokiem do przodu. Jeden z Niemców legł z rozprutą piersią – inni odstrzeliwali się zza kamieni. Konrad [Brauliński] poderwał się z tommy-gunem, zaledwie dwadzieścia metrów dzieliło go od nieprzyjaciela – tommy-gun zaciął się. Potrząsając groźnie bezużyteczną bronią, wydał nieartykułowane okrzyki, runął na Niemców. Wszyscy zamarli w oczekiwaniu... Zza kamieni podniosło się siedem postaci w mundurach »feldgrau«, z podniesionymi do góry rękami. Hitlerowskie pozdrowienie nie wymaga chyba wzniesienia obu dłoni?” – wspominał z przekąsem Zajączkowski.

W boju o wzgórza nad Garigliano komandosi ponieśli jednak bolesną stratę. Poległ zastępca dowódcy kompanii – powszechnie lubiany rtm. Stanisław Wołoszowski, przed wojną oficer 1. Pułku Strzelców Konnych i członek polskiej kadry olimpijskiej w jeździectwie, który – jak sam mawiał – miał „zawsze miękkie serce dla blondynek”. Trafił go pocisk niemieckiego snajpera, kiedy zakładał opatrunek jednemu ze swoich rannych żołnierzy.

Na początku kwietnia 1944 r. kompanię podporządkowano II Korpusowi gen. Władysława Andersa, którego ostatnie oddziały właśnie kończyły lądowanie na ziemi włoskiej. I to polskie dowództwo zdecydowało o skierowaniu komandosów pod klasztor Monte Cassino jako zgrupowanie Commando, do którego oprócz nich wszedł szwadron szturmowy 15. Pułku Ułanów Poznańskich. Rankiem 17 maja 1944 r. wzięli oni udział w ataku na wzgórze San Angelo. Ponieśli znaczne straty i początkowo nie osiągnęli zamierzonego celu. Dopiero później, zmieniając kierunek natarcia, opanowali wzgórze, utrzymując je mimo bardzo silnego ognia nieprzyjaciela oraz jego licznych kontrataków.

Wspominał Jerzy Cieniewicz: „Kanonada i strzelanina nie ustają. Niemieckie moździerze usiłują »wymacać« naszą kompanię. Przechodzimy zasieki z drutu kolczastego, zbiegamy niżej, kierując się na las. Gwizd, huk, dym, syk rozpryskujących się odłamków i kamieni. Jest nas siedmiu – niemal obok siebie. Pociski padają niżej, wyżej, tuż obok nas, w górę wyskakują słupy ziemi, na stoku pojawiają się leje, niczym ropiejące rany. »Stary« klnie. Jakiekolwiek ukrywanie się przy pozostawaniu w tym rejonie byłoby absurdem. Pociski walą bez przerwy w tym samym pasie. [...] Byliśmy wystawieni na żer baterii stron obu. [...] Niemiecka artyleria wydłuża celownik. W powietrzu grudy ziemi i kamienie. Stąd nie ustąpimy... Inaczej jest niż przed czterema miesiącami, akurat dziś upływającymi; 17 styczeń i 17 maj... Garigliano i pasma wzgórz w rejonie Cassino... Stan kompanii był liczniejszy – obecnie przy swoim boku mamy szwadron szturmowy... i obecnie ta w nas różnica, że »odwalamy robotę piechoty«”.

Monte Cassino, gdzie kompania została wykorzystana wbrew przeznaczeniu bojowemu – powtórzmy za przywołaną relacją – „odwalając rolę piechoty”, kosztowało ją ośmiu zabitych i 52 rannych. Poniesione straty spowodowały konieczność czasowego wycofania komandosów z frontu i reorganizacji oddziału. Zamiast ułanów poznańskich do zgrupowania Commando przydzielono polsko-włoską 111. Kompanię Ochrony Mostów (Polacy stanowili kadrę oficerską i podoficerską, żołnierze z zaciągu ochotniczego byli Włochami). Zgrupowanie weszło do akcji 9 lipca, uczestnicząc w walkach w rejonie Monte Freddo nad Adriatykiem. Następnie, tym razem w składzie 2. Brygady Pancernej (a bez kompanii ochrony mostów), komandosi przeszli rzekę Mussone, po czym w ciężkim boju zdobyli Casa Nuove.

Dobrze zasłużeni ojczyźnie

Straty poniesione pod Monte Cassino i Anconą uniemożliwiły kompanii dalszy udział w walce. Tym bardziej dziwić mógł rozkaz wydany gen. Andersowi po wybuchu powstania warszawskiego przez szefa sztabu Naczelnego Wodza PSZ gen. Stanisława Kopańskiego. Wedle niego dowódca II Korpusu miał skierować kompanię do kraju. Naczelny Wódz, gen. Kazimierz Sosnkowski, odwołał rozkaz, równocześnie zdecydował jednak o rozwiązaniu kompanii. W jej miejsce powołał Polskie Commando w sile batalionu. Na jego czele stanął mjr Smrokowski, kadrę zaś mieli tworzyć jego dotychczasowi podwładni. 15 sierpnia 1944 r. kompania przestała istnieć. Nowo utworzony Batalion Komandosów po kilkumiesięcznym przeszkoleniu wziął jeszcze udział w bitwie pod Bolonią w drugiej połowie kwietnia 1945 r.

Na tym zakończyły się dzieje tego znakomicie wyszkolonego w różnych rodzajach walki oddziału, który dał tak liczne dowody bohaterstwa w bojach z Niemcami we Włoszech. Oddziału – jak trafnie zauważył jeden z żołnierzy II Korpusu (ale nie komandos) Wiktor Ostrowski – tworzonego przez ludzi „scementowanych najpiękniejszą rzeczą pod słońcem – przyjaźnią męską i braterstwem krwi”, dodając żartobliwie: „To już samorzutnie powstaje w czasie takiej »roboty«. Powiedzmy – »mokrej roboty«. Teraz są na odpoczynku. W odwodzie. I choć na tych zasłużonych wakacjach przenosi się ich stale z jednego m.p. do drugiej, jeszcze gorszej dziury – ćwiczą, uczą się, doskonalą się nadal. No i w chwilach wolnych... jakby to powiedzieć... niszczą alkohol w każdej postaci”.

Po zakończeniu wojny większość żołnierzy pozostała na uchodźstwie w Wielkiej Brytanii, z czasem wyjeżdżając także do innych krajów, tak jak mjr Władysław Smrokowski, który osiadł w Chicago w Stanach Zjednoczonych, gdzie pracował w hucie żelaza, i Henryk Jedwab, który ukończywszy studia inżynierskie w Anglii, stał się uznanym specjalistą w przemyśle włókienniczym w Kanadzie.

„Stwierdzam, że kompania komandosów dobrze zasłużyła się Ojczyźnie” – powiedział w kwietniu 1944 r. gen. Sosnkowski, odznaczając jej żołnierzy trzema Virtuti Militari i 15 Krzyżami Walecznych za męstwo okazane w walkach na froncie włoskim. Był w tych słowach wielki kredyt zaufania. Nie zawiedli jednak komandosi Naczelnego Wodza. Garigliano, Monte Cassino i Ancona były tego najbardziej przekonującymi dowodami.

Okładka miesięcznika Historia Do Rzeczy: 5/2017
Artykuł został opublikowany w 5/2017 wydaniu miesięcznika „Historia Do Rzeczy”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0