Polak próbował uciec do Afganistanu. Oto, co go spotkało

Polak próbował uciec do Afganistanu. Oto, co go spotkało

Sowieccy żołnierze w Afganistanie, 1986 r.
Sowieccy żołnierze w Afganistanie, 1986 r. / Źródło: Wikimedia Commons / RIA Novosti archive, image #24609 / Alexandr Graschenkov / C
Dodano 3
- Uważaliśmy, że do komuchów powinno się strzelać. Powiedziałem koledze o próbie przedostania się do Afganistanu, by móc złapać za broń i walczyć z okupantem. On stwierdził, że również chętnie by spróbował. Ustaliliśmy, że jedziemy. Zatrudniliśmy się wówczas w porcie, by rozpoznać teren i spróbować wyrwać się z kraju drogą morską – mówi Roman Zwiercan, w czasach PRL opozycjonista, członek m.in. „Solidarności Walczącej”.

Paweł Chrząszcz: Co spowodowało, że został pan opozycjonistą? Pańscy rodzice funkcjonowali w systemie komunistycznym, byli niejako po drugiej stronie.

Roman Zwiercan: Ziarenkiem, które zostało we mnie zasiane w tej kwestii, były wydarzenia z roku siedemdziesiątego. Ja mieszkałem w Gdyni w centrum, z okien widziałem czołgi, manifestacje, walki uliczne. Atmosfera tamtych czasów wywarła na mnie ogromny wpływ. To było przerażenie, nie wiedziałem do końca, co się dzieje – miałem wówczas zaledwie 8 lat. A w nawiązaniu z relacjami, które słyszałem w domu, że ojciec się bał, gdy jadąc do pracy w mundurze podoficera wojsk lotniczych, słyszał w autobusie głosy: „jak widzę takiego sk…syna, to mi się nóż w kieszeni otwiera” – musiało to na mnie w jakiś sposób działać.

Tamten okres wzbudził we mnie również ciekawość do historii. W późniejszym czasie nałożyły się kolejne kwestie. Jako nastolatek buntowałem się przeciwko rodzinie i przeciwko autorytetom. Ojciec był wojskowym, ale słuchał Radia Wolna Europa. Mieszkaliśmy w malutkim mieszkaniu, więc siłą rzeczy i ja słuchałem audycji tam nadawanych. To stamtąd po raz pierwszy usłyszałem o różnych wydarzeniach, które pokazywały mi, że można się buntować trochę szerzej.

Mówi pan o emocjonujących wydarzeniach, których jeszcze nie rozumiał z racji młodego wieku. Jednak przyszedł taki moment, w którym podjął pan świadomą decyzję, że chce działać…

- Pamiętam rok osiemdziesiąty, kiedy wybuchły strajki w stoczni Gdynia. Dowiedziałem się o tym z samego rana widząc, że przed piekarnią jest nadspodziewanie duża kolejka. Już wtedy zdawałem sobie sprawę z tego, że coś się dzieje, ale nie wiedziałem dokładnie co. Będąc już pod sklepem, usłyszałem, co się dzieję. Kupiłem więc ten chleb i pobiegłem pod stocznię. Pod bramą masy ludzi, oczywiście nie można było wejść. Więc wraz z kolegami pomagaliśmy protestującym, na ile mogliśmy. Dostawaliśmy od nich materiały, ulotki i roznosiliśmy po mieście.

Rodzina raczej nie była zadowolona z pańskiego wyboru…

- W domu miałem kazania. Ja identyfikowałem się z tymi ludźmi, którzy się buntowali. We mnie był bunt przeciwko władzy, przeciwko autorytetom i oczywiście rodzicom, którzy stali po drugiej stronie. W wakacje 1980 roku mój bunt dosyć mocno się skrystalizował. Miałem 18 lat, byłem przekonany, że mogę już sam za siebie decydować. W jednej z kłótni z rodzicami usłyszałem, że dopóki mieszkam pod ich dachem, to mam się słuchać. Długo się nie zastanawiając, odpowiedziałem: to ja się wyprowadzam z domu. Finał był taki, że wylądowałem na ulicy. Przez pewien czas pomieszkiwałem u kolegów, ale trzeba było podjąć decyzję i iść do pracy, zacząć na siebie zarabiać. Szkoła poszła w odstawkę, a ja do roboty. Wylądowałem na Śląsku, przez około dwa miesiące pracowałem w kopalni. Bardzo liczyłem, że znajdę tam również klimat Solidarności, walki o wolny kraj. Niestety, mocno się zawiodłem. Ludzie myśleli tam przede wszystkim, by zarobić i przetrwać do „pierwszego”. Nikomu nie chodziło po głowie, by protestować, by obalać system komunistyczny. Widząc, jak to wygląda, wróciłem na Wybrzeże. Kątem u kogoś mieszkałem, trochę pracowałem, a przede wszystkim bardzo dużo czytałem podziemnej prasy, książek, ulotek.

Była też proza życia. Trzeba było pracować, zarabiać, by jakoś żyć. Nie wszyscy też uczestniczyli w działaniach przeciwko władzy. Byli zwykli ludzie, którzy po prostu chcieli normalnie funkcjonować. Czy ta proza nie demobilizowała pana?

- Oczywiście, że czasem moje oczekiwania bardzo odbiegały od rzeczywistych zdarzeń. Prostym przykładem była sama „Solidarność”. Ja na początku myślałem, że ta organizacja, ten zbiór ludzi zmieni Polskę, wywali komunistów, pozbawi ich władzy, doprowadzi do jakiejś sprawiedliwości. A tu z czasem się okazało, że do końca tak nie jest. Dzisiaj już wiemy, jak ogromna była tam grupa tajnych współpracowników, której celem było pacyfikowanie i rozgrywanie całego związku na korzyść komunistów. Wtedy zupełnie nie zdawałem sobie z tego sprawy z rozgrywek personalnych. Ale irytowało mnie to, że pojawiały się szumne zapowiedzi strajków, buntów, a potem nagle wewnątrz Solidarności duszono takie działania. Ja jednak nie byłem w tym związku, działałem gdzieś na obrzeżach, ale już wtedy doskonale widziałem, że nie zawsze wielkie hasła i zapowiedzi odzwierciedlały się w życiu.

Chciał pan działać. Nie czuł pan obawy, że podejmuje duże ryzyko? Jednak przeciwnikiem było opresyjne państwo, który niejednokrotnie pokazywało, że z buntownikami obchodzi się bardzo ostro.

- Tak, jak najbardziej. Było ryzyko, ale gdzieś w świadomości ukuło się przekonanie, że raczej mnie to nie dotknie.

Ten rozdźwięk, między deklaracjami Solidarności, a potem realnymi działaniami miał wpływ na próby wyjazdu do Afganistanu i walkę z żołnierzami sowieckimi w karabinem w ręku…

- Dokładnie tak. Od ludzi pracujących w Międzyzakładowym Komitecie Założycielskim usłyszałem, że Andrzej Kołodziej został aresztowany za próbę wyjazdu za granicę. Nie wiem czemu, ale uroiło mi się wtedy w głowie, że pewnie też chciał pojechać w miejsce walk zbrojnych, by strzelać do Sowietów. Uznałem więc, że pójdę w jego ślady. Jeśli tutaj wszelkie szersze akcje były tłumione także wewnątrz związku, to ja wyjeżdżam by walczyć. Pierwsza próba miała miejsce w listopadzie 81 roku. Przeszedłem przez zieloną granicę w górach, będąc po stronie czeskiej, znalazłem jakąś stację kolejową, dojechałem do Pragi. Następnie znalazłem sobie pociąg, który jechał do Niemiec. Rozkręciłem w łazience klapę w suficie, wszedłem na górę, schowałem się za zbiornikiem wody. Problem polegał na tym, że skrytka ta była dość znana służbom, więc finalnie mnie znaleziono. Gdy pociąg dotarł do Pilzna, wyciągnięto mnie z tej skrytki i tak właściwie zakończyła się cała wyprawa. Przetrzymali mnie jakiś czas Czechach, potem przerzucili do Polski. Wylądowałem w więzieniu w Bielsku-Białej, w którym to zastał mnie stan wojenny. Ja przesiedziałem tam do lutego. Trafiłem następnie do Krakowa, gdzie czekała mnie rozprawa. Wylądowałem w sądzie na terenie jednostki wojskowej. W samym budynku było właściwie pusto. W oddali dostrzegłem tylko jedną postać w wojskowym ubraniu, okazało się, że był to mój ojciec. Sama sprawa trwała może z dziesięć minut. Finalnie wówczas dostałem „zawiasy”. Dopiero po jakimś czasie zrozumiałem, że dzięki obecności ojca tak łagodnie mnie potraktowano.

Wychodzi pan z sądu z ojcem, wracacie do domu. Rozmawialiście na temat tego, co się wydarzyło?

- Właściwie nic. W aucie była cisza. Po wyjeździe z Krakowa, zatrzymaliśmy się na chwilę u rodziny pod Częstochową. Tam też właściwie wymieniliśmy tylko jakieś półsłówka. Nie mieliśmy wspólnego języka, tę ciszę między nami bardzo dobrze pamiętam. Kojarzę podczas powrotu do Gdyni informację radiową, że w Warszawie zastrzelony został sierżant Karos. We mnie pojawiła się wręcz euforia: wreszcie! Ktoś się broni, ktoś chce walczyć! Byłem naładowany ogromną złością, po tych niespełna trzech miesiącach przesiedzianych w celi. Pamiętam, że władza zwoziła do więzienia zwykłych ludzi, zwykłych strajkujących i to z wyrokami kilkuletnimi! We mnie wzbierała wściekłość, stąd jeszcze bardziej się przekonywałem do słuszności swoich działań.

Wracacie do Gdyni, co się dalej dzieje?

- Miałem obowiązek pójścia do pracy, do szkoły. Ale w domu wytrzymałem może tydzień. Zacząłem jeździć do Gdańska, pod Brygidę. Ganiałem po mieście, brałem udział w różnych manifestacjach, ulicznych bitwach z ZOMO. Kolportowałem bibułę, drukowaliśmy z kolegami ulotki, malowaliśmy na murach. O ostrzejszych akcjach przeciwko władzy nie było mowy, cały czas je pacyfikowano i kazano czekać. Miałem wrażenie, że ulica chciała działać - wśród młodych ludzi nie brakowało radykalnych zapędów. Wydaje mi się, że gdybyśmy wówczas mieli broń, to zaczęlibyśmy strzelać. Ludzie wysoko postawieni w „Solidarności” mieli inną wizję obchodzenia się z komunistami, więc cały czas blokowali zapędy młodych. To było deprymujące.

I ponownie spróbował Pan wyjazdu do Afganistanu.

- W trakcie działań, poznałem chłopaka spod Gdyni. Mieliśmy podobne podejście - uważaliśmy, że do komuchów powinno się strzelać. Powiedziałem mu o próbie przedostania się do Afganistanu, by móc złapać za broń i walczyć z okupantem. On stwierdził, że również chętnie by spróbował. Ustaliliśmy, że jedziemy. Zatrudniliśmy się wówczas w porcie, by rozpoznać teren i spróbować wyrwać się z kraju drogą morską. Po kilku dniach pracy, schowaliśmy się na pokładzie jednego ze statków, który miał płynąć na Daleki Wschód z przystankiem w Danii. Statek wypłynął kilka dni po ustalonym terminie, co było dla nas bardzo niekorzystne, bo nie mieliśmy ze sobą zbyt dużo prowiantu i wody.

Po dwunastu godzinach od wypłynięcia, zdecydowaliśmy na ujawnienie się, licząc, że już spokojnie dopłyniemy do celu. Marynarze widząc, że mają nieproszonych gości, zawrócili do Świnoujścia. W porcie nas aresztowano. Przedtem ustaliśmy oficjalną wersję zdarzeń, w razie wpadki. Mieliśmy powiedzieć, że zasnęliśmy podczas ładowania i dlatego znaleźliśmy się na morzu. Niestety kolega powiedział prawdę podczas przesłuchania, a nadmiar złego dodał, że celem było dotarcie do Afganistanu i chęć walki. Przypominam, że ja miałem już zawiasy. Finał był taki, że mi odwieszono dwa lata odsiadki za poprzednią akcję, dołożyli półtora za drugą, więc łącznie 3,5 roku więzienia.

Wyszedł pan po około dwóch latach odsiadki - otrzymał pan warunkowe zwolnienie. Kolejnym etapem w pana życiu była Solidarność Walcząca…

- Przede wszystkim moje nastawienie do władzy było jeszcze bardziej negatywne, aniżeli po pierwszym razie. Skontaktowałem się z Wiesią Kwiatkowską, (dziennikarka z Gdyni, pracowała w MKZ jako archiwistka i miała dokumentować wydarzenia z roku 70’ – przyp. red.), którą poznałem jeszcze przed pierwszą próbą ucieczki z kraju. Ona dała mi „bibułę” Solidarności Walczącej z Wrocławia. Długo się nie zastanawiałem, od razu do nich wstąpiłem. Wiesia jeszcze mnie namówiła, bym podjął pracę w Stoczni im. Komuny Paryskiej, ponieważ tam będę mógł działać. To zbiegło się z informacją, że szykuje się wielki strajk ostrzegawczy, ponieważ zapowiadane są podwyżki cen. Kilka dni przed tym strajkiem, Jerzy Urban wystąpił w telewizji i stwierdził, że jeszcze zastanawiają się nad decyzją, więc rządzący zrobili krok do przodu, żeby uspokoić ludzi. Finał był taki, że dwa lub trzy wydziały w naszej stoczni zastrajkowały, w tym także my – dział szkoleniowy. Kierownik prosił byśmy tego nie robili, tylko abyśmy powiedzieli, że mamy przerwę śniadaniową. Oczywiście nie zgodziliśmy się i ostentacyjnie zastrajkowaliśmy, za co ostatecznie nas fizycznie wyrzucono jeszcze przed końcem zmiany. Problem polegał na tym, że tylko nas wywalono, i to za piętnaście minut protestu. Nie mogliśmy się z tym pogodzić.

To był powód, dla którego zdecydowaliście się na zorganizowanie strajku głodowego na terenie stoczni?

- Tak. Po rozmowach z Wiesią Kwiatkowską i jeszcze paroma osobami, uznaliśmy, że to będzie odpowiednia reakcja. Pytanie było, gdzie zorganizować taką głodówkę, by została ona zauważona, a jednocześnie, by nas służby nie zwinęły. W związku z tym padł pomysł, aby zrobić protest na kominie elektrociepłowni w stoczni. Po tygodniu od wyrzucenia, wraz z ludźmi udało nam się dostać na teren zakładu. Na górze komina znaleźliśmy się o 10:10 rano. Cały protest trwał niecałą godzinę. Najpierw przyszedł nasz majster z pytaniem, czego chcemy, więc krótko odpowiedzieliśmy, że żądamy przywrócenia do pracy. Potem pojawił się kierownik, który stwierdził, że wrócimy do pracy. W między czasie pod ten komin zaczęli schodzić się ludzie, bo zobaczyli co się dzieje. W pewnym momencie pod kominem zebrał się potężny tłum. Do nas przyszedł dyrektor ds. pracowniczych i poinformował, że wracamy do pracy. Przy zejściu, ludziom zebranym na dole, również powtórzył, że zostajemy przywróceni. Gdybyśmy jeszcze trochę posiedzieli na górze, to cała stocznia by przerwała pracę, ale nie mieliśmy wówczas powodu. Obiecano nam to, czego oczekiwaliśmy. Zaproszono nas do pokoju dyrektora, by dopełnić formalności. Tam zostaliśmy przetrzymani do momentu, aż zakład opustoszeje. Wówczas wpakowano do milicyjnego auta i przewieziono na komisariat. Po przesłuchaniu trafiliśmy do aresztu i tam przebywaliśmy czterdzieści siedem godzin. Po tym czasie wsadzili nas do „suki” i zawieźli do szpitala psychiatrycznego. Bezprawnie spędziłem w tym miejscu około miesiąc. Skontaktowałem się z Wiesią Kwiatkowską, odwiedzili mnie Joasia i Andrzej Gwiazdowie, którzy mieli jakieś kontakty w tym szpitalu. W pewnym momencie uznałem, że najwyższy czas rozpocząć kolejną głodówkę, ponieważ bezprawnie byłem przetrzymywany w takim miejscu. Napisałem stosowne oświadczenie i rozpocząłem głodówkę. Następnego dnia, jak gdyby nigdy nic po prostu mnie wypuszczono.

W trakcie powrotu do domu został pan zaatakowany przez nieznanych sprawców i bardzo dotkliwie pobity.

- Owszem. Zostałem szarpnięty, a następnie otrzymałem potężny cios w głowę, po którym zalałem się krwią. Uderzono mnie jeszcze kilkukrotnie no i niestety wyłamano nogę. Z ulicy zostałem zabrany przez jakiegoś przypadkowego taksówkarza i zawieziony na pogotowie. Gdy mnie tylko opatrzono, nogę wsadzono w gips, opuściłem szpital i przyjechałem do Wieśki, do której zadzwoniłem i poinformowałem o całym zdarzeniu. Spędziłem u niej trzy miesiące.

To wtedy pojawił się pomysł, by pomógł panu Lech Wałęsa?


- Tak, w międzyczasie Wiesia uznała, że sprawę pobicia trzeba nagłośnić, bo jeśli tego nie zrobimy, to następnym razem mnie zabiją. Zależało nam na tym, by wiadomość poszła przez Radio Wolna Europa, jednak bez zgody Wałęsy, nikt takiej informacji tam nie puści. Pojechaliśmy do niego. Na spotkaniu wyjaśniliśmy wszelkie okoliczności i poprosiliśmy o pomoc i nagłośnienie. Na co Lechu stwierdził, że jak najbardziej trzeba pomóc, więc zorganizuje dla mnie jakieś paczki. Wieśka strasznie się zdenerwowała, ona wiedziała, że Wałęsa potraktował mnie jak zwykłego żebraka i nie nagłośni tej sprawy. Trzasnęła drzwiami i wyszła. Po spotkaniu wyjaśniła mi, że nie możemy liczyć na Wałęsę, bo to mały człowiek. On wzywał, by nie strajkować ws. podwyżek cen, a my strajkowaliśmy. Zatem nadwyrężyliśmy jego autorytet - zrobiłem wraz z grupą ludzi coś wbrew jego woli. A przecież wszyscy mieli się go słuchać. I faktycznie miała racje, ze strony Wałęsy nie mogliśmy liczyć na żadną pomoc.

Co się działo po tym, jak wrócił pan do zdrowia?

- Dostałem pracę w spółdzielni usług wysokościowych. Poza tym działałem na obrzeżach Solidarności Walczącej, zajmowałem się głównie kolportażem i działalnością ogólnie opozycyjną. Zebrałem ośmioosobową grupę kolegów z którymi przeprowadziłem wiele działań w całym Trójmieście o których było potem głośno.Po trzech, czterech miesiącach przy jednej z akcji malowania miasta przed wyborami, dwóch moich kolegów wpadło. Jeden z nich niestety zaczął „sypać”. Dostałem informację, że już mnie szukają, następnego dnia zadzwoniłem do pracy i usłyszałem, bym nie przychodził, bo UB-cja była już po mnie. To był moment, w którym zacząłem być poszukiwany i musiałem zejść do podziemia. Wówczas Andrzej Kołodziej stwierdził, że w takim razie mogę całkowicie zająć się działaniami w głębokiej konspiracji już w ramach Solidarności Walczącej. W tym momencie zacząłem organizować drukarnie i sam drukowałem. Poza tym utrzymywałem kontakt z Wrocławiem, woziłem wydawnictwa bezdebitowe. Osobiście brałem udział w przerzuceniu offsetu do Trójmiasta. Jednym słowem robiłem wszystko co w podziemiu było do roboty. Jednocześnie współpracowałem dość owocnie z ludźmi ze struktur związkowych. Z Witkiem Marczukiem z TKK w Gdańsku drukowałem podziemną gazetkę „Gryps” i nadawałem audycje radiowe. Okres ukrywania ciągnął się do jesieni 86 roku.

Solidarność Walcząca nie tylko zajmowała się drukowaniem i kolportażem. W pewnym momencie podjęto decyzję, że wchodzicie w etap działań de facto zbrojnych. Który to był moment?

- Wiosna ‘86. Wówczas mieliśmy pomysł, by odbić z więzienia Bogdana Borusewicza. Wszystko zakończyło się na planie, ponieważ sam Borusewicz absolutnie się na to nie zgodził – taką informację otrzymaliśmy przez łączników. Jednak faktem jest, że wówczas braliśmy pod uwagę możliwość wykorzystania broni w razie potrzeby. Potem w stoczni wyprodukowaliśmy pistolet maszynowy. Osobiście przetestowałem kilkadziesiąt przepisów produkcji różnych materiałów wybuchowych tworzonych domowym sposobem.

To był plan, jednak w pewnym momencie pojawiło się realne działanie.

- Tak, to było zaraz po zamordowaniu księdza Jerzego Popiełuszki. Z tym, że nie byliśmy wówczas jeszcze na to gotowi. Możliwości wypracowaliśmy później. Uznaliśmy, że musimy pokazać komunistom, iż nie damy się bezkarnie mordować. Nie chodziło o to, by komuś konkretnie zrobić krzywdę, ale pokazać, że jesteśmy już zdolni do tego, by walczyć z władzą również ostrzejszymi środkami. Założyliśmy więc wysadzenie w powietrze budynku Komitetu Wojewódzkiego Partii. Chcieliśmy napakować auto ładunkami wybuchowymi i wysadzić wszystko przy ścianie budynku. Zacząłem jednak analizować, że przy tak wielkiej ilości materiału wybuchowego, ustawionego przy jednej z głównej ulic, ryzyko wielu przypadkowych ofiar jest zbyt duże. Chcąc zmniejszyć ryzyko, wziąłem na cel Komitet Miejski Partii w Gdyni, który był odsunięty od ulicy o około trzydzieści metrów. Do tego ograniczyłem ładunek do niespełna jednego kilograma. I położyłem bombę w taki sposób, by będącemu w budynku portierowi nic się nie stało. Ładunek schowałem między schodami a ścianą budynku. Po wybuchu milicja szalała całą noc po mieście.

Złapali pana miesiąc później przy próbie przejęcia rzekomo stu kilogramów trotylu.

- Wpadłem w zasadzkę. Trzymali mnie do października ‘88. Domyślałem się, że wiedzieli co zrobiłem, więc byłem przerażony, że czekają mnie brutalne przesłuchania. Okazało się że, gdy UB mnie zabrało, do niczego mnie nie zmuszali, tak, jakby nie oczekiwali w ogóle zeznań. Usłyszałem tylko, że wiedzą co zrobiłem, ale im wystarczy, że siedzę i nic nie będę robił, a z więzienia już nigdy nie wyjdę. Po latach zrozumiałem, że oni wówczas szykowali się do rozmów przy Okrągłym Stole, więc nie chcieli mieć żadnych więźniów politycznych. Kornela Morawieckiego po półrocznym areszcie, czy Andrzeja Kołodzieja po trzech miesiącach uwięzienia deportowano z kraju w kwietniu 1988 r.Komuniści nie mogli mieć opozycjonistów za kratkami bo dogadywali warunki ugody okągłostołowej. Mnie z więzienia wypuścili po strajkach sierpniowych w 88 roku. Po czym w grudniu tego samego roku wystawili za mną list gończy - który co ciekawe - obowiązywał do kwietnia 91 roku. Ja natomiast formalnie od lipca 1990 r., kiedy to ujawniliśmy się podczas konferencji prasowej w Warszawie wspólnie z Jadwigą Chmielowską i Kornelem Morawieckim, który, jeszcze w 1988 r. wrócił nielegalnie do Polski, już się nie ukrywałem.

Co robił pan po wyjściu z więzienia jesienią 88?

- Pojechałem do Wrocławia i spotkałem się z Kornelem, który wrócił już nielegalnie do kraju. Wszedłem do Komitetu Wykonawczego Solidarności Walczącej i zacząłem reprezentować Wybrzeże, ponieważ Andrzej Kołodziej nadal był za granicą. Po powrocie do Gdyni zszedłem do podziemia aby nie narażać odnawianych kontaktów i rozbudowałem strukturę. Moja obecna żona, wcześniej zajmująca się „tylko” kolportażem podziemnych wydawnictw, po wstąpieniu do organizacji i złożeniu przysięgi została moim głównym łącznikiem i pośrednikiem z jawnie funkcjonującymi kolegami. Wznowiliśmy wydawanie biuletynów Solidarności Walczącej Oddziału Trójmiasto w cyklu tygodniowym, gazetki dla Grupy SW Stoczni im. Komuny Paryskiej, Grupy SW Stoczni Gdańskiej. Drukowaliśmy bibułę związkową, miesięcznik „Poza Układem” pod redakcją Joanny i Andrzeja Gwiazdów, nadawaliśmy audycje radiowe. Organizowaliśmy demonstracje, niektóre dość nietypowe, z pochodniami. Do tego w okresie 88-89 udało się nam wydać w podziemiu, bez cenzury siedemnaści książek. Zmienialiśmy co roku, w grudniu tabliczki z nazwę ulicy Marchlewskiego na symboliczną, upamiętniającą pomordowanych w 1970 roku, ulicę Janka Wiśniewskiego. Po pierwszym razie tabliczki zniknęły na drugi dzień. Za drugim wisiały około tygodnia. Po trzeciej wymianie, w 1990 roku radni Gdyni usankcjonowali nasze starania i nazwa została do dzisiaj.

Komuna upada, wasze działania również się kończą. Co dalej dzieje się z Panem? Wiem, że nie był to łatwy okres.

- Po 91 roku wycofaliśmy się całkowicie z życia społecznego i politycznego – ja czułem niesmak i niedosyt po Okrągłym Stole, więc nie chciałem mieć nic wspólnego z polityką. W międzyczasie urodziła mi się córka i miałem jasny kierunek – wybrałem rodzinę. Zająłem się prowadzeniem wydawnictwa, które funkcjonowało całkiem nieźle dopóki nie wydałem „Kariery Nikodema Dyzmy” z dedykacją dla ówczesnego już prezydenta Lecha Wałęsy. To zakończyło moje działania w wydawnictwie, ponieważ mi je spalono. Do dziś nie wiem, kto to zrobił, na czyje polecenie i szczerze przyznam, już mnie to nie interesuje. Zajęliśmy się innymi sprawami. Potem na białaczkę zachorowała moja córka. Okazało się, że potrzebna jest ogromna kwota pieniędzy na jej leczenie. W ciągu kilku tygodni założyliśmy fundację, by móc zbierać jakiekolwiek środki finansowe. Niestety córka zmarła po dwóch latach. Ja w pewnym momencie zacząłem chlać. Przez rok piłem dzień w dzień. Moje życie ograniczyło się do trzech miejsc: dom, cmentarz i sklep. Następnie poszedłem na terapię. Tam usłyszałem, że muszę sobie znaleźć jakiejś zajęcie, które oderwie moje myśli od tego, co się wydarzyło. Od jednego z kolegów usłyszałem: Romek jesteś winny tym ludziom na Wybrzeżu odgrzebania ich pamięci. To był pomysł, za którym powstała Fundacja „Pomorska Inicjatywa Historyczna”. Udało mi się odgrzebać trzysta osób, stworzyłem stronę internetową i zacząłem spisywać ich wspomnienia. Potem zaczęły powstawać książki. Od tamtej wydaliśmy ich około dziesięciu i rozdajemy je uczestnikom tamtych wydarzeń, ponieważ w wielu przypadkach nie stać ich na kupno.

Wspomniał pan o piciu. Ile osób miało potem problem z alkoholem?

- Jak ja się wygrzebałem, zobaczyłem, że w naszym środowisku to spory kłopot. Ukończyłem studium terapii uzależnień, moja żona również i w 2011 roku otworzyliśmy prywatny ośrodek. Część naszych kolegów udało się wyrwać z nałogu. Po dwóch latach, po spełnieniu wszystkich ustawowych wymogów stawianych przez Ministerstwo Zdrowia zostaliśmy oficjalną placówką leczniczą. Teraz jest to praktycznie instytucja - w ubiegłym roku przeszło przez nią kilkuset pacjentów. Poza tym, w ramach działań Fundacji pomagamy szerszemu spektrum ludzi, nie tylko mającym problemy. Skupiamy się na weteranach, ludziach dzięki którym mamy dzisiaj Niepodległą Polskę. W ubiegłym roku skorzystało łącznie z naszej pomocy, z pobytów wypoczynkowych nad morzem ponad 700 seniorów, weteranów działających na rzecz niepodległego bytu państwa polskiego.

Wspomniał Pan o fundacji, jaką otworzyliście, gdy okazało się, że wasza córka ma białaczkę. Czy do dziś ona funkcjonuje?

- Oczywiście, to Kaszubska Fundacja "Podaruj Dzieciom Nowe Życie". Z tym, że ona zajmuje się teraz tylko rekrutacją potencjalnych dawców szpiku do polskiego Rejestru Dawców Szpiku PL3. Nie wspiera bezpośrednio pacjentów ani ich rodzin.

Wejdź na stronę Kaszubskiej Fundacji „Podaruj Dzieciom Nowe Życie” - http://kafund.pl/

Czytaj także

 3
  • taka prawda IP
    Po latach wspieranie islamistów i awanturników,terrorystów takich jak Bin Ladena czy Gulbuddin Hekmatyar i innych watażków tzw. mudżahedinów, ludzi zaangażowanych w przemyt heroiny,opium, podkładanie bomb na uniwersytetach, oblewanie kwasem kobiet ubranych po europejsku, pedofilskie praktyki Baczczebazi. obdzieranie ludzi ze skóry, palenie żywcem nauczycieli i ludzi którzy brali ziemię z reformy rolnej powinno wydawać się błędem. Zresztą podobnie było z tzw.contras którzy przemycali kokainę, wyżynali całe wioski a wielu z nich było siepaczami Somozy.
    Dodaj odpowiedź 7 3
      Odpowiedzi: 2