II wojna światowaAmerykanie w Świeradowie. Czy czołgiści Pattona wyzwolili w 1945 r. kawałek przyszłej Polski?

Amerykanie w Świeradowie. Czy czołgiści Pattona wyzwolili w 1945 r. kawałek przyszłej Polski?

Dodano 4

Pracami nad najbardziej tajnymi broniami III Rzeszy kierował jeden z największych nazistowskich zbrodniarzy - odpowiedzialny za śmierć dziesiątek tysięcy robotników przymusowych Hans Kammler. To właśnie jemu podlegały projekty związane z pracami nad bronią jądrową, rakietami międzykontynentalnymi oraz myśliwcami odrzutowymi. Los Kammlera do dzisiaj nie został wyjaśniony. Podobno w kwietniu 1945 r. był widywany w Czechach, między Pragą a Pilznem. Od lat uparcie krążą spekulacje, że jego samobójstwo 9 maja 1945 r. zostało upozorowane, a on sam wywieziony do USA, gdzie otrzymał nową tożsamość. Podobna operacja mogła zostać przeprowadzona przez Amerykanów w ramach rajdu do Świeradowa. Kammler mógł tam przekazać dokumentację i urządzenia, wywiezione z podziemnych kompleksów w Sudetach, których budowę i pracę nadzorował. Na takich motywach - poszukiwania maszyny deszyfrującej radzieckie depesze - oparta została powieść Bogusława Wołoszańskiego i późniejszy serial Tajemnica twierdzy szyfrów. Polsko-amerykańska grupa amerykańskich komandosów wspierana przez pluton pancerny dociera tam do położonego w pobliżu Świeradowa Zamku Czocha.

Złoto dla zuchwałych?

Opowieść, o ile jest prawdziwa, może mieć również bardziej prozaiczne wyjaśnienie. Razem z szybko posuwającym się frontem przemieszczały się również grupy mniej lub bardziej zdyscyplinowanych żołnierzy, za wiedzą swoich przełożonych, a czasem i bez niej penetrujących tereny za liniami przeciwnika. Nie tylko w celu rozpoznawania jego pozycji, ale i w poszukiwaniu trofeów, a nierzadko i prawdziwych skarbów.

Taką grupą, operującą w samej szpicy wojsk Pattona mogła być 2nd Cavalry Group. Jednostka pod dowództwem płk Charlesa H. Reeda. Śmiałego i nienawidzącego Sowietów podobnie jak generał Patton. Reed ze swoimi ludźmi często zapuszczał się samodzielnie za linie wroga, znikając ze sztabowych map. Był zresztą sprawcą jednego z pierwszych incydentów zimnej wojny. Mimo postanowień sojuszniczych, 11 maja 1945 r. nie wpuścił Armii Czerwonej do Pilzna, grożąc użyciem artylerii. Z zachowanych dokumentów i wspomnień wynika jednak, że w kwietniu 1945 roku, 2nd Cavalry operowała na południu Czech, ratując - na polecenie kawalerzysty Pattona - stadninę koni lipicańskich w Hostouniu przed wpadnięciem w ręce Sowietów albo wygłodniałych uchodźców.

Niemcy?

Cała akcja mogła być również niemiecką prowokacją. Niemcy mieli doświadczenie w podobnych operacjach. Podczas ofensywy w Ardenach na przełomie 1944 i 1945 roku, grupki niemieckich żołnierzy przebranych w amerykańskie uniformy, przemieszczających się dżipami i posługujący językiem angielskim wprowadzały niemałe zamieszanie, kierując ruchem na skrzyżowaniach, przestawiając drogowskazy i przecinając linie telefoniczne.

Co jednak mieliby robić tacy przebierańcy na Dolnym Śląsku, kiedy wojna była już de facto przegrana, a w pobliżu nie było sowieckich jednostek? Być może chodziło o wywołanie konfliktu Związku Radzieckiego z aliantami zachodnimi i odwrócenie sytuacji Niemiec. Trudno było jednak liczyć na to, że jeden pododdział, liczący kilkadziesiąt czołgów był zdolny wywołać III wojnę światową.

Sowieci albo Polacy

Przez Świeradów mogli też przejeżdżać sami Sowieci albo operujący w okolicy Polacy. Na pytanie, czy przeciętny mieszkaniec niemieckiej prowincji pod koniec wojny rozróżniał typy czołgów przeciwnika nie znajdziemy odpowiedzi. Na pewno łatwo było odróżnić amerykańską białą gwiazdę od sowieckiej czerwonej. Białą gwiazdę od białego, "piastowskiego" orła malowanego na polskich czołgach, z daleka odróżnić było trudniej. Na wyposażeniu Armii Czerwonej jak i Wojska Polskiego były liczne amerykańskie pojazdy pancerne, dostarczone w ramach lend - lease. Ich oznaczenia w warunkach frontowych bywały bardzo różne. Ze wspomnień z tamtego okresu wynika, że zdarzały się przypadki, kiedy na pojazdach pozostawały znaki wskazujące na ich amerykańskie pochodzenie.

Komandosi nie jeżdżą czołgami

Na niekorzyść tego, że Amerykanów na wiosnę 1945 r. nie było w Świeradowie najbardziej przemawia jednak inny argument. Właśnie czołgi. Niewątpliwie wizja Shermanów forsujących sudeckie przełęcze jest bardzo efektowna. Kilkadziesiąt maszyn, w dodatku amerykańskich, stacjonujących kilka dni w niewielkiej górskiej miejscowości, rzeczywiście mogło wywrzeć piorunujący efekt na mieszkańcach, dotychczas oszczędzanych przez wojnę. Podobne wrażenie taka wizja wywarła pewnie kilkadziesiąt lat później na czytelnikach Kalendarza

Jednak czołgi chyba najmniej nadawały się do takiego zadania. Przyjmując, że Amerykanie dotarli około 70. kilometrów od Pragi, do pokonania zostało im jeszcze grubo ponad 200 kilometrów. Drogi od zimy zapchane były uchodźcami i uciekającymi przed Rosjanami w mniejszym lub większym porządku Niemcami i ich sojusznikami. Jeszcze w marcu Niemcy wyprowadzili spod niedalekiego Lubania ostatnią udaną ofensywę w tej wojnie. Z północnego zachodu do Pragi zbliżała się 2 Armia Wojska Polskiego, z drugiej strony Armia Czerwona. W operacjach specjalnych - również z tamtego okresu - kluczowym czynnikiem dla powodzenia była szybkość i skrytość przemieszczania, a nie siła ognia. Komandosów przerzucano na miejsce na spadochronach, dżipami albo na wiosłowych łodziach i kajakach, z lekką bronią, najczęściej pod osłoną nocy. Rajd kilkudziesięciu czołgów, którym musiały towarzyszyć ciężarówki i dżipy z żołnierzami piechoty dla ich osłony, cysterny i pojazdy pomocnicze, przedzierających się przez północne Czechy i wracający po kilku dniach ze zdobyczą, jest trudny do wyobrażenia. Dodatkowo niezauważony w oficjalnych dokumentach, relacjach świadków, ani wspomnieniach, oprócz jednego autora.

Czytaj także:
Tajemnica mordu w Podgajach. Jedna z największych polskich zagadek II wojny światowej

W dobrej wierze

Jerzy Łojek przywołał wspomnienie Amerykanów w Świeradowie w konkretnym celu. Podobnie jak generał Patton uważał, że wyzwolenie Polski przez aliantów zachodnich było możliwe i zmieniłoby losy Europy. Fakt, że do tego nie doszło, składał na karb potajemnych działań podejmowanych przez sowieckich agentów uplasowanych w amerykańskich sferach rządowych.

Wcale nie musi to znaczyć, że cała ta historia została wyssana z palca. Jednak równie dobrze mogli to być sami Sowieci poruszający się amerykańskimi czołgami albo Niemcy, przebrani w amerykańskie mundury. Na ironię losu zakrawa natomiast fakt, że wyczekiwani - nie tylko przez publicystę Amerykanie, mogli pojawić się w Świeradowie z całkiem innych powodów. Bynajmniej nie wysłani przez amerykańskiego szeryfa, pragnącego rozprawić się z komunistami. Jeśli Amerykanie naprawdę dotarli na późniejsze Ziemie Odzyskane, zrobili to zapewne z powodu tajnych układów z niedawnymi śmiertelnymi wrogami albo zwykłej chęci zdobycia łupów wojennych. Najbardziej prawdopodobne jest jednak to, że autor zwiedziony fantastycznymi opowieściami miejscowych, wziął je za prawdę. Bardzo pasującą do jego polemicznej wizji wyzwolenia Polski spod niemieckiej okupacji.

Czytaj także

 4
  • Czesław IP
    "Na niekorzyść tego, że Amerykanów na wiosnę 1945 r. nie było w Świeradowie " - czyli na korzyść tego że byli, albo zatrudnijcie korektora…
    Dodaj odpowiedź 0 0
      Odpowiedzi: 0
    • Stary Indiana Dżons IP
      Pewnie młody, to i nie wie. Dżip to jak najbardziej poprawna nazwa, usankcjonowana nawet naukowo, przez słownik PWN. Już Wańkowicz pisał, że nie będzie odmieniał obcojęzycznych nazw własnych i pisał łazik. Poza tym odmienianie typu Jeep'ami, Jeep'owi, Jeep'em przypomina dzisiejsze wyczyny młodych redaktorów, którzy chyba nie wiedzą, że język polski zawiera wszystkie litery, które są w języku rosyjskim i namiętnie piszą np. Galitsyna zamiat Galicyna albo Volozh zamiast Wołoż.
      Dodaj odpowiedź 8 0
        Odpowiedzi: 0
      • Błażej IP
        Bynajmniej nie jest to żaden dowód ignorancji, a wręcz ty komentatorze @Maxmac wykazujesz braki wiedzy. Pewnie młody jesteś i nie wiesz, że tak jak w Polsce mówi się od dawna „adidasy” na wszelkie buty sportowe niezależnie od marki tak mówiło się „dżip” lub „gazik” na wszelkie auta terenowe. Pierwsza nazwa pochodziła właśnie od amerykańskiej marki Jeep, a druga od radzieckiej GAZ. Parę ładnych lat po wojnie w wojsku polskim używano aut jeep pozostałych po amerykańskiej pomocy wojennej dla ZSRR i stąd w Polsce pozostała nazwa „dżip” na określenie aut osobowych terenowych. „Gazik” miał to wyprzeć bo to przecież „imperialistyczne wytwory zgniłego Zachodu były”. W latach 80’ „dżipem” określano więc terenówki zachodnie, a „gazikami” wschodnie (przeważnie UAZy).
        Dodaj odpowiedź 9 0
          Odpowiedzi: 0
        • Maxmac IP
          Szanowny autorze, pisanie nazwy jeep po polsku i ż jest dowodem ignorancji i głębokiej niekompetencji. Korektorzy językowi tez niech się uspokoją. Ta tendencja do nazw typu charlej albo perzot jest smutna.
          Dodaj odpowiedź 1 13
            Odpowiedzi: 0