II wojna światowaTen Polak uratował miliony ludzi. „W podzięce” ukradli mu Nobla sprzed nosa

Ten Polak uratował miliony ludzi. „W podzięce” ukradli mu Nobla sprzed nosa

Prof. Rudolf Weigl podczas pracy
Prof. Rudolf Weigl podczas pracy
Dodano 1
Nie sposób zliczyć ludzi, którym przeciwtyfusowa szczepionka profesora Rudolfa Weigla uratowała życie. Byli wśród nich belgijscy misjonarze w Chinach, Żydzi w gettach i żołnierze Wehrmachtu. Wielki polski uczony czuł się Polakiem, choć w jego żyłach nie płynęła ani jedna kropla polskiej krwi. W czasie wojny w jego instytucie jako karmiciele wszy pracowało niemal całe dowództwo lwowskiej Armii Krajowej, co dawało tym ludziom ochronę.

(Poniższy tekst jest fragmentem książki „Ostatnie lata polskiego Lwowa” Sławomira Kopra i Tomasza Stańczyka)

Urodził się w 1883 roku w Przerowie na Morawach, w niemiecko-austriackiej rodzinie. O tym, że stał się Polakiem, zdecydował nieszczęśliwy wypadek, bo kiedy miał kilka lat, tragicznie zmarł jego ojciec. Według rodzinnej relacji nastąpiło to w efekcie upadku z bicykla wyprodukowanego przez jego fabrykę.

Matka przyszłego uczonego wyszła ponownie za mąż – tym razem za Polaka, Józefa Trojnara – wskutek czego rodzina przeniosła się do Galicji. Tam Weigl szybko wrastał w polskie otoczenie, a dobre kontakty z ojczymem przyspieszyły jego asymilację.

Po maturze związał się ze Lwowem i ukończył studia przyrodnicze na miejscowym uniwersytecie. W 1907 roku został asystentem wybitnego uczonego, profesora Józefa Nusbauma-Hilarowicza, a następnie docentem w katedrze zoologii. Podczas I wojny światowej pracował w wojskowym laboratorium bakteriologicznym w Przemyślu, a badania nad tyfusem prowadził także w austriackich obozach jenieckich.

Po zakończeniu wojny Weigl powrócił do Lwowa, a wobec zagrożenia epidemiologicznego został powołany do kierowania podobnym laboratorium w polskim wojsku. W 1920 roku, już jako profesor, objął katedrę Biologii Ogólnej na Wydziale Lekarskim Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie. Na krótko przedtem opracował technikę zakażania wszy bakterią Rickettsia prowazekii za pomocą mikrolewatywy.

Było to epokowe wydarzenie, stworzyło bowiem możliwość hodowania zarazka tyfusu.

Zakażone wszy były „producentami” namnażających się w ich organizmach bakterii, a te z kolei służyły jako materiał do produkcji szczepionki przeciw tyfusowi. Owady nie dawały się hodować na sztucznej pożywce, więc ich karmicielami stali się ludzie, od których pobierały krew.

Nietypowy badacz

Weigl poinformował o swoim odkryciu dopiero wtedy, gdy w 1930 roku upewnił się, że jego szczepionka jest skuteczna. Był to przełom w walce z tyfusem, a wynalazek lwowskiego uczonego natychmiast zaczęto stosować w wielu miejscach świata. Na prośbę pracujących w Chinach belgijskich misjonarzy katolickich, których dziesiątkował tyfus, profesor pomógł w zorganizowaniu tam akcji szczepień. Jego szczepionka umożliwiła opanowanie sytuacji w koloniach francuskich w Afryce Północnej, a on sam wyjechał do do Abisynii, gdzie skutecznie zwalczał epidemię tyfusu. W Polsce dzięki jego szczepionce niszczono ogniska tej choroby w Karpatach Wschodnich.

Katedra Biologii Ogólnej Uniwersytetu Jana Kazimierza przy ulicy św. Mikołaja nieformalnie stała się zakładem produkującym szczepionkę przeciwtyfusową. Weigla pasjonowała bowiem praktyczna strona badań, chociaż działo się to ze szkodą dla jego pracy naukowej.

Król życia

Jeden ze współpracowników Weigla nazwał go „królem życia”, gdyż profesor kochał je we wszystkich jego przejawach. Swój pracoholizm umiał łączyć z pozazawodowymi pasjami. Należały do nich fotografia, polowanie na kaczki, łowienie pstrągów w karpackich rzekach, strzelanie z łuku i... kobiety.

Urządził strzelnicę w ogrodzie botanicznym uniwersytetu i opracował nowy model strzały, która wirując w locie, pozwalała osiągnąć znakomitą celność.

O słabości do kobiet jego znajomi i współpracownicy wyrażali się – z szacunku do profesora – bardzo oględnie. Wspominano, że jego zalety towarzyskie były wysoko cenione przez „płeć nadobną”. Zaufana powierniczka rodziny Weiglów, Prakseda Stoerowa, która określiła go jako „wielkiego kobieciarza, co latał za babami”.

Syn profesora wspominał, że jego ojciec był oczarowany tancerką Józefiną Baker, więc gdy przyjechała ona do Warszawy, pojechał na jej występ. Wrócił jednak nieco zawiedziony, gdyż Józefina tańczyła w stroju dość skąpym, ale nie takim jak w Paryżu, gdzie jedynym jej ubiorem były strusie pióra na głowie i złoty sznureczek, na którym wisiał jeden banan.

W 1940 roku zmarła żona profesora, Zofia. Związał się wówczas ze swoją asystentką, doktor Anną Herzigową, z którą już wcześniej łączył go romans.

Wobec sławy i współpracowników

Przed II wojną światową profesor Weigl był wielokrotnie honorowany. W poczet swoich członków przyjęły go Nowojorska Akademia Nauk i belgijska Królewska Akademia Nauk. Otrzymał też nagrodę Polskiej Akademii Umiejętności.

„Nie zważając na swoją światową sławę – wspominał współpracownik profesora Zbigniew Stuchly – był wyjątkowo skromnym, prostotą i naturalnością zyskiwał sobie szacunek i sympatię. Do wszystkich odnosił się życzliwie, zarówno do naukowego pracownika, jak i sanitariuszki, dla każdego miał zrozumienie, każdemu starał się pomóc, zwłaszcza w ciężkich czasach okupacji niemieckiej”.

Pracownicy Instytutu uwielbiali profesora, gdyż w kierowanym przez niego Zakładzie Biologii Ogólnej panowała, nieznana gdzie indziej na uniwersytecie, atmosfera koleżeństwa i wzajemnego szacunku

„Dostępny niemal o każdej porze dnia – opowiadał profesor Stefan Kryński – bez cienia profesorskiej pozy, po ojcowsku traktował swych młodych rozmówców. Krytyczny i wnikliwy, nieuparty i tolerancyjny, obdarzony niezwykłą fantazją i rzadko spotykanym talentem eksperymentatora, z wyjątkową łatwością opracowywał plany doświadczeń i błyskawicznie się orientował w błędach doświadczalnych u innych”.

Czytaj także:
„To Sowieci zabili mojego dziadka”. Wywiad z wnukiem słynnego pogromcy bolszewików

Współpracownik profesora Weigla, Władysław Wolff wspominał, że był on niemal pewnym kandydatem do Nagrody Nobla i fakt, że otrzymał ją inny uczony (Charles Nicolle, w 1928 r. – T.S.) za prace, które bez Weigla nie mogłyby powstać, odbił się głośnym echem w świecie jako wielka niesprawiedliwość.

Rudolf Weigl był później kandydatem do Nagrody Nobla, jednak nie otrzymał jej ze względu na zasadę, że nie przyznaje się jej drugi raz za pracę nad tym samym problemem. A przecież to on dokonał rewolucyjnego przełomu w walce z tyfusem, opracowując szczepionkę. Zwycięzca tej noblowskiej rywalizacji, Charles Nicolle – uhonorowany za dowiedzenie, że tyfus przenoszą wszy odzieżowe – zawsze wyrażał się o nim z największym uznaniem. Po pobycie we Lwowie w 1932 roku napisał do niego:

„Wiele skorzystałem z pobytu w Pańskim Zakładzie. Spodziewam się zrobić jak najlepszy użytek z tego, czego mnie Pan nauczył. […] Obecnie Pan jest tym, który zajmuje pierwsze miejsce w badaniach naukowych tyfusu”.

W sowieckim Lwowie

Po zajęciu Lwowa Nikita Chruszczow, szef sowieckiej Ukrainy, pofatygował się do Weigla osobiście i zaproponował przeprowadzkę do Moskwy oraz członkostwo w sowieckiej Akademii Nauk. Profesor odpowiedział: „Panie sekretarzu, nigdzie nie ma tak wspaniałych wszy, jak we Lwowie, dlatego go nie opuszczę”.

Czytaj także

 1
  • Małgorzata IP
    No i Chruszczowa zatkało dosłownie, to dopiero riposta. Jednym celnym zdaniem wyrazić wszystko. Udowodnił, że można nie mieć w sobie kropli krwi polskiej i być lepszym niż wszyscy ci od pokoleń się nimi mieniący.
    Dodaj odpowiedź 1 0
      Odpowiedzi: 0