„Papież Hitlera”. Kulisy wielkiej operacji przeciwko Piusowi XII

„Papież Hitlera”. Kulisy wielkiej operacji przeciwko Piusowi XII

Pius XII podczas koronacji wizerunku Matki Boskiej Śnieżnej w Bazylice Matki Bożej Większej, 1954 r.
Pius XII podczas koronacji wizerunku Matki Boskiej Śnieżnej w Bazylice Matki Bożej Większej, 1954 r. / Źródło: Wikimedia Commons / Fot: Ambrosius007
Dodano
Zmiana wizerunku Piusa XII w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat to jedna z największych i najbardziej intrygujących zagadek współczesności.

W chwili śmierci Pius XII cieszył się powszechnym uznaniem. Tuż po tym, gdy ostatecznie wyzionął ducha, w uznaniu jego wielkich zasług dla ratowania Żydów specjalny hołd złożyli mu David Ben Gurion i Golda Meir. Wcześniej, doceniając skalę zaangażowania w pomoc skazanym na śmierć Żydom, jego imię, Eugenio, przybrał sobie na chrzcie naczelny rabin Rzymu.

Jednak dziś, po kilkudziesięciu latach, obraz papieża Pacellego, ostatniego księcia Kościoła, „prawdziwego Rzymianina” – jak o nim mówiono – jawi się zgoła inaczej. Przede wszystkim zarzuca mu się brak wyraźnego potępienia Holokaustu, co ma wskazywać na jego pronazistowskie sympatie. Wspomina o tym wprost we właśnie wydanych „Ostatnich rozmowach” Benedykt XVI: „[…] nagle zaistniało nowe, całkowicie inne spojrzenie na historię: jak gdyby Pius XII był zwolennikiem nazizmu. Brzmiało to wówczas [w latach 50. i na początku 60.] tak absurdalnie, że nie zasługiwało na jakąkolwiek polemikę”.

Szkoda, że emerytowany papież nie tłumaczy, jak i dlaczego „zaistniało nowe, całkowicie inne spojrzenie na historię”. Nie wspomina też, niestety, o tym, że on sam, kiedy sprawował urząd biskupa Rzymu, w ostatniej chwili, kiedy już wszystkie kościelne procedury zostały spełnione i kiedy zgodnie z wiekowymi regułami powinien był ogłosić swego poprzednika czasów wojny błogosławionym, nagle, bez żadnego wyjaśnienia, przerwał proces beatyfikacyjny.

Rzeczywiście, zmiana wizerunku Piusa XII w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat to jedna z największych i najbardziej intrygujących zagadek współczesności. Wiadomo jedynie, co było punktem zwrotnym – wystawiona w 1963 r. sztuka Rolfa Hochhutha „Namiestnik”, w której Ojciec Święty został pokazany jako zimny, bezduszny biurokrata. Wobec losu Żydów jest on co najmniej obojętny, może wręcz zadowolony z ich cierpień. Ot, jawi się papież Pacelli jako typ współczesnego świętoszka, obmierzła, łajdacka niemal figura, która to publicznie mówi o miłości, w sercu kryjąc mściwość i niechęć. Swoistym ukoronowaniem tego rozwoju była z kolei książka Daniela Goldhagena pt. „Papież Hitlera”. Jest tam Pius XII pokazany jako sprzymierzeniec wodza III Rzeszy.

Czy jednak pojawienie się tych publikacji tłumaczy zmianę powszechnego nastawienia? Jak już teraz wiadomo – mówił o tym w 2007 r. rumuński generał Securitate Ion Mihai Pacepa – do napisania sztuki Hochhutha zainspirował agent sowieckich służb specjalnych, gen. Iwan Iwanowicz Agajanc, pod którego czujną opieką pozostawał austriacki „dramatopisarz”. Sowiecki generał dostarczył mu też potrzebne materiały – częściowo zostały one sfabrykowane przez rumuńskie służby komunistyczne, Securitate, częściowo zaś pochodziły od bp. Aloisa Hudala, duchownego usuniętego z Kurii Rzymskiej przez Piusa XII za pronazistowskie sympatie. Cała operacja, która miała doprowadzić do oczernienia Piusa, została przygotowana przez KGB i nosiła wdzięczną nazwę Seat-12.

Komu zależało na oczernieniu

Łatwo zrozumieć motywy komunistów. Papież Pacelli w czasie swego pontyfikatu dał się poznać jako zdecydowany i stanowczy przeciwnik komunizmu, w którym to systemie i jego ideologii upatrywał dzieła diabła. Część konserwatywnie nastawionych ojców obradującego w Rzymie w 1963 r. soboru domagała się jednoznacznego potępienia komunizmu, powołując się przy tym na nauki ostatnich papieży Piusów – XI i XII. Zrobienie z tego ostatniego drania uderzało w jego moralny autorytet. Niszcząc pamięć papieża, komuniści tanim kosztem dokonywali zemsty na swoim nieprzejednanym wrogu. Nie tylko jednak to był ich cel. Im bardziej zszargany stawał się wizerunek Piusa, tym bardziej traciły na sile jego antykomunistyczne filipiki. Taki człowiek, tak moralnie zdegradowany, musiał się mylić w ocenie komunistów. Ktoś, kto nie potrafił nazwać po imieniu zbrodni Hitlera, ba, kto niemal się z nich cieszył, nie mógł poprawnie dostrzec wielkości i zalet komunistycznej ideologii. Wreszcie w interesie ówczesnych przywódców Związku Sowieckiego była zmiana nastawienia całego Kościoła do komunizmu. Cios w pamięć o Piusie ułatwiał drugiej stronie, tym razem kościelnej, działanie. Wprawdzie Watykan przez lata jednoznacznie komunizm potępiał, ale skoro Pius XII był kryptosympatykiem nazizmu, to można było spokojnie odrzucić jego sprzeciw. Droga do dialogu marksistowsko-katolickiego stała otworem.


Nie tylko komuniści mieli interes w zakwestionowaniu dziedzictwa Pacellego. Drugą grupą, której karykaturalny obraz papieża bardzo odpowiadał, byli postępowi teologowie i wspierająca ich duża część liberalnej prasy. Dla nich Pius XII był symbolem minionego, starego, tradycyjnego Kościoła. Ten nowy, który rodził się ich zdaniem w Watykanie w latach 60., musiał przezwyciężyć błędy przeszłości, musiał odciąć się od dawnej doktryny, musiał pokazać, że jest otwarty, dialogiczny i ekumeniczny. Zamiast wprost przekreślić nauki Piusa – rzecz z punktu widzenia ciągłości doktryny kościelnej trudna do wyobrażenia – łatwiej było zdezawuować moralnie ich głosiciela. Jeśli Pius XII był faktycznie obojętny na prześladowania milionów Żydów, jeśli spoglądał na nie być może nawet z życzliwością, to w oczywisty sposób uderzało tak w jego moralność, jak we wcześniejszą doktrynę Kościoła, w której się wychował. Postępowi teologowie i lewicowi katolicy potrzebowali nowego obrazu Piusa jak kania dżdżu. Dzięki temu mogli nie tylko zrezygnować z potępienia komunizmu, lecz także otworzyć się na wspólne z marksistami poszukiwanie trzeciej drogi.

Zmiana wizerunku zmarłego papieża leżała też w interesie znacznej części środowisk żydowskich. I znowu warto oddać głos wspominającemu te lata Benedyktowi XVI: „W tamtych latach odbyliśmy wiele spotkań z Żydami i nikt nie wspomniał o tamtym temacie [o milczeniu Piusa na temat zbrodni niemieckich przeciwko Żydom]. Natomiast wszyscy uważali i nalegali na to, że sobór powinien wypowiedzieć się w sprawie pozytywnej regulacji stosunków Kościoła i Żydów. Chodziło o deklarację przychylnie oceniającą judaizm, a tym samym niwelującą stare uprzedzenia, które stały się współprzyczyną powstania takiej tragedii. Bardzo im na tym zależało. I tak się stało”. Otóż ten krótki cytat ma ogromne znaczenie. Po pierwsze pokazuje, że kształt soborowych dokumentów dotyczących judaizmu odpowiadał ściśle oczekiwaniom Żydów – „Bardzo im na tym zależało. I tak się stało”. Po drugie, co jeszcze ważniejsze, chodziło o „przychylną ocenę judaizmu”, co w jaskrawy sposób kontrastowało z odziedziczoną doktryną. I wreszcie, po trzecie, owa odziedziczona doktryna, wyznawana jeszcze przez Piusa XII, miała się okazać „starymi uprzedzeniami”, które „stały się współprzyczyną powstania takiej tragedii”, to jest Holokaustu. Żeby taka operacja się powiodła, trzeba było wcześniej zdezawuować Piusa jako ostatniego reprezentanta „starych uprzedzeń”. Jedyne, co uderza, to to, że Benedykt XVI najwyraźniej nie dostrzega związku między postulatami nowej oceny judaizmu a zmianą obrazu Piusa. Mówi, że „nikt nie wspominał o tamtym temacie” zapewne w czasie rozmów teologów katolickich z Żydami.

Czytaj także:
Obłąkany plan Hitlera: Porwać papieża!

Tyle że związek ten jest oczywisty. Nie można było jednocześnie uznawać Piusa za bohatera, który kierując się miłością bliźniego, chciał ratować Żydów i przyjmować, że głoszone przezeń „stare uprzedzenia” są współprzyczyną Holokaustu. Obok komunistów i postępowych teologów na zniszczeniu wizerunku Piusa zależało zatem niektórym środowiskom żydowskim, tym wszystkim, którzy zaangażowali się w dialog z katolicyzmem. Ich cel też był jasny: z jednej strony chcieli doprowadzić do pozytywnej oceny swej religii, z drugiej do przyznania przez Kościół, że ponosił współwinę za masowe zbrodnie Hitlera. Oba te cele, sądząc ze słów Benedykta, udało im się osiągnąć. Kościół najwidoczniej otworzył drogę do uznania, że jego dawna nauka była „współprzyczyną takiej tragedii”. Oznaczało to jednak w konsekwencji koniec opowieści o bohaterstwie Piusa. Im bardziej Kościół utożsamiał się z religią Holokaustu, im mocniej głosił, że stare uprzedzenia były współprzyczyną tragedii, tym wyraźniej musiał żegnać się z papieżem, który nie umiał napiętnować starych uprzedzeń.

Dopiero teraz można zrozumieć ów niezwykły paradoks: postęp wiedzy historycznej w ostatnich latach, postęp możliwy dzięki dotarciu do nowych dokumentów, otwarciu dotąd ściśle strzeżonych archiwów, wcale nie przyczynił się do zmiany wizerunku papieża Pacellego. Mimo prac różnych historyków, mimo publikacji choćby ostatnio pracy Marka Rieblinga czy wcześniej Barbary Frale i Michaela Hesemanna, które pokazują, że od samego początku wojny Pius XII miał bliskie kontakty z antyhitlerowskim niemieckim podziemiem, że brał udział w spisku na życie Führera, że o planach podboju przez Hitlera uprzedzał aliantów, że pod jego rządami Watykan stał się miejscem kontaktu różnych antynazistowskich grup, pozostaje on nadal, co się tyczy publicznego wizerunku, papieżem o w najlepszym razie dwuznacznej moralności.

Szantaż teologów

Nawet jeśli nie wspierał on nazistów, jak chcą radykałowie, to wyznawał fałszywą doktrynę antyjudaizmu, co powstrzymało go od zabrania głosu. Ciekawe, że ci, którzy krytykują Piusa XII za milczenie, mają na myśli wyłącznie milczenie w kwestii zbrodni przeciwko Żydom i całkowicie pomijają znaczący skądinąd fakt, że papież ten nie potępił także zdecydowanie ludobójstwa Polaków dokonanego przez Niemców. Tego wolą nie zauważać. Powód jest prosty. Jeśli Pius nie potępił zbrodni nie tylko przeciwko Żydom, lecz także przeciwko Polakom, to z pewnością jego zachowania nie tłumaczy żaden antyjudaizm. Być może popełnił błąd, być może mógł pozwolić sobie na więcej, z pewnością jednak przyczyną jego milczenia nie był antyjudaizm ani antysemityzm. Papież może mylił się w sensie politycznym, a jego rachunek zysków i strat był błędny, ale nie miało to nic wspólnego z rzekomymi uprzedzeniami. Tego wszakże w żaden sposób ideolodzy holokaustianizmu uznać nie chcą, czyniłoby to bowiem całe ich rozumowanie, jak to jest w istocie, bałamutnym.


16 lutego 2010 r. 19 katolickich profesorów teologii i historii napisało do papieża Benedykta XVI list, w którym wezwało go do wstrzymania procesu kanonizacyjnego Piusa XII. Występując w imieniu sygnatariuszy, jeden z autorów listu, ks. John Pawlikowski, twierdził, że co do zasady nie jest przeciwny kanonizacji Piusa, ale według niego taka decyzja znacznie pogorszyłaby stosunki z Żydami. W samym liście zaś stwierdzano: „Przez wieki kościoły chrześcijańskie, w tym Kościół rzymskokatolicki, propagowały tak religijny antyjudaizm, jak i religijny antysemityzm, nawet jeśli robiły to nieświadomie lub z niewiedzy. [...] Dla wielu Żydów i katolików Pius XII pełni rolę znacznie większą niż tylko jednego z byłych papieży. W istocie Pius XII stał się symbolem wiekowego chrześcijańskiego antyjudaizmu i antysemityzmu [...]”. Jak zwykle w tego rodzaju listach na końcu pojawiła się niezbyt zawoalowana groźba, że jeśli Benedykt XVI nie ustąpi i proces kanonizacyjny będzie się posuwać, to doprowadzi to do pogorszenia się relacji chrześcijańsko-żydowskich „w sposób, którego nie da się naprawić w dającej się przewidzieć przyszłości”. Szantaż najwyraźniej poskutkował, gdyż sprawa wyniesienia Piusa XII na ołtarze utknęła w martwym punkcie.

Otóż pisząc, że Pius XII stał się „symbolem wiekowego chrześcijańskiego antyjudaizmu i antysemityzmu”, katoliccy teologowie, być może nieświadomie, szczerze napisali, o co w całej debacie na temat Piusa chodzi. Stał się on mimowolnie zakładnikiem w wojnie, jaką ideologowie holokaustianizmu toczą z tradycyjnym chrześcijaństwem. Muszą oni za wszelką cenę wykazywać, że Pius milczał ze złej woli lub niechęci do Żydów, gdyż w przeciwnym razie, gdyby miało się okazać, że niósł on Żydom pomoc na tyle, na ile to było w ówczesnych strasznych warunkach możliwe, ideologowie straciliby tak upragniony symbol. Ba, okazałoby się, że cała ich opowieść o chrześcijańskim antyjudaizmie, który to rzekomo utorował drogę Hitlerowi, kupy się nie trzyma. Dlatego żadne ustalenia i fakty nie mają dla nich znaczenia. Co z tego, że w Watykanie w czasie niemieckiej okupacji Rzymu ukrywało się 470 Żydów, a 4,2 tys. znalazło schronienie w rzymskich klasztorach i konwentach, także w letniej rezydencji papieża w Castel Gandolfo. Nie, to wszystko nie ma znaczenia. Powtarzam, tu nie toczy się spór o fakty, ale o idee, ściślej, tu toczy się spór ideologii holokaustiańskiej z chrześcijaństwem.

Wina i pomoc

Główną winą Piusa XII było nie to, że nie pomagał Żydom, bo to robił, nie to, że pomagał zbyt mało, bo nikt ze współczesnych mu przywódców nie pomógł bardziej, wreszcie nie o to nawet, że milczał, bo nawet ślepi muszą rozumieć, że napiętnowanie Hitlera uniemożliwiłoby pomoc humanitarną – główną winą Piusa jest to, że był papieżem tradycyjnego Kościoła, wyznającego jasno konieczność nawrócenia Żydów i widzącego w judaizmie, który odrzucał Chrystusa, fałszywą i niebezpieczną religię. Nie ocenia się zatem jego czynów ani nie porównuje ich z tym, co robili i myśleli jemu współcześni, przeciwstawia się go późniejszym nauczycielom Kościoła, od Jana XXIII wzwyż. Pius byłby dobrym, zasługującym na kanonizację papieżem, gdyby miał poczucie winy za przeszłość Kościoła i gdyby uznawał, że jego jedynym celem była obrona Żydów.

Jeśli chodzi o pomoc, jaką Rzym starał się nieść na wszelkie sposoby potrzebującym, to współcześni historycy, a przynajmniej ci najbardziej głośni, zachowują się tak, jakby nie zdawali sobie sprawy z kontekstu. Papież mógł nieść skuteczną pomoc – a więc ratować życie, przekazywać informacje, dopominać się o polepszenie losu prześladowanych – jedynie wtedy, gdy działo się to z częściową przynajmniej aprobatą reżimu Hitlera. Dopiero jeśli się o tym pamięta, to okaże się, jak wielka była skala działań humanitarnych podjętych przez Watykan.

Czytaj także:
Krucjaty - samoobrona Zachodu. Jak sfałszowano historię krzyżowców

Prawda zaś była całkiem inna. Pokazała ją Barbara Frale w znakomitej książce „Il principe e il pescatore” („Książę i rybak”). Podstawowym przekonaniem Eugenia Pacellego było to, że „Kościół nie ma mocy militarnej, lecz jedynie może wywierać pewien wpływ natury dyplomatycznej”. Tutaj właśnie należy upatrywać motywy jego polityki. Nie rzekome wiekowe uprzedzenia ani dziejowe stereotypy, ale doświadczenie wyniesione z lat pracy w watykańskiej dyplomacji, obserwacja aktywności Benedykta XV w czasie I wojny światowej – to zadecydowało o takiej, a nie innej postawie Piusa XII. Dalej włoska historyk pisze równie celnie: „Taki wpływ może być ogromny, umiarkowany lub żaden, wszystko zależy od tego, w jakim stopniu rządzący uznają autorytet Stolicy Świętej: a reżim nazistowski, z wyjątkiem zwykłych słów konkordatu, nie przypisywał Kościołowi żadnego wyższego autorytetu religijnego lub moralnego”.

Pius XII zdawał sobie sprawę, że ma do czynienia z groźną i przebiegłą bestią. Trzeba pamiętać, że aż do wybuchu wojny Hitler uchodził za poważnego europejskiego polityka, był stałym partnerem rozmów dyplomatycznych, uczestnikiem konferencji i spotkań międzynarodowych. Podjęcie wobec niego ostrych kroków mogło pociągnąć za sobą jedynie nasilenie represji wobec niemieckich katolików. Ani nie polepszyłoby losu Żydów, ani nie zmieniło nastawienia Niemców do reżimu. Ba, gorzej – po wyrażeniu takiej publicznej dezaprobaty Pius utraciłby wszelką szansę na pomoc samym Żydom, zarówno tym wyznającym judaizm, jak i znajdującym się w jeszcze gorszym położeniu Żydom chrześcijanom. Robił zatem, co mógł. W obliczu konieczności, kiedy to coraz wyraźniej widać było nadciągającą burzę, starał się, czy to kanałami dyplomatycznymi, czy za pośrednictwem zakulisowych rozmów, wpływać na złagodzenie polityki dyktatora. W ostateczności dzięki temu, co zrobił, ocalały tysiące istnień ludzkich. I robił to, wierząc w prawdę nakazu miłości bliźniego, w prawdę odziedziczonej i niezmiennej nauki, jaką przekazywały kolejne pokolenia chrześcijan.

Okładka miesięcznika Historia Do Rzeczy: 11/2016
Artykuł został opublikowany w 11/2016 wydaniu miesięcznika „Historia Do Rzeczy”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także