II wojna światowaBombardowałem Hiroszimę

Bombardowałem Hiroszimę

Załoga (niekompletna) Enola Gay, która zrzuciła bombę na Hiroszimę, na tle swojego B-29
Załoga (niekompletna) Enola Gay, która zrzuciła bombę na Hiroszimę, na tle swojego B-29 / Źródło: Wikimedia Commons
Dodano 2
Autentycznie uwielbiałem, gdy Polacy wchodzili w skład osłony naszych bombowców. Przechwytywali praktycznie każdy wrogi samolot. Właściwie mógłbym o nich powiedzieć nawet, że byli szaleni - mówił Theodore Van Kirk, nieżyjący już członek załogi, która zrzuciła bombę atomową na Hiroszimę. Przypominamy wywiad, który przeprowadził z nim Piotr Włoczyk w 2013 r.

Piotr Włoczyk: Zanim przejdziemy do bodaj najważniejszej misji w dziejach lotnictwa, muszę pana spytać o polskich lotników. Zachował pan podobno o nich bardzo ciepłe wspomnienia z czasów pobytu w Wielkiej Brytanii, gdy służył pan w amerykańskiej 97. Grupie Bombowej...

Theodore Van Kirk: Tak, autentycznie uwielbiałem, gdy Polacy wchodzili w skład osłony naszych bombowców. Nieraz miałem przyjemność latać z nimi podczas misji bombowych przeciwko III Rzeszy. Polskim pilotom należą się słowa uznania przede wszystkim za skuteczność, ponieważ przechwytywali praktycznie każdy wrogi samolot. Właściwie mógłbym o nich powiedzieć nawet, że byli szaleni (śmiech).

Szaleni?

Oczywiście mówię to z przymrużeniem oka. Po prostu z mojej perspektywy wydawało się, że w ogóle nie dbali o swoje życie. Jak szaleni rzucali się na samoloty Luftwaffe.

Chyba nie ma się co dziwić.

Absolutnie. Polscy piloci w powietrzu brali odwet za to, co działo się na ziemi w Polsce. Zdaję sobie z tego sprawę. Wtedy zresztą też doskonale rozumiałem, z czego wynika ich determinacja.

Czy zapadła panu w pamięć jakaś historia związana z naszymi pilotami?

Tak. Kiedyś zrobiliśmy imprezę na terenie bazy i zaprosiliśmy innych lotników, z którymi pracowaliśmy, w tym m.in. Polaków. W pewnym momencie nad lotniskiem pojawiło się kilka samolotów pilotowanych przez pańskich rodaków, którzy zrobili show, m.in. przelatując na niskiej wysokości nad płytą lotniska. Mógłbym przysiąc, że między końcówkami śmigieł ich samolotów a ziemią nie było więcej jak 30 cm. Krótko rzecz ujmując – Polacy byli niesamowici. Następnym razem, jak będę walczył w jakiejś wojnie, na pewno znowu będę chciał być po waszej stronie (śmiech)!

Atomowa misja nad Hiroszimą nie była jedyną ważną misją w pana życiu. Jeszcze w czasie służby w Europie brał pan udział – razem z Paulem Tibbetsem, który został później kapitanem Enoli Gay – w pewnym bardzo ważnym locie.

Tak. W listopadzie 1942 r. na pokładzie „Czerwonego Gremlina” (nazwa bombowca B-17 pilotowanego przez Paula Tibbetsa, którego nawigatorem był Theodore Van Kirk – przyp. red.) zabraliśmy generała Dwighta D. Eisenhowera z Anglii na Gibraltar. Miał on dowodzić stamtąd operacją „Torch”, czyli lądowaniem aliantów w Afryce Północnej. Ale wtedy obecność takiego pasażera nie robiła na nas większego wrażenia. Chcieliśmy po prostu jak najszybciej skończyć wojnę i była to kolejna misja, która przybliżała nas do tego celu.

Przenieśmy się w czasie o dwa lata. Jest listopad 1944 r. W międzyczasie rozeszły się nieco wasze drogi życiowe z Paulem Tibbetsem. Ale właśnie w listopadzie 1944 r. dostaje pan od niego dziwny telefon.

Paul zadzwonił wtedy do mnie z propozycją, żebym został nawigatorem specjalnej grupy, którą tworzył. Mieliśmy stacjonować w bazie lotniczej Wendover Field w stanie Utah.

Paul Tibbets w swoich wspomnieniach dokładnie opisuje rozmowę, którą odbył we wrześniu 1944 r. z jednym ze swoich przełożonych. Na „dzień dobry” dowiedział się podczas niej o „Projekcie Manhattan”. Ale pan na samym początku nie zdawał sobie sprawy z istnienia takiego programu.

Zgadza się, nie miałem zielonego pojęcia o szczegółach związanych z moim nowym zadaniem.

Co konkretnie usłyszał pan od Tibbetsa?

Paul powiedział mi, że zrobimy coś, co albo skończy wojnę od razu, albo znacznie ją skróci.

Jak pan zareagował na te słowa?

Wtedy jeszcze uważałem, że to czcza paplanina. W tamtym okresie ze wszystkich stron można było usłyszeć o przeróżnych cudownych planach, które miały rzekomo przyczynić się do szybszego zakończenia tej wojny.

Od listopada 1944 r. do czerwca 1945 r. intensywnie przygotowywaliście się do zrzucania bomby. Jak wyglądało to szkolenie?

Wiele osób mogłoby podejrzewać, że pracowaliśmy w ramach jakichś niezwykłych procedur. Ale prawda jest taka, że to szkolenie w zasadzie nie wyróżniało się niczym szczególnym. Jedyną istotną różnicą było położenie dużego nacisku na manewr ucieczki ze strefy zagrożenia. W czasie ćwiczeń lataliśmy na rozebranych prawie do naga bombowcach B-29. Musiały być one maksymalnie lekkie, żebyśmy mogli jak najszybciej uciec.

Co zrzucaliście podczas tych ćwiczeń?

Używaliśmy kopii Little Boya, które ważyły dokładnie tyle samo, co prawdziwa bomba atomowa, i miały taki sam kształt. Zamiast ładunku jądrowego były one jednak wypełnione konwencjonalnymi środkami wybuchowymi. Te kopie Little Boya nazywaliśmy dyniami.

W końcu zostaliście przeniesieni z Utah do największej bazy lotniczej, jaka powstała w czasie II wojny światowej na wyspie Tinian na archipelagu Marianów Północnych. Jak pan wspomina ten czas?

Traktowano nas jak wszystkich innych żołnierzy. Misja była wprawdzie specjalna, ale to nie oznaczało wcale, że my byliśmy jakoś rozpieszczani.

Jak wyglądała opieka specjalistów pracujących w „Projekcie Manhattan”?

Naukowcy mówili nam o wszystkim, co udało im się ustalić, jeżeli chodzi o działanie bomby. Na początku 1945 r. powiedzieli nam na przykład, że musimy być co najmniej 11 mil od miejsca wybuchu, żeby mieć pewność, że siła eksplozji nie zdmuchnie nas z nieba. Normalnie podczas konwencjonalnego bombardowania samolot po zrzuceniu ładunku leci na wprost, ale przy bombardowaniu atomowym wleciałoby się w ten sposób centralnie w strefę wybuchu. Dlatego musieliśmy odbić mocno w bok, żeby wrócić do bazy w jednym kawałku.

Wciąż uważał pan, że pomysł zrzucenia bomby, która zakończy wojnę, to tylko paplanina?

Nie, wtedy już rozumieliśmy, że nasza armia opracowała coś, co jest na tyle potężną bronią, że jej użycie rzeczywiście może od razu skończyć lub też znacząco skrócić wojnę. Tyle tylko, że cały czas zastanawialiśmy się, czy ta bomba rzeczywiście sprawdzi się w praktyce.

Kiedy oficjalnie dowiedział się pan, że to, do czego jesteście przygotowywani, to pierwsza w dziejach misja atomowa?

Nigdy mnie o tym oficjalnie nie poinformowano! Jedynie nasz kapitan był oficjalnie wdrożony w całą sprawę. Reszta załogi sama musiała posklejać sobie jakoś cały obraz sytuacji ze skrawków informacji, które do nas docierały. Jeżeli jednak miało się choć trochę oleju w głowie, to będąc członkiem 509th Composite Group (jednostka US Army Air Forces, której zadaniem było wyszkolenie załóg do misji atomowych – przyp. red.), nie sposób było się nie zorientować, że to, co lada chwila będziemy zrzucali, będzie bombą atomową. Kręciła się wokół nas cała masa naukowców, poza tym były różne wyjazdy do Los Alamos i Waszyngtonu...

Czy można założyć, że Enola Gay była wtedy najlepiej przygotowanym samolotem w amerykańskich siłach powietrznych?

Takie właśnie wyobrażenie mieliśmy o tym samolocie i staraliśmy się zrobić wszystko, żeby był on idealnie przyszykowany na tę misję. Mechanicy bardzo przykładali się, żeby mieć pewność, że odbędziemy bezawaryjny lot.

Ale mimo tych przygotowań dowództwo i tak zdecydowało się jednak uzbroić bombę w powietrzu, a nie na ziemi, ponieważ dzień przed waszym wylotem cztery B-29 rozbiły się w bazie podczas próby startu.

W tamtym okresie to była prawdziwa plaga. Mnóstwo superfortec roztrzaskiwało się podczas nieudanych prób startu. Wciąż zresztą mógłbym pokazać panu samoloty, które do tej pory spoczywają w oceanie w pobliżu bazy, bo zabrakło im mocy, żeby się bezpiecznie wznieść. To było bodaj największe niebezpieczeństwo, jakie czyhało wtedy na załogi B-29. Jestem w stanie zaryzykować stwierdzenie, że więcej samolotów straciliśmy na końcu pasa startowego bazy Tinian niż podczas bombardowania Japonii. Nietrudno chyba sobie wyobrazić, że efekty wypadku z uzbrojoną bombą atomową mogłyby być katastrofalne dla całej bazy lotniczej.

Czym konkretnie różniła się Enola Gay od standardowego B-29?

Wybebeszyliśmy samolot ze wszystkiego, co nie było absolutnie niezbędne do przeprowadzenia tej misji – wyjęliśmy np. mnóstwo sprzętu radiowego. Pozbyliśmy się też dużo uzbrojenia, bo w zasadzie nie było ono potrzebne nad Japonią pod koniec wojny. Dzięki temu zabiegowi nasz B-29 był o około trzy tony lżejszy od normalnej maszyny tego typu. Ta różnica masy miała się przełożyć na lepsze osiągi i miała pozwolić na spokojne osiągnięcie zakładanego dla misji pułapu.

Jak wyglądały wasze instrukcje w razie awarii?

Mieliśmy zrzucić bombę do oceanu. Pod żadnym pozorem nie mieliśmy jej zrzucać nad lądem. W razie problemów w połowie drogi do Japonii – na Iwo Jimie – czekał na nas zapasowy samolot.

Paul Tibbets miał przygotowane dla was pigułki z cyjankiem, gdyście jednak wpadli w ręce wroga...

Ja raczej podziękowałbym za cyjanek i wolałbym spróbować swoich szans w starciu z Japończykami.

W końcu, 5 sierpnia 1945 r., dowiedzieliście się, że następnego dnia zrzucicie bombę.

Tak. Po odprawie kazano nam się iść przespać. Ale kto mógł spać kilka godzin przed startem pierwszej misji z bombą atomową? Zamiast spać, graliśmy więc w karty w oczekiwaniu na start. Musieliśmy wylecieć o 2.45 w nocy, żeby znaleźć się nad celem równo o 8.15 czasu japońskiego. Ta misja była strasznie długa. Lecieliśmy w sumie 12,5 godziny. W czasie lotu nie miałem właściwie zbyt dużo czasu na myślenie o tym wszystkim, bo – w przeciwieństwie do innych członków załogi – nawigator nie może sobie pozwolić na odpoczynek. Naprowadzenie samolotu nad Hiroszimę nie było trudne, choć była to dla mnie pierwsza misja nad Japonię. Generalnie wszystko poszło dokładnie tak, jak zostało to wcześniej zaplanowane. Nad celem pojawiliśmy się z jedynie 15-sekundowym opóźnieniem.

Co panu przeszło przez myśl, gdy bombardier krzyknął „bomb away” (bomba zrzucona)?

Pomyślałem sobie tylko: „Miejmy nadzieję, że Little Boy zadziała”. To była pierwsza bomba uranowa, więc cały czas wisiało nad naszą misją pytanie, czy w ogóle dojdzie do eksplozji. Pierwsza bomba, zdetonowana trzy tygodnie wcześniej w Nowym Meksyku, była bombą plutonową. Jej uranowy odpowiednik nigdy wcześniej nie był testowany.

Jak wyglądały pierwsze sekundy po wypuszczeniu Little Boya?

Zaraz po zrzuceniu bomby samolot gwałtownie odbił w górę, ponieważ w jednej chwili straciliśmy ponad 4 tony ciężaru. Jednocześnie kapitan wykonał ciasny skręt, który tyle razy ćwiczył. Po zrzuceniu bomby każdy odliczał te czterdzieści kilka sekund do wybuchu.

Eksplozja nastąpiła 600 metrów nad miastem.

W tym momencie błysk wypełnił wnętrze samolotu, jakby ktoś robił w środku zdjęcie przy użyciu potężnej lampy błyskowej. Na szczęście mieliśmy na oczach okulary ochronne.

Kilka sekund po błysku przyszła pierwsza fala uderzeniowa. Czy naukowcy dobrze przygotowali was na ten moment?

Fala uderzyła w nasz samolot z siłą co najmniej tak wielką, jak tego oczekiwaliśmy. Mieliśmy szczęście, że nas nie rozerwało. Samolot wydawał z siebie dźwięki, jakby poszycie miało pęknąć. Uderzenie takiej siły w bombowiec lecący na wysokości 10 km jest wyjątkowo paskudnym przeżyciem.

Gdy zagrożenie minęło, kapitan zawrócił samolot.

Taki był plan – po przejściu fali uderzeniowej mieliśmy ocenić siłę wybuchu.

Drugi pilot wydusił wtedy z siebie słynne: „O mój Boże...”. Jak pan wspomina widok Hiroszimy po detonacji?

Na dole widać było totalne zniszczenie. Wszystko przykryte było jeszcze dymem i pyłem. Ten straszny widok przypominał gotującą się smołę. I przy okazji – „O mój Boże” drugiego pilota to nie do końca prawda. W rzeczywistości powiedział on coś, co nie nadawałoby się do cytowania.

Jak wyglądała droga powrotna?

Po tym, co przed momentem zobaczyliśmy na ziemi, mieliśmy wrażenie, że wojna może się skończyć, jeszcze zanim wylądujemy.

Co czekało na was po powrocie?

Wielka uroczystość. Witało nas wtedy więcej generałów i admirałów, niż w sumie widziałem do tamtej pory w całym moim życiu. Były darmowe hot dogi i piwo, ale ja z nich nie skorzystałem. Byłem zbyt zmęczony, żeby myśleć o takich sprawach.

Minął jeden dzień, drugi dzień i Japonia wciąż się nie poddawała. Jak przyjęliście taki obrót rzeczy?

Myśleliśmy wtedy, że wojna mimo wszystko będzie trwać dalej i albo będziemy musieli dokonać inwazji na Wyspy Japońskie, albo będziemy musieli zrzucić o wiele więcej bomb atomowych.

Ostatecznie okazało się, że Fat Man, zrzucony trzy dni później na Nagasaki, skutecznie złamał opór Japończyków. Wciąż jest pan całkowicie przekonany, że użycie atomu było jedynym sposobem na zakończenie wojny?

To nie był jedyny sposób, żeby skończyć wojnę, lecz było to najmniej „kosztowne” rozwiązanie, jeżeli chodzi o liczbę ofiar. Oprócz zrzucenia bomby mogliśmy jeszcze opasać Wyspy Japońskie blokadą. Byłaby ona jednak nieskuteczna. Japończycy bez blokady żyli na tysiącu kalorii dziennie, a i tak chcieli walczyć dalej. Drugą opcją była inwazja na Wyspy Japońskie, do której nasze dowództwo się przygotowywało. Inwazja pociągnęłaby prawdopodobnie milion zabitych po obu stronach. Dlatego właśnie użycie bomb atomowych uratowało mnóstwo ludzi.

Ale żałuje pan, że doszło do tego?

Tak, żałuję, że musieliśmy zabić tyle tysięcy osób, aby zakończyć wojnę. Poza tym w ogóle żałuję, że musieliśmy zabijać ludzi podczas II wojny światowej. Ale to było konieczne.

Nie można było tej bomby zrzucić w miejscu mniej zaludnionym niż miasto?

W Japonii nie ma czegoś takiego jak miejsca słabo zaludnione. Myśleliśmy o wszystkich miejscach, w których można byłoby zrzucić bombę. Nie było tam miejsc, gdzie można by ją było zrzucić na pokaz. Żeby skończyć II wojnę światową, musieliśmy dokonać eksplozji nad miastem. Przypomnę, że jeszcze przed 6 sierpnia 1945 r. 85 proc. Japonii leżało w gruzach, a rząd w Tokio i tak upierał się, że trzeba kontynuować walkę. Wciąż uważam, że była to właściwa decyzja, która pozwoliła uratować mnóstwo istnień ludzkich.

Starsi Amerykanie wciąż dziękują panu za uratowanie życia?

Tak, za każdym razem, gdy dowiadują się, że byłem członkiem załogi Enola Gay, dziękują mi za to, do czego się przyczyniłem.

I nawet robią to o mało przyzwoitych porach...

(śmiech) Rzeczywiście. Jeden z moich sąsiadów, gdy tylko dowiedział się, że byłem członkiem załogi Enola Gay, przyszedł pod mój dom bladym świtem i zaczął walić w drzwi, bo chciał mi jak najszybciej podziękować.

Naprawdę nie mógł poczekać?

Jeżeli to pan byłby jeńcem u Japończyków przez blisko całą wojnę, to też pewnie zapamiętałby pan dokładnie, w jakich okolicznościach odzyskał pan wolność, i również zareagowałby pan emocjonalnie na wieść, że obok żyje człowiek, który w jakimś stopniu przyczynił się do tego.

Czy lecąc wtedy z Little Boyem w przedziale bombowym, spodziewał się pan, że w ten sposób świat wchodzi w zupełnie nową erę?

Nie, wtedy jeszcze nie zdawałem sobie sprawy z tego, jak bardzo broń atomowa zmieni świat. Ale na razie można powiedzieć, że dzięki tej erze uniknęliśmy III wojny światowej.

Major Theodore „Dutch” Van Kirk (ur. 1921) był nawigatorem bombowca B-29 Enola Gay. W 2012 r. w USA ukazała się książka z jego wspomnieniami pt. „My True Course: Dutch Van Kirk Northumberland to Hiroshima”. Theodore Van Kirk zmarł 28 lipca, wywiad został przeprowadzony w 2013 roku.

Okładka miesięcznika Historia Do Rzeczy: 1/2013
Artykuł został opublikowany w 1/2013 wydaniu miesięcznika „Historia Do Rzeczy”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 2
  • Adam K. IP
    Enola Gay -jedyny gej który zrobił coś dobrego dla ludzkości.
    Dodaj odpowiedź 2 3
      Odpowiedzi: 0
    • Szacki IP
      Zbrodniarz. Za Hiroszimę powinien zadyndać na strunie fortepianowej.
      Dodaj odpowiedź 2 10
        Odpowiedzi: 0

      Więcej historii