Czekali na III wojnę światową. Wstrząsające wspomnienia ostatnich Żołnierzy Wyklętych

Czekali na III wojnę światową. Wstrząsające wspomnienia ostatnich Żołnierzy Wyklętych

Józef Bandzo
Józef Bandzo / Źródło: Fot: Dominik Różański
Dodano 5
Komunistów oraz Armię Czerwoną uznawali za najeźdźców i wrogów. Podjęli więc walkę. To było oczywiste – mówią dziś o swoich wyborach.

Centrum Warszawy. Przy kawiarnianym stoliku elegancki starszy pan popija macchiato. W pewnym momencie mówi: – Jeździłem po Polsce i z bronią w ręku rozbijałem monopole spirytusowe.

To głośne, poczynione ze stoickim spokojem wyznanie sprawia, że na moim rozmówcy ogniskuje się wzrok kilku osób siedzących przy sąsiednich stolikach.

Józef Bandzo ps. Jastrząb, lat 90, był – jak moglibyśmy to dziś określić – osobistym ochroniarzem legendarnego mjra Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki”. Teraz zerka na rozłożone na stoliku pisma brydżowe. – Gra pani w brydża? Bo ja uwielbiam. Zarówno w brydżu, jak i w walce najważniejsza jest szybka i trafna analiza w warunkach stresu.

Druga okupacja

Komu jak komu, ale żołnierzom wyklętym emocji w życiu nie brakowało. Kiedy w roku 1945 większość ludzi na świecie cieszyła się z zakończenia wojny, oni podjęli walkę na nowo. Bo dla Polaków stawało się coraz bardziej oczywiste, że – zamiast wymarzonej wolności – swoje porządki wprowadza nowy, sowiecki okupant. Tych, którzy postanowili nadal walczyć o wolność ojczyzny, łączył brak złudzeń co do intencji władz przywiezionych z Moskwy.

Józef Bandzo w szpitalu w Lublinie leczył rany po dwóch latach partyzantki. Odkąd jako 19-letni chłopak został w 1943 r. żołnierzem 3. Wileńskiej Brygady AK kapitana Gracjana Fróga ps. Szczerbiec, nie wychodził z lasu. Walczył w „kompanii szturmowej” por. Romualda Rajsa ps. Bury. Elitarnej, wykorzystywanej w najtrudniejszych starciach. W maju 1944 r. został poważnie ranny. Udało mu się uciec z sowieckiej obławy i uniknąć aresztowania przez NKWD. W Lublinie zdecydował się na ponowną operację wciąż niesprawnej lewej ręki.

– Leżąc w szpitalu, dowiedziałem się, że „Łupaszka” znów rusza w teren. Nie znałem go jeszcze osobiście, ale był dla nas legendą. Postanowiłem dołączyć – opowiada. Na pytanie, dlaczego nie wierzył komunistom, uśmiecha się sarkastycznie. – Jestem z Wileńszczyzny. Nas gonili, wsadzali do więzień, skazywali na katorgi. Nie było w co wierzyć… – wzrusza ramionami.

Jednak i w innych częściach Polski w wielu rodzinach nie robiono sobie żadnych złudzeń. Warszawianka z dziada pradziada Jadwiga Obrębalska opowiada, że do swojego miasta wróciła z matką siedem dni po wkroczeniu Sowietów. Nie użyje zwrotu „po wyzwoleniu”, bo dla niej od początku było oczywiste, że mieliśmy do czynienia z drugą okupacją. A kim są Rosjanie, jej rodzina wiedziała najlepiej.

Dziadek – wraz ze swym ojcem – walczył w powstaniu styczniowym. Starszy pan, już niewidomy, brał często wnuczkę na kolana i opowiadał jej różne historie. Szczególnie utkwiła jej w pamięci opowieść o tym, jak sotnia weszła do domu i biła babcię. Okładała ją, bo babcia błagała, by nie zabierali dziadka. W czasie wojny polsko-bolszewickiej dwóch wujów trafiło do niewoli. Ich opowieści z głębi Związku Sowieckiego dzieci słuchały z zapartym tchem.

Jadwiga Obrębalska pamięta, jak w 1944 r. zobaczyła pierwszy sowiecki czołg. Po powstaniu warszawskim, w którym zginął jej ojciec, schroniły się u kuzynki na Kielecczyźnie. Obrębalska wpadła wtedy do domu z krzykiem: „Bolszewicy na drodze”. Czołg wjechał na podwórko, taranując ogrodzenie, a wuj, który przeżył już bolszewików, schował się w schronie. – Zapowiedział: „Nie wychodzę!”, a mnie się to wszystko utrwaliło – wspomina Obrębalska.

W ciągłej gotowości

Helena Marmola-Czarnecka pochodzi z Grabowca pod Kowlem. Rodzina cudem uszła z życiem z rzezi wołyńskiej. Mężczyźni w czasie wojny albo walczyli z bronią w ręku, albo konspirowali. Po wojnie Marmola znalazła się w Jeleniej Górze. Piętnastoletnia panienka jeździła stamtąd do Cieplic. Do szkoły. A tam właśnie tworzyła się siatka konspiracyjna. Helena, wierna rodzinnym tradycjom, nie miała wątpliwości: – Profesor Minkiewicz, góral, wielki patriota, przez pięć lat walczył w lesie. Kiedy wyszedł, uznał, że nie o taką Polskę walczył. Opowiadał nam, że wybuchnie III wojna światowa i dopiero wtedy kraj będzie wolny. Oczekiwał na drugiego Piłsudskiego. Organizował spotkania, żeby aktywizować młodzież – wspomina.

Czytaj także:
„Kowboj” przeciw NKWD

Infiltracja oficjalnie działających organizacji i przygotowanie oddziału zbrojnego na wypadek walki należały do zadań pułkownika Jana Podhorskiego, poznaniaka, członka Młodzieży Wszechpolskiej. Podhorski, rocznik 1921, przedwojenny harcerz, brał udział w wojnie obronnej we wrześniu 1939 r. W czasie niemieckiej okupacji skończył podchorążówkę. Walczył w powstaniu warszawskim. Jego pułk Narodowych Sił Zbrojnych im. Władysława Sikorskiego został włączony do oddziałów AK. Podhorski dostał się do niewoli, w obozie ciężko chorował. Jednak w 1945 r. udało mu się wrócić do rodzinnego miasta, gdzie od maja działał już Uniwersytet Poznański. Podhorski zapisał się na Wydział Leśno-Rolny. Został starostą roku. Ponownie zaangażował się w działalność Młodzieży Wszechpolskiej.

– W krótkim czasie odszukaliśmy się z kilkoma kolegami – opowiada. – Nie angażowaliśmy się już w działalność partyzancką. Młodzież Wszechpolska przygotowywała struktury do oficjalnego politycznego działania. Ja jednak dostałem zadanie organizowania komórki zbrojnej.

Walka

Pułkownik Podhorski podkreśla, że antykomunistyczne podziemie nie mogło być liczne. Zdecydowało o tym rozwiązanie Armii Krajowej i Narodowych Sił Zbrojnych. Naczelne dowództwo zostało przez komunistów aresztowane. Wszystko to powodowało, że walkę podejmowały niepowiązane ze sobą, samorzutnie tworzone oddziały. Większe organizacje wytrzymały dwa czy trzy lata.

– Walczyliśmy o to, by komuniści czuli, że nie są u siebie. I wierzyliśmy, że to jeszcze nie koniec podziału Europy – tłumaczy Józef Bandzo. Opowiada, że gdy tylko zdjęli mu opatrunek, ruszył na poszukiwanie oddziału „Łupaszki”. Dowiedział się, że walczą gdzieś w Białostockiem. Wziął mapę, wytypował najbardziej prawdopodobne miejsce – koło Siemiatycz. Potem rozpytywał po wsiach. Ludzie jednak byli nierozmowni, chronili partyzantów. – Aż raz się udało – na rozstaju dróg napotkałem kuźnię. Kowal wskazał mi kierunek. Już 150 metrów dalej spotkałem I szwadron „Zygmunta”, który podążał na koncentrację. W drugim szwadronie „Burego” z naszej dawnej brygady było już trzech – opowiada Bandzo. On sam został „osobistym ochroniarzem” mjra „Łupaszki”.

Najtrudniej było walczyć, gdy w lasach spotykali Ludowe Wojsko Polskie. – Raz okrążyli nas, gdy w pewnym domu zostaliśmy tylko w sześciu z komendantem. Wartownika rozbroiliśmy, ale w międzyczasie zaczęła się akcja. Byli już obok stodoły. Przebijaliśmy się i trzeba było strzelać. Trafiliśmy kapitana LWP, leżał ranny, dostał w nogę. Sięgnąłem po jego broń, a on mówi: „Niech pan mi jej nie zabiera, ja też jestem z Wilna”. Oddałem mu własny żelazny opatrunek – opowiada Bandzo.

Z „Łupaszką” przemierzał Bory Tucholskie i Mazury. Wspomina życzliwość, jakiej doświadczali od miejscowej ludności. Chleb dostawali za darmo. Za masło, mięso, węgorze starali się płacić. Pieniądze zdobywali, organizując skoki na monopole spirytusowe. – Pewnego dnia, przypadkiem, spotkałem na ulicy dwóch kolegów. Byli na drugim roku politechniki. Oni mówią do mnie: „Weź nas”. Trochę ich zniechęcałem. Mówiłem, że jeśli się będą uczyć, to może lepiej by się Polsce przydali. Oni jednak nalegali. W ten sposób zorganizowałem sobie patrol. Ciągnęliśmy tę kasę, jak mogliśmy. Zdobyliśmy dużo pieniędzy – uśmiecha się Bandzo.

Zaciskająca się pętla

Młodzież Wszechpolska, w której działał Jan Podhorski, nie planowała działań partyzanckich. Przygotowywała się do oficjalnej rejestracji. – Wszyscy myśleli o polityce. Od wojaczki byłem ja – opowiada Podhorski. W ramach organizacji odpowiadał za przygotowanie wojskowe. Praktycznie to była tylko konspiracja, bo samo szkolenie było psu na budę. Ale istniało. Już w czasie okupacji przygotowywano ich do wchodzenia w oficjalne struktury władzy. – Ja, jako ujawniony, należałem do Akademickiego Koła Uczestników Walki Zbrojnej o Niepodległość. Włączyłem się w jego pracę, by wiedzieć, co się w nim dzieje.


Jadwiga Obrębalska zaangażowała się w działalność harcerską w Warszawie. – Spotykaliśmy się nad Wisłą, w miejscu, w którym teraz jest Stadion Narodowy. Było nas pięcioro. Warszawskie dzieci – opowiada o konspiracyjnej organizacji młodzieżowej „Skorpion”, w której była łączniczką. Wszyscy z tej grupy mieli rodziców w konspiracji. Jej ojciec poległ w powstaniu na ulicy Chłodnej. Nigdy nie udało się jej wraz z matką odszukać grobu. Bezskutecznie szukały też miejsca pochówku kuzyna. – Kiedy się wróciło na gruzy, człowiek miał w sobie pewną zawziętość – tłumaczy Obrębalska. Ponieważ interesowała się historią, na kartkach pisała ręcznie ulotki, dlaczego nie należy popierać bolszewików. I dlaczego nie należy zapisywać się do partii. Wieszali je, gdzie się dało. Zdarzało się, że przetrwały nawet kilka dni. Ludzie stawali i czytali. – To była dla nas największa satysfakcja.

Konspirowanie Heleny Marmoli polegało na tym, że brała udział w spotkaniach. Była też łączniczką. Stanowiła jedno z ogniw łańcucha powiązań w Polskich Tajnych Siłach Zbrojnych. W organizacji działał również brat Marmoli, Stanisław, a także jej narzeczony. – Było nas 17 osób. Przewodził nam ks. Jan Dybiec, proboszcz z Cieplic Śląskich – wspomina Marmola-Czarnecka.

Jednak władza ludowa z każdym miesiącem rządów czuła się pewniej. Stawało się jasne, że nowy komunistyczny porządek zapanuje w Polsce na dłużej. Ci, którzy walczyli w lesie, odczuwali coraz silniejszą presję ze strony oddziałów MBP i wojska. Siły odtworzonej przez mjra „Łupaszkę” 5. Wileńskiej Brygady z czasem się kurczyły. Józef Bandzo przyznaje, że obławy i ciągłe tropienie ich zmęczyły. – Już nie było siły. Czasem patrzę na mapę, jest miejscowość. Dochodzimy, a tu tylko zgliszcza.

W czerwcu 1946 r. zgłosił, że chce odejść. – Mówię: „Panie komendancie, jestem bardzo zmęczony. Pan mnie puści”. Odpowiedział: „Nie teraz. Na przeprawie”. „Ale jeśli pan zdecyduje, że trzeba walczyć z bronią w ręku, pierwszy się stawię”. Komendant wydał zgodę. Przeszliśmy do przeprawy. I odszedłem. Trafiłem do rodziców pod Lublin – opowiada Bandzo. W Lublinie podjął naukę w szkole. Nikt go na razie nie ścigał, bo nikt go tam nie znał. Lubelszczyzna miała swoich od „Zapory”.

Listy tych, którzy się ujawnili, posłużyły z czasem do aresztowań i wymuszania zeznań. Szukano ludzi, których celem było „obalenie ustroju”. Jana Podhorskiego po raz pierwszy aresztowano w maju 1946 r. Nie za działalność konspiracyjną, lecz za strajk. Niewiele osób o tym pamięta, ale 3 maja 1946 r. studenci zorganizowali w Krakowie manifestację patriotyczną. Najpierw władza się na nią zgodziła, potem jej zakazała. W końcu wojsko radzieckie pomagało w jej rozpędzeniu. – Emisariusze z Krakowa pojawili się u nas 13 maja. Przywieźli informacje trochę wyolbrzymione, że byli zabici i ranni. Na wydziale trafili na mnie. Gdy usłyszałem, że już inne wydziały stanęły, nie trzeba mi było dwa razy powtarzać. Zaczynał się właśnie wykład z meteorologii, na którym było około 150 studentów. Kazałem im położyć się na ławkach. Wykładowcy powiedziałem: „Panie profesorze, strajkujemy” – opowiada Podhorski. I prosto ze strajku trafił do aresztu.

Terror

Na sześć lat więzienia skazano jednak Podhorskiego w innym procesie, dotyczącym działaczy z kręgów Młodzieży Wszechpolskiej. Zdecydowały o tym zeznania kolegi, który opowiedział o sekcji wojskowej w organizacji. – Trzeciego dnia po zatrzymaniu mój oficer śledczy mówi: „Gratuluję wam umiejętności lutowania”. Wtedy zorientowałem się, że pękł kolega. Było nas trzech, którzy wiedzieliśmy o magazynowanej broni. Ale mam satysfakcję, bo poza lekkimi kłopotami żadne nazwisko z tej grupy wojskowej nie padło. – Podczas jednego z przesłuchań w prokuraturze spotkał się ze swym kolegą z ławy szkolnej. – Zwracałem się do niego „panie prokuratorze”, on do mnie mówił per „ty”. Przekonywał: „Słuchaj, też byłem w AK. Po co ci siedzieć”. I to był koniec rozmowy. Już się więcej w życiu nie spotkaliśmy – opowiada Podhorski. Ale podkreśla – granice ludzkiej wytrzymałości są różne.

Grupa, w której działała Jadwiga Obrębalska, wpadła przez donos. – Choć przecież łatwo nas było zidentyfikować po charakterze pisma, to jednak w więzieniach wylądowaliśmy przez kolegę – przyznaje.

Polskie Tajne Siły Zbrojne w Cieplicach pierwszą wpadkę miały przez matkę jednego z konspiratorów. Kobieta nie przepadała za jego narzeczoną. O problemach z synem opowiedziała przyjaciółce. Dodała, że chłopak zadaje się z bandytami. Nie przyszło jej do głowy, że syn przyjaciółki pracuje dla UB jako tajniak. Nocą aresztowali wszystkich, których znał konfident. Helenę Marmolę, lat 15, zabrali na drugiej lekcji ze szkoły. – Zostałam wezwana do kancelarii. Nie miałam powodu się bać, byłam jedną z najlepszych uczennic – wspomina. W gabinecie dyrektora czekało na nią dwóch mężczyzn w długich skórzanych płaszczach. Samochód zawiózł ją spod szkoły w aleję Wojska Polskiego w Jeleniej Górze. Trafiła do aresztu w piwnicy pod gmachem sądu.

Czytaj także:
Skazany na śmierć za Bieruta, w grudniu '81 znów poszedł na wojnę z komuną

Jadwigę Obrębalską aresztowali w 1949 r. Nie miała nawet 17 lat. – Przyjechali po mnie wieczorem. Brama domu, w którym mieszkałam, była już obstawiona. Zawieźli mnie na Sierakowskiego. Nie wiedziałam, gdzie jestem, bo Pragi prawie nie znałam – opowiada. Potem pół roku spędziła w więzieniu przy ulicy 11 Listopada.

Przeszli przez stalinowskie więzienia. Bicie, tortury, wymuszanie zeznań, nocne śledztwa. Wyroki zapadały w procesach pokazowych. – Proces czekał tylko tych, którzy mieli siedzieć – twierdzi płk. Podhorski. Jego skazano za posiadanie broni. Miał szczęście, że nie wyszła na jaw jego przynależność do NSZ. – Gdyby im się udało, dostałbym czapę – opowiada. A tak dostał sześć lat, z czego pięć odsiedział we Wronkach.

Halina Marmola w marcu 1950 r. została skazana na pięć lat. W tej samej sprawie prof. Minkiewicz został skazany na karę śmierci, ks. Dybiec na dożywocie, a pozostali na długoletnie więzienie. – W marcu 1950 r. odczytano mi wyrok. Po nim czekaliśmy na sali odgrodzonej kratą, za którą było mnóstwo ludzi. Dostrzegłam mamę, która próbowała przekrzyczeć tłum. „Czy Stachu miał z tobą sprawę, bo dostał karę śmierci?” – pytała o brata. Widziałam, że płacze. To było w sumie może z 15 minut, jak sędzia odczytywał wyrok.

Jadwiga Obrębalska do dziś ze wzruszeniem wspomina kolegów, którzy ją w całej sprawie chronili. – Mamie utkwił w pamięci szczególnie jeden z nich, który ukląkł przede mną i błagał: „Chociaż ty jedna z tego wyjdź” – opowiada Obrębalska. Dostała dwa lata w zawieszeniu.

Wrogowie ludu

Józef Bandzo ujawnił się w 1947 r. Na początku bez konsekwencji. Rozpoczął pracę w przemyśle tekstylnym. Na samodzielnym stanowisku skupował len, konopie, przędzę. Dopiero po kilku latach dostał cynk z Gdańska. Ludowa władza zorientowała się wreszcie, że ma do czynienia z „wrogiem ludu”. Pierwszy raz aresztowano go w 1950 r., przesiedział do 1954 r. Potem do zakładu powrócił. – Trochę dziwiłem się, że mnie tam znowu zatrudnili, ale budziłem sympatię mojego dyrektora – wyjaśnia. Popracował kolejne cztery lata. I znowu zaczęły się kłopoty. Aresztowano go na kilka miesięcy, ale ponownie wypuszczono. Za kratki na dłużej trafił w 1960 r. Tym razem oskarżenie było gospodarcze. – Szukali kozła ofiarnego, bo gospodarka w Polsce się łamała, narastał kryzys, chcieli winę zrzucić na kombinatorów. A skazali mnie za nic. Nikomu grosza nie wziąłem. Nikomu niczego nie brakowało – tłumaczy. We wrześniu 1962 r. dostał dożywocie. Karę odbywał w Sztumie i Barczewie. Spotkał tam działaczy „Ruchu” – Andrzeja Czumę i Stefana Niesiołowskiego. Na wolność wyszedł w 1977 r.

Bandzo był wyjątkiem. Więźniowie okresu stalinowskiego zazwyczaj kończyli odsiadkę w roku 1956. Czasem wcześniej. Helena Marmola wyszła w czerwcu 1953 r. Ze względu na dobrą opinię skorzystała z amnestii.

Czytaj także:
Żołnierze najbardziej wyklęci

Wyjście z więzienia nie oznaczało jednak, że władza przestaje się wrogiem ludu interesować. Starała się go szykanować, jak się dało. Matka Jadwigi Obrębalskiej tuż po wyjściu córki z więzienia dostała pismo od władz Warszawy, że jej rodzina ma opuścić mieszkanie – jest bowiem elementem niepożądanym w stolicy. Pojawiły się jednak komplikacje, ponieważ swojego mieszkania już nie miały, a korzystały z tego, w którym mieszkał wuj. Jedynego – z 16, które miała ich rodzina przed wojną – jakie ocalało. – Mama odnalazła kolegów mojego ojca. I to oni pomogli nam zostać – opowiada Obrębalska. Przez dwa lata musiała jednak meldować się na komisariacie. Do mieszkania przychodziła milicja.

Uczyć się mogła jedynie w szkołach wieczorowych. Jej narzeczony, student AWF, kilka razy został ostrzeżony, że zadaje się z niewłaściwym „elementem”. I jeśli nie przemyśli swoich życiowych wyborów, to wyleci ze studiów. – Nie zerwał ze mną kontaktu i został relegowany. Zaraz potem przyjął go KUL, więc skończył filozofię. A potem, gdy represje zelżały, wrócił też na AWF – opowiada Obrębalska. Ona zaś krótko pracowała w Biurze Odbudowy Stolicy, po urodzeniu dziecka odnalazła zaś swoje miejsce, pomagając ks. Stefanowi Niedzielakowi, kapelanowi AK i WiN.

Sprawiedliwość po latach

W społeczeństwie na nowo tkały się sieci powiązań. Więź czasami łączyła i tych, którzy z nowego ustroju czerpali profity, i tych, którzy byli prześladowani przez władze. Pułkownik Jan Podhorski wspomina, że kiedy po opuszczeniu Wronek wrócił na studia, miał fory u profesora z meteorologii, u którego przeprowadził sławny strajk. – Poszedłem do niego z prośbą o możliwość odbycia studiów na trzecim roku. A on zaliczył mi wszystkie ćwiczenia z lutego i marca. Mówię: „Panie profesorze, ale mnie nie było”. On na to: „To mnie nie obchodzi” – śmieje się płk. Podhorski.

Dziś, po wielu latach, czerpią satysfakcję z tego, że nie są już „wyklęci”. Chodzą na prelekcje do szkół, spotykają się z kibicami, udzielają wywiadów prasie. Radość ze sprawiedliwości po latach mąci jednak fakt, że tak niewielu jej doczekało. Jadwiga Obrębalska, prezes Związku Więźniów Politycznych Okresu Stalinowskiego, na koniec rozmowy prosi: – Niech pani nie pisze o mnie. Proszę pisać o moich kolegach. Młodzi powinni mieć wiedzę o tych, których za ich zasługi skazano na zapomnienie.

Okładka miesięcznika Historia Do Rzeczy: 1/2013
Artykuł został opublikowany w 1/2013 wydaniu miesięcznika „Historia Do Rzeczy”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 5
  • Pro Patria IP
    I się nie doczekali. Bo na tych "sojuszników" zachodu nie ma co liczyć. Bardziej na siebie.
    youtube
    Dodaj odpowiedź 0 0
      Odpowiedzi: 0
    • Paweł Bieńkowski IP
      Coś mi tu nie gra...

      Komuniści ich prześladowali po odsiadce, ale potem mogli studiować, pracować i nawet być zatrudnionymi w Biurze Odbudowy Stolicy!. Komuniści nie żądali żadnych deklaracji, żadnych papierów nie musieli podpisywać by legalnie pracować i całkiem nieźle zarabiać?.

      Ilu z byłych leśnych ludzi należało do PZPR i zrobiło błyskotliwe kariery w Wojsku Ludowym, tego dziennikarka nie podała (podpowiem - większość).
      Dodaj odpowiedź 1 6
        Odpowiedzi: 0
      • Grzegorz IP
        O jaką Polskę walczyli? Marzył im się powrót sanacji wladza a zwykłym ludziom bieda.
        Dodaj odpowiedź 2 13
          Odpowiedzi: 0
        • taktak IP
          Sęk w tym że przytłaczająca większość Polaków po koszmarze wojny i niemieckiej okupacji nie chciała żadnej wojny
          Dodaj odpowiedź 14 4
            Odpowiedzi: 1