II wojna światowaZapomniany polski noblista. Zbudował broń atomową, a potem z nią walczył

Zapomniany polski noblista. Zbudował broń atomową, a potem z nią walczył

Wybuch bomby atomowej nad Nagasaki
Wybuch bomby atomowej nad Nagasaki / Źródło: Wikimedia Commons
Dodano
Józef Rotblat trafił do Los Alamos jako obywatel naszego kraju, co było jedynym takim przypadkiem podczas projektu „Manhattan”. Jego późniejsza działalność na rzecz rozbrojenia do dziś wzbudza jednak olbrzymie kontrowersje.

(Poniższy tekst jest fragmentem książki Sławomira Kopra pt. "Nobliści skandaliści". Wyd. Harde)

Zięciowie Marii Skłodowskiej – Curie nie wyczerpują listy noblistów mających związki z Polską. Kilkunastu innych laureatów było potomkami polskich emigrantów lub w młodości wyjechali z terenu naszego kraju, tak jak biochemik, Andrew Schally, syn generała Wojska Polskiego, który razem z rodziną opuścił Polskę we wrześniu 1939 roku, by ostatecznie osiąść za oceanem. Liczna jest także grupa noblistów narodowości żydowskiej, którzy posiadali polskie obywatelstwo, ale nagrody otrzymali będąc już posiadaczami paszportów innych państw. Pisarz Isaac Singer wyjechał do USA w 1935 roku, ale do końca życia uważał się za warszawiaka i podkreślał swój związek z Polską. W Polsce młodość spędzili także: Leonid Hurwicz (ekonomia), Georges Charpak (fizyka) i Roald Hoffman (chemia), jednak w późniejszych latach nie podkreślali specjalnie swoich związków z Polską.

Z naszego kraju pochodzili także dwaj premierzy Izraela - laureaci pokojowej nagrody Nobla: Menachem Begin i Szimon Peres. Pierwszy z nich był absolwentem Wydziału Prawa Uniwersytetu Warszawskiego i do Palestyny trafił jako żołnierz armii Andersa, drugi natomiast wyjechał z Polski jako dwunastoletnie dziecko. Rok po Peresie pokojową nagrodą Nobla został uhonorowany kolejny były polski obywatel żydowskiego pochodzenia, Józef Rotblat. Jednak jego przypadek był zupełnie odmienny, gdyż zawsze przyznawał się do polskości i do końca życia posługiwał się swobodnie naszym językiem. Wprawdzie po II wojnie światowej przyjął paszport brytyjski, ale zawsze pamiętał, że się urodził i wychował nad Wisłą.

Z Nalewek do doktoratu

Rotblat przyszedł na świat w listopadzie 1908 roku w Warszawie w niemal samym sercu ówczesnej dzielnicy żydowskiej. Jego rodzina była stosunkowo zamożna, ojciec przyszłego noblisty prowadził firmę transportową. Specjalizował się w przewozie towarów na terenie stolicy, dysponował konnymi furgonami i furmankami.

Rotblattowie (tak brzmiało ich właściwe nazwisko) byli rodziną częściowo zasymilowaną. Należeli do żydowskiej gminy wyznaniowej, brali gorliwy udział w życiu religijnym swojej społeczności i w domu używali jidysz, mówili jednak dobrze po polsku. Zresztą znakomita znajomość naszego języka miała w przyszłości mieć decydujące znaczenie dla Józefa.

„ Ojciec nie był bogaczem – wspominał przyszły noblista - ale byliśmy dobrze sytuowani. Pierwsze moje wspomnienia są bardzo idylliczne. Mieszkaliśmy w samym centrum dzielnicy żydowskiej w Warszawie. Pamiętam ogromne podwórze, gdzie stały bryczki, ciągle coś się działo, bo ktoś je naprawiał. Ktoś zajmował się końmi. Ja też miałem małego kucyka dla siebie w stajni. Biegały kozy, gęsi, kurczaki. Jakbyśmy żyli na wsi”.(Za: M. Górlikowski, Noblista z Nowolipek, Józefa Rotblata wojna o pokój, Kraków 2018, ebook)

Wszystko jednak ma swój kres i stabilizacja finansowa rodziny niebawem należała już do przeszłości. Jeszcze przed wybuchem I wojny światowej ojcu przyszłego noblisty nie przedłużono dzierżawy posesji, którą wynajmował, co spowodowało poważny spadek dochodów i rodzina musiała przenieść się do znacznie gorszego mieszkania przy ulicy Nowolipki. Na domiar złego podczas wojny zarekwirowano na potrzeby armii konie Rotblatów, co doprowadziło przedsiębiorstwo do upadku. Rodzina utrzymywała się z nielegalnej produkcji bimbru, dopiero po odzyskaniu niepodległości wznowiona została działalność transportowa. Rotblatowie jednak już nigdy nie odzyskali poprzedniego statusu materialnego.

Józef miał się kształcić na rabina, jednak chłopak nie przepadał za nauką w chederze. Przeniósł się do czteroletniej Szkoły Rzemieślników Dostarczania Pracy Ubogim Żydom przy ulicy Stawki i ostatecznie zdobył zawód elektryka.

Chciał się jednak dalej uczyć, szczególnie bowiem pasjonował się fizyką. Nie miał jednak matury, zresztą z powodów finansowych nie wchodziły w rachubę studia na Uniwersytecie Warszawskim. W 1928 roku trafił jednak do Wolnej Wszechnicy Naukowej, która kontynuowała tradycję Uniwersytetu Latającego i Towarzystwa Kursów Naukowych. Nie wymagano tam świadectwa dojrzałości i o przyjęciu decydował pisemny egzamin wstępny. Został studentem Wszchenicy, gdyż wprawdzie pracę z wiedzy ogólnej napisał nie na temat, ale egzaminatorów zaintrygował jego niekonwencjonalny sposób myślenia.

Uczelnia zatrudniała ponad stu naukowców z tytułem profesora lub docenta, a Rotblat trafił pod opiekę ucznia Marii Skłodowskiej – Curie, profesora Ludwika Wertensteina. Łączył naukę z pracą elektryka (wraz z bratem założył małą firmę), a gdy ustawa sejmowa zaliczyła Wszechnicę do szkól wyższych, także z przygotowaniami do eksternistycznej matury. Dzięki jej uzyskaniu mógł obronić pracę magisterską, a następnie doktorat na Uniwersytecie Warszawskim.

Tola

Był już wówczas żonaty, podczas letnich studenckich kursów pedagogicznych poznał córkę żydowskiego kupca z Lublina, Hadasę Grin. Była młodsza od niego pięć lat i właśnie kończyła polonistykę na Uniwersytecie Warszawskim. Studia rozpoczęła w wieku 15 (!!!) lat, a rok po poznaniu Rotblata obroniła pracę magisterską. Pobrali się jesienią 1934 roku, a na dzień ślubu wybrali sobotę, co było rzadkością wśród Żydów. Jednak oboje coraz bardziej odsuwali się od tradycji religijnej swojego narodu.

Tola (jak ją nazywał Józef) okazała się idealną partnerką inspirującą Rotblata do dalszej pracy. Chociaż zarabiali niewiele, a fizyk łączył wykłady i pisanie artykułów naukowych z dorywczą pracą jako elektryk (!), szybko wyprowadzili się z dzielnicy żydowskiej. Przyszły noblista nie chciał zamykać się wśród współwyznawców, oboje z żoną czuli się Polakami, Rotblat zresztą w tych czasach uważał się za ateistę.

Młody fizyk został asystentem Ludwika Wertensteina w Wszechnicy, który wystarał się dla niego o stypendium u noblisty, Jamesa Chadwicka. Odkrywca neutronów budował właśnie w Liverpoolu cyklotron, a Rotblat miał za zadanie ocenić czy podobna inwestycja będzie możliwa w Polsce.

Tola gorąco popierała pomysł wyjazdu męża, z powodów finansowych nie wchodziło jednak w rachubę, by wspólnie udali się do Anglii. Gdy jednak Józef otrzymał niewielkie dodatkowe stypendium, w sierpniu 1939 roku przyjechał po żonę do kraju. Wówczas okazało się jednak, że ze względów zdrowotnych partnerka nie będzie mogła mu towarzyszyć.

„Nie chciała, bym się martwił – wspominał wiele lat później. - Dowiedziałem się po przyjeździe, że przeszła zapalenie wyrostka robaczkowego z komplikacjami. Właśnie dochodziła do siebie. Lekarze powiedzieli, że nie może w takim stanie odbyć długiej podróży pociągiem i promem przez kanał La Manche do Anglii. Czekałem, jak długo mogłem, ale musiałem wracać do Liverpoolu na staż. Ustaliliśmy, że dołączy do mnie za kilka tygodni, kiedy dojdzie do siebie”. (Za: Ibidem)

Były jednak także inne powody pozostania Toli w kraju. Nie znała w ogóle angielskiego i nie miała żadnych znajomych w Wielkiej Brytanii. Ponadto wahała się też przed pozostawieniem w kraju rodziców, gdyż sytuacja polityczna w Europie była coraz bardziej napięta.

Jej małżonek pojawił się w Liverpoolu na dzień przed wybuchem wojny, żony już nigdy miał nie zobaczyć. Po upadku Warszawy przez Czerwony Krzyż udało mu się ją zlokalizować, okazało się, ze Tola powróciła do Lublina.

Czytaj także:
Bomba atomowa nad Sowietami

Podobno Rotblat próbował za wszelką cenę ściągnąć ją do Anglii. Faktycznie, niektórym zamożnym Żydom udało się uzyskać wizy neutralnych państw i wyjechać z okupowanego kraju. Z reguły byli to jednak bardzo bogaci ludzie, a fizyk i jego żona do nich nie należeli. Podobno Rotblat usiłował zdobyć wizę dla Toli poprzez znajomości w świecie naukowym, partnerka miała początkowo udać się do Danii, a następnie pojawił się plany wyjazdu do Belgii. Oba kraje zostały jednak zaatakowane przez Niemców, niebawem też upadła szansa na wyjazd przez Włochy, gdyż te przystąpiły do wojny po stronie Hitlera. Czy jednak faktycznie żona zgodziłaby się pozostawić swoją rodzinę w lubelskim getcie? I skąd miałaby pieniądze na łapówki i formalności? Niewykluczone, że po latach Rotblat ubarwił tą historię, wykorzystując fakty z życiorysu swojego opiekuna naukowego, Ludwika Wertensteina, który faktycznie w ten sposób próbował opuścić Polskę. Tola natomiast podzieliła los lubelskich Żydów i trafiła do komór gazowych Bełżca. Natomiast ironią losu pozostał fakt, że praktycznie cała rodzina Rotblata pozostała w Warszawie przeżyła wojnę…

Naukowiec o śmierci żony dowiedział się jesienią 1945 roku. Nigdy nie potrafił sobie wybaczyć, że wyjechał bez Toli, co wywarło ogromny wpływ na jego całe późniejsze życie.

Los Alamos

Najlepszą ucieczką przed myślami o losach Toli i rodziny w Polsce była praca. Rotblat w Liverpoolu pokazał pełnią swoich umiejętności, nic zatem dziwnego, że zbierał entuzjastyczne opinie od przełożonych. Niebawem stał się nieodłącznym współpracownikiem Chadwicka, a gdy profesor dostał zaproszenie do udziału w supertajnym amerykańskim projekcie „Manhattan”, chciał by Rotblat wraz z nim wyjechał do Los Alamos. Warunkiem była jednak zmiana obywatelstwa, przy budowie bomby atomowej zatrudnieni mogli być tylko badacze amerykańscy i brytyjscy. Rotblat jednak odmówił, gdyż stwierdził, że czuje się Polakiem, a po wojnie zamierza powrócić do kraju i nie jest mu potrzebny brytyjski paszport. W tej sytuacji Chadwick udał się do Ameryki bez współpracownika, na miejscu przekonał jednak Amerykanów, że polski asystent jest mu konieczny. Ostatecznie Rotblat trafił do Los Alamos jako obywatel naszego kraju, co było to jedynym takim przypadkiem podczas projektu „Manhattan”. Wprawdzie uczestniczył w nim także lwowski matematyk Stanisław Ulam, ale on miał już wówczas paszport USA.

Rotblat nie potrafił się jednak zaaklimatyzować w Los Alamos. Wprawdzie był zadowolony z warunków pracy, jednak życie pod ciągłą kontrolą służb specjalnych nie bardzo mu odpowiadało. Inni radzili sobie z sytuacją nadużywając alkoholu (szczególnie w weekendy), natomiast ci, którzy przyjechali z żonami, powiększali swoje rodziny. Nadprogramowych urodzin (nie tylko zresztą w przypadku żonatych badaczy) było w Los Alamos tak wiele, że dowodzący projektem generał Leslie Groves, miał z tym prawdziwy problem.

Tymczasem Rotblat zaczął zadawać sobie pytanie, czy budowa bomby atomowej nie stanowi zagrożenia dla ludzkości. Takiej broni nie było dotychczas i w przypadku jej rozpowszechnienia mogło dojść do kataklizmu na niespotykaną skalę.. Nie był w tym zresztą odosobniony, także inni naukowcy wyrażali podobne zastrzeżenia, co nie uszło uwadze FBI. Polak i kilku jego kolegów znalazło się pod ścisłą inwigilacją, śledzono ich gdy wyjeżdżali z ośrodka, podsłuchiwano także rozmowy telefoniczne.

Początkowo Rotblat pocieszał się myślą, że projekt Manhattan jest konieczny, by uprzedzić Niemców. Perspektywa bomby atomowej w rękach hitlerowców wydawała się wystarczającą motywacją do pracy, jednak zmienił zdanie, gdy jesienią 1944 roku aliancki wywiad ustalił, że Niemcy nie zbudują własnej bomby. Zrozumiał, że nowa broń nie zostanie użyta przeciwko III Rzeszy, a prawdopodobnie przeciwko Japonii, ewentualnie ZSRS. To go w zupełności nie interesowało i postanowił opuścić Los Alamos. Do projektu łatwiej było jednak przystąpić, niż z niego odejść.

FBI posiadało obszerną dokumentację na temat Rotblata, gdyż podejrzewano go szpiegostwo na rzecz Sowietów. W pobliskim Santa Fe miał się spotykać z ludźmi o komunistycznych poglądach, a ponadto planować ucieczkę do ZSRS. Podobno chciał wstąpić do RAF (brytyjskich sil powietrznych), porwać samolot i wyskoczyć ze spadochronem nad terenami Polski zajętymi przez Sowietów! Co dziwniejsze, FBI wierzyło w ten stek bzdur, na szczęście podczas przesłuchania Rotblat potrafił udowodnić, że w dniach, gdy miał rozmawiać ze zwolennikami komunizmu z Santa Fe przebywał w Los Alamos.

Ostatecznie uzyskał zgodę na powrót do Liverpoolu, dalej go jednak obserwowano, a podczas podróży w niewyjaśniony sposób zaginął jego bagaż. Amerykanie wciąż mu nie ufali, chociaż po latach okazało się, że sowieckim szpiegiem w ośrodku był niemiecki fizyk z brytyjskim paszportem, Klaus Fusch. Zdemaskowano go jednak dopiero w 1949 roku.

Na rozdrożu

W Anglii Rotblat podjął prace przy brytyjskim projekcie bomby atomowej. Tym razem nie miał obiekcji, doskonale bowiem wiedział, że Anglicy nie mieli środków ani możliwości dokończenia badań. Podobno aż do sierpnia 1945 roku w ogóle nie myślał o Los Alamos i losach projektu „Manhattan”, dlatego zniszczenie Hiroszimy i Nagasaki okazało się dla niego wielkim szokiem. Nie był w tym odosobniony, zróżnicowane okazały się także reakcje samych twórców bomby.

„Ktoś otworzył moje drzwi – wspominał fizyk, Robert Frisch - i krzyknął: »Hiroszima została zniszczona!«; przypuszczano, że zginęło 100 tysięcy ludzi. Nadal pamiętam nieprzyjemne uczucie, wręcz mdłości, gdy zobaczyłem, ilu moich przyjaciół pędzi do telefonu, by zamówić stoliki w Hotelu La Fonda w Santa Fe, żeby uczcić to wydarzenie. Oczywiście byli szczęśliwi z powodu powodzenia swej pracy, ale świętowanie nagłej śmierci 100 tysięcy ludzi, choćby nawet »wrogów«, wydawało mi się dość niesamowite”. (Za: Ibidem)

Rotblat był kompletnie zdruzgotany, tym bardziej, że zdawał sobie sprawę z faktu, że Amerykanie przygotowywali jeszcze bardziej śmiercionośną broń. Wiedział, że jej stworzenie było tylko kwestią czasu, i, że była to niezbyt odległa perspektywa.

Czytaj także

 0