Prosto we wrota piekieł. Brytyjscy komandosi kontra „bestia Hitlera”

Prosto we wrota piekieł. Brytyjscy komandosi kontra „bestia Hitlera”

HMS Campbeltown po wykonanej misji - wbity we wrota doku.
HMS Campbeltown po wykonanej misji - wbity we wrota doku. / Źródło: Wikimedia Commons / Bundesarchiv, Bild 101II-MW-3722-03 / Kramer / CC-BY-SA 3.0
Dodano 1
Hitler wpadł w szał na wieść o ataku Brytyjczyków na Saint-Nazaire. Była to jedna z najbardziej brawurowych operacji w czasie II wojny światowej.

Przynajmniej od czasów wybudowania pierwszego drednota, sztabowcom z marynarek wojennych europejskich potęg morskich spędzał sen z powiek jeden obraz. Superpancernik przeciwnika wypływa na Atlantyk zatapiając okręty wojenne, przepędzając transportowce i odcinając dostawy uzbrojenia dla armii i żywności dla głodujących cywilów.

Podczas II wojny światowej takim straszakiem dla brytyjskiej floty były pancerniki Bismarck i bliźniaczy, chociaż nieco większy Tirpitz. Największy okręt zbudowany w III Rzeszy był uzbrojony w działa kalibru 380 mm o zasięgu 45 kilometrów. Ukończony na początku 1942 r. wyruszył
do norweskich fiordów, gdzie z grupą mniejszych okrętów miał czatować na atlantyckie konwoje. Kilkanaście prób zniszczenia Tirpitza podjętych przez RAF zakończyło się fiaskiem. W lutym 1942 r. Niemcy przeprowadzili operację Cerber. Trzy okręty - ciężki krążownik Prinz Eugen oraz pancerniki ScharnhorstGneisenau korzystając z pochmurnej pogody, w ścisłej tajemnicy przedarły się z Brestu przez kanał La Manche zmierzając ku Norwegii.

Brytyjska admiralicja wpadła w panikę. O ile zaopatrzenie dla ZSRR można było dostarczać innymi drogami, to grasowanie na północnym Atlantyku zespołu niemieckich ciężkich okrętów mogło odciąć Wielką Brytanię od dostaw nie tylko uzbrojenia i wyposażenia, ale i wyżywienia dla coraz gorzej zaopatrywanego rynku cywilnego. Churchill, który nazywał Tirpitza bestią stwierdził, że jego „zniszczenie lub uszkodzenie jest największym zadaniem na morzu obecnego czasu”.

W słowach tych na pewno było dużo typowej dla angielskiego przywódcy przesady, jednak ukrywający się w zimnych wodach norweskich fiordów okręt wraz ze swoją czeredą potrafił wiązać 7 brytyjskich pancerników i wiele mniejszych jednostek. Ich jedynym zadaniem było niedopuszczenie Tirpitza na północny Atlantyk.

Zniszczyć największy dok na świecie

Skoro nie można było zniszczyć okrętu, postanowiono uniemożliwić wychodzenie mu w morze. Tirpitz był tak duży, że jedynym dokiem umożliwiającym jego sprawne i szybkie naprawy podczas atlantyckich rejsów był Forme Ecluse Louis Joubert Normandie Dock w Saint Nazaire
na zachodnim wybrzeżu Francji. Zbudowany przed wojną dla dumy francuskiej marynarki - liniowca Normandie i ówcześnie największy na świecie – miał wymiary 350 na 50 metrów, przy wyporności 85 tysięcy ton. To właśnie do niego zmierzał uszkodzony Bismarck podczas swojej ostatniej podróży.

Brytyjski wywiad morski w końcu 1941 r. zaproponował zniszczenie doku. Sprawa nie była łatwa. Stocznia przylegała do miasta i ciężkie bombardowanie nie obyłoby się bez poważnych strat wśród ludności cywilnej. Sabotaż i dywersja nie wchodziły w grę. Agenci Special Operations Executive nie zdołaliby wnieść do portu materiałów wybuchowych w ilości wystarczającej do unieszkodliwienia wrót doku, które miały 50 metrów długości, 10 metrów szerokości i 16 metrów wysokości. Jego położenie ok. 10 kilometrów wgłąb ujścia Loary, nie pozwalało też na zniszczenie go ogniem ciężkich dział okrętów. Zostałyby wykryte na długo przed tym, nim zbliżyłyby się na odległość skutecznego strzału.

W końcu zdecydowano o powierzeniu tego zadania komandosom i marynarce. Główny kanał żeglowny prowadzący do portu wzdłuż północnego brzegu Loary był silnie broniony przez 3 baterie dział średniego i dużego kalibru. Wysoki wiosenny przypływ pozwoliłby lżejszym jednostkom
z komandosami na pokładzie na prześliźnięcie się bliżej południowego brzegu, między łachami i przybrzeżnymi mieliznami. Oprócz wrót doku zniszczone miały również zostać kosztowne i trudne do zastąpienia pompy wirnikowe i maszynownie, wrota do basenu, w którym stacjonowały U-boty, zbiorniki paliwa i okręty znajdujące się w pobliżu. Po długich wahaniach Admiralicja w końcu zaakceptowała plan. Przygotowania do operacji pod nazwą Chariot, wystartowały 3 marca 1942 r.

Pod fałszywą flagą

Do akcji wybrano stary amerykański niszczyciel - USS Buchanan pamiętający I wojnę światową. Teraz przekazany Brytyjczykom pływał jako HMS Campbeltown. Miał on, udając niemiecki okręt przedostać się do portu i z impetem uderzyć we wrota doku. Na wzór niemieckiego niszczyciela klasy Möwe ścięto mu dwa kominy i przebudowano. Główne uzbrojenie zmieniono na lżejsze – szybkostrzelne działo na dziobie i 8 Oerlikonów. Pomost bojowy opancerzono, a wzdłuż burt zamontowano ekrany ze specjalnej hartowanej stali o grubości 6,5 mm, za którymi podczas ataku mieli kryć się komandosi. Okręt został dosłownie wypatroszony ze wszystkiego co niepotrzebne, a zwiększające wagę. Usunięto wyrzutnie torped i bomb głębinowych. Zanurzenie nie mogło przekroczyć 10 stóp.

Wrota doku były tak masywne, że samo uderzenie okrętu nie rozbiłoby ich. Dlatego pod pokładem, na dziobie niszczyciela umieszczono ważący 4,5 tony ładunek wybuchowy złożony z zalanych betonem dwudziestu czterech bomb głębinowych. Niszczycielowi miały towarzyszyć inne okręty. Rozwijający 24 węzły ścigacz artyleryjski MGB 314 na którym znajdowało się stanowisko dowodzenia operacją, był wyposażony w radiolokator i echosondę. Kuter torpedowy MTB 74 miał zniszczyć wrota, gdyby Campbeltown utknął na mieliźnie. Pozostali komandosi mieli płynąć na 12 kutrach patrolowych ML. Dodatkowo 4 takie kutry uzbrojone w wyrzutnie torped miały zniszczyć niemieckie okręty zakotwiczone w porcie.

Dowódcą komandosów został ppłk Charles Newman. Przed wojną oficer rezerwy, z doświadczeniem w działaniach nieregularnych z kampanii norweskiej. To z jego pododdziału - Commando Nr 2 pochodziło najwięcej, bo 173 komandosów. Pozostali rekrutowali się z Commando Nr 1, 3, 4, 5, 9 i 12. Newman, wraz z dowódcą części morskiej operacji – kmdr. por. Robertem Ryderem zaczęli intensywnie przygotowywać swoich żołnierzy i marynarzy do akcji.

Trudny plan

Komandosi mieli lądować w 3 grupach. Zadaniem pierwszej, pod dowództwem kpt. Hodgesona, było opanowanie Starego Mola i wyeliminowanie dział przeciwlotniczych na południowym nabrzeżu. Potem zniszczenie elektrowni na starym mieście, mostów i śluz na tzw. nowym wejściu do portu. Druga, pod dowództwem kpt. Burna miała wylądować przy tzw. starym wejściu. Jej zadaniem było zniszczyć pozycje dział, mosty i śluzy w tym rejonie, i zabezpieczać przed atakiem z położonej po przeciwnej stronie Basenu Saint Nazaire bazy okrętów podwodnych.

Trzecia grupa, pod dowództwem mjr. Williama Billa Coplanda miała zniszczyć szyby wyciągowe wrót, stacje pomp i znajdujące się po drugiej stronie suchego doku podziemne zbiorniki paliwa. W grupach były zespoły zadaniowe. Szturmowe miały utorować drogę, zespoły niszczenia podłożyć ładunki pod cele i zdetonować je, a zespoły ochrony ubezpieczać ogniem Brenów, pistoletów maszynowych Thompsona i moździerzy wykonanie zadania. Odwrót miał nastąpić drogą morską na ścigaczach i kutrach. W czasie przygotowań do rajdu, na podstawie zdjęć wykonanych przez RAF stworzono dokładną makietę odwzorowującą port, a komandosi ćwiczyli pod okiem saperów w podobnym doku w Southampton.

Niemcy mieli w St Nazaire i w najbliższej okolicy ok. 5 tys. żołnierzy. Artylerię nadbrzeżną o kalibrach od 75 do 280 mm obsługiwali żołnierze z 280. batalionu artylerii marynarki. Dwie baterie artylerii plot kalibru 88 mmm - jedna na północnym, a druga na południowym brzegu obsadzona była przez 22. Brygadę Artylerii plot marynarki. Oprócz tego działa przeciwlotnicze, Boforsy i Oerlikony w kalibrze od 20 do 40 mm rozmieszczone co 200 metrów na nabrzeżach, falochronach i molo.

Czytaj także:
Tajna misja w imieniu Hitlera. To dlatego Hess musiał zginąć?

Z około 100 dział broniących podejścia do portu, wiele było rozmieszczonych w żelbetowych stanowiskach na nabrzeżu, na dachach portowych budynków i wspomaganych reflektorami. Wokół miasta rozmieszczone były pododdziały z 333. Dywizji Piechoty, gotowe do wsparcia obrońców.
W samym porcie stacjonowały pododdziały ochrony, wystawiające posterunki wartownicze i patrole piesze i na łodziach. Kilka okrętów Kriegsmarine patrolowało też wody wokół portu.

Prosto we wrota

Prognozy wskazywały, że najkorzystniejsze warunki do przeprowadzenia rajdu będą pod koniec marca albo na początku kwietnia, w księżycową, jasną noc, między 24.00 a 02.00 w nocy. Wyprawa wyruszyła z Falmouth 26 marca o 14.00, eskortowana przez dwa niszczyciele - TynedaleAtherstone. Po drodze plan o mało co nie spalił na panewce. Rano 27 marca załoga Tyndale’a wykryła niemiecki okręt podwodny U-593. Mimo podjętego pościgu nie udało się go zniszczyć. Okręt przekazał do dowództwa meldunek radiowy, że konwój kieruje się prawdopodobnie do Gibraltaru, co nie wzbudziło niepokoju Niemców. Około godziny 21.00, kiedy odległość od celu wynosiła około 65 mil morskich zespół zmienił kurs wprost na Saint Nazaire. TynedaleAtherstone odłączyły się od grupy. Około 22.00 przed konwojem wynurzył się brytyjski okręt podwodny Sturgeon, światłem pokładowym wskazując, że są na właściwym kursie. Na Campbeltownie wywieszono banderę Kriegsmarine.


Kiedy konwój zbliżał się do Saint Nazaire, bombowce RAF-u zaczęły bombardować port. Ponad 60 maszyn przez godzinę zrzucało bomby z wysokości prawie 2 kilometrów. Nalot miał odwrócić uwagę stacji radiolokacyjnej na przylądku Le Croisic, zagłuszyć odgłosy nadpływających okrętów i spowodować zamieszanie wśród obrońców. Zamiast tego sprawił, że zwiększyli oni czujność, spodziewając się desantu spadochroniarzy.

Pół godziny po północy brytyjskie okręty wpłynęły na płytkie wody ujścia Loary. Campbeltown dwa razy zarył poszyciem o dno, ale płynął dalej. Dwadzieścia minut po pierwszej w nocy, nadbrzeżne reflektory oświetliły zbliżające się okręty. Niemcy aldisem zażądali identyfikacji. Z MGB 314 odpowiedział marynarz przebrany w mundur Kriegsmarine, używając przejętego niemieckiego kodu. Kilka niemieckich pocisków zdążyło już spaść na niszczyciel. W odpowiedzi ścigacz nadał sygnał „bratobójczy ogień”. Wymiana korespondencji opóźniła otwarcie ognia przez Niemców o około sześć minut. Niemieckie baterie otworzyły w końcu ogień, ale brytyjskie okręty były już poza zasięgiem najcięższych dział. Na Campbeltownie podniesiona została brytyjska bandera wojenna.

Okręty płynęły teraz pod bezpośrednim ogniem dział artylerii nadbrzeżnej i przeciwlotniczej, omiatane oślepiającym światłem reflektorów. Do wrót doku pozostało półtora kilometra. Pociski raz za razem trafiały w pędzący z prędkością 19 węzłów niszczyciel. Płk Newman wspominał później, że burty okrętu wyglądały, jakby płonęły żywym ogniem. Szybkostrzelne Oerlikony wypluwały setki pocisków z luf. Komandosi na pokładzie strzelali zza osłony ze swoich brenów. Pozbawione opancerzenia lekkie kutry po trafieniu w zbiorniki płonęły jak zapałki. Ropa rozlewała się po powierzchni wody tworząc ogniste pułapki, w których ginęli wyrzuceni za burtę komandosi i marynarze. Z niektórych kutrów ocalało zaledwie po kilku pasażerów. Około 23.00 porucznik Nigel Tibbits zszedł pod pokład i uzbroił bomby głębinowe, dla pewności w kilka różnych zapalników. Campbeltown, prowadzony przez kmdr. por. Stephena Beattie’go mimo nieustannego ognia, oślepiającego blasku reflektorów i pożaru na dziobie w końcu minął Stare Molo, przedarł się przez sieci przeciwtorpedowe i z impetem uderzył prosto we wrota doku, wbijając się wgłąb na 10 metrów. Beattie kiedy ochłonął, skomentował swój wyczyn słowami „W końcu jesteśmy na miejscu…. cztery minuty spóźnienia”.

Zdatni do walki komandosi po bambusowych drabinkach i linach zaczęli opuszczać pokład okrętu. Grupy rozbiegły się do swoich celów. Ładunki miały być podłożone w mniej niż 10 minut. Żołnierze wysadzili urządzenia w stacji pomp i w szybach wyciągowych. Nie udało im się dostać
do środka wrót, ani zniszczyć składów paliwa. Zdetonowali więc pozostałe ładunki wybuchowe przy wrotach i rozpoczęli ewakuację.

Rzeź komandosów i marynarzy

Komandosi płynący na kutrach nie mieli tyle szczęścia. Tylko ML 45 zdołał wysadzić desant przy Starym Molo, a ML 177 osiągnął śluzę przy starym wejściu do basenu. Do celu dopłynęły jeszcze tylko dwa kutry w tym ML 269, który na pełnej szybkości lawirował po rzece, starając ściągnąć na siebie ogień. Niektórzy komandosi skakali wprost do wody, starając się dopłynąć do brzegu. Reszta kutrów płonęła, albo uszkodzona wycofywała się na otwarte morze. Niemiecki ogień nie ustawał. Teraz prowadziły go stanowiska na dachu hangaru U-botów, na koszarach i na pływających po Loarze niemieckich okrętach. Nocne niebo rozświetlały flary. Płk Newman zszedł na ląd i zaczął kierować działaniami grup osłony. Zatrzymały one Niemców, coraz liczniej przybywających do portu i umożliwiło działanie grupom niszczącym. Po wykonaniu przez nie zadań, Newman zdał sobie sprawę, że ewakuacja drogą morską jest niemożliwa. Rejon Starego Mola, skąd miał nastąpić odwrót był zaciekle broniony przez Niemców. Wszystkie ścigacze i kutry leżały rozbite na brzegu, dopalały się na wodzie albo odpłynęły. Podpułkownik zebrał około 70 pozostałych komandosów. Po krótkiej, motywującej przemowie poprowadził ich biegiem, pod ciągłym ostrzałem przez most, przebijając się na ulice Saint Nazaire i rozpraszając na jego ulicach. Newman z kilkunastoma żołnierzami po 3 godzinach krążenia po podwórkach i ogrodach, przed świtem weszli do schronu przeciwlotniczego. Tam znaleźli ich Niemcy.

Komandor Ryder upewnił się, że Campbeltown wykonał swoje zadanie. Potem kazał storpedować wrota śluzy przy starym wejściu i odpłynął na pełne morze stawiając zasłonę dymną i zabierając po drodze rozbitków. W żaden sposób nie mógł już pomóc komandosom. Niemcy odbili stanowiska przy Starym Molo i wejściu do basenu. Wycofujące się pozostałości morskiego zespołu były dalej ostrzeliwane przez niemieckie działa i atakowane przez okręty, dopóki nie dotarły pod ochronę niszczycieli. Do brytyjskich brzegów dotarły tylko trzy kutry.

Brytyjskie niespodzianki

Nad ranem sytuacja wydawała się opanowana. Niemcy ścigali nielicznych komandosów po uliczkach Saint Nazaire, przeszukując dom po domu. Do suchego doku i na pokład Campbeltowna weszli technicy, którzy ocenili, że zniszczenia spowodowane przez komandosów w krótkim czasie będzie można naprawić, a okręt nie stanowi zagrożenia. Potem na pokład zaczęły wchodzić wycieczki oficerów – nierzadko z francuskimi kochankami, żołnierzy i cywilów, którzy oglądali zniszczenia albo starali się zabrać pamiątki z miejsca akcji. Około południa w porcie rozległ się ogłuszający huk. Z opóźnieniem eksplodowały materiały wybuchowe w ładowni. Okręt został rozerwany, a w powietrze wyleciały szczątki ludzi zmasakrowanych przez wybuch. Wrota doku przełamały się zmieniając w górę pogiętego żelastwa, a do środka wlały tysiące ton wody. W wyniku wybuchu zginęło około 360 ludzi, w tym 40 starszych oficerów.

Nie był to jeszcze koniec niespodzianek, które czekały na Niemców. Następnego dnia do usuwania zniszczeń i sprzątania zalegających w całym porcie ludzkich szczątków zaangażowano robotników z Organizacji Todta. Około 16.30 w wodzie eksplodowały torpedy, wystrzelone dla zniszczenia śluzy przy starym wejściu do portu. Robotnicy w panice zaczęli uciekać z portu. Ubrani w kombinezony khaki zostali wzięci przez niemieckich żołnierzy za atakujących ponownie komandosów. W strzelaninie zginęło kilkudziesięciu robotników.

Czytaj także:
Lepsi niż komandosi. Polscy grenadierzy mogli uczyć „specjalsów” z US Army

Uwięziony Tirpitz

Z 622 komandosów i marynarzy, którzy wyruszyli do akcji, do Anglii wróciło 238. Jedynie pięciu komandosów uniknęło niemieckiego pościgu i przez Hiszpanię i Gibraltar wróciło do ojczyzny. 105 marynarzy i 64 komandosów zostało zabitych w akcji, 215 wzięto do niewoli. Polegli żołnierze zostali przez Niemców pochowani z wojskowymi honorami na cmentarzu w Le Baule – Escoublac. 89 żołnierzy zostało wyróżnionych, 5 w tym Newman, Ryder i Beattie otrzymało Victoria Cross.

Hilter na wieść o rajdzie w ataku wściekłości zwolnił gen. płk. Carla Hilperta - szefa sztabu Kwatery Głównodowodzącego Wehrmachtu na Zachodzie. Dönitz w obawie przed atakiem komandosów przeniósł sztab dowodzenia okrętami podwodnymi z Lorient na wybrzeżu Bretanii
do Paryża. Na rozkaz Hitlera wybrzeże atlantyckie usiane zostało potężnymi betonowymi bunkrami i stanowiskami artylerii.

Zniszczenia spowodowane przez rajd spowodowały, że dok został przywrócony do użytku dopiero w latach 50-tych. Tirpitz został uwięziony w norweskich fiordach, skąd rzadko wyruszał na Atlantyk. Został zatopiony w listopadzie 1944 r. po bezpośrednim trafieniu dwiema bombami Tallboy o wadze 5,45 tony każda.

Czytaj także

 1
  • Zenek Sztacheta IP
    Co ciekawe, jednym z okrętów które były brane pod uwagę jako taranujące dok była nasza ORP Burza, ale nasze dowództwo marynarki się na to nie zgodziło.
    Dodaj odpowiedź 2 0
      Odpowiedzi: 0